Taak, wiem, bardzo, bardzo dawno mnie tu nie było (nie bijcie, nie bijcie!). Ale dzisiaj wracam z kolejną uroczą miniaturką (jak ja stęskniłam się za tymi chłopakami!) i w najbliższym czasie postaram się wstawiać ich więcej (coś ostatnio ciężko idzie mi tłumaczenie „Gdy umiera dzisiaj" – chociaż kolejny rozdział już gotowy, właśnie odstaje sobie kilka dni, więc niedługo się pojawi – i zaczynają nachodzić mnie myśli na rozpoczęcie kolejnego tłumaczenia, ale to zły pomysł, więc wzięłam się za miniaturki. Już zapomniałam jak cudownie się to tłumaczyło…).
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy skomentowali poprzednią miniaturkę. Star1012, Gościowi i AyoAdanna. Pozwólcie, że pominę odpowiedzi na komentarze, bo aż głupio mi pisać je po tak długim czasie od waszego napisania tego komentarza. Ale ogólnie komentarze były jak zwykle świetne i ich czytanie sprawiło mi przeogromną przyjemność :). Miniaturek do przetłumaczenia jeszcze trochę jest, zdecydowanie zaznaczę, kiedy będę miała za sobą już wszystkie. Bardzo mnie cieszy, że ktoś jeszcze czyta „Ulubieńca", że nie został zapomniany pomimo tego, jak dawno został skończony :).
Miniaturka niebetowana. / EDIT. Betowała wspaniała Himitsu, do której w podziękowaniu leci kufel Kremowego Piwa.
Miłego czytania. :)
Wybraniec Przeznaczenia
Wyzwanie 5
(Odwrócony scenariusz: ranny Tom i opiekujący się nim Harry)
Pomoc i leczenie
Harry wpadł do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, natychmiast zauważając panującą w nim wyciszoną, przygnębioną i nieco przerażoną atmosferę. Napięcie w powietrzu było namacalne i niczym w rytmie plemiennego bębna pędziło w jego krwi.
- Salazarze. – Abraxas w mgnieniu oka znalazł się na nogach, kierując się w jego stronę i kładąc mu rękę na ramieniu. – Harry, dzięki bogu, że tu jesteś. Może z tobą porozmawia.
- Co z nim? – zapytał cicho Potter. – Słyszałem, co się stało.
Kilku silnie powiązanych z Jasną Stroną uczniów najwyraźniej podkradło się do Toma od tłu, mniej więcej dziesięciu na jednego, i zaczęło tłuc go na kwaśne jabłko.
Większość z nich była teraz w Skrzydle Szpitalnym, skończywszy na niewłaściwym końcu różdżki dziedzica Slytherina, jeden leżał w Świętym Mungu, a pozostała dwójka trzęsła ze strachu w swoich Pokojach Wspólnych.
Tom natychmiast się stamtąd oddalił, nie zważając na przydzielony mu szlaban, zniknął w dormitorium i od tamtej pory z niego nie wyszedł.
I to wszystko stało się dziesięć minut temu.
Abraxas wzruszył z wahaniem ramionami, jego oczy były szeroko otwarte i przepełnione strachem.
- No cóż, oczywiście powiedział, że nic mu nie jest, ale… wyglądał dość paskudnie, a jeśli pomyśleć o jego stanie psychicznym… no cóż, wydawał się w porządku, ale to Tom, a z nim nigdy nic nie wiadomo.
- Porozmawiasz z nim? – zapytał Zevi.
Harry czuł na sobie ciężar błagających go spojrzeń wszystkich Ślizgonów, proszących, zaklinających, aby się zgodził. Skinął głową, ruszając w stronę drzwi.
Nie musieli o to prosić. I tak by to zrobił – i najprawdopodobniej przeklął ich zaklęciem, gdyby próbowali go powstrzymać.
Nie zapukał, wiedząc, że Tom i tak by mu nie odpowiedział. Po prostu wszedł przez drzwi, w geście poddania unosząc ręce w górę. Automatycznie uniknął też rzuconego w niego zaklęcia. I miał szczęście, bo klątwa ledwie co go minęła.
- Hej! Spokojnie, to ja! – powiedział szybko. – Przybywam w pokoju i takie tam.
Tom westchnął z irytacją, ale opuścił różdżkę.
- Odejdź. Nie jestem w nastroju.
Harry skrzywił się na widok młodego Czarnego Pana.
Jego oko było porządnie opuchnięte, warga rozcięta, nos wykazywał oznaki niedawnego uleczenia, a na tym kawałku skóry, który był w stanie dostrzec Harry, znajdowało się sporo zadrapań.
Tom poruszał się również dość ostrożnie, więc Harry zakładał, że dopiero co naprawił sobie żebra.
Coś mu się zdawało, że chyba powinno go zaniepokoić, iż był tak czuły na wszelkie oznaki zranienia Riddle'a, że był w stanie z taką łatwością zauważyć je z drugiego końca pokoju.
Przeszedł dzielącą ich odległość, a wszystkie targające nim wątpliwości zeszły na drugi plan i zostały ciśnięte na bok przez wściekłość i troskę. Zatrzymał się przed łóżkiem, na którym siedział Ślizgon.
Tom spojrzał na niego z jadem w oczach, nieco na przekór wysoko podnosząc brodę do góry. Harry przechylił jego głowę, działając z rozwagą.
- Skopali ci tyłek, co? – gwizdnął. – Wyglądasz okropnie.
Tom wyrwał swoją głowę z jego rąk, nie patrząc na niego, ściskając mocniej cisową różdżkę w swojej dłoni. Harry natychmiast delikatnie chwycił nadgarstek, który wykonał ruch, aby skierować ją w jego stronę.
- Wszystko z tobą w porządku? – zapytał cicho, zanim zapragnął uderzyć się, zauważając głupotę swojego pytania.
- Nic mi nie jest – oświadczył sztywno Tom. – Chociaż chciałbym, aby zostawiono mnie w spokoju.
Harry zignorował go, ostrożnie uwalniając rękę swojego przyjaciela i zamiast tego chwytając jego szczękę, aby przyjrzeć się obrażeniom. Skrzywił się empatycznie. Wyglądały na dość bolesne.
Po chwili ponownie go puścił i najzwyczajniej w świecie zaczął się mu przyglądać. Nie do końca wiedział co zrobić – zwykle, gdy jeden z nich zostawał ranny, jak na ironię to Tom stawał w roli bohatera/pocieszyciela – i był pewien, że każda próba zaoferowania jakiejkolwiek pomocy zostałaby szybko z pogardą uznana za litowanie się lub coś w tym rodzaju.
Nie zamierzał jednak nic nie robić, skoro Tom cierpiał.
Poszedł do łazienki i zabrał z niej szmatkę oraz trochę lodu. Nie miał pojęcia, jak Tom radził sobie psychicznie, a ten zdecydowanie nie zamierzał się przed nim otwierać, jeśli czuł się narażony fizycznie, a zatem… na początek trzeba było zadbać o jego fizyczne obrażenia. Tom oczyścił się już z krwi.
Czuł na sobie wzrok Riddle'a, kiedy ponownie się do niego zbliżał. Wezwał do siebie stolik stojący przy łóżku, aby rzucić na niego swoją dopiero co zebraną improwizowaną apteczkę. Następnie udał się w stronę swojego kufra i wyciągnął z niego kilka eliksirów i maści leczniczych.
Wolałby trzymać swoje zaopatrzenie medyczne z dala od Toma. Może i był to zestaw startowy „przemoc w rodzinie", ale przydawał się w unikaniu legowiska Madame Pomfrey w przypadku małych zranień i teraz cieszył się, że go ma.
Tom przyglądał się mu czujnie, ale bez słowa sięgnął po szmatkę i owinął nią lód, a następnie przyłożył do twarzy, która nieznacznie się napięła.
- Jakie dokładnie są twoje urazy? – zagadnął Harry, starając się ze wszystkich sił sprawić, aby nie było to niezręczne, a profesjonalne. Tom spojrzał na niego krótko i Harry uniósł pytająco brwi.
- Nic mi nie jest – mruknął znowu Tom po kilku sekundach.
- Taa? – odparł sucho Harry. – Rzeczywiście, wyglądasz wręcz promiennie.
Tom jeszcze raz zmiażdżył go spojrzeniem, przesuwając się ze złością i Harry westchnął. Zbyt szybko, zbyt bezpośrednio.
- Wybacz – mruknął. – Nie jestem w tym dobry. Pewnie powinienem unieważnić swój status bohatera czy coś w tym rodzaju… ale staram się pomóc. Pozwól mi pomóc.
- Nie potrzebuję pomocy – warknął Tom przez zaciśnięte zęby.
- Wiem – powiedział ostrożnie Harry, świadomy, że stąpa po bardzo cienkim lodzie. – Ale i tak ją oferuję.
Zamarł ponownie, a lód pod jego stopami zatrzeszczał niebezpiecznie, kiedy igrał z ogniem. Czuł się, jak gdyby po nim skakał, a następnie usilnie próbował utrzymać równowagę.
- Wiesz, że to… zaakceptowanie mojej pomocy się na tobie nie odbije, prawda? – stwierdził. – Nie zamierzam, um, osądzać cię, jeśli o to właśnie się martwisz… Znaczy się, daj spokój, sam widziałeś mnie w znacznie gorszych sytuacjach.
Spróbował się uśmiechnąć. Tom spojrzał na niego beznamiętnie, ale Harry uznał jego milczenie za dobry znak.
- Nie powinienem pozwolić im mnie zaskoczyć – oświadczył Tom głosem, który każdemu innemu wydałby się zupełnie pozbawiony wszelkiego zainteresowania.
Harry wzruszył ramionami, zachowując fasadę nonszalancji, chociaż nie pragnął niczego innego, tylko pozwolić wściekłości nad sobą zapanować i zaciągnąć tego drania do Skrzydła Szpitalnego.
- Proszę cię – zaszydził lekko – było dziesięciu na jednego. Powiedziałbym, że sam fakt, iż nie skończyłeś w Świętym Mungu jest wysoce imponujący.
- A myślałem, że wygłosisz mi jakiś świętoszkowaty wykład o tym, że nie powinienem atakować niewinnych ludzi i zniżać się do użycia przemocy – odparł Tom, z uwagą mu się przyglądając. – Zamiast tego usłyszałem niemal komplement. Jestem w szoku.
- Taa, no cóż, myślę, że ci dranie sobie na to zasłużyli – przyznał Harry, nie będąc w stanie wyprzeć ze swojego głosu wszystkich gotujących się w nim emocji. Przełknął ślinę, czując się niezręcznie.
Gdyby Tom im się nie odwdzięczył, bez wątpienia zrobiłby to Harry. Riddle uśmiechnął się, naprawdę bardzo lekko, opuszczając woreczek z lodem, aby nałożyć balsam na swoje podbite oko.
- Naprawdę? – wycedził Tom. Harry spojrzał mu prosto w oczy, zupełnie niewzruszony tym, jak jego przyjaciel uważnie się mu przygląda.
- Wątpisz w to? – odpowiedział. Nastąpiła cisza, którą przerwał dopiero po pewnej chwili: - Daj mi swoją rękę – polecił. – Powinienem być w stanie wyleczyć te zadrapania tak, byś nie miał po nich nawet blizn.
- Powinieneś? – powtórzył Tom. – Jeśli próbowałeś wywołać u mnie zaufanie co do twoich umiejętności leczniczych, nie był to najbardziej przekonujący dobór słów…
Ale i tak wyciągnął rękę.
