Betowała najwspanialsza na świecie i jedyna w swoim rodzaju Himitsu.

Oczywiście bardzo dziękuję wszystkim, którzy skomentowali poprzednią miniaturkę – czyli PannieAgacie (czy może jednak wolisz, abym nie odmieniała?), Exciter, Meerevel, Szaragdowemu Kotowi (mogę odmienić, prawda?) oraz Evolutions. PannoAgato, bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa. Mnie przypomniało się jak miło się tłumaczy się tych chłopaków, więc jak najbardziej była to dla mnie wielka przyjemność :). I zgadzam się, Tom raczej nie jest tym, kogo się zwykle atakuje. I, och! Tak, tak bardzo zgadzam się również z tym, jak bardzo Harry i Tom przypominają rodzeństwo! Nawet pamiętam, że ostatnio (właśnie poprawiam powoli Ulubieńca, więc, oczywiście, czytam go ponownie) dokładnie to samo przyszło mi na myśl. Że Tom i Harry to takie bardzo zżyte ze sobą rodzeństwo (mniej więcej, oczywiście ;)). I też mam nadzieję, że uda mi się częściej wrzucać o nich teksty :). Exciter, absolutnie nie masz za co przepraszać, doskonale rozumiem brak czasu - mnie też się on często zdarza. Mówiłaś, że poprzednia miniaturka była krótka, więc dzisiaj wrzucam coś nieco dłuższego - chociaż właściwie można by to nazwać dwoma miniaturkami. W każdym razie nieważne, zbaczam z tematu. Chciałam po prostu powiedzieć, że bardzo dziękuję za komentarz :). I miło mi, że spodobały ci się chłopaki w nowej roli :).

Życzę miłego czytania!


Słowniczek: wężomowa


Wybraniec Przeznaczenia

Wyzwanie 6

(Tom i Harry walczący ze sobą na środku Wielkiej Sali, widziani oczami innych uczniów. Właściwie alternatywa.)

Wojna i pokój

1) Walka

Neville od razu wiedział, że coś jest nie tak.

Nie był do końca pewny skąd, w końcu nie wydarzyło się nic, co mogłoby go zaniepokoić, ale… miał przeczucie, które boleśnie ściskało jego żołądek. Było subtelne jak woda zamieniająca się w tsunami, maluteńki sygnał, ostrzegający go o nadchodzącej katastrofie. A następnie cisza została rozbita, spokój naruszony i zwrócił szybko wzrok w stronę stołu Ślizgonów.

Riddle.

Harry.

Jego oczy rozszerzyły się w absolutnym szoku.

W jednej sekundzie wydawali się zwyczajnie siedzieć, a w następnej trzymali różdżki w dłoni i Riddle ściskał mocno gardło Harry'ego, popychając go na stół. Palce Harry'ego niczym pazury wbijały się w dłoń starszego Ślizgona.

Gdyby Neville nie stąpał tak twardo po ziemi, mógłby przysiąc, że dostrzegł kropelki krwi pojawiające się na rękach Riddle'a w miejscu, gdzie wbiły się w nie paznokcie. Wszyscy Ślizgoni zamarli, co poniektórzy wpatrywali się w stół lub tak zwany Ślizgoński Duet.

Nie był w stanie rozgryźć, co wywołało tę sprzeczkę, ale po chwili okropny syk wypełnił całe pomieszczenie, zupełnie jakby pełen okrucieństwa głos szeptał mu prosto do ucha.

- Jak chcesz, bohaterze… A teraz zwracam się do was wszystkich… wydajcie mi Harry'ego Pottera, a nikomu innemu nie stanie się krzywda. Wydajcie mi Harry'ego Pottera, a zostawię Hogwart w spokoju. Wydajcie mi Harry'ego Pottera, a zostaniecie wynagrodzeni. Macie pół godziny.

Wszyscy patrzyli na siebie, nie do końca pewni co się dzieje, ale doskonale wiedząc, że nie było dobrze. Wyglądało na to, że Sam-Wiesz-Kto znów najechał tereny Hogwartu i tym razem wziął ze sobą swoją armię.

Neville wzdrygnął się.

Miewał koszmary o byciu świadkiem jednej z „wizyt" Czarnego Pana. Nastąpiła chwila całkowitej ciszy, niczym blaknące brzęczenie szkła. Miał przeczucie, że może wiedzieć o co walczą ze sobą tak publicznie Harry i Tom. Wszyscy się na nich gapili.

Wydawali się jakby uwiecznieni na fotografii, wciąż splątani w walce. Powietrze było zbyt napięte, by ktokolwiek choćby pomyślał o tym, aby pozwolić opanować się panice i zacząć krzyczeć, wszyscy po prostu… obserwowali.

W skupieniu. Nawet Harry i Tom zatrzymali się na chwilę, chociaż nie trwała ona długo.

- Tom… – zaczął Harry.

- Nie – przerwał mu zaciekle chłopiec.

- Nie pytałem cię o pozwolenie – kontynuował nieustępliwie Harry, a nawet zaczął mówić głośniej, chociaż zaczynało brakować mu tchu z powodu zaciśniętych na jego tchawicy palców. – Zejdź. Mi. Z. Drogi.

- Nie pytałem cię o zdanie – zripostował słodko Riddle. – To się nie wydarzy. Nie pozwolę mu położyć na tobie łapsk.

- Daj spokój, Tom, naucz się dzielić – splunął Harry, na pozór prowokująco. W końcu udało mu się oderwać dłonie ściskające jego szyję, chociaż wciąż był dociskany do stołu Slytherinu.

- Jeśli tam pójdziesz, on cię zniszczy.

- I tak tu wejdzie, jeśli tego nie zrobię, to niczego nie zmieni, poza tym że wtedy wszyscy tu obecni będą musieli niepotrzebne zginąć i cierpieć z mojego powodu. Puść mnie!

Harry pchnął go z impetem z całej siły, a następnie wyprostował się i zrobił kilka kroków w stronę drzwi. Wtedy jednak Riddle'owi udało się pozbierać i znów rzucił się na Harry'ego, odpychając go od wyjścia, swoją gwałtownością niemal powalając go na ziemię.

Nie sądził, aby byli świadomi swojej publiczności, nie mogli być, zbyt pochłonięci sobą nawzajem i zagrożeniem od strony Voldemorta. To było… co najmniej onieśmielające.

Neville był pewien, że jemu samemu ugięłyby się nogi pod wpływem tak niebezpiecznego spojrzenia młodego Czarnego Pana, prawdziwego chłodu w jego oczach. Różdżka Harry'ego wskazywała prosto na serce Riddle'a.

- Tom, muszę to zrobić, proszę, odsuń się, bo inaczej cię do tego zmuszę. – Nie była to pusta groźba, był w stanie bez problemu stwierdzić to po wypełnionym nagłą determinacją i desperacją głosie Harry'ego.

- I jak dokładnie zamierzasz tego dokonać, kochanie? – odparł cicho Tom. – Na wypadek, gdybyś nie zauważył, jesteś w mniejszości. – Oczy Harry'ego przesunęły się przez moment po bladych twarzach otaczających go Ślizgonów, zanim zwróciły znów na Riddle'a.

- Jesteś śmieszny…

- Tak, to bardzo śmieszne, że próbuję uratować ci życie – przerwał mu oschle Riddle. – Powinienem pewnie po prostu pozwolić swojemu najlepszemu przyjacielowi się poświęcić, co?

- Tak, właściwie powinieneś! – wykrzyknął Harry, brzmiąc na wściekłego. Oddech uwiązł Neville'owi w gardle na widok miny Riddle'a. Nie mógł zobaczyć twarzy Harry'ego. Tom zrobił pełen groźby krok w stronę Pottera.


Cho Chang przyglądała się tej dwójce, zafascynowana i przerażona, nie będąc w stanie oderwać od nich wzroku, mimo że wszyscy znajdowali się na skraju bitwy.

Riddle zrobił krok do przodu, wyglądając jak prawdziwy drapieżnik, coś zdecydowanie nieludzkiego. Bardzo grało jej to na nerwach.

W odpowiedzi na jego ruch, Harry napiął się i ledwie była w stanie uwierzyć w słowa, które wychodziły z ich ust. Sprawiały, że łzy zaczynały gromadzić się jej w oczach. Czy Harry naprawdę planował pójść tam samemu, stawić czoło Czarnemu Panu? Serce zaczęło walić jej w piersi. W tym jednym musiała przyznać racje Riddle'owi.

Nie. Absolutnie nie było mowy.

Oczy Harry'ego były smutne, tak niesamowicie smutne.

- To dla większego dobra, Tom, wiesz, że…

- A ty powinieneś już wiedzieć, że mam głęboko gdzieś większe dobro, Złoty Chłopcze. Zależy mi na tobie. Nie wyjdziesz tam i mózg musiał ci się skurczyć, jeśli myślisz inaczej.

Cień, załamanie na twarzy Harry'ego były niesamowicie bolesnym widokiem. Wyraźnie przełknął ślinę, sprawiając wrażenie, jakby napawał się każdym najdrobniejszym szczegółem stojącego przed nim chłopca, nagle wyglądając bardzo młodo i wrażliwie.

Wciąż było jej głupio, gdy tylko przypominała sobie pierwszy raz, kiedy próbowała się z nim umówić. Zgodził się, ale… to było dziwne. Nigdy nie była dla niego priorytetem, nawet gdy była jego dziewczyną.

Szczerze mówiąc, przez większość czasu Riddle sprawiał, że czuła się jak intruz i teraz zdała sobie sprawę, że nim była.

Bez względu na to, czy się do tego przyznawali, czy nie, dla niej jasne było, że byli w sobie zakochani. I chociaż Harry'emu teoretycznie podobała się możliwość posiadania dziewczyny, w praktyce żadna dziewczyna nie mogłaby znieść ciągłego znajdowania się na drugim czy nawet trzecim miejscu osób dla niego ważnych.

Poza tym każda romantyczna relacja pomiędzy Harrym a jakąś dziewczyną lub, co nawet była sobie w stanie wyobrazić, innym chłopcem wypadała bardzo słabo i płytko, kiedy umieściło się ją obok relacji tej dwójki. Zresztą Riddle i tak odstraszał sobą wiele osób.

I to nie było coś jednostronnego, była świadkiem, jak Harry niemal zieje ogniem, gdy inni uczniowie zaczęli naruszać jego czas spędzany z tym przystojnym Ślizgonem.

A najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że najwyraźniej żaden z nich nie był świadomy ich relacji… Harry naprawdę myślał, że ma szansę przekonać Riddle'a do zmienienia zdania w tej sprawie… przecież starszy Ślizgon był zaborczo nadopiekuńczy! Nigdy by na to nie pozwolił.

Po prostu chciała, by się już pocałowali.

Zdawało się, że Harry'emu w końcu udało się nad sobą zapanować. Zacisnął szczękę.

- Dlatego właśnie muszę to zrobić, nie rozumiesz? – Harry brzmiał na niemal wzburzonego, sfrustrowanego. – Nie pozwolę, by chociaż trochę się do ciebie zbliżył, to mnie chce, zostawi cię w spokoju, jeśli ze mną nie pójdziesz! Nie wyrzekaj się dla mnie swojego życia, to nie…

- Nie waż się mówić, że to nie jest tego warte – syknął Riddle. – To dewaluuje nie tylko ciebie, ale również moje osądy. – Tom zrobił kolejny krok w jego stronę, z kolei Harry krok do tyłu.


Zevi był pewien, że jego serce stanęło. Napięcie pomiędzy tą dwójką było namacalne, tak silne, że niemal fizyczne, niczym czarna dziura, która wciągała ich jakimś cudem jeszcze bliżej siebie, a wraz z nimi ich obserwatorów.

Jego wzrok przesuwał się to na jednego, to na drugiego, łapczywie obserwował historię, która właśnie rozgrywała się przed jego oczami, pokręconą i pełną władzy, a także – czy będzie miał odwagę to powiedzieć? – przywiązania.

Harry spoglądał na Toma zbyt bezbarwnie, aby mógł uwierzyć w jego spokój.

- Wiedziałeś, że nigdy nie zamierzałem podążyć twoim planem – powiedział cicho Harry. – Odsuń się więc, równie dobrze możemy z tym skończyć.

- A ty wiedziałeś, że absolutnie nie toleruję twojego, tak samo jak twoich skłonności autodestrukcyjnych, więc poddaj się i usiądź.

Wpatrywali się w siebie ze wściekłością, żaden nie zamierzał ustąpić.

Czarna dziura stawała się coraz silniejsza. Był szczerze zaskoczony, że jeszcze nie atakowali się… zbyt… fizycznie. Chociaż wiedział, że nie potrwa to długo, obaj byli pochyleni, w pozycjach dostosowanych do walki lub ucieczki.

- Przepraszam, Tom. – Głos Harry'ego stał się cichy i tak niesamowicie miękki. – Ale musiałeś wiedzieć, że w końcu do tego dojdzie. Jak sam powiedziałeś, to nigdy nie będzie bajka ze szczęśliwym zakończeniem.

- Dobrze, że to nie jest twoje pożegnanie, bo byłoby żałosne – odparł krótko Tom.

Oczy ich Pana przesunęły się na nich i skinął on głową. Serce Zeviego ścisnęło się.

W następnej sekundzie walczyli.


Luna Lovegood przyglądała się wszystkiemu z większą obojętnością niż ją rzeczywiście odczuwała, wiedząc, że pomimo ogromnej ilości osób obserwujących Duet, było to coś, co pilnie musieli rozwiązać między samymi sobą.

To wszystko było tak intensywne, że obserwowanie tego niemal ją oślepiało i powodowało, że jej serce trzepotało jak oszalałe. Chciałaby być kochana tak zaciekle, jak Harry i Tom kochali siebie nawzajem, chociaż, bez względu na to, co inni mogli sobie o tym myśleć, nie sądziła, aby miało to podłoże seksualne.

Poznała już Toma na tyle, aby silnie wierzyć, iż był w głównej mierze aseksualny, a Harry… no cóż, Harry był Harrym. Walczyli ze sobą; zbyt blisko, aby używać różdżek i podejrzewała, że również dla tego znalazłby się jakiś powód.

Różdżki nie były tak osobiste, a jeśli to rzeczywiście było ich pożegnanie, podejrzewała, że żaden z nich nie chciał nieosobistości. To było bardziej intymne, poza tym to wcale nie tak, że w ogóle nie używali magii – zaklęcia latały między nimi równie mocno, co siła fizyczna.

Po prostu nie pojedynkowali się w sposób standardowy. Wszystko to, co ich otaczało, stało się ich bronią.

Uśmiechnęła się na myśl, że Tom Riddle troszczył się o Harry'ego na tyle, by nie zważać na swoją reputację i budowaną personę*, i pozwolić wciągnąć się w coś takiego pośrodku Wielkiej Sali.

Naprawdę nie była w stanie stwierdzić który z nich wygra.

Nie sądziła, by zrobił to którykolwiek.

Jeśli Harry stąd wyjdzie, w pewnym sensie obaj przegrają, stracą siebie nawzajem i, jak na ironię, to Tom, przeżywając, straci więcej. Jeśli Harry zostanie, przegra przeciwko intrygom i planom Toma, a Tom zwycięży, chociaż straci coś w Harrym. Obrzydliwie często dochodzili do kompromisów, ale wiedziała, że tym razem żaden z nich na żaden się nie zgodzi.

Wstrzymała oddech, obserwując jak magia tańczy pomiędzy nim, przesuwając się na stronę tego, który akurat zyskiwał kontrolę.

Harry. Tom. Harry. Tom.

Kręciła się dziko tu i z powrotem, zbyt dopasowana, zbyt równa. Żołądek Luny ścisnął się.

Wtedy do akcji wkroczyli inni Ślizgoni.

Czterech na jednego, zwłaszcza gdy jednym z nich był sam młody Czarny Pan, i Harry nie miał szans, został rozbrojony. To było oszustwo.

Świństwo.

A jednak nikt prócz Harry'ego się temu nie sprzeciwił, nikt bowiem nie chciał, aby Harry umarł.

A jeśli chciał, podejrzewała, że był zbyt przerażony wciąż tykającą bombą w postaci Toma Riddle'a i tym wszystkim, co bez cienia wątpliwości by ten zrobił, gdyby próbowano mu teraz przeszkodzić.

Być może i Voldemort był na zewnątrz zamku, ale trzymanie go z daleka poprzez wydanie Harry'ego tylko przeniosłoby zagrożenie na coś, co znajdowało się znacznie bliżej.

Zawsze myślała, że gdyby Śmierć była mężczyzną posiadającym prawdziwe, fizyczne ciało, wyglądałaby i zachowywała się trochę jak Tom Riddle. Byłaby przystojna.

Śmierć zawsze uśmiechała się uroczo, kiedy przychodziła, aby cię zabrać.

Pomyślała, że Harry właściwie też mógłby być Śmiercią. Ale żaden z nich nią nie był. Oni tylko bawili się jej zabawkami, w zamian za co Śmierć zostawiła na nich obu trwały ślad.

Los i Szczęście stanęli do swojego ostatecznego pojedynku.


Harry został powalony z nóg, tracąc swoją różdżkę, pozbawiając przytomności Zeviego i Alpharda, chociaż nie za bardzo się tym teraz przejmował. Miał do stracenia o wiele więcej.

Przeniósł się do bardziej intensywnej postaci mugolskiej walki i już niemal udało mu się uwolnić, jego oczy płonęły z furii – no jasne, że Tom musiał oszukiwać, nawet teraz, włączając w to innych! – gdy ręce owinęły się od tyłu niczym stalowe kajdany wokół jego torsu.

Tom.

Dobiegł go znajomy zapach, wszystkie jego zmysły były do bólu czujne ze względu na zagrożenie i zbliżającą się bitwę. Zaczął walczyć z uściskiem. Czuł, że Tom zmaga się z zatrzymaniem go tutaj równie mocno, co on z tym, aby się stąd wydostać. Pieprzony Riddle.

Czy on tego w ogóle nie rozumiał? Plan Harry'ego zadziała i tak będzie najlepiej dla wszystkich. Przyszłość nie wysadzi się w powietrze, nie będą już potrzebne żadne szalenie skomplikowane połączenia zatrważająco czarnej magii.

Nie straci wszystkiego.

- Harry. – Słowa Toma połaskotały jego ucho szorstkim szeptem. – Niech cię cholera, przykuję cię do nóg stołu, jeśli nie przestaniesz ze mną walczyć! Pomyśl, jakie byłoby to dla ciebie upokarzające.

Wbił w niego ostro swój łokieć, wywołując u dziedzica Slytherina bolesny jęk, powstrzymywany przez zaciśnięte zęby, ale uchwyt wcale się nie rozluźnił, przeciwnie, owinął wokół przeszkadzającej mu kończyny i wywołał trzask. Trzask!

Jego ramię zostało złamane.

Tom właśnie złamał mu ramię.

Na środku Wielkiej Sali.

Na oczach całej szkoły.

Drań.

W odpowiedzi złamał Ślizgonowi stopę, a następnie, następnie widział już tylko ciemność.


Kilka minut później Tom pisał coś zaciekle w swoim notatniku, kiedy oczy Harry'ego znów się otwarły. Był całkowicie świadomy widowiska, jakim stała się ta walka, ale zauważył też, że nie mógł zmusić się, aby się tym przejmować.

Wkrótce opuści ten okres czasu, dlaczego więc miałby się przejmować opinią tych ludzi? Nie będą istnieli, więc nie będą go też pamiętali.

Młodszy chłopak wyglądał na absolutnie wściekłego.

Ale jakoś nie mógł również zmusić się, aby przejmować się i z tego powodu.

Dzięki temu umysł Harry'ego wciąż będzie na tyle przytomny, aby mógł być zły o takie rzeczy, a nie zamieni się w jakieś warzywo.

Niektórzy nauczyciele i uczniowie zaczęli się krzątać, przygotowując do walki, ale zdecydowana większość – idioci – wciąż gapiła się na niego i Harry'ego, jakby na świecie nie było nic innego równie interesującego, jakby nie stali na krawędzi wojny.

Większość ludzi była taka głupia, że robiło mu się niedobrze.

Harry spojrzał na niego ostro i spróbował usiąść, po czym zamarł, kiedy zdał sobie sprawę, że nie może.

Tom uniósł wzrok z jak największą nonszalancją, a na jego twarz wślizgnął się szyderczy uśmieszek. Nie rozumiał, dlaczego Harry wydawał się myśleć, że żartował, kiedy mu groził.

Wzrok jego przyjaciela stał się jeszcze bardziej zabójczy, gdy zaczął szarpać swoje związane nadgarstki. Z pewną obojętnością przyglądał się, jak te zaczynają krwawić pod wpływem jego ruchów. Krew oznaczała życie.

Harry opadł po chwili i zaczął się mu przyglądać.

- Oszukiwałeś.

- Oczywiście – powiedział. – Nie mogłem pozwolić sobie na przegraną, poza tym nigdy nie obiecywałem, że będę walczył uczciwie.

- Jesteś uparty.

W odpowiedzi uniósł znacząco brwi. Przyganiał kocioł garnkowi.

- Nie skończyłeś jeszcze swojego zaklęcia, prawda? – zapytał Harry. – Bo inaczej ten świat stanąłby już w płomieniach zapomnienia… Daj spokój, nie uda ci się go skończyć, zanim minie czas… Poddaj się. Puść mnie. Pozwól mi to zakończyć.

- Nie – oświadczył spokojnie. – I, właściwie, ja skończę za jakieś pięć minut, a ty wciąż nie masz jeszcze wszystkich elementów koniecznych do zrealizowania swojego planu.

- Nie potrzebujesz mojej współpracy? – spróbował Harry. Roześmiał się głośno.

- Biorąc pod uwagę jak jasno dałeś mi do zrozumienia, że nie wspierasz moich planów, naprawdę uważasz, że stworzyłbym zaklęcie, które wymagałoby twojej współpracy?

- A co z tym, co stanie się po rzuceniu zaklęcia, mogę okropnie ci wszystko utrudnić…

- Jakby to było coś nowego… I jak dokładnie chcesz to zrobić? – zripostował z roztargnieniem, wciąż bazgroląc w notatniku. Naprawdę dopinał już wszystko tylko na ostatni guzik.

I tak planował wykonać to zaklęcie tego wieczoru… och, no dobrze, w przyszłym tygodniu, po tym jak zrobi kilka testów… ale wyglądało na to, że kończył się mu czas. Muszą zniknąć w ciągu pół godziny.

Harry zacisnął szczękę i jeszcze raz zaczął walczyć z węzłami. Tom zignorował go, przypatrując się jednej ze stron.

- W takim razie w ogóle nie będę z tobą rozmawiał – stwierdził Harry. – Po prostu ucieknę. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Wtedy będzie mijało się to z celem, mam rację?

Jego oczy mimowolnie rozbłysły jaśniej, chociaż uważał, aby wciąż brzmieć nonszalancko.

- A ja z radością cię wytropię.

- Po prostu znów odejdę.

- O, to brzmi jak interakcja – odparł bez wahania, spoglądając ponownie w te żywe, szmaragdowe oczy.

Wzrok Harry'ego pociemniał, zauważając prawdziwość tych słów, spojrzenie stało się zdeterminowane, upierając się, aby grać w tę grę, która wcale nie była grą.

- Nie będziesz w stanie mnie tam ze sobą zatrzymać.

- Jestem w stanie utrzymać cię ze sobą tutaj – zauważył z nutką zadowolenia z siebie.

- Nic ode mnie nie dostaniesz.

Ach.

Otworzył usta, aby na to odpowiedzieć, po czym zamarł, pochylając głowę. Wzrok Harry'ego pociemniał… Co jeśli te słowa nie były napędzane złością? Nie wyłącznie? Co jeśli… co jeśli…

- Nie – wyszeptał, atakując jego umysł, ale szybko stwierdzając, że Harry odnalazł już umysł Voldemorta.

Opuścił pióro, atrament rozlał się po podłodze, barwiąc jego ręce i szaty, i za nic go to w cholerę nie obchodziło, bo widział tylko twarz Harry'ego, rozmazując czarny tusz po jego czerwonych ustach i białej skórze, robiąc cokolwiek, co złamałoby jego koncentrację.

Ból.

Harry nie mógł wykonać swojego planu, jeśli czułby ból… Jego dłonie automatycznie przesunęły się do blizny w kształcie błyskawicy.

Zielone oczy zakrwawiły szkarłatnie i smutny uśmiech odnalazł swoją drogę na usta Harry'ego.

- Empathio reformo.

A potem zaczął krzyczeć.


2) Harmonia

- Jak chcesz, bohaterze… A teraz zwracam się do was wszystkich… wydajcie mi Harry'ego Pottera, a nikomu innemu nie stanie się krzywda. Wydajcie mi Harry'ego Pottera, a zostawię Hogwart w spokoju. Wydajcie mi Harry'ego Pottera, a zostaniecie wynagrodzeni. Macie pół godziny.

Neville słyszał sycący głos, jak gdyby mówił prosto do jego ucha, tak pełen grozy i nienawiści, że przyprawił go o ciarki.

Magia przetoczyła się przez całe pomieszczenie, ludzie zaczęli panikować, krzyczeć ze strachu przed Czarnym Panem i jego armią. Stanowczy głos przedarł się przez przerażenie, choć nawet McGonagall nie była w stanie tego dokonać (Dumbledore znów był gdzieś indziej, zajęty przygotowaniami do wojny… i czy nie było to ironiczne, biorąc pod uwagę, że jego szkoła była teraz obiektem ataku w tej właśnie wojnie?) i spowodował natychmiastową ciszę, podkreślaną przez dźwięk huczącego w kominku ognia.

Głowa jego Domu odwróciła się do stołu Ślizgonów. Harry i Tom stali ramię w ramię, obaj całkowicie spokojni, zwłaszcza Riddle. W ich oczach tlił się dokładnie taki samym ogień determinacji i, w przypadku Ślizgona, zdecydowanie zbyt dużej radości, aby Neville'owi to nie przeszkadzało. To Harry wszystkich uciszył.

Uczniowie, a nawet personel wpatrywali się w nich – tak zjednoczonych, całkowicie ze sobą zgodnych, aury trzaskały od ich mocy.

- Panikowanie nic wam nie pomoże – powiedział cicho Riddle. – Zachowajcie spokój. Wszystko jest w porządku.

Neville nie wiedział, jakim cudem wszystko miało być niby w porządku, ale przyłapał się na tym, że rozluźnił się nieznacznie pod wpływem tego kojącego głosu.

- Mamy pół godziny, aby się przygotować – kontynuował Harry. – Mamy również pół godziny na ewakuację i wszystko, co jest potrzebne do jej przeprowadzenia.

- Nie wyjdziesz tam? – zażądał stojący obok niego McLaggen.

Zastanawiał się, skąd chłopiec znalazł w sobie tyle odwagi.

Harry zwrócił się w jego stronę, wyraz jego twarzy wydawał się całkowicie neutralny. Neville musiał przyznać, że zastanawiał się, co Potter tak naprawdę czuł.

Oczy Riddle'a nie były tak spokojne, przesunęły się po Gryfonach niczym laser, tak ciemne i intensywne, że chłopiec przełknął ślinę i opuścił wzrok, a rumieniec wstydu zabarwił całe jego policzki.

- Odważny lwiak, co? – Riddle uśmiechnął się okrutnie. – Możesz być pierwszym, który stąd wyjdzie i, odpowiadając na twoje pytanie, nie, Harry tam nie wychodzi.

W tonie Riddle'a nie było miejsca na dyskusję, był to czysty rozkaz. Harry wysłał mu krótkie spojrzenie, na wpół rozbawione, nieco upominające, a także mówiące coś, czego nie był w stanie określić.

Znajomość tego zachowania w jakiś sposób podniosła go na duchu, nawet jeśli jego serce wciąż waliło jak oszalałe.

- Nikt nie jest zmuszony, aby zostać, nigdy byśmy was o coś takiego nie prosili. Jak miałem właśnie wyjaśnić, mamy do swojej dyspozycji kilka dróg opuszczenia zamku – na przykład kominek w biurze dyrektora. Znam do niego hasło, ponadto jestem pewien, że inni profesorowie również zgodzą się na udostępnienie swoich sieci fiuu – powiedział Harry.

Wszyscy nauczyciele przytaknęli temu, chociaż sprawiali wrażenie nieco sparaliżowanych. Z pewnym zszokowaniem przyglądał się, jak ta dwójka przejmuje dowodzenie, ale, z drugiej strony, właściwie wcale go to nie dziwiło.

- Ci, którzy nie chcą walczyć mogą udać się teraz do odpowiedniej drogi ewakuacyjnej, ale proszę zachować porządek – poinstruował ich Riddle. – Nikt nie będzie miał wam za złe, jeżeli nie chcecie zostać.

Z jakiegoś powodu sposób, w jaki to powiedział, z taką prostotą i nawet uprzejmością sprawił, że Neville poczuł się zobowiązany do walki. Wiedział, że nie należy do najodważniejszych i że prawdopodobnie nawet nadawałby się bardziej do Domu Borsuków, ale coś w nich – w tej ich całkowitej pewności siebie i w ich spokoju, w uroku ich głosów i postaw - niemal rozpaliło w nim uczucie, że może zrobić wszystko.

- Skąd mamy wiedzieć, gdzie się udać? – zapytała nieśmiało mała pierwszoroczna uczennica, rumieniąc się niesamowicie. Harry uśmiechnął się do niej, dumając przez chwilę.

- Zgredku – zawołał po chwili. Neville prawie wyskoczył ze skóry, kiedy rozległ się głośny trzask. – Mógłbyś wraz z kilkoma innymi skrzatami domowymi zabrać tych, którzy chcą odejść do odpowiednich wyjść i upewnić się, że bezpiecznie się stąd wydostaną? Zamek jest atakowany.

Oczy skrzata domowego – Zgredka? – zaświeciły się, stworzenie z wyprostowanymi z dumą ramionami podciągnęło wyżej zbyt dużą dla niego skarpetkę. Niemal zamrugał na tak dziwny widok i wiedział, że wielu innych uczniów zrobiło to samo.

- Zgredek będzie zaszczycony mogąc pomóc Harry'emu Potterowi, sir. – Skrzat dygnął, uśmiechając się szeroko i zniknął, po czym wokół rozległo się więcej trzasków.

Obok niego stało teraz pięć innych skrzatów domowych, chociaż te wyglądały normalniej, tak jak przystało na te stworzenia.

- Zgredek prosi, aby poszli za nim ci, którzy chcą odejść – zawołał skrzat domowy, podskakując zwinnie w stronę drzwi, uderzając w patelnie łyżką niczym w dzwon.

- Dziękuję, Zgredku, doceniam to – zawołał za nim Harry.

Następnie Ślizgoński Duet rozdzielił się, wydając rozkazy.

Niektórzy odeszli.

Większość pozostała.


Cho patrzyła na to wszystko, absolutnie zdumiona tym, czego była świadkiem.

Pamiętała jak po raz pierwszy spotkała Harry'ego Pottera, był speszonym, lekko zakłopotanym i nieporadnym nastolatkiem, który miał przystojny uśmiech i bardzo wyraźnie ją lubił, co było zarówno słodkie, jak i pochlebiające.

Nigdy nie myślała, że w ciągu roku tak bardzo dorośnie… chociaż dla niego był to więcej niż rok, prawda?

Zyskał nową pewność siebie, doskonale współpracując z Riddle'em. Wydawało się, że nie muszą nawet nic do siebie mówić, chociaż raz na jakiś czas zwracali się do siebie i wymieniali kilka słów, spojrzeń, sugestii i planów.

Czasem też dotyków, jeśli akurat się spotykali. Klapnięcie w ramię, otarcie się o siebie rąk, szarpnięcie za nadgarstek, gdy któryś z nich potrzebował posiadaną przez drugiego wiedzę w pewnym zakresie magii.

I jakimś cudem było to bardziej intymne i znaczące niż jakikolwiek pocałunek czy uścisk, i przyłapała się na tym, że zazdrości im naturalności ich interakcji i sposobu, w jaki wydają się rozświetlać.

Słyszała, jak Harry poprosił bliźniaków Weasley, aby przygotowali swoje wynalazki i użyli ich przeciwko wrogom – co po raz kolejny przypomniało jej o różnicy pomiędzy tym niewinnym chłopcem, który kiedyś się w niej podkochiwał, a tym mężczyzną, który kręcił się teraz po Wielkiej Sali.

Stary Harry Potter nigdy nie zasugerowałby rzucenia we wrogów fajerwerkami w celach wybuchowych, doskonale wiedząc, że mogą wywołać śmiertelne w skutkach obrażenia.

Tom Riddle chodził tu i z powrotem, wszystkiemu uważnie się przyglądając, dzieląc ludzi na grupy o zupełnie różnych zadaniach – plany i instrukcje wypadały z jego ust z prędkością światła, choć pozostawały zwięzłe i proste do zrozumienia.

Podziwiała, jak po spędzeniu z kimś zaledwie kilku sekund wydawał się pojmować wszystkie możliwości, jakie ten ktoś mu dostarczał.

Zdawało się, że tworzy bardzo skomplikowany atak, czyniąc różnych ludzi odpowiedzialnymi za kontrolowanie wielu mniejszych frakcji.

Harry zebrał kilka drużyn quidditcha i rozkazał im chwycić za miotły, latać nad głowami i zrzucać na wroga wszelkiego rodzaju eliksiry – lotne substancje podobne do fajerwerków – i jakiekolwiek inne pociski.

Riddle przywołał do życia każdego węża w zamku i szybkimi zaklęciami, których w większości nie rozpoznawała, obronił je przed wężomową Czarnego Pana.

Nawet nauczyciele trzymali się blisko Duetu, oferując sugestie, przyjmując rozkazy, oddając władze dwóm nastolatkom.

Czuła, że szczęka opada jej w zdumieniu.

McGonagall nadała życie wielu różnym innym rzeczom w zamku, takim jak posągi, ogólnie wzmocniła też bariery, podobnie jak wszyscy nauczyciele.

Sprout przy pomocy Neville'a Longbottoma i innych uczniów zebrała swoje najbardziej niebezpieczne rośliny, którymi później zamierzali zaatakować przeciwnika.

Trelawney przyniosła ze sobą kryształowe kule, które dała drużynie quidditcha jako pociski, a także zdecydowanie zbyt wiele butelek sherry, które można było rozbić niczego niespodziewającemu się przeciwnikowi na głowie. Cho nigdy nie rozumiała, dlaczego Parvati tak bardzo podziwiała tę kobietę, sama Rowena wiedziała, jej siostra była mądrzejsza.

Był to niesamowity widok.

Wkrótce Harry i Tom mieli wokół siebie tłumy, ludzie oczekiwali na rozkazy, zaczęli podejmować coraz większą inicjatywę, rozkwitając w utalentowanych rękach Ślizgońskiego Duetu.

Mimowolnie zaczęła zastanawiać się, czym się staną.

Wtedy Riddle (nieco chłodno, nie lubił jej od czasu, gdy z taką determinacją rywalizowała o względy Harry'ego) przydzielił jej własne zadanie.


Zevi nie mógł nic na to poradzić, ale obserwując tę dwójkę czuł dumę i podekscytowanie, ciekawość, jak to się skończy i dozgonną lojalność ogarniającą gwałtownie i bez wahania całe jego ciało.

Wcześniej tylko marzył, by zobaczyć jak współpracują ze sobą w taki sposób, tak wspaniale, bez żadnego problemu. Wydawało się, że komunikują się ze sobą przy pomocy zaledwie kilku krótkich słów, nadając całkowicie na tych samych falach, dzieląc się przez całą salę pomysłami, poprawiając i uzupełniając się nawzajem, nawet o tym nie myśląc.

Mimowolnie dostrzegł też, podobnie jak bez wątpienia pełno innych ludzi, że obu z nich w pewien sposób sprawiało to przyjemność.

Harry z pewnością by temu zaprzeczył, nie miał też wątpliwości, że Harry nie lubił sytuacji, w których komuś innemu mogła stać się krzywda. Ale rozkwitał w obliczu niebezpieczeństwa, tańca, jaki tworzył z Riddle'em.

Czy mu się to podobało i czy się do tego przyznawał, czy też nie, Harry był w swoim żywiole. Tak jak Tom.

Odłożył na bok kolejny z wielu eliksirów, które stworzył, ale nie był wstanie czuć zmęczenia, absolutnie naładowany dreszczykiem emocji i energią, którymi napromieniowywała ta dwójka każdego, kto się z nimi zetknął.

Słyszał urywki inspirujących mów i uwag. Następnie, po kilku minutach, pół godziny zaczynało dobiegać końca i zobaczył, że Harry i Tom ponownie zbliżyli się do siebie, tym razem z większą stanowczością.

Tom chwycił Harry'ego za nadgarstek, przyciągając go bliżej, chociaż wcześniej tylko mijali się w pośpiechu (i, co było dla niego najbardziej niezwykłe, to zaufanie, jakie sobie okazali, kiedy żaden z nich nie próbował przejąć pełnej kontroli, kiedy połączyli się w jedno we wspólnym celu, zsynchronizowani, sprawdzając się tylko co jakiś czas, bez żadnego wątpienia dopełniając się nawzajem).

Podejrzewał, że każdy z nich wciąż miał swoje własne gierki i plany, które zachowywał przed drugim w tajemnicy, ale to nie wpływało na ich współpracę. Choć raz ich agendy były ze sobą zgodne.

Zauważył, że rzucili wokół siebie urok odwracający od nich uwagę i nieco wyciszający ich słowa. Ludzie wciąż mogli ich zobaczyć, ale w tej chwili nie przykładali do nich większej wagi.

- Nie jesteśmy w stanie wiecznie go odpierać – powiedział cicho Tom. Wzrok Harry'ego przesunął się po pomieszczeniu, co było jedyną oznaką w jego opanowanej sylwetce, że jest zaniepokojony.

- Wiem. Masz plan?

- A ty? – odparł Tom, przyglądając mu się. – Jeśli uwzględnia horkruksy, połączenie i posłanie w diabli uczniów, natychmiast wyciągam cię stąd najbliższymi drzwiami.

Harry uśmiechnął się lekko pod nosem na jego słowa, jego oczy zabłysły, chociaż również z pewnym smutkiem.

- Harry – niemal warknął Tom, wzmacniając swój uścisk.

Harry pokręcił po chwili głową.

- To nie tak… Ja… Salazarze… Powiedzmy tylko, że będę grał na zwłokę tak długo, aż nie przybędzie tutaj jakaś większa armia. Ty też nie wykonasz swojego planu, nie dzisiaj. – Jego słowa były stanowcze.

- Zgodziliśmy się, czyż nie? – odparł Tom. – I tak, myślę, że mogę mieć rozwiązanie.

Harry spojrzał na niego, czekając aż młody Czarny Pan uporządkuje swoje myśli.

I wtedy przenieśli się na wężomowę.

Cholera. Zawsze omijały go najlepsze kawałki!


Nieco później Luna obserwowała ze smutnym roztargnieniem, jak Harry i Tom prowadzą atak, kręcąc się wokół swoich przeciwników z taką elegancją, że gdyby nie mrukorozgariaszki unoszące się w powietrzu wokół nich, pomyślałaby, że to wszystko to tylko choreografia.

To było bardzo ładne.

Większość ludzi zajmowała się wyłącznie swoimi walkami, ale ją zawsze interesowała tworząca się właśnie historia. I zawsze intrygowała ją ta dwójka.

Tak bardzo siebie potrzebowali.

Zapierało jej dech w piersiach równie mocno, gdy przyglądała się, jak ze sobą współpracują, jak również, gdy patrzyła na nich podczas walki. Uśmiechnęła się, chcąc to zobaczyć, kierując różdżkę w stronę atakującej ją śmierciożerczyni, aby zamienić ją w motyla.

Kobieta będzie teraz pewnie szczęśliwsza. Wolna. Fruwająca.

Zmarszczyła brwi, gdy zabłąkane zaklęcie nagle rozerwało motyla na kawałki, po czym zdecydowała, że taka jest najwyraźniej po prostu naturalna kolej rzeczy.

Harry pchnął Toma z drogi nadlatującego zaklęcia, Tom uchronił Harry'ego pod tarczą, Harry zniszczył śmierciożercę zamierzającego zaatakować Riddle'a, Riddle szarpnął Harry'ego z drogi klątwy, przez kilka sekund niemal miażdżąc go przyciskaniem go do piersi, po czym znów go odepchnął, choć ich ręce pozostały złączone, niczym biczem, i Harry zadał dość niesamowite uderzenie, eliminując zbliżające się zagrożenie.

I znów zaczęli wokół siebie tańczyć.

To było niesamowite.

Wtedy stanął przed nimi Voldemort.


Harry przyglądał się Voldemortowi z większym spokojem niż w rzeczywistości czuł. Wydawało mu się, jak gdyby cały świat zwęził się nagle tylko do nich trzech.

I w istocie, żaden śmierciożerca nie ośmielił się spróbować do nich podejść i pokonać ich w poszukiwaniu chwały.

Wymienił spojrzenie z Tomem, szybko, potwierdzająco.

Jego przyjaciel skinął głową.

Przyjęli postawę do pojedynków.

Nadszedł czas, aby rozerwać Los, tę sukę, na strzępy.


Tom był przeraźliwie świadomy wszystkiego, co go otaczało, a już szczególnie chłopca – nie, dzisiejszej nocy już nie za bardzo chłopca – mężczyzny stojącego obok niego.

Harry'ego Pottera Evansa.

Kiedy ten po raz pierwszy wylądował na nim w czasie zajęć z eliksirów pięćdziesiąt lat temu, nigdy nie wyobrażał sobie, że taki będzie tego wynik.

Spodziewał się nowego projektu, nawet cennego zwierzaka lub zabawki, coś ździebka stanowiącego wyzwanie.

I gdzieś po drodze pod pewnymi względami uległo to zmianie.

Harry wciąż był jego projektem, wciąż był wyzwaniem, tak zajmującym, jak gdyby spotkali się dopiero wczoraj. Z pewnością był też wystarczająco zabawny, aby stać się zabawką, a pogrywali w tak wiele gierek, że ta nazwa byłaby uzasadniona.

Ale był czymś znacznie więcej.

Przyjacielem.

Rodziną.

Bratnią duszą.

Wrogiem.

Rywalem.

Partnerem.

Wymienili spojrzenia, po czym stanęli w pojedynkowej postawie, jadowicie napotykając szkarłatny wzrok jego przyszłego ducha.

Niech tylko Voldemort spróbuje zabrać od niego Harry'ego. Człowiek o wężowej twarzy był już chodzącym trupem.

Każdego dnia i nigdy.

Świat nie będzie wiedział, co w niego uderzyło.

Tak samo jak Voldemort.

Walczyli.


* persona – nazwany przez Junga sposób adaptacji człowieka do modelu kulturowego; maska nakładana przez człowieka w społeczeństwie, postawa przybierana na podstawie tego, czego się od niego oczekuje.