ROZDZIAŁ 39: Zapomnijmy o przeszłości
Piękny dwór należący do Parkinsonów wydawał się tego dnia jeszcze bielszy, a jego szmaragdowe elementy jeszcze bardziej wyeksponowane. Słońce grzało jakby mocniej, wiatr był lżejszy niż w poprzednich dniach. Nawet ptaki piękniej śpiewały. Przynajmniej takie było zdanie panny młodej.
- Nie kręć się – zaśmiała się Tracey, upinając Pansy włosy.
Dziewczyna przyjechała do Wielkiej Brytanii ze względu na ślub przyjaciółki. Nie cieszyła się jednak na spotkanie z Blaisem. Nie chciała go spotykać po tym jak bardzo go zraniła. Szybko odpędziła od siebie czarne myśli i zabrała się za wpinanie welonu i ozdobnej tiary w idealnie ułożone włosy panny młodej.
- Wiesz, że wyglądasz pięknie?
Pansy spojrzała na przyjaciółkę i uśmiechnęła się ciepło. Po raz kolejny przejrzała się w lustrze i przejechała ręką po idealnie dopasowanym do ciała materiale. Delikatne marszczenia i ogon sprawiały, że sukienka była niepowtarzalna. Odwróciła się do Tracey i zeszła z podestu, na którym stała ułatwiając pracę skrzatów, a następnie przyjaciółki. Położyła jej rękę na ramieniu i spojrzała w oczy. Tracey była zmartwiona, bardzo zmartwiona. I obie znały powód tego zmartwienia.
- Kiedy mu powiesz? – zapytała.
- Sam się domyśli – odpowiedziała Tracey, ocierając łzę, która nie powinna spłynąć po jej policzku.
Poprzedniego dnia Draco był w wyjątkowo dobrym humorze. Obudził się w pięknym domu obok pięknej narzeczonej pięknego dnia i o pięknej godzinie. Wstał cicho i na palcach zszedł do kuchni. Zrobił śniadanie i nałożył je na tacę. Wszedł bezszelestnie do pokoju i położył jedzenie na etażerce, tuż obok łóżka. Nachylił się nad Hermioną i pocałował ją w czoło.
- Kochanie…
Dziewczyna zaczęła się powoli wybudzać. Otworzyła oczy i z uśmiechem spojrzała na chłopaka, który siedział na skraju łóżka.
- Zrobiłeś mi śniadanie – zauważyła – Dziękuję, to miłe z twojej strony.
- Jak mi na czymś zależy to potrafię być miły – powiedział żartobliwie.
Hermiona podniosła się i złapała go za dłonie. Wtuliła się w jego ciało i zaczęła głaskać go delikatnie od palców aż po łokcie. Jednak coś jej w tej scenie nie pasowało.
- Dlaczego wciąż nosisz takie bluzki, koszule? – zapytała, odsuwając się od Draco.
Spojrzał na nią zdziwiony.
- A mam chodzić z czymś takim na ręce? – żachnął się i uniósł lewy rękaw.
Wyblakły, lecz wciąż widoczny, Mroczny Znak sprawił, że z jego twarzy zniknął uśmiech. Hermiona zmarszczyła brwi. Dopiero po kilku chwilach doznała olśnienia.
- Ty… Ty do tej pory nie otworzyłeś mojego prezentu!
Draco spojrzał na nią zaskoczony. Jednak po krótkim zastanowieniu musiał przyznać jej rację. Wytłumaczył, że to widocznie przez emocje związane z zaręczynami. Kiedy chciał ją pocałować odsunęła go ze śmiechem i powiedziała:
- Nie próbuj się mi podlizywać tylko powiedz, gdzie wpakowałeś to pudełko, kretynie.
Poświęcili pół godziny na poszukiwanie zapomnianego prezentu. W końcu odnalazł się w pudłach, do których wrzucili rzeczy, które mieli w swoich hogwarckich kufrach. Wciąż był zapakowany w śliczny zielony papier prezentowy. Jedynie czerwona kokarda z błyszczącej wstążki nieco się pogniotła.
- Czyli mam otworzyć? – zapytał.
- Nie. Postaw to sobie na biurku i podpisz „Nigdy nieotwarty prezent". Świetny pomysł – powiedziała ironicznie Hermiona.
Parsknął krótkim śmiechem. Zdarł powierzchnię papieru. W środku było pudełeczko. Otworzył jego wieczko i wyjął ze środka, zapakowaną w papierowe wiórki, fiolkę z niebieską substancją. Była ciekła i nie wyglądała na typową miksturę. Przypominała zabarwioną wodę.
- Co to jest? – spytał, czując wzrastającą w nim ciekawość.
Hermiona uśmiechnęła się tylko delikatnie. Złapała Draco za rękę i poprowadziła go z powrotem do sypialni. Usiedli na łóżku. Podwinęła jego lewy rękaw.
- Chciałbyś zapomnieć o przeszłości, prawda?
Spojrzał na nią zaciekawiony i kiwnął głową. Bez słowa odkręciła buteleczkę i wypełniła zakraplacz, przymocowany do zakrętki, całą jej zawartością. Niebieskiej cieczy było mniej niż można było się tego spodziewać. Gdyby przelać ją na łyżkę stołową, eliksir zająłby jedynie połowę jej powierzchni.
- Jesteś tego pewien?
Domyślał się co za chwilę się zdarzy i nie miał żadnych wątpliwości co do tego co robi. Kiwnął głową ponownie, tym razem śmielej. Pierwsze krople niebieskiego eliksiru skapnęły na tatuaż bezlitośnie przypominający o przeszłości. Pod jego wpływem, okropna czaszka z wielkim wężem wychodzącym z jej ust straciła oczodoły. Następne krople rozpuściły całą czaszkę, a na końcu ogromnego gada. Skóra na lewym przedramieniu Draco nie różniła się już niczym od skóry na reszcie jego ciała.
Zapadło milczenie. Po chwili Hermiona zakręciła buteleczkę i odstawiła ją na etażerkę. Draco nie wiedział co powiedzieć. Zakrył jedną z dłoni usta i trwał tak przez dłuższą chwilę. W końcu wstał i skierował się w stronę schodów. Przy wyjściu z pokoju przystanął na chwilę i odwrócił głowę w stronę swojej narzeczonej.
- No i przeze mnie wystygły ci naleśniki – powiedział cicho i wyszedł.
Hermiona uśmiechnęła się do siebie. Kiedy powiedział to banalne i głupie zdanie, w jego oczach zaświeciły się łzy wzruszenia. W tamtym momencie była całkowicie pewna, że nigdy nie zrobiła i już nie zrobi mu piękniejszego prezentu. Pokazała jak naprawdę go kocha.
- Teraz to chyba sobie żartujesz – zaśmiała się Hermiona, kiedy wyszła z domu.
Na podjeździe stał samochód. Nie byle jaki samochód. Czerwony kabriolet Porsche 911. Podeszła do pojazdu i delikatnie pogładziła pachnącą nowością kierownicę.
- Ty w ogóle potrafisz tym jeździć?
- Powiedzmy, że wprowadziłem kilka magicznych poprawek – zaśmiał się.
Dziewczyna wywróciła oczami i wsiadła do samochodu. Chwilę później zrobił to Draco. Chłopak położył ręce na kierownicy i zastukał w nią palcami.
- Raz kozie śmierć – powiedział.
Spojrzała na niego przerażona.
- Mam nadzieję, że nie mówisz tego na serio.
Draco zaśmiał się tylko. Włożył swoje przeciwsłoneczne okulary i ruszył z piskiem opon. Nowiuteńki kabriolet wyjechał z Doliny Godryka w mniej niż trzydzieści sekund. Po tym czasie, chłopak nacisnął jakiś guzik przy kierownicy. Samochód zabłyszczał i… Właściwie nic więcej się nie stało.
- Mogę się dowiedzieć co właśnie zrobiłeś?
- Zastosowałem starą technologię pana Weasley'a zwaną generator niewidzialności, czy jakoś tak. W sumie to całe te ulepszenia to jego robota.
- Kiedy kupiłeś ten samochód?
- Dwa tygodnie temu. Nie powiem, żeby Weasley'owie spodziewali się mojej wizyty, ale ciepło mnie przyjęli. Akurat trafiłem na wizytę Ginny i Blaise'a, więc podwójnie mi się upiekło.
- Widziałeś się z Ronem albo z Julie? – zapytała zaciekawiona.
- Jeszcze zwiedzali świat – powiedział spokojnie i odwrócił się w kierunku Hermiony – W sumie to jestem ciekawy co zdążyli zobaczyć przed tyle czasu…
- DRACO, PATRZ NA DROGĘ! – wrzasnęła dziewczyna.
- Dobrze, dobrze – westchnął leniwie, a potem wrzasnął dokładnie tak jak Hermiona – O CHOLERA JASNA!
W ostatniej chwili udało mu się ominąć wielką ciężarówkę. Zjechał na właściwy pas i wbił się w fotel.
- Może jednak nie będziesz prowadził? – zapytała dziewczyna z przerażeniem.
- Chyba jednak dam radę – odpowiedział, kurczowo trzymając kierownicę.
- Jesteś pewien?
- Powiedziałem „chyba"!
Czerwony samochód podjechał pod same schody prowadzące do wejścia do dworku z piskiem opon, który wypełnił całe podwórze. Zanim Hermiona i Draco zdążyli opuścić pojazd, obok nich pojawiła się Pansy ubrana w najzwyklejsze jeansowe spodnie i prosty t-shirt. Nikt nie spodziewałby się po niej, że jutro wychodzi za mąż, gdyby nie w połowie upięte włosy i czerwona szminka na połowie twarzy.
- Pan, nie musiałaś się tak spieszyć, żeby nas przywitać – zaśmiał się Draco i wziął przyjaciółkę w objęcia.
Podniósł ją kilka centymetrów nad ziemię i okręcił w powietrzu. Pansy zaczęła się śmiać, a następnie podeszła do Hermiony i również ją uściskała. Miona uśmiechnęła się i wskazała na policzek koleżanki.
- A ty kreujesz jakiś nowy trend w modzie? – zapytała.
- Nie rozumiem.
- Nie ważne. Zrozumiesz jak zobaczysz się w lustrze – powiedziała powstrzymując chichot.
Weszły do dworku, uprzednio śmiejąc się z Draco, który ostentacyjnie zamknął kluczykiem swój nowy nabytek z dziedziny motoryzacji. Dwójka nowoprzybyłych przywitała się z rodzinami przyszłej panny i pana młodych. W całym domu trwały przygotowania. Pani Nott wraz z panią Parkinson ostatecznie zatwierdzały zastawy i kwiaty, które miały pojawić się na uroczystości ślubnej. Pan Parkinson zajmował się próbowaniem sosów do potraw weselnych, a pan Nott objaśniał jednemu ze skrzatów, gdzie dokładnie ma mieścić się ołtarz ślubny.
- Gdzie Nott? – zapytał Draco.
- Na górze. Próbuję się odstresować. Oboje jesteśmy podekscytowani, ale znerwicowani jak cholera – powiedziała Pansy.
Weszli na górę, gdzie pani domu pokazała im ich pokój, w którym mieli przenocować.
- Cieszę się, że przyjechaliście dzień wcześniej. Hermiono, jak tylko odpoczniesz po podróży, przyjdź do mnie do pokoju.
- Prowadź – powiedziała dziewczyna z uśmiechem, nie czując ani grama zmęczenia.
Pansy pociągnęła ją za rękę i poprowadziła ją przez długi korytarz. Weszły do pokoju, który na co dzień służył jako prywatny salon dziewczyny. Tego specjalnego dnia był raczej garderobą. Wypełniony był sukienkami dla druhen, różnego rodzaju biżuterią i kilkudziesięcioma bukietami zaczarowanych kwiatów. Tysiące zapachów perfum uderzyły w nozdrza Hermiony powodując, że zrobiło jej się nieco słabo. Jej koleżanka zauważyła to i powiedziała:
- Masz rację, wypadałoby otworzyć okno.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Świeże, sierpniowe powietrze wypełniło całe pomieszczenie. Pansy zaprowadziła ją do toaletki, gdzie poleciła jej usiąść. Sama przyciągnęła sobie drugie krzesło. Dopiero wtedy zobaczyła swoje odbicie w lustrze. Dziewczyna zaczęła się śmiać w niebogłosy.
- Nie mogliście mi tego powiedzieć wcześniej? – zapytała z udawanym oburzeniem, zmywając szminkę z twarzy.
- Tak było zabawniej – powiedziała spokojnie Hermiona, patrząc jak Pansy szoruje policzek – W czym mam ci pomóc?
Dziewczyna wyjęła katalog fryzur ślubnych i pokazała jej kilka wariantów. Umówiły się, że wypróbują każdy z nich. Kiedy Hermiona plotła Pansy warkocz z jej pięknych gęstych włosów, drzwi otworzyły się nagle, a obie dziewczyny spojrzały w ich kierunku.
- Nie jest dobrze, Pansy! Pod wejściem stoi jakiś czerwony samochód! A co jeśli to Bla…
Tracey urwała, kiedy zobaczyła, że w pokoju jest o jedną osobę za dużo. Hermiona zamarła widząc Davis ponownie. Była pewna, że już nigdy się nie zobaczą. Lecz jej przerażenie nie brało się z samego faktu, że ją widzi, lecz w jakim stanie ją widzi. Tracey zakryła twarz dłońmi i zaczęła głośno szlochać.
- Błagam, nie mów nikomu! – powiedziała przez łzy.
- Hej, Tracey… Nie martw się – powiedziała Pansy, ocierając łzy przyjaciółki – Wszystko będzie dobrze. Dziękuję, że jednak zdecydowałaś się tu pojawić. Wiem ile to cię kosztowało.
Davis spojrzała na pannę młodą i uśmiechnęła się przez łzy. Otarła słone krople chusteczką i ponownie wróciła do asystowania Pansy. Ostatni raz poprawiła jej suknię i zarzuciła welon na twarz.
- Pansy, już czas – usłyszały od Hermiony, która wychyliła swoją głowę przez drzwi i szybko wróciła do gości weselnych.
Przyjaciółki przytuliły się, a następnie wyszły z salonu i zeszły po schodach. Przez wyjście na taras było widać już tłum gości i piękny, przyozdobiony białymi różami ołtarz. Pierwsza wyszła Tracey. Pansy przygładziła sukienkę i wzięła głęboki wdech. Przeszła przez drzwi z świadomością, że po raz ostatni przekracza próg swojego domu jako panna Parkinson.
Zeszła marmurowymi schodkami na szmaragdowy dywan ciągnący się przez całą długość ław, na których siedzieli goście. U jego końca widziała Teodora, który jeszcze nie mógł jej dostrzec. Pansy złapała swojego ojca pod rękę i odebrała od Tracey bukiet białych róż. Przeszli przez szklarnię wypełnioną kwiatami. Przechodząc jej próg, zaczęła kroczyć swoją ostatnią drogą panieństwa.
Kiedy puściła ojcowskie ramię i dotknęła jego dłoni, była pewna. Była całkowicie pewna, że Teodor jest dla niej odpowiednią osobą. Spojrzała w jego ciemne oczy, a on uśmiechnął się tylko.
- Kocham cię – powiedziała bezgłośnie.
- Kocham cię – zawtórował jej.
- Kiedy jedno życie się kończy, drugie zaczyna. Jest tak zawsze, gdy wyjeżdżamy, odchodzimy, znikamy bez śladu – mówił Blaise patrząc na Pansy i jej męża – Jednak dzieje się tak również w wypadku, gdy wychodzimy za mąż. Kończymy życie, by zacząć je od początku, z ukochaną osobą. Dlatego chciałbym wznieść toast za jedną z piękniejszych par jakie widziałem w całym swoim życiu. Za państwa Nott!
- Za państwa Nott! – zawtórowali mu goście.
Chłopak zszedł ze sceny i usiadł na miejscu obok Ginny. Weasley'ówna złapała go za rękę i zaczęła delikatnie gładzić. Spojrzał na nią z czułością i pocałował ją w policzek. Nie mógł jednak opędzić się od wrażenia, że jest obserwowany. Nie wiedział przez kogo, ale miał zamiar się tego dowiedzieć.
- Orientujesz się, gdzie siedzi Harry? – zapytał Ginny, niemal nie poruszając ustami.
Dziewczyna wskazała dyskretnie Pottera, który siedział dwa stoliki dalej od nich. Jednak to nie on ich obserwował, Wybraniec wykazywał wyraźne zainteresowanie mowami zebranych. Blaise odetchnął z ulgą. Przynajmniej to zapewniało mu brak jakichkolwiek kłótni dzisiejszego dnia. Jednak wrażenie zostawało i z każdą chwilą stawało się coraz bardziej uciążliwe.
Mowy przeminęły. Ginny i Blaise podeszli do Draco i Hermiony, którzy po raz kolejny gratulowali parze młodej. Pansy wyglądała przepięknie w białej sukni z welonem. Liczył, że kiedyś Ginny i on będą na miejscu nowożeńców.
- Ile emocji – powiedziała Hermiona ocierając łzy wzruszenia – Nie mogę uwierzyć, że już nie będę mogła mówić do niej zgryźliwie Parkinson.
Ginny zachichotała. Chwilę później zainteresowała się sukienką, którą miała na sobie Hermiona.
- Wyglądasz w niej znakomicie. Baskinka ładnie na tobie leży – powiedziała – I jeszcze ta piękna bransoletka. Draco robi ci takie wspaniałe prezenty. Jestem ciekawa, kiedy Blaise podaruje mi jakiś.
Wszyscy rozmawiali luźno. O weselu, o tym jak mijały im wakacje. Hermiona wypatrzyła w tłumie Neville'a z Luną i Rona z Julie. Mimo protestów Draco, pociągnęła go w ich stronę, żegnając się tymczasowo z Zabinim i przyjaciółką.
- Za chwilę będzie pierwszy taniec – powiedziała Ginny przytulając się do ramienia swojego chłopaka – Dołączymy się, prawda?
Zanim jednak odpowiedział na to pytanie, stało się coś czego nie przewidział.
- Blaise?
Odwrócił się, a to co zobaczył, odjęło mu mowę. Stała przed nim Tracey ubrana w przepiękną błękitną sukienkę. Co ważniejsze, była w zaawansowanej ciąży. Jeden z niesfornych kosmyków wyplątał się z jej długiego warkocza. Szybko założyła go za ucho.
- Wróciłaś... – powiedział cicho.
Ginny poczuła się nieswojo. Blaise poświęcał całą uwagę Tracey, tak jakby Ruda nie stała tuż koło niego, trzymając go za rękę. Poczuła jakby… On nadal ją kochał.
- Zostawię was – powiedziała łamiącym się głosem i odeszła, czując napływające do jej oczu, ciężkie łzy.
Tracey nie miała pojęcia o tym, że Blaise się z kimś związał. O nowym związku Diabła wiedziały tylko osoby bezpośrednio w to zamieszane oraz Hermiona. Dziewczyna spojrzała nieśmiało na byłego chłopaka, a następnie położyła rękę na brzuchu.
- Od kiedy jesteś w ciąży? – zapytał lekko smutnym głosem.
Tracey nabrała powietrza w płuca, próbując się jakoś uspokoić. Bała się powiedzieć całą prawdę, lecz wiedziała, że tylko to pozwoli jej normalnie żyć.
- Od grudnia. Blaise, nie usuwałam ciąży. Nie mam tam nikogo. Ja…
Chłopak nie rozumiał co się działo. Nie rozumiał ani zachowania Davis, ani jej słów. Czuł jakby dzieliła ich jakaś bariera, albo ona mówiła w innym języku.
- To twoje dziecko, Blaise – powiedziała w końcu.
Zabini zakrył ręką usta, próbując uporządkować myśli.
- Dlaczego wyjechałaś? Dlaczego to przede mną ukryłaś! – wybuchnął, ściągając na siebie spojrzenia niektórych gości.
- Ja nie… Nie wiedziałam czy… Czy będziesz mnie chciał, czy… – urwała.
- Więc dlaczego wróciłaś?
- Nie chciałam tak żyć. W kłamstwie. Liczyłam, że się pogodzimy i…
- I co? – przerwał jej ostro – Wrócimy do siebie?
Kiwnęła głową i zaczęła cichutko szlochać. Blaise nie wiedział co ma zrobić. Z jednej strony wciąż kochał Tracey i chciał do niej wrócić, po tym czego się dowiedział. Z drugiej zaś strony, teraz miał Ginny. Nie mógł jej tak zostawić.
Kiedy bił się z myślami, Ginny stała przy jednym z bufetów trzymając kieliszek czerwonego wina. Co chwilę przywoływała skrzata, by dolewał jej trunku. Scenka z płaczącą Davis wzbudzała w niej obrzydzenie. Jakby chciała usilnie brać go na litość. Wracała z Ameryki, pewnie opowiadając, że to dziecko jednak należy do Zabiniego, a jej chłopak, kiedy się o tym dowiedział, wyrzucił ją. Wróciła i, o ironio, Blaise poukładał sobie życie. Nie chciała jej tu widzieć. Jej, ani jej dziecka, które z pewnością niedługo przyjdzie na świat. To skomplikowałoby wszystko. Po raz kolejny skinęła na skrzata i zaczęła opróżniać kieliszek.
- Ginny, wesele się jeszcze nie zaczęło, a ty już chcesz się upić?
Odwróciła głowę. Obok niej stał Harry. Najzwyczajniej w świecie podszedł do niej i zaczął rozmowę. Jego wzrok był jednak wlepiony w parę Blaise-Tracey.
- Czułem, że do siebie wrócą, wiesz? – powiedział, nie odrywając wzroku z niezbyt idyllicznego obrazka, malującego się przed ich oczami.
- Oni do siebie nie wrócili! – warknęła Ginny i odwróciła się do Harry'ego.
Chłopak zrobił to samo.
- Naprawdę myślisz, że zostawi ją samą z JEGO dzieckiem?
- On mnie kocha, Harry.
- Ja też cię kocham – powiedział i ponownie spojrzał w stronę Davis i Zabiniego.
Ginny również odwróciła głowę w ich stronę, a to co zobaczyła sprawiło, że omal nie upadła na kolana. Blaise obejmował Tracey i całował ją. Nie mogła w to uwierzyć. Upuściła kieliszek z winem na ziemię. Roztrzaskał się. Nie zważając na nic, puściła się pędem przed siebie. Łzy leciały jej po policzkach. Wpadła na całującą się parę. Blaise momentalnie puścił Tracey i pobiegł za dziewczyną.
- Ginny, zaczekaj! – krzyknął i złapał ją za rękę – To nie tak!
- Puszczaj!
Wyrwała się i pobiegła w stronę szklarni. Blaise odpuścił. Zatrzymał się w miejscu i patrzył jak Ruda ucieka. Schowała się za krzakami róż i szlochała.
Rozległy się pierwsze dźwięki fortepianu. Pansy i Teodor wyszli na środek parkietu. Towarzyszyły im wiwaty gości. Kiedy wokalista zaczął śpiewać, oni rozpoczęli swój pierwszy taniec.
Say something, I'm giving up on you
I'll be the one, if you want me to
Anywhere, I would've followed you
Say something, I'm giving up on you
Piękny walc wiedeński pochłonął ich ciała. W końcu, do młodej pary dołączyli się goście. Jako pierwsi, odważyli się wyjść Draco i Hermiona. Następnie wyszli rodzice obu państwa młodych. W końcu wszyscy goście tańczyli do pięknej melodii.
And I am feeling so small
It was over my head
I know nothing at all
And I will stumble and fall
I'm still learning to love
Just starting to crawl
Harry i Tracey stali pod ścianą. Oboje nie mieli zamiaru tańczyć. Harry był prędzej zdolny do morderstwa na Zabinim, a Tracey z kolei chciała go przeprosić, że zaistniała sytuacja popsuła mu relacje z obecną dziewczyną.
Say something, I'm giving up on you
I'm sorry that I couldn't get to you
Anywhere, I would've followed you
Say something, I'm giving up on you
And I will swallow my pride
You're the one that I love
And I'm saying goodbye
Ginny zerwała główkę jednego z kwiatów róży. Pokłuła przy tym mocno palce, z których zaczęła cieknąć krew. Wyssała jej znaczną część i wróciła do kwiatu. Zaczęła rwać jego płatki w myślach powtarzając jak mała dziewczynka „kocha, nie kocha". Wiedziała, że głupia róża nie pomoże jej w odgadnięciu uczuć ukochanego, ale tylko to jej zostało. Przetarła oczy, rozmazując sobie misternie przygotowywany makijaż.
- Ginny? – usłyszała głos, zrywając przedostatni z płatków.
- Nie kocha – wyszeptała upuszczając go na ziemię.
- Ginny, wiem, że tu jesteś.
Blaise znalazł ją zapłakaną przy jednej z doniczek. Patrzyła na niego brązowymi oczami pełnymi bólu i smutku. Wyglądała żałośnie.
- Jesteś tu – stwierdziła – Po co?
- To nie było tak jak myślisz.
Ginny kiwnęła głową teatralnie.
- Coś masz tam jeszcze na ręce zapisane czy nauczyłeś się na pamięć? – zironizowała.
- Ona mnie o to poprosiła. Ostatni raz.
Ruda milczała.
- Zapomnijmy o przeszłości – poprosił ją.
Wstała. Nie wytrzymując tego napięcia, po prostu rzuciła mu się na szyję.
Say something, I'm giving up on you
And I'm sorry that I couldn't get to you
And anywhere, I would've followed you
Say something, I'm giving up on you
Say something, I'm giving up on you
Say something
- Dobrze – odpowiedziała.
Tym razem róża się nie myliła. Jej ostatni płatek wyraźnie mówił „kocha".
