Betowała przecudowna Himitsu, której należą się za to wieeelkie podziękowania. Naprawdę wielkie.

Wprawdzie z pewnym opóźnieniem, ale bardzo dziękuję również oczywiście tym, którzy skomentowali poprzednią miniaturkę. Bądźcie całkowicie pewni, że macie niesamowity wpływ - i pewnie nawet nie zdajecie sobie z niego sprawy - na każde moje tłumaczenie. Z całą pewnością nie byłoby ich bez was i... no cóż, święta to czas podziękowań, więc po prostu wam dziękuję. Za każdy komentarz, ten już napisany i ten, który dopiero być może kiedyś powstanie, wstawiony pod tymi miniaturkami bądź jakimkolwiek innym moim tłumaczeniem.

Itami Namida, pijany Tom to zdecydowanie nie jest zbyt częsty widok. Chociaż masz rację, Tom jak zawsze musiał myśleć logicznie. Po prostu tym razem na tematy, których zazwyczaj unika :). Edge, cieszę się, że masz nowy telefon (chociaż zdecydowanie mówię to z pewnym opóźnieniem i nie jest on już taki nowy), a także z tego, że nie zauważyłaś żadnych błędów. I taa, takiego Toma zdecydowanie kocha się podczas słuchania, a nienawidzi w czasie rozmowy. Biedny, biedny Harry :). Kontynuacji, co mówię z przykrością, niestety nie ma. Ale droga wolna dla wyobraźni :). PannaAgata, och, Boże, naprawdę czytasz znów UL? Chyba będę musiała w końcu wziąć się w garść, przysiąść i popoprawiać masę błędów, która w nim jest. Chociaż oczywiście bardzo miło mi słyszeć, że czytasz (czytałaś) UL po raz kolejny :). Myślę, że alkohol po prostu nie zabija szarych komórek Toma. On po prostu zawsze jest geniuszem. Czego, przyznam, szczerze mu zazdroszczę :). No i oczywiście bardzo miło mi słyszeć, że poprawiłam ci humor :). Miniaturek do opublikowania jest jeszcze całkiem sporo, więc nie ma co się martwić ;). Tina, uzależnienie od Toma i Harry'ego - jakoś to rozumiem :). Harry nieźle wyuczył się, kiedy spędzał czas ze Ślizgonami. Oczywiście, że nie mógł przepuścić takiej okazji. I również najbardziej uwielbiam końcówkę, w której zdecydowanie rządzi Tom. Kraken, wybacz, nie ma kontynuacji. Pozostaje ci tylko rozbudowana wyobraźnia. Może sama coś napiszesz? ;) I taa, doskonale rozumiem odstawianie fandomów - już dałam sobie z tym spokój, przyznam szczerze. Już i tak za dość duże osiągnięcie uważam zwężenie całego fandomu Pottera jedynie do Toma i Harry'ego. Jest to nieco ograniczające, ale zdecydowanie mniej czasochłonne :). Cieszę się, że spodobała ci się ta miniaturka. I to tak bardzo. Na razie nie otrzymałam jeszcze zaproszenia na twój ślub z tą miniaturką, czyżbym go przegapiła? ;) Star1012, po prostu Tom i szczerość, spowodowana upiciem, raczej nie są dobrym powiązaniem. Chociaż Harry przynajmniej będzie wiedział na przyszłość, że ma uciekać gdzie pieprz rośnie :). Gościu, szczerze powiedziawszy - nawet nie potrafię sobie wyobrazić takiej rozmowy. Tom jest zbyt... aseksualny, a Harry zbyt dziecinny i naiwny. Chociaż zdecydowania taka rozmowa mogłaby być bardzo ciekawa. Nie, niestety nie ma takiej miniaturki. Zdecydowanie byłaby, jak mówisz, bardzo interesująca. Ale nie, nie będzie nam pisane jej przeczytać...

Wesołych Świąt! Mam nadzieję, że spodoba wam się mój prezent w postaci tej miniaturki. A jeżeli będziecie chcieli więcej - zerkajcie na mój profil, w ciągu kilku dni powinien pojawić się na nim kolejny rozdział "Gdy umiera dzisiaj", jeżeli jesteście nim zainteresowani.

Nawiasem mówiąc wybaczcie – miniaturka miała pojawić się już wczoraj, ale miałam pewne problemy z zalogowaniem się (zresztą nie tylko ja) i dopiero dzisiaj administratorom udało się naprawić ten problem.


Wybraniec Przeznaczenia

Miniaturka 5

Duchy Świąt

Boże Narodzenie, rok 1937

Tom siedział w bibliotece, starając się zagłębić w lekturze książki o magicznym lecznictwie i ofensywnych klątwach.

Przebywał w Hogwarcie już od kilku miesięcy i zauważył, że to miejsce bardzo mijało się z jego oczekiwaniami. Kiedy był w sierocińcu, nigdy tak naprawdę do niego nie pasował, za bardzo się od wszystkich różnił i od zawsze wiedział, że nie jest to miejsce, do którego należy.

Był wyjątkowy, miał coś, czego oni nie mieli, potęgę… magię.

Myślał, a przynajmniej jakaś jego część miała nadzieję, że to wszystko zmieni się, kiedy przybędzie do szkoły Magii i Czarodziejstwa, w której będzie pełno ludzi takich jak on – albo może nie dokładnie takich jak on, wciąż w końcu posiadał moc, jakiej oni nie mieli, tego był całkowicie pewny, biorąc pod uwagę, że ich malutkie móżdżki zdawały się walczyć z najprostszymi pojęciami i czarami. W końcu stwierdził, że nie pasuje również i tutaj, do tego domu, który, według słów Dumbledore'a, powinien być dla niego „jak rodzina".

No cóż, przypuszczał, że te słowa właściwie były nawet całkiem trafne, jako że według powszechnej opinii również jego prawdziwa rodzina nienawidziła go z całego serca. Nie żeby o to dbał.

Pewnego dnia tego pożałują i, właściwie, jego koledzy z klasy w konsekwencji jego zemsty już zaczynali żałować sposobu, w jaki go osądzili.

Kiedyś nie pasował do innych, gdyż miał magię, a teraz nie pasował dlatego, że był najprawdopodobniej „szlamą".

Dlatego też właśnie siedział teraz w samotności w bibliotece w Boże Narodzenie, podczas gdy jego rówieśnicy śmiali się i wymieniali prezentami.

I znowu, nie dbał o to, prezenty ofiarowywane w okresie świątecznym były właściwie w większości bezużyteczne i dawane tylko w celu zrobienia dobrego wrażenia i uzyskania wszelkich możliwych korzyści. Nikt tak naprawdę nie poświęcał im myśli i uwagi.

Nie dbał o to.

Nie miał nic przeciwko spędzaniu Bożego Narodzenia wyłącznie we własnym towarzystwie… i o co w ogóle rozchodziła się ta cała sprawa, by nikt nie był w jego czasie samotny? Każdego innego dnia ludzie byli samotni, dlaczego wybrali sobie dwudziesty piąty grudnia i stwierdzili, że tego dnia nagle będą do wszystkich lgnąć? Chyba tylko dla korzyści materialnych.

Zaskoczyło go, że czarodzieje i czarownice świętowali ten okres w taki chrześcijański sposób… czy nie miało przypadkiem kiedyś miejsce polowanie na czarownice?

Dlaczego ludzie w ogóle godzili się na branie udziału w takich mugolskich obrzędach, skoro, z tego co słyszał, istniały niesamowicie fantastyczne magiczne rytuały, które odprawić można było jedynie właśnie w okresie świątecznym?

Czy nie byłoby bardziej sensowe, gdyby społeczność magiczna była pogańska? Przypuszczał, że wszystko to spowodowane było dużą ilością szlam, które lubiły brudzić i skażać wszystkich swoim mugolskim dziedzictwem.

Kto wie, być może nie był jednym z nich - nie mógł być – zresztą, przecież wcale nie wiedział, kim byli jego rodzice.

Mógł być zaginionym dziedzicem jakiegoś bardzo znanego rodu – w końcu „czystokrwiści" uważali się za lepszych od niego, chociaż oczywiste było, iż pod względem umiejętności i magicznego talentu byli od niego niewyobrażalnie gorsi. Mając taką moc z całą pewnością nie mógł być szlamą, prawda?

Poczuł, że ktoś się do niego zbliża, zatem uniósł ostrożnie wzrok na kilka sekund, prawie niezauważalnie ściskając mocniej swoją ukochaną, cisową różdżkę z piórem feniksa.

Alphard Black i Zevi Prince.

Jego mięśnie napięły się, przygotowując do walki, chociaż nawet na chwilę nie przeszła mu przez głowę myśl, że mogłoby ujść im na sucho to, że prowokują coś takiego właśnie tu, w bibliotece, albo że walczenie z ich dwójką, a nie jak zwykle z całym rocznikiem, wymagałoby od niego wiele wysiłku.

Obojętnie odwrócił się z powrotem w stronę prowadzonych przez siebie badań.

A oni zatrzymali się przy jego stoliku i... nic nie zrobili.

Nie przestawał ich ignorować.

W końcu Black odchrząknął cicho. A potem jeszcze raz. Na kilka sekund skierował w górę swoje spojrzenie, nie trzymając go wiecznie opuszczonego tylko dlatego, że to mogłoby wydać się zbyt uległe.

Pewnego dnia zrozumieją, że nienawiązywanie przez niego kontaktu wzrokowego nie było ani trochę spowodowane uchylaniem się od stawienia im czoła, a raczej tym, że nie byli warci wysiłku, jaki wiązał się ze zwracaniem uwagi na ich obecność.

- Szukaliśmy cię już chyba wszędzie… – zaczął Black.

- Najwyraźniej nie – wycedził Tom, przerywając mu, czerpiąc z tego perwersyjną satysfakcję. – Wtedy przeszkodzenie mi zajęłoby wam błogosławienie większą ilość czasu.

Chociaż wyrazy ich twarzy nie uległy zmianie, czuł, że kulą się pod wpływem jego słów.

- Nad czym pracujesz? – zapytał spokojnie Prince, po czym się zawahał. – Z pewnością nie odrabiasz teraz zadania domowego, prawda? Jest Boże Narodzenie!

- Naprawdę? – odpowiedział z sarkazmem. – Byłem przekonany, że mamy Halloween.

Na chwilę umilkli, a między nimi rozciągnęła się przezabawna, niezręczna cisza.

- Um, może lepiej sobie pójdziemy – mruknął Alphard. – Chcieliśmy tylko, er, życzyć ci Wesołych Świąt. Masz.

Obaj sięgnęli do swoich plecaków i wyciągnęli w jego stronę małe, elegancko zapakowane paczuszki.

Kiedy nie sięgnął po nie natychmiast, położyli je na stole. Ociągali się jeszcze chwilę, a w ich zachowaniu widać było niezwykle przyjemną nerwowość.

Oddalili się szybko, a on osunął się leniwie na swoim krześle, absolutnie zaskoczony.

Gdziekolwiek się udał, Święta były takie same. Tyle że tak samo było również z czymś innym. Potęgą.

Potęga była wszystkim.

I on ją posiadał.

Boże Narodzenie z pewnością nie było radosnym wydarzeniem, którego oczekiwałby z utęsknieniem, i wątpił, aby miał je kiedykolwiek świętować, biorąc pod uwagę fakt, że nie miał ku temu odpowiedniego towarzystwa, ale być może, tylko może, nie było ono całkowicie bezwartościowe.


Boże Narodzenie, rok 1995

Były to najwcześniejsze godziny drugiego dnia świąt, może jakaś trzecia nad ranem, i cały dom milczał, podczas gdy wszyscy zakończyli już wszystko, co mieli do zrobienia.

Niektórzy poszli do łóżka, Syriusz, o ile Harry wiedział, delektował się w kuchni z Remusem Ognistą Whisky, a Ron i Hermiona byli zajęci w nieco inny sposób.

Siedział teraz wraz z Tomem na parapecie „ich" pokoju w Grimmauld Place, obserwując rozciągające się niżej opuszczone uliczki Londynu.

- Gdybyś poszedł w tym kierunku jakąś milę… – powiedział cicho Tom, odchylając go w odpowiednią stronę za pomocą mocnego uścisku na ramieniu, pokazując mu przez okno drogę. - …i minął wszystkie te budynki, doszedłbyś do sierocińca, jeżeli w ogóle nadal tam stoi.

Harry przyglądał się uważnie swojemu towarzyszowi, nieufny ze względu na niecharakterystyczną i obcą mu otwartość. Tom zerknął na niego, a maciupeńkie dowody drwiny wykrzywiły jego usta.

- To było straszne miejsce, zimne i bezbarwne. Nienawidziłem go, zresztą dalej nienawidzę.

- Zgaduję, że nie świętowano tam również zbyt dobrze Bożego Narodzenia – skomentował cicho Harry. Tom milczał przez chwilę i Potter zaczął wątpić, czy kiedykolwiek uzyska odpowiedź na to ukryte pytanie.

- Nigdy nie mieli na to wystarczającej ilości pieniędzy. Czasy były ciężkie, a uzyskane pieniądze szły na cieplejsze koce, ubrania dla młodszych dzieci lub spłatę wiecznie zalegających rachunków za ogrzewanie. Wydaje mi się, że niektóre matrony próbowały, dla innych, ale…

- Nie dla ciebie? – zapytał Harry. Tom wzruszył ramionami, sprawiając wrażenie niewzruszonego.

- Nikt nie chciał za bardzo zbliżać się do dziecka diabła.

Harry niemal skrzywił się na szczerość, z jaką zostało to powiedziane, i poczuł ogarniający go gniew.

- Dziecka diabła?

- Pani Cole była przesadnie religijna i, jak sądzę, zakładali, że byłem opętany, kiedy działy się wokół mnie dziwne rzeczy. – Żołądek Harry'ego zacisnął się.

- A co się stało po tym, jak udałeś się do Hogwartu? – zapytał. – Czy Święta nie były wtedy dla ciebie przyjemniejsze?

Tom uniósł brwi.

- Byłem szlamą w Slytherinie – oznajmił, jak gdyby to wszystko wyjaśniało.

Harry odwrócił się ku niemu bardziej bezpośrednio, już teraz marszcząc brwi.

- Zevi… Abrax… - zaczął.

- Nie są moimi przyjaciółmi. Są sojusznikami, poplecznikami – odparł Tom, wyglądając na nieznacznie rozbawionego, chociaż Harry nie mógł zrozumieć, co było w tym takiego zabawnego. – Zostali przy mnie, bo jestem potężny i dlatego, że mogą zyskać coś dzięki mojej… przyjaźni, a nie z powodu jakiejś puchatej, olśniewającej koncepcji wspólnoty.

Harry'emu zaschło w ustach.

Zdusił ogarniającą go litość, wiedząc, że Tom by jej nie docenił, zastanawiając się, czy i on mógłby skończyć tak samo, gdyby kilka rzeczy w jego życiu potoczyło się chociaż troszeczkę inaczej… gdyby pierwsi ludzie, jakich spotkał, spędzali z nim czas tylko dlatego, że był Chłopcem, Który Przeżył.

Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale Tom kontynuował, zanim mogłyby wydostać się z nich jakiekolwiek słowa.

- I nawet nie mów mi, że powinienem traktować ich jak przyjaciół, a nie jak popleczników, aby to zmienić. Nie czuję potrzeby posiadania przyjaciół.

- W takim razie kim ja jestem? – zapytał Harry, zastanawiając się, czy powinien czuć się urażony.

- Opinia publiczna miałaby kilka interesujących odpowiedzi na to pytanie. – Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek. Harry przewrócił oczami, po czym przechylił w zamyśleniu głowę.

- Czy to właśnie dlatego nie lubisz Bożego Narodzenia? Ze względu na niemiłe wspomnienia?

- Między innymi. Osobiście uważam cały ten okres za pełen lekkomyślności i hipokryzji. – Oczy dziedzica Slytherina pociemniały. – Ludzie wzywają wtedy do uprzejmości, dobroci… ale wszystko to jest jednocześnie pewnym symbolem ich statusu społecznego i okazją do chlubienia się pozycją społeczną. W chwili, gdy rozpływa się złota bańka tych dni, z jeszcze większą zajadliwością wracają do swoich pełnych fałszu usposobień.

- Brzmi to tak, jak gdyby twoim problemem była ogólnie pojęta ludzkość, a nie Boże Narodzenie samo w sobie – zauważył Harry.

- Nienawidzę obu – odparł Riddle. – Święta po prostu wyciągają z człowieka jego najgorszą dwulicowość.

- Większość ludzi miałaby całkowicie przeciwne zdanie – oświadczył Harry.

- Większość ludzi to także idioci – zripostował nonszalancko Tom. Potter przygryzł wargę.

- Czy w takim razie również te Święta były dla ciebie tak straszne do ścierpienia? – próbował zadać to pytanie lekko, jak gdyby odpowiedź nie miała dla niego żadnego znaczenia lub w żaden sposób na niego nie wpływała.

Wzrok Toma wbijał się w niego ostro, kiedy ten odwrócił się w jego stronę, a następnie uśmiechnął, niemal łagodnie, a już na pewno z większą niż zwykle ilością ciepła, choć było ono mocno zabarwione zdezorientowaniem.

A może czułym niedowierzaniem? Albo inaczej – czułym, smutnym niedowierzaniem? Czy istnieje w ogóle coś takiego?

- Jak możesz lubić Święta, Harry? – mruknął Tom. – Doskonale wiem, że twoje wspomnienia z dzieciństwa z tego okresu nie należą do najprzyjemniejszych.

- Nie wiem, co masz na myśli – powiedział automatycznie Harry. – Boże Narodzenie u Dursleyów zawsze pełne było niesamowitych uczt, ekstrawaganckich przyjęć i prezentów…

- …po prostu nie dla dziwaków lub dzieci diabła – oznajmił Tom, unosząc brwi.

Harry z niechęcią przerwał swój monolog. Wzruszył niezdarnie ramionami.

- No cóż, taa, Święta z Dursleyami były… totalną katastrofą – przyznał. – Ale w ostatnich latach odkryłem, że mogą być znacznie przyjemniejsze. Uwielbiam Boże Narodzenie w Hogwarcie. Cały zamek zdaje się wtedy rozjaśniać i, taa, być może cała ta dobroć innych ludzi nie trwa zbyt długo, ale przecież z pewnością to, że starają się oni uwydatnić ją w ten jeden dzień, na całym świecie, musi mieć jakieś znaczenie?

- Jesteś idealistycznym głupcem – prychnął Tom, ale, być może ku zaskoczeniu Harry'ego, w jego głosie nie było ani jadu, ani zgryźliwości. Dotarł do nich dobiegający z kuchni śmiech.

- I to mówi chłopiec, który planował zmienić świat, kiedy dorośnie? – drażnił się Harry, unosząc brwi.

- Większość ludzi planuje zmienić świat, kiedy dorośnie – odparł Tom. – Po prostu nie są na tyle silni i odważni, aby móc to osiągnąć.

- Czyżbyś zaczynał propagować teraz cechy Gryffindoru? – Harry uśmiechnął się złośliwie. – No, no, no, mam na ciebie zły wpływ.

- Odwaga bez ambicji jest bezsensowna, a ambicja bez odwagi nie istnieje – oświadczył Tom, tym razem z nutką powagi. – Ci prawdziwie ambitni są zawsze odważni, Złoty Chłopcze, w przeciwnym razie nigdy nie próbowaliby osiągnąć swoich marzeń i planów z dzieciństwa.

Harry oparł się pokusie zapytania, czy w takim razie poszukiwanie nieśmiertelności w strachu przed śmiercią i nieznanym było odważne, ale trzymał język za zębami, bo było Boże Narodzenie i nie chciał wdawać się teraz w dyskusję na ten temat.

- I przy okazji: nie – oznajmił cicho Tom. Harry uniósł wzrok, zdezorientowany. – Zapytałeś mnie, czy te Święta były dla mnie straszne. Nie były.

Harry uśmiechnął się.


Boże Narodzenie, rok 1943 (możliwa przyszłość – realizacja planu Toma)

Chociaż ten jeden raz czuł się bardzo dziwnie, nie spędzając Bożego Narodzenia w Hogwarcie.

Mimo tego jednak, zdecydowanie najlepszym rozwiązanie było trzymanie Harry'ego (lub raczej Jamesa Blacka, biorąc pod uwagę, że Harrison Evans nie mógł powrócić do życia po swoim pogrzebie) jak najdalej od innych uczniów i kadry nauczycielskiej.

Tom poddał go trwałej transmutacji, zarówno mugolskiej jak i magicznej. Pozostawił jego czarne włosy, drugie imię i prawowitą rodzinę, składającą się z kuzynów: Alpharda i Oriona.

Chłopiec… no cóż, nie mógł powiedzieć, że zaakceptował zwycięstwo planu Toma, ale… nie było już z nim tak źle, jak wtedy, gdy przybyli tu po raz pierwszy.

Harry się przystosowywał lub - w zależności od tego, kogo zapytać by o zdanie – po prostu został złamany przez Toma.

Gdy po raz pierwszy przybyli do przeszłości, niszcząc tym przyszłość, chłopiec szalał, walczył, wariował i błagał, by przywrócili jego dawne życie.

Tom był tym niewzruszony i najzwyczajniej w świecie powiedział mu, że jego życie od teraz toczy się tutaj i że nie może zrobić nic, aby to zmienić. Mówił mu to raz za razem. I teraz Harry po prostu… dąsał się.

Gdyby nie pojawiła się żadna poprawa i gdyby ten jeden rok, który spędzili w nieistniejącej już przyszłości, nie był taki ważny pod względem wspomnień i wydarzeń, już dawno zmodyfikowałby pamięć Harry'ego, choćby tylko po to, by ułatwić mu… żałobę, czy co to tam było.

Naprawdę nie rozumiał dlaczego Harry był taki wkurzony.

Miał już horkruksa… a Tom tylko zmienił nieco jego warunki i upewnił się, że uda się jego sposób zatrzymania Harry'ego w tym czasie, chociaż dawno już powinien przestać on istnieć, jak reszta jego świata. Nie było to do końca zgodne z magią i moralnością Harry'ego, ale cel uświęca środki, czyż nie?

A co do tego, że cały jego świat, życie, przyjaciele i rodzina zostali całkowicie wymazani… to nie tak, że ich zabił. Oni po prostu nigdy nie istnieli.

Potter mrużył oczy i oskarżał go o hipokryzję, jako że było to dokładnie to, czego Tom nie pozwalał zrobić samemu Harry'emu w jego planie, a następnie pytał, czy w takim razie aby na pewno nie było to nic wielkiego. Tomowi nie podobało się to, więc oznajmiał, że gdyby przeszłość Harry'ego się zmieniła, nie byłby on tą samą osobą, a wtedy Potter zaczynał krzyczeć do niego wściekle, że on sam zmuszał go do życia właśnie z czymś takim.

Wszyscy jego przyjaciele się zmienili i przestali go rozpoznawać – a więc w ogóle nie byli już jego przyjaciółmi i rodziną.

Tyle że wcale nie było tak, że Harry nie miał już w tym świecie nikogo, z kim mógłby się zadawać, o czym dość często wydawał się zapominać w ciągu tego roku, kiedy żył w czasie Toma. W każdym razie, nieważne.

Zerknął na byłego Harry'ego Pottera, rozciągniętego na drugim łóżku wynajętego przez nich pokoju w Dziurawym Kotle.

- Lestrange zaprosił nas na świąteczny obiad – oznajmił, czekając na reakcję.

Ostatnio, co przerażające, Harry przestał okazywać jakiekolwiek reakcje, jak gdyby utracił cały swój na wpół Gryfoński, na wpół Ślizgoński kolor.

- Okej – odpowiedział głucho Potter.

Tom zmrużył oczy i odwrócił się od biurka.

Planowanie podboju świata było tak niesamowicie łatwiejsze, kiedy posiadało się pewną wiedzę na temat przyszłości… nie żeby kiedykolwiek wspomniał o tym Harry'emu, i tak miał on na głowie wystarczająco wiele rzeczy, do których musiał się przystosować.

No cóż, a przynajmniej wydawał się mieć wiele na głowie, bo w przeciwnym razie powinien lepiej radzić sobie ze wspomnianym już przystosowywaniem się do sytuacji. Podszedł do niego, z zadowoleniem zauważając, że jego bliskość wciąż powodowała, iż Harry zwracał na niego swoją uwagę, bez względu na swoje dąsanie się.

- Myślałem, że lubisz Święta – stwierdził.

Harry znów odwrócił wzrok, zatrzymując go na jego brzuchu, wskazując, że nie ma ochoty na rozmowę. Jego szczęka zacisnęła się, kiedy bez wątpienia przypomniał sobie poprzednie Święta, podczas których Tom podarował mu rodzinę, będące teraz prawdopodobnie całkowitym przeciwieństwem obecnych, kiedy „odebrał Harry'emu rodzinę" czy takie tam inne bzdury.

Przyzwyczaił się do tego i prawdę mówiąc czasami leciutko bawiło go zachowanie jego przyjaciela – bunt Harry'ego zawsze był jedną z tych rzeczy, które najbardziej go w nim ciekawiły, które odróżniały go od innych i w pewnym sensie sprawiały, że Tom go podziwiał. Usiadł więc po prostu na łóżku obok niego, obrócił go z powrotem w swoją stronę i położył dłoń na jego ramieniu, aby Harry nie mógł ponownie od niego uciec.

Uniósł brwi, powtarzając niemo swoje pytanie. Nic nie wskazywało na to, aby jego przyjaciel był skory do odpowiedzenia na nie.

Uważnie mu się przyjrzał.

- Brakuje ci ich?

Po raz pierwszy od pewnego czasu oczy Harry'ego rozszerzyły się, jak gdyby ponownie był Harrisonem Evensem, a nie potulnym Jamesem Blackiem.

- Oczywiście, że mi ich brakuje – warknął. – Ja… Salazarze. – Gniew w jego głosie zniknął niesamowicie szybko, zastąpiony wielkim smutkiem. – Pragnę cię nienawidzić i czasami nawet cię nienawidzę; zabrałeś mi wszystko, co miałem i teraz jesteś jedyną rzeczą, jaka mi w ogóle pozostała. – Harry roześmiał się, cicho i z goryczą.

- No cóż, przynajmniej jestem niesamowity – odparł Tom z uśmieszkiem na ustach, chociaż nie miało być to drwiną i wiedział, że Harry to zauważy.

Chłopiec wydał z siebie dźwięk, który był mieszaniną prychnięcia i zaskomlenia.

Czuł, że w jego głowie szaleją obce emocje. Emocje Harry'ego.

Bezradność. Gniew. Żal. Desperacja.

Tom zawahał się, po czym pociągnął Harry'ego w górę do pozycji siedzącej i przyciągnął go do siebie, nie pozwalając odejść, kiedy ten wykonał ruch rozdarty pomiędzy próbą uwolnienia się a zażartym przywarciem do najmniejszego źródła ludzkiego pocieszenia.

Ostatecznie Harry po prostu przestał walczyć i Tom zdał sobie sprawę, że ostatecznie tak samo stanie się ze wszystkim innym. Harry i tak sprzeciwiał się temu wszystkiemu już mniej niż wcześniej.

- Zniszczyłem twoje życie, wiem o tym – powiedział cicho. – I wiem, że mi tego nie wybaczysz… ale pozwól mi przynajmniej pomóc ci zbudować nowe. Myślę, że obaj mamy już za sobą etap, na którym mogliśmy odejść.

Zapadła cisza, a oni nie ruszyli się.

- Wesołych pieprzonych Świąt, Tom.

- Wesołych Świąt, skarbie.


Czasy współczesne

Tom obudził się gwałtownie, szeroko otwierając oczy, mrugając, całkowicie zdezorientowany. Wziął głęboki oddech, nie do końca pewny, dlaczego był taki roztrzęsiony.

Usiadł powoli, a jego wzrok natychmiast przesunął się do łóżka Harry'ego, na jego śpiącą postać, zanim po cichu przemknął się do Pokoju Wspólnego, szukając ognia i światła.

Jego głowa była pełna duchów. Duchów Bożego Narodzenia – i cholera jasna, w życiu nie zgodzi się na zauważenie tkwiącej w tym ironii.

Skrzywił się, odczuwając większy niepokój, niż chciałby przyznać.

Był całkowicie pewien, że gdzieś daleko stąd Los głośno się z niego śmieje.