Jako dziecko, nie odnajdując akceptacji wśród najbliższych zagłębiałeś się w literaturę i zawartą w niej wiedzę. Wiedziałeś, że pomimo twoich korzeni i biedoty rodziny, za pomocą swojego intelektu i niezwykłej zdolności wchłaniania informacji, możesz dojść na sam szczyt. Dlatego pożerałeś każdą książkę jaką odnalazłeś w domu.

Pewnego dnia, natrafiłeś w zbiorze mugolskich książek ojca na ,,Hrabiego Monte Christo". Opowiadała ona historię Edmunda Dantesa, który, kolokwialnie rzecz ujmując, został wykiwany przez przyjaciół i skazany przez nań na dożywocie w straszliwym więzieniu na Zamku If. Tam poznał księdza, który pokazał mu nowy sposób postrzegania świata. Po ucieczce nigdy już nie był taki sam. Lata w celi odebrały mu wiele, ale też podarowały mu nowe nauki niemożliwe do poznania bez poświęcenia.

Twoim więzieniem była arogancja i bezczynność. Twoim księdzem był Aberfort. Twoją ucieczką wykradzenie poufnych danych z Ministerstwa Magii. Podobnie jak Edmund już nigdy nie byłeś taki sam. Podczas tych kilku lat straciłeś zbyt wiele, zbyt wiele wycierpiałeś, zbyt wiele poczucia winy zakrzepło w twoim umyśle, byś mógł być taki sam jak przed Kłótnią.

Podobnie jak każdy człowiek, Edmund Dantes miał swoją ciemną stronę. Bowiem jedyną rzeczą, która zachęcała go do życia, była chęć zemsty.

Ciebie podtrzymywała chęć naprawy błędów. Już nie akceptacji, bo na to już dawno straciłeś przywilej, ale poprawy. Chciałeś tego od dawna, ale nie umiałeś zrobić pierwszego, najtrudniejszego kroku. Aberfort cię poprowadził, wskazał drogę. Dalej mogłeś iść samotnie, o własnych siłach.

Minęło pół roku od tamtego nadzwyczajnego spotkania. Sześć miesięcy od twojego odrodzenia. Niby nie długo, ale wystarczająco by obrócić swoje życie o 180 stopni. Stałeś się szpiegiem, nieoficjalnym członkiem Zakonu Feniksa, który na co dzień narażał własne życie, by móc pomóc innym.

Nigdy nie zapomnisz tego, co czułeś, gdy po raz pierwszy przeglądałeś poufne akta samego Ministra Magii. Nie byłeś wtedy pewny o słuszności swojego postępowania, ale zarazem wydawało się to tak łatwe, ale i tak właściwe, że nie umiałeś sobie tego odmówić.

Tamtego dnia zostałeś po godzinach. Nikt się tym nie zdziwił, bo w ostatnim czasie zdarzało się to coraz częściej, coraz większej liczbie osób. Wtedy, i tobie. Albo przynajmniej to udawałeś, gdy reszta opuszczała biuro.

Pamiętasz jak twoje drżące dłonie nagle stały się posłuszne, gdy zaczynały przeglądać tajne akta. Twój wzrok wyostrzył się i czujnie szukał najważniejszych informacji. Wciąż słyszysz skrobanie pióra o papier, gdy z powrotem w mieszkaniu starasz się je odwzorować.

Zawsze wykonywałeś polecenia. Zasady były niczym Biblia. Ale kiedy pojawia się zwątpienie w to co pewne, gdy idee upadają, co możemy zrobić, jeśli nie przekroczyć granic dawnego siebie? Czy istnieje piękniejszy sposób na zmianę swojego życia? Czy istnieje coś cudowniejszego?

Po stawieniu pierwszego samodzielnego kroku, ruszenie biegiem było tylko kwestią czasu. Spotkałeś się ze starym przyjacielem z akademika – Oliverem Woodem. To przez niego poznałeś Audrey Mulligan – tajemniczą kobietę z ogromnym temperamentem i jeszcze większą nienawiścią do kultu śmierciożerców. Wraz z ich pomocą mogłeś zrealizować plan masowych ucieczek czarodziei mugolskiego pochodzenia z nielegalnego więzienia pod Ministerstwem Magii.

Równolegle z działalnością rebeliancką, jak nazywała ją Audrey na nowo rozpocząłeś naukę obrony przed czarną magią, tym razem pod kątem czysto technicznym. Po incydencie z upadku Ministerstwa zrozumiałeś, że szkolenie ciała jest równie ważne jak szkolenie umysłu. Przysiągłeś sobie, że już nigdy nie poddasz się bez równej walki.

Twoje ciało przeszło zmiany. Powoli nabierałeś masy zarówno tej tłuszczowej, jak i mięśniowej. Twoje oczy na nowo nabrały błękitnego połysku, dobrze widocznego spod grubych, prostokątnych oprawek. Lekko przystrzygłeś włosy, także obecnie tworzyły jedną z tych niedbałych, rozwianych wiatrem fryzur, które niegdyś kojarzyły ci się z niedbalstwem, teraz z poczuciem wolności. Zmianie uległ również twój sposób bycia. Kroki stały się pewne, postawa wskazywała na obojętność, wzrok emanował dumą i zgorszeniem, zaś słowa przesiąkały ironią i sarkazmem. Nagle przestałeś się dziwić tym, że bliźniaki to twoi bracia.

Reszta personelu musiała zauważyć rażącą różnicę w twoim zachowaniu, ale kilka krępujących słów pod ich adresem, wymówionych im prosto w twarz wystarczyło, by zniechęcić ich do dalszych przeszpiegów. Wiedziałeś, że czyhali na twoją pomyłkę, jeden krok w nieodpowiednim kierunku, by móc postawić cię przed sądem bez możliwości obrony. Nikt z nich nie wiedział o perfekcjonizmie zaszczepionym w twoją naturę poprzez lata nauki. To on nie pozwalał ci na choćby jedno omskniecie.

Mimo to, czasami zdarzały się chwile rozpaczy, gdy to usilnie chciałeś umyślnie popełnić jakiś błąd. Może wtedy rodzina zrozumiałaby, że jesteś po ich stronie, że walczysz. Może zostałbyś zaakceptowany. Uznano by cię za męczennika, który spędził lata w Azkabanie, osadzony za swoje wartości. Równie szybko odrzucałeś te myśli. Zbyt wiele rzeczy zostało do zrobienia, zbyt wiele osób do uratowania, zbyt wiele słów do wypowiedzenia, by poddać się dziecinnym zachciankom. Dlatego trwałeś w swojej straszliwej pracy, szpiegowałeś, kradłeś, pomagałeś. Po raz pierwszy czułeś się naprawdę żywy.

Swoją rodzinę po raz pierwszy od trzech lat, spotkałeś w dość niezręcznej sytuacji.

Na wieść o zbliżającej się bitwie w Hogwarcie, jak najprędzej rzuciłeś się do drzwi. I tak do najważniejszego wydarzenia w tej wojnie stanąłeś w czarnych dżinsach, podkoszulku Pink Floyd i kurtce, mugolskich ubraniach, do których zamiłowanie odziedziczyłeś po ojcu. Dopiero później, w tunelu, zrozumiałeś, że na polu bitwy będziesz wyglądać jak wabik na Śmierciożerców. Z tą ponurą perspektywą i słowami: ,,Spóźniłem się? Już się zaczęło? Dopiero co się dowiedziałem, więc...", wpadłeś do Pokoju Życzeń, tylko po to, by spotkać się ze swoją rodziną.

W pierwszej chwili twoje serce stanęło, tylko po to by po chwili zabić z podwójną szybkością, tak że myślałeś, że lada moment wyrwie ci dziurę w piersi. Otępiały zsunąłeś się na najbliższy fotel. Oskarżenie, nienawiść w ich spojrzeniach, które były ich pierwszą reakcją na twoje pojawienie się, już nigdy nie opuściły twojej pamięci.

Jak ująć w słowa nieskończoną ilość uczuć kłębiącą się w twoim umyśle? Jak opowiedzieć o sprzeczności pomiędzy twoimi czynami, a myślami? Jak opisać cały ból, smutek, przez jaki przeszedłeś? Jak przeprosić? Jak odbudować spalone mosty? Co zrobić, gdy ci których kochasz, patrzą na ciebie z tak wielką ilością nienawiści? Twoje paznokcie boleśnie wbiły się w dłonie.

Twoich uszu dobiegł głos pięknej kobiety stojącej obok Billa, zapewne jego żony, którą poślubił w sierpniu...

Na wspomnienie starego bólu przeszyły cię dreszcze, a uścisk paznokci zacieśnił. Gdybyś wtedy zdecydował się pójść na wesele, a nie zostawać w pracy, uniknąłbyś bólu, odbudował relacje z rodziną i prawdopodobnie znał imię swojej szwagierki. Gdybyś tylko odsunął na bok strach przed niepowodzeniem i zachował się jak Gryfon byłbyś dziś u boku swej rodziny. Gdybyś tylko... okazał skruchę.

- Byłem głupi! - krzyknąłeś i mimowolnie się skuliłeś pod ilością emocji w swoim tonie. - Byłem idiotą, byłem nadętym palantem, byłem...

Cytowałeś bliźniaków. To jedne z tych licznych przezwisk, którymi nazywali cię za twoim plecami, gdy myśleli, że nie słuchasz. Ty zaś milczałeś i znosiłeś wszystkie niełaski, bo wiedziałeś, że to nie tylko nie pomoże, ale i pogorszy sprawę. Nic więc dziwnego w tym, że to jeden z nich dopowiedział resztę prawdy.

- Uwielbiającym ministerstwo kretynem, który wyrzekł się rodziny, bo zżerała go chora ambicja.

Bolało usłyszeć coś podobnego z ust młodszego brata. To nie był ból klątwy Cruciatus, ani licznych ran na twoim ciele, ani taki jak wszystkie zniewagi padające z ust śmierciożerców. Bolało, bo Fredowi o wiele łatwiej było wyrazić prawdę o twojej osobie, bo wiedział lepiej od ciebie, kim się stałeś.

- Tak, byłem taki! - wyszeptałeś wpatrzony w krawędź blizny wystającej spod rękawa.

- No, teraz powiedziałeś szczerą prawdę.

Kątem oka zauważyłeś sięgającą ku tobie dłoń. Instynktownie chciałeś się skulić się na wspomnienie starego bólu, ale nim to zrobiłeś zostałeś zamknięty w szczelnym uścisku matki. Szybko się zrelaksowałeś w dotyku, nie będącym podobnym do niczego, co towarzyszyło ci przez ostatnie lata. Tęskniłeś za tym.

Znad ramienia popatrzyłeś na swojego drugiego rodzica. Nie spodziewałeś się rozszyfrować cokolwiek z jego spojrzenia, ale i tu doznałeś szoku, gdyż jego oczy spowiła mgła, jakby radości połączonej z wzruszeniem.

- Przepraszam tato – wyszeptałeś, odrywając od niego wzrok nie mogąc dłużej patrzeć na słabość tak silnego człowieka.

Nie spodziewałeś się wiele. Ojciec nigdy nie kojarzył ci się z ekstrawertyzmem. Tym większe było twoje zdziwienie, gdy poczułeś silne ramiona okręcone wokół twojej talii. Zarazem tak inne, ale i tak podobne do matki.

Zamknąłeś oczy odprężając się w uścisku. W tej chwili nic nie miało znaczenia.

Pierwsza łza leniwie zsunęła ci się po policzku.