Bobby wyjmował właśnie piwo z lodówki, gdy usłyszał charakterystyczny warkot silnika Impali. To oznaczało tylko jedno; John wrócił i pewnie zaraz zabierze dzieciaki w drogę, gdzie według niego było ich miejsce. Mógłby im odpuścić choć raz, zwłaszcza w czasie wakacji. Niech się wyszaleją i pobędą trochę dzieciakami, inaczej w dorosłym życiu będą pożywką dla każdego psychologa i ktoś ich w końcu zamknie w pokoju bez klamek. To byłby smutny koniec tych chłopców, zwłaszcza że mogliby zajść naprawdę daleko, gdyby tylko im na to pozwolić. Nigdy nie poznał ich matki, ale był pewny, że byłaby z nich dumna, nawet w tym momencie, kiedy obaj byli tylko żołnierzykami w rękach tatusia. Jeśli istniało niebo, John powinien zacząć się modlić, żeby tam nie trafić. Mary sama zrzuciłaby go do piekła za to, co zrobił z jej dziećmi.

John miał dobre intencje, ale kompletnie nie zdawał sobie sprawy, na co naraża swoich synów. W jego oczach ich chronił, na pewno w to wierzył, ale gdyby chciał dla nich wszystkiego, co najlepsze, nie ciągałby ich po kraju i wkładał broni do ręki. Bobby już wielokrotnie próbował go przekonać, by przestał i zostawił chłopaków u niego, a zemsty szukał w samotności. Nigdy się na to nie zgadzał. Twierdził, że Dean i Sam są najbezpieczniejsi z nim i tylko tak będą w stanie przeżyć. Był tego tak pewien, że nawet nie zauważał, jaką krzywdę robi Deanowi zrzucając na niego odpowiedzialność za Sama. To nie mogło żadnemu z nich wyjść na dobre.

John w końcu przywlekł się do domu. Jego ubrania były w krwi, miał spuchnięty policzek, kilka zadrapań na twarzy i paskudnie wyglądającą ranę poniżej żeber. Wyglądała na opatrzoną, ale bardzo nieudolnie, John wyraźnie się spieszył do Sioux Falls.

- Jak poszło? – zapytał, gdy John zwalił się na krzesło stojące przy stole.

- Kurewsko trudno – odparł. – Musisz mi pomóc z tą raną.

John zdjął z siebie kurtkę i koszulę, by odsłonić ranę, która już zaczynała się paskudzić.

- Nie powinieneś tak zwlekać – zauważył Bobby, podchodząc do jednej z szafek wiszących na ścianie. Wyjął z niej butelkę Jacka Danielsa i postawił na stole obok Johna, który od razu wziął kilka porządnych łyków, a część wylał na ranę, sycząc z bólu.

- Nie miałem czasu się tym zajmować. – John odwrócił się do Bobby'ego i pozwolił mu zająć się zszywaniem rany. – Znalazłem nowe polowanie, chyba ghule.

- I to aż takie ważne, by pozwolić się wdać gangrenie? – Bobby niezbyt delikatnie, choć umiejętnie, zaszywał ranę. Dureń musiał się nauczyć, że nie można ignorować czegoś takiego.

- Nic mi nie będzie – zapewnił i znowu napił się whisky. – A te ghule nie mogą się wymknąć.

- Są też inni łowcy, oni się tym zajmą.

- A skoro o innych łowcach mowa, ten twój znajomy był do niczego – poskarżył się.

- Czyżby?

- W ogóle nie chciał podejmować ryzyka i bał sobie pobrudzić rączki.

John mówił o Gregorym, świetnym łowcy, który odciął łeb już niejednemu wampirowi i egzorcyzmował niejednego demona. Wiedział, że będzie dość doświadczony, by pilnować Johna, ale najwyraźniej udało mu się też zaleźć Winchesterowi za skórę. Wszystko dlatego, że Gregory nie rzucał się na wszystko bez porządnego planu. Był urodzonym taktykiem, wszystko musiał mieć dokładnie zaplanowane przed polowaniem. Często miał kilka innych planów w zapasie i jeśli to było możliwe, starał się nie ryzykować życiem swoim, swojego partnera albo cywili. John miał odmienny sposób polowania i często się tym wszystkim nie przejmował. Pewnie dlatego został ranny, bo nie posłuchał partnera. Był za bardzo narwany. Genialny łowca, ale czasami zachowywał się jak żółtodziób. Bobby nie miał wątpliwości, że Dean i Sam kiedyś go prześcigną.

- Skoro tak mówisz. – Nie zamierzał się z nim kłócić i go denerwować, zwłaszcza że musiał go o coś poprosić. Skończył zaszywanie rany i John jeszcze raz nalał na nią alkohol. – Muszę pójść po bandaże.

- Niech Sam albo Dean je przyniosą.

- Nie ma ich.

Obserwowanie zdezorientowanie na twarzy Johna normalnie by go rozbawiło, ale nie w tych okolicznościach. To nie był dobry moment do śmiechu.

- Gdzie są?

Oczywiście, że Johnowi nie podobało się, że jego synowie wyszli. Wolałby, żeby grzecznie czekali na niego w domu i zaraz po jego przyjeździe poszli przygotować Impalę do ponownego wyjazdu. Opcjonalnie wolałby ich widzieć na tyłach, ćwiczących strzelanie. Wszystko byłoby lepsze niż Sam i Dean zachowujący się jak normalne dzieciaki.

- W kinie – odpowiedział szczerze. Nie było sensu kłamać i tak by się dowiedział. – Wiesz, w takim budynku, do którego chodzą nastolatki.

- Nie mamy czasu na coś takiego – stwierdził John, wyciągając z kieszeni komórkę.

- Do kogo dzwonisz?

- Do Deana. Niech razem z Samem wracają i się pakują.

Bobby nie miał zamiaru na to pozwolić. Wyrwał Johnowi telefon z ręki i rozłączył go.

- Dałbyś spokój choć przez jeden dzień – powiedział, nic sobie nie robiąc z wściekłego przyjaciela. – To dzieciaki, zasługują na trochę rozrywki. Ghule mogą poczekać.

- Czy mam ci przypomnieć, że one zżerają ludzi? – zapytał.

- A ja tobie, że nie jesteś jedynym łowcą? Daj tym dzieciakom spokój i pozwól im się zabawić. Nie zapomną przez dzień lub dwa wszystkiego, czego się do tej pory nauczyli.

- Czyli mam im pozwolić wydawać pieniądze na głupoty, chociaż moglibyśmy polować i chronić ludzi?

- To też ludzie, nie roboty. I ty również jesteś człowiekiem, w dodatku rannym. Zostań tutaj jeszcze przez jakiś czas, wylecz się i popuść smycz dzieciakom. Ghule ci nie uciekną.

Kłócenie się z Johnem to była prawdziwa rosyjska ruletka, trzeba było liczyć na szczęście. Jeśli John miał dobry humor, można było z nim wygrać. Bobby miał nadzieję, że trafił na jeden z jego lepszych humorów. W przeciwnym razie jego argumenty nic nie zdziałają i zaraz po powrocie z kina Dean i Sam zostaną zaciągnięci do Impali.

- Czemu cały czas pozwalam ci się wtrącać w ich wychowanie? – spytał John, wstając powoli z krzesła.

Bobby miał ochotę odpowiedzieć coś uszczypliwego, ale wolał nie ryzykować u Johna zmiany zdania. Udało mu się wywalczyć jeszcze kilka dni wolności dla dzieciaków, nie zamierzał tego zaprzepaszczać niewłaściwym słowem.

Podczas gdy John i Bobby byli w domu, Dean i Sam wyszli z kina. Puszczali właśnie amerykańską Godzillę i obaj bracia bardzo chcieli ją obejrzeć. Było zabawnie, głównie za sprawą głupiej fabuły i Matthew Brodericka jako głównego bohatera. Zdecydowanie nie była to ta sama Godzilla, którą Dean oglądał będąc dzieckiem, ale warto było obejrzeć, nawet jeśli film był słaby. Ważne, że w ogóle był razem z Samem w kinie i świetnie się bawili. To było wspaniałe uczucie zachowywać się jak normalny człowiek, a nie łowca potworów. Chętnie poszedłby na jeszcze jakiś film, ale pieniądze, które zostały im po kupieniu biletów, zamierzał wydać na pizzę, na którą właśnie szli.

- Zjem największą pizzę, jaką mają – przechwalał się Sam w drodze do lokalu. – Jak myślisz, jaką mają największą?

- Nie wiem – odparł i potargał Samowi włosy. – Ale i tak nie zamówimy największej, nie mamy tyle pieniędzy.

- Ugh. – Sam szybko poprawił włosy, które sterczały mu teraz na wszystkie strony. – Jestem tak głodny, że zjadłbym konia z kopytami.

- Możesz się później dopchać u Bobby'ego.

- Będę musiał, bo znając ciebie, pewnie ukradniesz mi moją pizzę.

- Hej, karmię cię, gdy zostajemy w motelu, nie bądź niewdzięczny.

- Wiem, wiem. – Sam uśmiechnął się i trącił brata ramieniem. – Ścigamy się?

Dean odwzajemnił uśmiech i złapał brata za ramię, by utrudnić mu start.

- Wiesz, że przegrasz?

- Chyba śnisz.

Sam jakimś cudem wyrwał mu się i pognał przed siebie na tych przeklętych, długich nogach. Miał spory problem z nadążaniem na nim i wcale nie dlatego, że dawał mu fory jak zazwyczaj. Tym razem chciał wygrać, naprawdę chciał, ale Sam był po prostu dla niego za szybki i gdy w końcu dobiegł na miejsce, brat stał już przed drzwiami pizzeri i sapał głośno, nie przestając się jednak uśmiechać.

- Mówiłem – powiedział dumny z siebie. – Skopałem ci dupsko.

- Chodź tu, ty gnojku. – Dean złapał brata i przyciągnął go do siebie, ze śmiechem tarmosząc mu włosy. Sam usiłował się wyrwać, ale tym razem nie udało mu się go pokonać.

- Przestań! – poprosił, śmiejąc się. – Przestań, przepraszam! Dean!

Dean w końcu go puścił i jak najszybciej wszedł do pizzeri.

- Kto pierwszy w środku wygrywa – zdecydował, patrząc z wyższością na Sama.

- No weź, zachowujesz się jak dziecko. – Sam chciał się przepchać obok Deana do środka, ale ten odepchnął go i zamknął mu drzwi przed nosem.

- Wygrałem! – zawołał, co było doskonale słyszalne pomimo zamkniętych drzwi.

Sam pokręcił głową z niedowierzaniem. Dla kogoś patrzącego z boku musieli wyglądać jak dwaj debile, ale przyjemnie było się tak powygłupiać z bratem. To było najlepsze uczucie na świecie.

Nim Sam dołączył do brata w środku, Dean zdążył już zamówić im dwie pizze i coś do picia. Żaden z nich dużo nie rozmawiał, byli zbyt głodni. Dean trochę opowiedział o samochodzie, który naprawiał, Sam był ciekawy, jak mu idzie.

Kiedy skończyli, nie mieli już żadnych pieniędzy, które dał im Bobby, ale nie chcieli jeszcze wracać. Sam zdecydował się zaciągnąć brata do tych psich przybłęd, z którymi czasami się bawił. Psy tak się ucieszyły z ich przybycia, jakby to była dla nich najważniejsza rzecz na świecie. Dean za nimi nie przepadał, ale gdy jeden do niego podbiegł, podrapał go za uchem.

- Fajne, prawda? – zapytał Sam, pozwalając się lizać jednemu ze zwierząt. Dean miał wątpliwości, czy to higieniczne.

- Nie jestem wielkim fanem.

Sam uśmiechnął się i odsunął się od psa, by podejść bliżej Deana.

- Nadal twierdzisz po dzisiejszym, że nie potrzebny nam normalny dom? – zapytał, uważnie obserwując reakcję brata.

- Nie – skłamał.

Dzisiejszy dzień, choć nawet jeszcze się nie skończył, był wspaniały, jeden z najlepszych w jego życiu. Chętnie by to powtórzył i to wiele razy, ale nie było na to żadnych szans. Tata nigdy by na to nie pozwolił, dlatego nawet nie zamierzał o tym myśleć. Jeszcze któregoś razu by się wygadał i byłoby po nim. Nie zamierzał zawieść oczekiwań ojca.

- Ty kiedyś miałeś dom – przypomniał mu cicho Sam. – Naprawdę nie chciałbyś znowu go mieć?

O tym też nie zamierzał myśleć. O mamie, o tym wszystkim, co stracił przez jednego demona. To wciąż bolało i na samo wspomnienie czuł okropny ból rozchodzący się po całej klatce piersiowej. Oczywiście, że chciałby znowu mieć ten dom, by nie musieć jeździć po kraju i polować. Wolałby siedzieć w domu, najlepiej z żyjącą matką. Oddałby wszystko, żeby to mieć z powrotem i żeby Sam też mógł tego doświadczyć. Ale mama nie żyła i nawet ta głupia zemsta jej nie zwróci. Wiedząc jednak, że chroni innych ludzi przed podobną tragedią, Deana mniej ta strata bolała. Czuł, że robi coś dobrego. Skoro nie mógł uratować mamy, to przynajmniej uratuje innych. Nie zamierzał mieć normalnego domu, podczas gdy inni go tracili.

- Teraz jest lepiej – skłamał i odwrócił głowę, by Sam nie zauważył jego załzawionych oczu. Miał dziewiętnaście lat, jak mógł płakać z powodu czegoś, co zdarzyło się tyle lat temu? Nic dziwnego, że ojcu zawsze coś się nie podobało. Był za słaby.

- Sądzisz, że w to uwierzę?

Oczywiście, że nie. Taki marnym kłamstwem nie oszukałby nikogo, a już zwłaszcza Sama, który znał go niemal kompletnie na wylot. Ale na takie wypadki miał przygotowaną inną strategię.

- Wracajmy do domu – powiedział, zmieniając temat.

- Nie mamy domu – wymamrotał Sam.

Dean udawał, że go to nie rusza. Nie lubił rozczarowywać Sama, ale nie miał wyboru.

Obaj chłopcy bardzo się zdziwili, gdy zobaczyli Impalę zaparkowaną przed domem Bobby'ego. Dean nawet trochę się przeraził, co zdecydowanie nie było normalną reakcją na powrót swojego ojca. Wiedział, co to oznacza. Że znowu wracają do polowania. Sam nie będzie zadowolony i dojdzie do kłótni między nim a tatą. Tego Dean najbardziej się obawiał. Nie chciał, by ojciec się denerwował, bo to nigdy nie wróżyło nic dobrego. Czemu Sam nie mógł po prostu pogodzić się z tym, że jego marzenia o normalnym domu nigdy się nie spełnią, bo mają ważniejsze sprawy do załatwienia? Wtedy byłoby łatwiej im obu.

John siedział w salonie i jak zwykle pił. Gdy tylko zobaczył swoich synów, przywołał ich do siebie. Bobby'ego nie było nigdzie w pobliżu.

- Gdzie byliście? – zapytał.

- W kinie – odpowiedział Sam, krzyżując ręce na piersi. – Zamierzasz nas teraz przesłuchiwać?

- Mam prawo wiedzieć, gdzie są moje dzieci.

Dean widział po twarzy Sama, że ten znowu chce się odgryźć, ale szybko z tego zrezygnował i po prostu wyszedł z salonu, zostawiając brata samego z ojcem.

- Mieliście jakieś kłopoty? – zapytał znowu John.

- Nie, sir – zapewnił ojca. – Mogę iść?

John tylko machnął ręką i wrócił do picia. Dean szybko to wykorzystał i poszedł szukać Bobby'ego. Może mogliby popracować znowu nad samochodem, chyba że było coś ciekawego do roboty. I było. Bobby robił porządki w swoich zbiorach, więc Dean postanowił mu przy tym asystować, zamiast siedzieć z ojcem i wysłuchiwać tego, co muszą jeszcze zrobić. Znał ten tekst na pamięć i wysłuchując go czuł się tylko gorzej z tym, że nie mogą mieszkać razem z Bobbym.

Podczas pracy Bobby powiedział mu, że John zgodził się zostać ty jeszcze kilka dni. Dean nie miał pojęcia, jakim cudem ojciec dał się przekonać, ale nie zamierzał narzekać. Choć trochę się obawiał, że jeśli zostaną tu jeszcze dłużej, to za bardzo się przyzwyczai i nie będzie chciał wyjechać.

Jakąś godzinę lub dwie później, Dean był już z Bobbym w salonie, a po Johnie i Samie nie było śladu. Przynajmniej do czasu, kiedy obaj usłyszeli krzyki.

- Nie pójdziesz na żadne studia, Sam!

John jak zwykle krzyczał najgłośniej. I jak zwykle kłócił się z Samem. To wyglądało coraz gorzej, z każdym dniem kłótnie stawały się gwałtowniejsze. Dean obawiał się, że za jakiś czas dojdzie do rękoczynów.

- Dlaczego? – odkrzyknął Sam, wchodząc do salonu. Chciał zrobić przedstawienie, by Bobby i Dean wszystko widzieli. – Żebym mógł być tępy i łatwiejszy do manipulowania? Trochę już za późno na twój plan. Ciągle tylko jeździmy i jeździmy, bo masz obsesję na punkcie zemsty. Mam już dość tego zjebanego życia!

Dean widział, jak John robi się czerwony na twarzy. Był coraz bardziej wściekły, a to nie wróżyło nic dobrego.

- Sam, odpuść – poprosił, ale cicho, by nie ściągnąć na siebie uwagi wściekłości ojca.

- Nie. Jeśli chcesz być jego posłusznym żołnierzykiem, to sobie bądź, ale ja nie będę. Mama nie chciałaby dla nas takiego życia.

- Nie mów, co chciałaby matka, nawet jej nie znałeś – stwierdził ostro John.

Sam zamarł, wpatrując się w ojca załzawiony oczami. Nie rozpłakał się, ale był blisko. John nawet sobie nie zdawał sprawy, co powiedział i z pewnością tego nie żałował.

- Ty jak widać też nie – powiedział w końcu Sam i wściekły minął ojca.

- Sam, wracaj tu! – krzyknął za nim John, ale odpowiedziały mu tylko zatrzaskiwane drzwi. – Sam!

Sam nie wrócił i zapewne nie zamierzał wrócić przynajmniej do wieczora. Zawsze tak się kończyły te kłótnie, chyba że dochodziło do nich w trakcie jazdy samochodem. W takim wypadku Sam po prostu zaczynał milczeć albo zasypiał, by nie patrzeć na Johna.

- Studia. – Dean spojrzał na ojca, który miotał się po salonie. – Nie mamy czasu na te bzdury. Powinieneś wybić bratu z głowy takie głupie pomysły. Żaden z was nie potrzebuje studiów.

John wyszedł z domu i również trzasnął drzwiami. Zapewne zamierzał pojechać po whisky.

- W porządku, dzieciaku? – zapytał Bobby widząc, że Dean nie wie, co ze sobą zrobić.

- Tak – odparł, choć wcale nie czuł się dobrze. Wprost przeciwnie. Czuł smutek, wściekłość i zawód, wszystkie skierowane w stronę ojca.

Dean nigdy mu nie powiedział, że sam też kiedyś planował zdanie egzaminów i pójście na studia. Po prostu wyrzucił podanie do kosza i nigdy więcej tego nie rozważał. Nie zamierzał rozczarować ojca jak Sam. Już i tak był złym synem, nie potrzebował pogarszać sytuacji swoimi głupimi marzeniami. W końcu po co łowcy studia?

Kłótnia z Samem spowodowała, że John zmienił zdanie i zdecydował się wyjechać już jutro. Dean był zawiedziony i wściekły na ojca. Chciał mieć taką samą odwagę jak brat, żeby mu się postawić, ale nie było mu to dane. Dlatego przyjął jego decyzję w milczeniu, choć wszystko w nim mu mówiło, by mu wygarnąć, co o tym wszystkim myśli. Lojalność od ojca i rodziny jednak jak zwykle zwyciężyła i Dean po raz kolejny zrezygnował z własnych marzeń, by zdobyć uznanie Johna.

Rano następnego dnia Dean pakował rzeczy do Impali i ze smutkiem spoglądał w kierunku niedokończonego Mustanga, którego musiał zostawić. Miał nadzieję, że Bobby go przechowa, żeby mógł go skończyć później.

John nie był w najlepszym humorze, Dean był pewny, że wciąż jest trochę pijany po wczorajszym. W ogóle nie wrócił na noc, pojawił się dopiero rano i od razu kazał Samowi się pakować, co ten właśnie robił.

- Znalazłem ci robotę – powiedział, gdy Dean zamknął bagażnik. – W Brewton w Alabamie.

- Mi? – zdziwił się Dean.

- Będziesz polował sam – wyjaśnił John. – Najwyższy czas, żebyś się w końcu wykazał.

Dean miał mieszane uczucia. Nie chciał rozstawać się z Samem, ale z drugiej strony trafiła mu się idealna okazja, by ojciec był z niego dumny. Nie zamierzał rezygnować z czegoś takiego. Poza tym, od dawna chciał spróbować zapolować samemu.

- Dzięki, tato – powiedział uradowany. – Na co mam polować?

- Prawdopodobnie na ducha. Ja i Sam zajmiemy się w tym czasie ghulami.

Wolałby sam polować na ghule, ale duchem też nie pogardzi. Przynajmniej szybko się uwinie i wróci do rodziny.

Sam w końcu wyszedł na zewnątrz, niosąc ze sobą plecak ze swoimi rzeczami. Rzucił go na tylne siedzenie Impali i zaraz potem do niego dołączył, trzaskając drzwiami. Dean wcale nie był zdziwiony tym pokazem niezadowolenia. Sam zamierzał zapewne uprzykrzyć ojcu jazdę, jak tylko się dało. Miał rację, bo już po wyjechaniu na autostradę zaczęła się kolejna kłótnia.

- Może średniaka też nie skończę – wymamrotał Sam, niby to do siebie, ale zrobił to dość głośno, by John też usłyszał.

- Co powiedziałeś? – spytał ojciec. Dean już przygotowywał się na jego wybuch złości.

- Nie chcesz, żebym poszedł na studia, co chciałby każdy normalny rodzic – wyjaśnił. John już z całej siły zaciskał dłonie na kierownicy. – Może szkoły średniej też mam nie skończyć.

- Nie zaczynajmy znowu tej rozmowy.

- Dlaczego? Bo nie masz żadnych logicznych argumentów, by zabronić mi się uczyć?

- Nie zabraniam ci się uczyć, studia nie są obowiązkowe.

- Myślisz, że jeżdżąc od miasta do miasta coś zyskuję? Zmieniam szkoły częściej niż niektórzy ubrania.

- Powiedziałem, że nie będziemy o tym rozmawiać – powtórzył kategorycznie John, ale Sama to nie powstrzymało.

Dean miał ochotę wysiąść i nie słuchać tych krzyków. Nie tak powinna wyglądać ich rodzina, powinni być zgodni i trzymać się razem. Może to drugie robili bezbłędnie, ale nigdy nie dochodzili do porozumienia, tylko ciągle na siebie naskakiwali. Nienawidził swojego życia, nie tylko nie miał domu, ale i rodzinę miał patologiczną. Może byłoby lepiej, gdyby zmarł wtedy razem z mamą.

Po prawie całej dobie jazdy dojechali do Brewton, zaraz niedaleko granicy Florydy. John zatrzymał się na stacji benzynowej i wyszedł zatankować. Dean także wysiadł, zabierając ze sobą torbę z ubraniami i bronią.

- Do zobaczenia za kilka dni, Sammy – powiedział do brata, który przez całą drogę boczył się na tylnym siedzeniu.

- Co? – zdziwił się Sam, wystawiając głowę przez okno. – Gdzie idziesz?

Dean obejrzał się i zobaczył, że John wszedł do sklepu i właśnie kupował coś przy ladzie.

- Mam zapolować sam – wyjaśnił, odwracając się znowu do brata. – Jakiś duch, to potrwa tylko kilka dni.

- Czemu? Czy to kara za moje wybryki? Bo jeśli tak to ja...

- To żadna kara – zapewnił go Dean. – Tata po prostu uznał, że najwyższy czas, bym spróbował zapolować solo.

- To mi się nie podoba – wyznał Sam. – Co jak coś ci się stanie?

- Nic mi nie będzie – obiecał, mierzwiąc bratu włosy. – Szybko pozbędę się ducha. Jeśli coś się przeciągnie, to zadzwonię.

- Nie chcę z nim zostawać – wyszeptał, patrząc na Johna.

Dean też tego nie chciał, ale nie miał wyjścia.

- Dasz radę.

Sam pokiwał głową, ale nie wyglądał na przekonanego.

- Ty też – powiedział i uśmiechnął się niemrawo. – Z tym duchem.

- Oczywiście. Jestem najlepszym łowcą na świecie.

Uśmiech na twarzy Sama się powiększył, ale widać było w jego oczach, że wcale nie jest szczęśliwy.

John w końcu wrócił do obu chłopców i od razu wcisnął Deanowi pieniądze do ręki.

- Wynajmij sobie jakiś motel – rozkazał, kończąc tankować i wsiadając do auta. – Jak skończysz, to zadzwoń, przyjedziemy po ciebie.

- Tak jest, sir – powiedział Dean.

Pożegnał się jeszcze raz z Samem nim John bez słowa odjechał, zostawiając go samego na środku stacji benzynowej, w obcym mieście. Dean patrzył za odjeżdżającą Impalą, a gdy w końcu zniknęła mu z oczu westchnął, zarzucił torbę na ramię i ruszył na poszukiwanie motelu.


limbo, OC to postać wymyślona przez autora, który może się z nią utożsamiać, ale nie musi. Ja nie będę, bo nie jestem fanem takich zabiegów ;)