Dean postarał się, by motel, w którym zamierzał zostać, był jak najtańszy. Nie chciał wydawać zbyt dużo pieniędzy, których i tak nie miał zbyt wiele. Wiedział już, że bez kilku oszustw podczas gdy w pokera albo bilard się nie obejdzie. O ile ktoś go wpuści do jakiegokolwiek baru. Miał sfałszowany dowód, ale jakoś wątpił w to, że ktokolwiek uwierzy w jego dwadzieścia dwa lata. Wyglądał na dziewiętnaście i żaden podrobiony identyfikator tego nie zmieni.
Jego pokój nie był najpiękniejszy, ale spał już w gorszych miejscach. Ważne było, że ma łóżko i dostęp do ciepłej wody. Brzydkie ściany w kolorze fioletu i żółci to naprawdę była niska cena do zapłacenia za taki luksus. Jasne, przydałby się jakiś telewizor, ale w gruncie rzeczy nie przyjechał tu na wakacje, tylko do roboty. Jak mu się będzie nudzić, najwyżej coś poczyta, bo zabrał ze sobą kilka książek.
Pierwsze co zrobił po znalezieniu się w pokoju, to narysowanie kilku ochronnych symboli, rozsypania soli pod drzwiami i jedynym oknem, i podłożeniu broni pod poduszkę. Dopiero potem zaczął się rozpakowywać, chowając ubrania do niewielkiej komody stojącej pod jedną ze ścian. Uznał, że skoro zostanie tu na trochę, to nie będzie trzymał ubrań w torbie.
Wszystko było na miejscu, był gotowy wyjść i zająć się sprawą, ale wtedy zdał sobie sprawę, że nawet nie wie, od czego ma zacząć. Ojciec nigdy mu nie powiedział, co i komu zrobił ten duch, a on nigdy nie zapytał, co było bardzo głupie z jego strony. Ale John też powinien mu powiedzieć, a tego nie zrobił. Dean zastanawiał się, czy to jakaś kara i celowo nie dostał żadnych informacji. Może ojciec zostawił go tu specjalnie, żeby się nie wtrącał, gdy on będzie odbywał poważne rozmowy z Samem. To było bardzo prawdopodobne. Zazwyczaj Dean starał się nie wtrącać pomiędzy ich kłótnie, ale kiedy zaczynał czuć, że John robi się zbyt wściekły, że jest bliski użycia przemocy, zawsze wkraczał, tak na wszelki wypadek. Ostatecznie nigdy do rękoczynów nie doszło, ale wolał dmuchać na zimne. Jeśli ktoś miał być uderzony, to na pewno on, nie Sam.
Dean w końcu wyszedł z pokoju, upewniając się przed tym, że wziął ze sobą broń i zamknął drzwi na klucz. Nie miał żadnych informacji od ojca, ale to nie był problem, potrafił sobie sam poradzić.
Stanął przed motelem i rozejrzał się. Był na obrzeżach miasta, ale szybko znalazł skrzynkę z prasą. Skąd miał się dowiedzieć o duchu, jak nie stąd? Wziął jedną lokalną gazetę i przejrzał ją szybko, zaczesując co chwilę włosy za uszy, by nie wchodziły mu do oczu.* To co go zaskoczyło, to brak informacji o morderstwie. W pierwszej chwili pomyślał, że coś przeoczył, dlatego przejrzał gazetę jeszcze raz, ale dalej nic nie znalazł. O ile duch nie zaatakował jakiś czas temu i nie było już potrzeby o nim pisać, to Brewton było naprawdę spokojnym miasteczkiem. Jedyna podejrzana rzecz, jaką wyczytał, to krótka notka o tym, że wakacyjne zajęcia w miejscowej szkole zostały odwołane, bo coś nawalało z elektrycznością. Nikt normalny nie uznałby tego za coś dziwnego, ale on był wyczulony na problemy z elektrycznością, zwłaszcza że miał tutaj polować na ducha, a gdziekolwiek były duchy, tam były i problemy z elektrycznością.
Może to wcale nie było to. Może to tylko zbieg okoliczności, ale musiał to sprawdzić. Nie że miał inny wybór. Mógł albo zrobić to albo szukać dalszych informacji, nie był jednak pewny, czy ktoś nie wezwałby policji, gdyby nagle zaczął wypytywać miejscowych, czy ostatnio nie doszło tutaj do morderstwa. Żałował, że był jeszcze za młody, by udawać agenta FBI, tak jak zwykle robił to ojciec. Wtedy mógłby po prostu pójść na policję i zdobyć potrzebne informacje. Trudne jest życie młodego łowcy.
Dean musiał iść do szkoły na piechotę, bo wolał nie ryzykować kradzieży samochodu. Jeszcze zostałby aresztowany i ojciec by się wściekł. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, co zrobiłby tym razem za pozwolenie na aresztowanie. Tym razem był za stary na dom wychowawczy Sonny'ego, pewnie trafiłby do poprawczaka albo nawet do więzienia, a Johna by to nie obeszło. Może nawet by się ucieszył, że pozbył się takiej porażki, jaką był Dean. Do tej pory mu się przydawał do opieki nad Samem podczas polowań. Teraz Sam był dość duży, by samemu się sobą zająć. Dean był w gruncie rzeczy niepotrzebny.
Ruszając do miasta, Dean postanowił o tym wszystkim dalej nie myśleć. Ważne, że Samowi dalej był potrzebny, a nie ojcu. Przynajmniej taką miał nadzieję.
Dojście do szkoły zajęło mu pół godziny, głównie dlatego, że miał problem z jej znalezieniem. W końcu jednak mu się udało i podszedł do drzwi. Były zamknięte, więc szybko wyciągnął wytrych i zajął się zamkiem, który uległ zaskakująco szybko, ale Dean nie zamierzał narzekać. Pchnął ostrożnie drzwi i wślizgnął się do środka, zamykając za sobą. O dziwo światło działało pomimo rzekomych problemów z elektrycznością. Najgorsze jednak było to, że jeśli paliło się światło, to ktoś tu był. Będzie musiał uważać podczas myszkowania. By pomóc sobie w poszukiwaniach, wyjął czytnik fal elektromagnetycznych własnej roboty. Nigdy nie pokazał go ojcu ani Samowi. Ten pierwszy nie uznałby czegoś takiego za dobrą metodę polowania, a Sam... Chciał po prostu choć raz mieć coś tylko dla siebie.
Czytnik nie wskazywał na nic podejrzanego, choć Dean sprawdzał wszędzie, nawet w kanciapie na szczotki. Ale to wciąż nie była cała szkoła, może duch, jeśli jakiś w ogóle tu był, znajdował się gdzie indziej. Jeśli nic tu nie znajdzie, zadzwoni do ojca i zapyta go, gdzie ma szukać. Pewnie mu się to nie spodoba, ale co miał innego zrobić?
Dean patrzył cały czas na czytnik, gdy zbliżał się powoli do sali gimnastycznej. Omal nie wpadł na drzwi, ale zatrzymał się w ostatniej chwili i pociągnął za klamkę, by sprawdzić, czy są zamknięte. Były.
Sięgnął wolną rękę po wytrych, by znów go użyć, ale w tym samym momencie coś z wielką siłą uderzyło go w zgięcie kolan. Dean krzyknął z bólu i runął na podłogę, wypuszczając z ręki i wytrych, i czytnik. Obie te rzeczy prześlizgnęły się po podłodze daleko poza zasięg jego rąk.
Dean odwrócił się pospiesznie, by zobaczyć, kto go zaatakował, ale przed oczami miał tylko włosie szczotki do zamiatania. Podążył wzrokiem w górę do jej właściciela i zobaczył starszego, czarnoskórego faceta z bojowym wyrazem twarzy.
- Co do cholery. – Dean odsunął się i oparł o drzwi sali, nie wstając jednak ani razu z podłogi.
- Złodziej? – zapytał mężczyzna, znów podtykając mu szczotkę pod nos. Dean mógłby z łatwością mu ją wyrwać albo wyjąć pistolet i wymierzyć do faceta, ale to nie był dobry pomysł. Chciał się w końcu czegoś dowiedzieć o tych problemach z elektrycznością.
- Nie! – zapewnił szybko. – Nie, ja tylko...
- Szkoła zamknięta, dzieciaku. – Mężczyzna wyraźnie się rozluźnił, gdy wiedział już, że nie ma żadnego zagrożenia. Zabrał szczotkę i nie groził już nią Deanowi.
- Wiem. Chciałem się tylko dowiedzieć, czemu. – Powili, trzymają ręce na widoku, zaczął się podnosić. Zebrał swoje rzeczy z podłogi, czując na sobie czujny wzrok mężczyzny.
- Jak tu wszedłeś?
- Um... Okno? – Nie mógł powiedzieć, że włamał się tu za pomocą wytrychu. Byłby w tarapatach, mężczyzna, prawdopodobnie woźny, uznałby go jednak za włamywacza i wezwał policję.
Woźny raczej mu nie uwierzył, ale nie robił też żadnego problemu.
- Uczysz się tutaj? – zadał kolejne pytanie.
- Nie. – Nie widział sensu w kłamaniu. – Czemu pan pyta?
- Bo gdybyś chodził, to byś wiedział, czemu szkoła zamknięta – wyjaśnił i ruszył jednym z korytarzy. Dean poszedł za nim.
- Może mi pan powiedzieć? – zapytał uprzejmie. Mężczyzna był milszy, niż mu się na początku wydawało, może jeśli też będzie miły, to uzyska jakieś informacje.
- A po co chcesz to wiedzieć?
- Jestem po prostu ciekawy – odpowiedział.
Woźny zatrzymał się przed jakimiś drzwiami, które otworzył kluczem. W środku był kolejny schowek na szczotki.
- Jesteś elektrykiem, czy co? – Szczotka powędrowała do środka i drzwi zostały ponownie zamknięte. – To zwykłe spięcie w instalacji.
- Ale prąd teraz działa – zauważył Dean.
- Czasami działa, czasami nie. Żarówki pękają i lecą iskry. Dlatego szkołę zamknięto. Musimy naprawić usterkę przed rozpoczęciem zajęć.
- Rozumiem. – Dean znowu ruszył za mężczyzną. – A czy nie działo się tu ostatni coś dziwnego?
- Tutaj nigdy nie dzieje się nic dziwnego – odparł mężczyzna. Znowu przechodzili koło sali, Dean wykorzystał to i zaczął się poklepywać po kieszeniach oraz rozglądać, by zatrzymać woźnego. Zadziałało. – Co ty wyprawiasz?
- Chyba zgubiłem portfel – wyjaśnił i przykucnął. Zauważył wtedy, że drzwi od sali nie są przy samej ziemi, wprost przeciwnie, była tam całkiem spora szpara. – Mógł mi wpaść do środka.
- W takim razie pożegnaj się z nim. Nie mam klucza do tej sali.
- Dlaczego?
- Nakaz dyrektora.
Trochę to było dziwne zamykać salę na cztery spusty. Czyżby był tam po prostu cenny sprzęt, czy jednak coś się tu działo? Cokolwiek to było, nie mógł tego sprawdzić teraz. Woźny nie pozwoli mu zostać samemu, a i drzwi mu nie otworzy, bo nie miał czym. Będzie musiał tu wrócić później.
- Jakiś konkretny powód tej decyzji? – spytał, gdy zaczęli iść dalej.
- Dach się zawalił.
Dach? O tym nie pisali w gazecie.
- Jak dawno?
- Tydzień temu.
- Przed czy po zamknięciu szkoły?
- Przed. Jedna dziewczyna omal nie oberwała w głowę.
- To trochę dziwne, że tak po prostu dach się zawalił.
- Ten budynek jest stary, kiedyś to się musiało stać – stwierdził woźny, choć sam nie brzmiał na przekonanego. – Jak zaczął się też pieprzyć prąd, to zamknęli szkołę, żeby nie narażać uczniów.
Dean przytaknął. Nie miał już wątpliwości, że trafił w dobre miejsce, choć troche dziwne było, że najpierw zawalił się dach, a dopiero później zaczęły się problemy z elektrycznością. Co ten duch chciał osiągnąć? Wątpił, że chciał kogokolwiek zabić. Gdyby taki był jego cel, upewniłby się, że dach trafił w dzieciaki. Roztrzaskując żarówki mógł co najwyżej poranić, ale nie zabić. Czyżby po prostu chciał kogoś nastraszyć? To by wyjaśniało to wszystko. Niezależnie jednak od przyczyny nie mógł tego ducha tak zostawić. Prędzej czy później dojdzie do czyjejś śmierci.
- Dobra dzieciaku, koniec tej zabawy. – Dean nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się przy wyjściu, ale innym niż to, którym on wszedł. Jeśli będzie miał szczęście, woźny nie zauważy i zostawi otwarte drugie drzwi. Nie będzie się musiał znowu włamywać.
- Dzięki za informacje – powiedział szczerze. – Ale nie musiał mnie pan bić po nogach.
- Nic ci nie będzie.
Obaj wyszli na zewnątrz, gdzie omal nie wpadli na dwie dziewczyny, które stały zaraz przy drzwiach. Jedna, ta którą Dean zauważył jako pierwszą, była Azjatką, miała bardzo bladą cerę i długie, czarne włosy. Druga miała kaukaskie rysy i jak dla Deana, była jedną z najpiękniejszych dziewczyn, jakie w życiu widział. Jasne, miała trochę krzywy nos i wysokie czoło, ale to tylko dodawało jej uroku, zwłaszcza w połączeniu z burzą rudych włosów i masą piegów wokół nosa. Miała też zielone oczy, chyba nawet bardziej zielone niż on sam.
Deanowi zabrakło języka w gębie.
- Nie wpuszczę was do środka, dziewczyny – odezwał się woźny, ale Dean nie zwracał na niego wielkiej uwagi. Był zbyt wpatrzony w rudowłosą dziewczynę, która jednak całkowicie go ignorowała, zbyt skupiona na woźnym.
- Chcemy tylko zrobić zdjęcia – wyjaśniła Azjatka, podnosząc w dłoniach aparat.
- Skończcie bawić się w reporterów i jedźcie nad jezioro, czy coś tam. Szkoła jest zamknięta.
Obie dziewczyny w końcu spojrzały na Deana, który dalej nie ufał sobie w kwestii mowy. Nigdy nie był tak onieśmielony.
- Jego pan wpuścił – zauważyła rudowłosa.
- Sam się wprosił – wyjaśnił woźny, wyjmując pęk kluczy, którymi zamknął drzwi do szkoły. – Zmiatajcie stąd.
Woźny odszedł, ale dziewczyny nie ruszyły się z miejsca, podobnie jak Dean, który odkaszlnął nerwowo.
- Drugie drzwi są otwarte – powiedział cicho, bo woźny wciąż był blisko.
- Czemu? – zdziwiła się Azjtaka.
- A jak niby wszedłem do środka? – zapytał i uśmiechnął się.
- Dzięki. – Rudowłosa wyciągnęła w jego stronę rękę. – Jestem Elizabeth, ale mów mi Beth albo Eli.
- Ja jestem Dean – przedstawił się, ściskając jej dłoń.
- Dean? Jak James Dean?
- Dokładnie ten sam.
- Jestem Karen – przywitała się druga dziewczyna.
- Miło was poznać.
- Nawzajem. – Elizabeth rozejrzała się, woźny zniknął już z pola widzenia. – To co tu robisz, Dean? – zapytała ciekawsko.
- Tak tylko zwiedzam – odparł, uśmiechając się niezręcznie. – Zainteresowały mnie problemy z elektrycznością.
- Ty też badasz zjawiska paranormalne? – zapytała podekscytowana Karen.
W pierwszej chwili Dean przeraził się, że rozpoznała w nim łowcę, ale to przecież nie było możliwe.
- Tak jakby. Nie jestem jakimś wielkim poszukiwaczem, czy coś.
- My mamy własną gazetkę na uniwerku – pochwaliła się Elizabeth. – Ludzie lubią czytać o duchach i wampirach.
Gdyby spotkali prawdziwego wampira, nie byliby tak pozytywnie nastawieni, stwierdził Dean, ale nie powiedział tego na głos. Nie chciał urazić dziewczyn, które najwyraźniej bardzo lubiły swoje hobby.
- Czyli tutaj dzieje się coś paranormalnego? – zapytał.
- Ba! Ta szkoła jest nawiedzona – zapewniła Elizabeth. – Duch byłej uczennicy mści się za prześladowanie jej.
- Skąd to wiecie?
- To nie jest nasza pierwsza sprawa – zapewniła dumnie Karen. – Wiemy jak wyszukiwać takich rzeczy. Ta dziewczyna popełniła samobójstwo, bo była prześladowana. To jasne, że teraz się mści.
Dziewczyny prawdopodobnie nie były dalekie od prawdy, ale będzie musiał sprawdzić to wszystko sam.
- Chcesz nam towarzyszyć w wycieczce po szkole? – zapytała Elizabeth. Miała dziwną manierę trzymania rąk za plecami i bujania się na piętach. To było słodkie.
- Jasne. – Jak mógł odmówić tym oczom?
- Świetnie, chodźmy.
Przeszli do drzwi, którymi wcześniej wszedł Dean i znaleźli się w szkole. Obie dziewczyny znały to miejsce lepiej od niego, bo doskonale wiedziały, gdzie idą.
- Skąd jesteś, Dean? – Elizabeth najwyraźniej próbowała nawiązać jakąś rozmowę.
- Z Kansas.
- Co robisz tak daleko?
- Jestem na wakacjach. Jeżdżę sobie po Stanach.
- O, fajnie. Ja wróciłam na wakacje do domu. Zamierzam je spędzić na szukaniu ducha, łowieniu ryb i opalaniu.
- Nie zapominaj o imprezach – przypomniała jej Karen, która szła na przedzie.
- Tylko jeśli będą ciekawe. Powinieneś wpaść na jakąś, jeśli wciąż tu będziesz.
- Ja? – zdziwił się Dean.
- Jasne. Wyglądasz na fajnego gościa.
- Oh. Dzięki.
Elizabeth uśmiechnęła się do niego. Był w niebie.
Dotarli do sali gimnastycznej, Dean miał powoli dość tego miejsca. Karen złapał za klamkę i pociągnęła, ale drzwi ani drgnęły.
- Zamknięte, co teraz? – zapytała.
- Zaraz to załatwię – zapewnił.
Prawdopodobnie nie powinien pokazywać swoich umiejętności otwierania zamków przed cywilami, ale chciał zaimponować obu dziewczynom, zwłaszcza Elizabeth.
- Umiesz je otworzyć? – spytała Karen.
- To nic trudnego.
Ten zamek był nieco bardziej skomplikowany niż przy wejściu, ale to wciąż były tylko drzwi w szkole średniej. Otwierał zamki w lepiej strzeżonych miejscach.
Przy odpowiednim skupieniu zamek ustąpił i Dean z dumą otworzył drzwi przed dziewczynami.
- Nie wiem, czy po czymś takim powinnyśmy ci ufać, ale dzięki – powiedziała Elizabeth, wchodząc do środka.
- Nie ma za co.
Dean wszedł za nimi i po raz pierwszy zobaczył zawalony sufit sali. Spadł tylko po jednej stronie boiska, zaledwie kilka kawałków gruzu. Nic dziwnego, że nie było rannych.
Podczas gdy dziewczyny były zajęte robieniem zdjęć i ekscytowaniem się, Dean wyciągnął czytnik i sprawdził, czy duch w ogóle tu był. Gdy tylko włączył urządzenie, zaczęło piszczeć jak szalone. Karen i Elizabeth to usłyszały, nim zdążył wyłączyć czytnik.
- Co to jest? – zapytała Karen ciekawsko.
- Um... wykrywacz duchów – odparł szczerze.
- Super. – Karen wyrwała mu rządzenie z ręki i przyjrzała mu się razem z Elizabeth. – Jak to działa?
Dean włączył urządzenie z powrotem. Obie dziewczyny z fascynacją obracały je w dłoniach.
- To znaczy, że duch jest blisko?
- To znaczy, że tu był.
- Wiedziałam. – Elizabeth oddała mu czytnik i odwróciła się do Karen. – Znalazłyśmy prawdziwego ducha.
- Gdybyśmy tylko mogły go sfotografować!
- Powinnyśmy tu przyjść w nocy.
- Dzisiaj?
- A kiedy? Nie wiemy, ile duch będzie tu siedział.
- Racja.
- Jesteście pewne, że to dobry pomysł? – zapytał ze zmartwieniem Dean. Te dziewczyny raczej nie wiedziały, jak obronić się przed duchem, a chciały nocować w nawiedzonym miejscu.
- Czasami trzeba się poświęcać – stwierdziła Elizabeth. – Jak coś się zacznie dziać, to uciekniemy.
Dean coraz bardziej się martwił, że dziewczynom stanie się krzywda. Musiał się pozbyć ducha jak najszybciej, by nic ich nie zaatakowało.
- To kto konkretnie jest tym duchem? – spytał, próbując ułatwić sobie robotę.
- Um... Karen, pamiętasz? – Karen pokręciła głową. – Mamy to gdzieś zapisane, na pewno. Zapisujemy wszystko.
- Ale gdzieś informacje musiałyście zdobyć – zauważył.
- Oh, w bibliotece publicznej – odpowiedziała Karen. – Stare gazety to cenne źródło informacji.
Wiedział coś o tym, często szukał dla ojca tropów właśnie w starych gazetach.
- Nie myśl, że pozwolimy ci ukraść naszą sprawę – ostrzegła go Elizabeth, patrząc mu prosto w oczy. – To nasz duch.
- Gdzież bym śmiał.
Gdyby nie to, że zadzwonił telefon Elizabeth i dziewczyna zerwała kontakt wzrokowy, Dean wpatrywałby się w jej oczy jeszcze dłużej. Bardzo podobała mu się ta zieleń.
- Jestem zajęta – powiedziała, odbierając telefon. Przez moment była cicho, słuchając swojego rozmówcy. Znowu się przy tym bujała na piętach, co po raz kolejny wyglądało bardzo słodko. – Dzisiaj? Okej, będziemy. Pa.
- Coś ważnego? – zapytała Karen.
- Impreza w barze – odparła, przeczesując włosy. Kilka kosmyków zaplątało się jej w rękę.
- Czyli polowanie na ducha przełożone.
- Na to wygląda. – Elizabeth znowu odwróciła się do Deana, uśmiechając się. – Może wpadniesz?
- Dzisiaj? – zdziwił się. Myślał, że wcześniej żartowała z tymi imprezami.
- A dlaczego nie? Będzie fajnie. Słuchaj... – dziewczyna zaczęła się poklepywać po kieszeniach, dopóki Karen nie podsunęła jej pod nos długopisu. – To jest adres baru. Nie martw się, wpuszczą cię, chyba że możesz już pić alkohol?
- Nie – odparł, patrząc, jak Elizabeth zapisuje mu adres na dłoni. Jej dotyk był delikatny i bardzo przyjemny. Nie obraziłby się, gdyby go nie puściła.
- Alkohol i tak będzie, dużo alkoholu. To w końcu bar – powiedziała z uśmiechem. Zauważył, że robi to dosyć często, co bardzo mu się podobało. – Impreza zaczyna się o dziesiątej i trwa do rana. Wpadnij kiedy będziesz mógł.
- Jasne.
Nie był jeszcze pewny, czy pójdzie, ale miał na to ochotę. Chciał lepiej poznać Elizabeth, nawet jeśli miał niedługo wyjechać. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jeszcze dzisiaj pozbędzie się ducha. Zaraz z polowania pójdzie na imprezę i troche się zabawi, a do ojca zadzwoni rano. To był dobry plan.
- Ja i Karen będziemy spadać. – Obie dziewczyny ruszyły w stronę wyjścia z sali. – Do zobaczenia później, Dean.
- Na pewno będę – obiecał.
Elizabeth uśmiechnęła się ostatni raz, co wywołało u Deana momentalny przypływ radości. Lubił tę dziewczynę, a ona najwyraźniej lubiła jego. Wiele by dał, by zostać tutaj dłużej i lepiej ją poznać, może nawet umówić się na kilka randek. Ale nie mógł zostawić Sama z ojcem. Musiał wracać.
Poczekał jeszcze chwilę, nim też opuścił szkołę i udał się do publicznej biblioteki. Gdy poprosił o stare gazety, bibliotekarka zdziwiła się, że kolejny dzieciak się tym interesuje. Dean podziękował jej uprzejmie i zabrał się do roboty. Znalezienie potrzebnej informacji nie trwało długo, samobójstwo dziewczyny zostało opisane na pierwszej stronie. Gdy znał już nazwisko i dowiedział się, gdzie samobójczyni została pochowana, opuścił bibliotekę i wrócił do motelu. Po zapadnięciu zmroku spali kości i zaraz potem pójdzie na imprezę do baru. Spojrzał na adres, który wciąż miał zapisany na ręce. Nie mógł się już doczekać ponownego spotkania z Elizabeth.
* - Widać w serialu na jednej ze starych odznak, że Dean miał w młodości długie włosy tak jak Jensen, co jest oczywiste, jako że wykorzystano własnie jego stare zdjęcie.
