Dean dawno nie kopał na cmentarzu, który miałby tak twardą ziemię. Nie miał pojęcia, jak ktokolwiek mógł wpaść na pomysł pochowania tu kogoś, bo łopata z trudem wbijała się na kilka centymetrów. Wiele by dał, żeby mieć teraz jakąś koparkę, ale pewnie robiłaby za dużo hałasu. Z drugiej strony znajdowała się kawałek od miasta, może wcale nikt by go nie zauważył. Tylko że nigdzie w pobliżu nie było koparki, musiał więc męczyć się z łopatą, a wcale nie miał na to ochoty. Gdyby nie to, że duch był zagrożeniem, zostawiłby to wszystko w cholerę i poszedł na imprezę, by spotkać się z Elizabeth. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz brał udział w takim wydarzeniu, zwykle nie miał na to czasu, bo musiał zajmować się Samem. Ostatnia impreza, na jakiej był, odbyła się na pewno kilka lat temu, chyba kiedy zaczynał szkołę średnią. Wtedy po raz pierwszy spróbował trawki, dlatego niewiele pamiętał.
Zastanawiał się, czy u Elizabeth też będą narkotyki. Nie zamierzał palić, nie był wielkim fanem najarania się i na pewno nie chciał mieć glin na karku. Choć pewnie i tak miałby kłopoty za samo picie alkoholu.
W końcu udało mu się dokopać do trumny, ale zajęło mu to sporo czasu. Zadowolony odrzucił łopatę i otworzył wieko, zaraz potem wychodząc z grobu. Szybko obsypał kości solą, oblał benzyną i podpalił. To była jego ulubiona część polowania na duchy. Nie lubił samego faktu, że bezcześci grób, ale czuł satysfakcję, gdy patrzył na płonące kości. Duch danej osoby w końcu mógł odejść w spokoju, nie musiał się dalej męczyć i cierpieć. Nie miał pojęcia, czy coś je potem spotykało, czy trafiały do jakiegoś niebiańskiego miejsca, czy po prostu rozpływały się w nicość, ale cokolwiek się z nimi działo, na pewno było to lepsze niż wieczne cierpienie i zabijanie ludzi – niewinnych lub nie.
Odczekał kilka minut, by upewnić się, że kości są dobrze spalone. Wtedy szybko zasypał dół, gasząc przy okazji ogień i ulotnił się z cmentarza, nasłuchując uważnie, czy nikt nie nadchodzi. Miałby problem, gdyby ktoś go teraz przyłapał, ale na szczęście udało mu się opuścić cmentarz bez wykrycia.
Wrócił do motelu i wziął szybki prysznic. Wątpił, że zaimponuje Elizabeth jeśli będzie pokryty piachem i śmierdział benzyną. W końcu był gotowy i z podekscytowaniem założył na siebie czyste ciuchy. Wszystko zajęło mu może dziesięć minut, a dotarcie do baru kolejne dziesięć. Już przed wejściem słyszał muzykę grającą wewnątrz, dostrzegł też jakiegoś dryblasa pilnującego drzwi, który jednak nie zwrócił mu uwagi, gdy wszedł do środka, przyjrzał mu się tylko uważnie.
Nie miał pojęcia, co spodziewał się zobaczyć po wejściu, ale był zaskoczony tym, jak spokojnie tu było. Muzyka była cichsza, niż mu się z początku wydawało, tylko kilka osób tańczyło w rogu, cała reszta siedziała przy kilku stolikach albo przy barze i rozmawiała. Jak na imprezę studentów, niewiele się tu działo, ale musiał przyznać, że to nawet miłe. Bar nie był zbyt duży, więc to może dlatego. Nie było po prostu dość miejsca, by porządnie się bawić.
Stojąc niezręcznie przy drzwiach, Dean rozejrzał się w poszukiwaniu znajomej rudej czupryny, ale dostrzegł tylko Karen siedzącą przy jednym ze stolików. Wraz z nią siedziały też trzy inne dziewczyny i jeden chłopak, który obejmował Karen ramieniem. Nim zdecydował się, czy tam podejść i ją zagadać, dziewczyna sama spojrzała w jego stronę i szybko wyplątała się z objęć towarzysza.
- Dean, przyszedłeś! – zawołała uradowana i złapała go za ramię, prowadząc do baru. – Miałeś problem z trafieniem? Impreza trwa już dwie godziny.
To było kolejne zaskoczenie, bo nikt nie wyglądał na pijanego, choć alkohol na pewno poszedł w ruch. Chyba trafił na najbardziej dojrzałą i rozsądną grupę studentów, na jaką mógł trafić.
- Zaspałem – skłamał. Karen posadziła go przy barze i usiadła obok.
- Ważne, że już jesteś. Im nas więcej, tym weselej.
- Co wam podać? – podszedł do nich barman, w ich wieku lub nieco starszy. Dean zastanawiał się, czy w tym barze jest aktualnie ktokolwiek dorosły.
- Mnie nic, zostawiłam drinka na stole – odparła Karen. Barman przytaknął i spojrzał na Deana.
- A dla ciebie?
- Piwo wystarczy.
- Jak ci się póki co podoba? – zapytała Karen, gdy dostał już swoje piwo, a barman poszedł zająć się innymi sprawami.
- Spokojnie tu.
- Bo jesteśmy smętni – zaśmiała się. – A tak poważnie, to po prostu nie jesteśmy typem ludzi, którzy lubią głośne imprezy.
- To fajnie – przyznał. Nadal czuł się niezręcznie, choć nie był pewny, czy to z powodu otwartości Karen czy tego, że był w obcym miejscu i czuł na sobie spojrzenia niektórych osób. – Zwykle w takim barze byłoby głośno.
- Rodzice Elizabeth by ją zabili, gdyby zrobiła tu wielką imprezę, to ich bar.
- I pozwolili jej go użyć?
- A dlaczego nie? Beth jest odpowiedzialna. I sprytna, dlatego nawet jeśli uchla się tak, że będzie rano rzygać, jej rodzice i tak się nie zorientują.
Dean był zaskoczony. Do tej pory sądził, że Elizabeth jest raczej spokojną dziewczyną, ale wyglądało na to, że jest bardzo rozrywkowa i nie taka grzeczna. Powinien był się domyśleć, w końcu bez mrugnięcia okiem włamała się do szkoły.
- Gdzie ona teraz jest? – zapytał, rozglądając się znowu po barze.
- Jeszcze pięć minut temu tu była. – Karen też zaczęła się rozglądać. – Chyba poszła po więcej piwa. Oh, oto i ona.
Dean szybko odwrócił się w stronę, w którą patrzyła Karen. Nie kłamała, Elizabeth weszła do baru niosąc ze sobą skrzynkę piwa, ale szybko jego uwagę zwróciła inna osoba. Tuż za dziewczyną szedł chłopak, bardzo podobny do niej. Miał takie same rude włosy, tylko że bardzo krótko ścięte, nie miał też aż tylu piegów co ona, ale miał równie zielone oczy, których kolor Dean był w stanie dostrzec nawet ze swojego miejsca.
Serce zabiło mu mocniej i poczuł przyjemny skurcz w żołądku. Mimowolnie oblizał usta, gdy przyglądał się, jak chłopak znika za jakimiś drzwiami, wcześniej odbierając od Elizabeth piwo. Nawet gdy zniknął mu z oczu, Dean nie potrafił myśleć o niczym innym jak tylko o tym chłopaku. Był pewien, że gdyby teraz wstał, to nogi by się pod nim ugięły. Pierwszy raz czuł aż tak gwałtowną reakcję organizmu i nie miał kompletnie pojęcia, co o tym myśleć. Chciał tylko, żeby tamten chłopak znów się pojawił. Nie zwracał uwagi ani na Karen ani na ludzi dookoła ani nawet na Elizabeth, która podeszła do nich z uśmiechem na twarzy.
- Na co patrzysz? – zapytała go. Z trudem usłyszał jej pytanie.
- Um... na nic – odparł szybko, czując, że się czerwieni. Nie wiedział, co jeszcze powiedzieć, więc umilkł, starając się patrzeć wszędzie tylko nie tam, gdzie zniknął tamten chłopak. Poległ sromotnie.
Elizabeth spojrzała w tym samym kierunku, ale nie widząc nikogo najwyraźniej uznała, że to nic ważnego.
- Cieszę się, że przyszedłeś – powiedziała, siadając obok niego. – Piwo ci smakuje?
- Tak, jest świetnie – zapewnił i napił się, by zająć czymś ręce. Dawno nie był tak zdenerwowany, jak teraz, nie miał pojęcia, co się z nim dzieje.
- Beth, tu jesteś! – zawołał ktoś. Kolejny chłopak pojawił się w zasięgu wzroku Deana. Był wysoki i dobrze zbudowany, ale bez przesady. Stanął za Elizabeth, objął ją i ucałował w czubek głowy. Dziewczyna zaśmiała się i złapała go za ręce.
- Byłam po piwo – wyjaśniła i spojrzała na Deana. – Matt, poznaj Deana, spotkałyśmy go z Karen w szkole, pomógł nam wejść do środka. Dean, to jest mój chłopak, Matt.
- Miło mi. – Dean wyciągnął rękę i obaj uścisnęli sobie dłonie. Jeszcze dzisiaj rano byłby zawiedziony tym, że Elizabeth ma chłopaka, ale teraz już go to wcale nie obchodziło.
- Mam nadzieję, że nie wpakowałeś jej w żadne kłopoty – powiedział Matt.
- Były całkowicie bezpieczne – zapewnił i znowu spojrzał w kierunku drzwi. Zrobił to w odpowiednim momencie, bo chłopak znów się pojawił i szedł teraz w ich stronę. Dean poczuł się, jakby coś mu uciskało klatkę piersiową. Im bliżej był ten chłopak, tym bardziej nie mógł się nadziwić, jak jest przystojny. Nie mógł oderwać od niego oczu, czuł się jak podczas pierwszego spotkania Elizabeth tylko znacznie gorzej, bo wszystko było intensywniejsze. Nie podobało mu się to, ale jednocześnie czuł się pełen życia jak nigdy przedtem.
- Musisz poznać kolejną osobę, Dean. – Usłyszał głos Elizabeth jakby znajdowała się ona na drugim końcu pomieszczenia. Wszystkie zmysły miał nastawione tylko na nieznajomego. – To mój brat Ethan.
Brat? To wyjaśniało, czemu było między nimi takie podobieństwo. Może nawet byli bliźniakami, ale nie zamierzał pytać.
Ethan był wyższy od niego, mógł to stwierdzić nawet jeśli sam siedział. Z bliska zieleń jego oczu była jeszcze intensywniejsza, a wydatne kości policzkowe aż się prosiły o ich dotknięcie. Oj dotknąłby ich, gdyby tylko mógł.
- Cześć – przywitał się niepewnie. Gdy wyciągnął rękę w stronę Ethana, zauważył, że drży, ale szybko nad tym zapanował, by nie robić sobie wstydu. Ethan chyba tego drżenia nie zauważył, ścisnął jego dłoń i potrząsnął nią lekko.
- Fajnie, że wpadłeś, Dean – powiedział Ethan. Nawet jego głos brzmiał wspaniale. Dean ucieszył się, że jest tu przez chłopaka mile widziany. – Jak ci się u nas podoba?
Nie chciał się odzywać, bo bał się, że powie coś głupiego albo zabraknie mu języka w gębie. Ethan go nieco onieśmielał, był prawdopodobnie pierwszym facetem, któremu się to udało i nie był pewien, czy się z tego cieszyć, czy nie. To była dziwna sytuacja, ale na swój sposób przyjemna.
- Jest... Jest miło – wybełkotał w końcu, czując rosnące zażenowanie. Dlaczego to musiało być takie trudne?
- Miłej męskiej pogawędki – powiedziała Elizabeth, zabierając Karen i swojego chłopaka. Dean był niemal pewny, że zostawiła go z Ethanem specjalnie, choć nie miał pojęcia w jakim celu.
- Co cię sprowadza do miasta, Dean? – zapytał Ethan. Dean starał się patrzeć wszędzie, tylko nie w jego oczy, choć miał wrażenie, że przez to jest jeszcze gorzej i tym samym okazuje swoje oczywiste zainteresowanie, którego obecności wciąż nie mógł zrozumieć.
- Wakacje – odpowiedział. – Chciałem odpocząć od rodziny.
Było w tym więcej prawdy, niż śmiał się do tego przyznać przed samym sobą. Całe życie zawsze był w obecności Sama lub ojca, dlatego miło było choć raz być samemu i decydować o wszystkim, a nie czekać na rozkaz ojca. Jemu samemu nigdy by jednak tego nie powiedział.
- Studiujesz gdzieś?
- Ah, nie. – Czuł z tego powodu wstyd, bo Ethan na pewno studiował, jak zresztą cała reszta obecnego w barze towarzystwa. A on? Był prawdopodobnie jedynym, który ledwo skończył szkołę średnią i to wcale nie dlatego, że był głąbem. – Nie mam na to za bardzo czasu, pomagam ojcu w pracy.
- Co robicie?
Takie zwykłe pytania pomogły mu się trochę rozluźnić. Ethan nadal go onieśmielał, ale już nie bał się na niego patrzeć.
- Sprzedajemy różne klamoty. Jeździmy po całych Stanach – wyjaśnił. – A ty coś studiujesz?
- Literaturę angielską.
- Nie wyglądasz na fana takiego kierunku – stwierdził, nim zdołał ugryźć się w język. – Wybacz.
Ethan o dziwo nie był zły, uśmiechnął się za to i Dean był pewny, że to najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widział.
- Wierz lub nie, ale ludzie ciągle mi to mówią – zaśmiał się. – Nawet moi rodzice się dziwili, gdy wybrałem ten kierunek. Woleli, żebym został lekarzem jak ojciec. Ale wolałem wybrać sam, a nie pozwalać decydować za mnie.
Dean przytaknął. Też chciałby mieć możliwość wyboru.
- Dobrze jest być niezależnym. – Dean napił się piwa, mając nadzieję na polepszenie nastroju.
- Amen – zgodził się Ethan. – Na długo zostajesz?
Dean otworzył usta, by odpowiedzieć, ale szybko je zamknął, bo nie znał odpowiedzi. Powinien rano zadzwonić do ojca i powiedzieć mu, że sprawa załatwiona. Powinien, ale nie chciał tego zrobić. Spodobało mu się to miasto, chciał je lepiej poznać. Chciał lepiej poznać Ethana, który przyciągał go jak magnes. Wciąż nie wiedział, co myśleć o tej fascynacji, bo obawiał się najgorszego, czegoś, co nigdy wcześniej mu się nie przydarzyło. Ale bardziej nie chciał jeszcze wracać do ojca, który znowu będzie nim pomiatał. Chciał zakosztować normalnego życia, o którym marzył z Samem, chociaż przez kilka dni. Po raz pierwszy w życiu chciał być po prostu egoistą i pomyśleć o sobie, a nie rodzinnym biznesie.
- Nie wiem – odpowiedział w końcu. – Zależy, czy będzie coś ciekawego do roboty.
- Moja siostra chyba cię lubi, na pewno znajdzie dla ciebie jakieś zajęcie. Jeśli chcesz możesz dołączyć do nas w czasie wycieczki nad jezioro.
Miałby odmówić pływania i zobaczeniu Ethana bez koszulki? Nie było mowy, by powiedział „nie".
- Jasne, czemu nie – zgodził się z uśmiechem.
- Zajebiście. Dam ci mój numer, żebyśmy mogli się umówić.
Dean poczuł dreszcz. Zastanawiał się, czy tak się czuły te wszystkie dziewczyny, którym zostawiał swój numer.
Impreza trwała dalej w najlepsze, ale Dean skupiał się tylko na Ethanie, który opowiadał różne historie z akademika. Też chciał mu coś opowiedzieć, ale większość jego historii kręciła się wokół świata paranormalnego. W życiu nie udałoby mu się zastąpić wielu słów takimi, które nie sprawiłyby, że Ethan uznałby go za wariata.
Na całe szczęście chłopak był bardzo gadatliwy, więc nawet gdyby Dean miał coś do opowiedzenia, to miałby z tym wielki problem. Ale nie przeszkadzało mu to, lubił słuchać Ethana, a przez te opowieści poznawał go lepiej o co przecież mu chodziło.
Siedzieli przy barze całą noc, aż do rana, pijąc piwo i dogadując się coraz lepiej. Dean po jakimś czasie przestał się czuć niezręcznie i bez strachu patrzył na Ethana, pilnując się jednak, by nie robić tego zbyt długo. Nie chciał uświadomić chłopaka, że może interesuje się nim nieco bardziej, niż powinien.
Czasami dołączała do nich Elizabeth, która była już pijana i cały czas kłóciła się z bratem o jakieś błahostki, które tylko rozśmieszały Ethana. Dean lubił ich wtedy obserwować.
Impreza skończyła się nad ranem. Wyszedł na chłodne jeszcze powietrze i ruszył w stronę motelu. Ciągle oglądał się za siebie i patrzył na bar, w którym zostawił Ethana. Chciał już znowu się z nim spotkać, nie ważne jak źle i niewłaściwie to brzmiało. Nie powinien się tak ekscytować na spotkanie z drugim facetem, nie w taki sam sposób, jak wcześniej na spotkanie z Elizabeth, ale o dziwo nie obchodziło go to aż tak bardzo. W końcu nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby go osądzić. Poza nim samym, oczywiście. W pewnym sensie czuł obrzydzenie do samego siebie, ale z drugiej wiedział, że nie ma na to wpływu. Musiał się tylko pilnować, by nikt inny się o tym nie dowiedział, wtedy będzie dobrze.
Po dotarciu do motelu od razu położył się do łóżka i spał aż do południa. Wtedy też postanowił zadzwonić do ojca i powiedzieć mu, że polowanie się przedłuża. Był zdenerwowany, gdy czekał, aż ojciec odbierze. Nie miał pojęcia, jaka będzie jego reakcja.
- Skończyłeś, Dean? – odezwał się w końcu John. Żadne „cześć, synu" albo „wszystko w porządku", czysty profesjonalizm. Dean wmawiał sobie, że go to nie rusza.
- No właśnie nie – powiedział niepewnie. Z tego zdenerwowania zaczął chodzić po pokoju od ściany do ściany. – Mam pewne problemy, to może trochę potrwać.
Usłyszał, jak ojciec westchnął po drugiej stronie. Nie był zadowolony.
- Zwykły duch cię przerasta?
- Trudno coś robić bez odznaki – wytłumaczył się. – Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, ale zadzwonię do ciebie, jak pozbędę się ducha.
Chociaż kolidowało to z jego planami, Dean miał nadzieję usłyszeć od ojca propozycję pomocy w polowaniu. Oczywiście nic takiego nie usłyszał.
- Tylko się pospiesz.
- Mogę pogadać chwilę z Samem? – zapytał szybko, nim ojciec zdążył się rozłączyć.
- Dobra. – Dean czekał chwilę aż usłyszał znajomy głos brata.
- Hej, Dean – przywitał się. – Jak leci?
- Może być – odparł z uśmiechem. Sama bardziej mu brakowało, niż ojca. – A jak ty sobie radzisz?
- Tata się do mnie nie odzywa. Nie żeby mi to przeszkadzało.
- Pokłóciliście się znowu?
- I to jak. Aż zatrzymał samochód na poboczu, żeby się na mnie wydrzeć. Dawno nie widziałem go tak wściekłego.
Sam wydawał się być dumny, że tak udało mu się zdenerwować ojca, ale Dean nie podzielał tej ekscytacji. Kto wie, co John mógłby zrobić pod jego nieobecność.
- Nie prowokuj go, Sammy – poprosił brata.
- Nic mi nie będzie – zapewnił Sam. – To kiedy do nas wracasz? To że nie chcę rozmawiać z tatą nie znaczy, że nie chcę rozmawiać z kimkolwiek.
- No właśnie, jest taki problem – zaczął niepewnie Dean. – Nie wracam zbyt szybko.
- Dlaczego?
Mógłby z łatwością skłamać. Powiedzieć to samo, co ojcu, ale nie chciał okłamywać Sama.
- Podoba mi się to miasto – wyznał. – Poznałem kilka fajnych osób.
Bał się, że Sam się obrazi za bawienie się z obcymi ludźmi podczas gdy on musi męczyć się z ojcem. O dziwo reakcja była zupełnie inna.
- To super – stwierdził radośnie. – Przyda ci się trochę wolnego od taty. Może się zaprzyjaźnisz z kimś. Zostań tam ile tylko chcesz.
- Serio? – zdziwił się.
- Jasne! Chyba pamiętasz jeszcze, o czym rozmawialiśmy u Bobby'ego?
- Tak, pamiętam.
Normalne życie. Tak jak w przypadku wypadu do kina, zamierzał wycisnąć z tego pobytu wszystko, co tylko mógł. Nie zamierzał zmarnować takiej okazji. Kto wie, kiedy trafi mu się następna i będzie mógł zaznać życia, którego nigdy na stałe nie będzie miał.
- Korzystaj, Dean – poradził mu Sam. – I dzwoń często, okej?
- Jasne – obiecał. O ile będzie miał czas.
- No to do zobaczenia.
- Tak. Do zobaczenia.
Dean rozłączył się i z zadowoleniem położył na łóżku. Poszło zadziwiająco prosto i szybko. Teraz mógł zaznać przez jakiś czas wolności. Bez ojca, bez polowań, bez obowiązków. To będą jedne z lepszych wakacji w jego życiu, czuł to.
