Po rozmowie z Samem, Dean przez resztę dnia wyczekiwał telefonu od Ethana. Chłopak póki co się nie odezwał, ale Dean wciąż był dobrej myśli. Najwyżej sam zadzwoni, w końcu miał numer. Może się nie zbłaźni, chociaż Ethan nie wydawał się być typem człowieka, który czerpie radość z żartowania sobie z kogoś. Wprost przeciwnie, odniósł wrażenie, że chłopak naprawdę chce go lepiej poznać. Może po prostu jeszcze sam nie wiedział, kiedy razem z siostrą wybierają się nad jezioro. Może byli zajęci. Nie wszyscy nie mieli przez cały dzień nic do roboty, jak Dean.

Siedzenie w pokoju motelowym było niezwykle nudne, nawet nie chciało mu się czytać książek. Z braku lepszego zajęcia kilka razy policzył swoje pieniądze, których było zbyt mało, by mogły mu na długo wystarczyć. Opłacił już pokój do końca tygodnia, zostało mu tylko sto dolarów na jedzenie. Powinno wystarczyć, zwłaszcza jeśli będzie zapraszany gdzieś przez Ethana. Jedzenie z nie swojej lodówki i nie dawanie nic w zamian nie było może zbyt miłe, ale jeśli chciał tu trochę zostać, musiał oszczędzać, jak tylko się da.

Może znalezienie pracy byłoby dobrym pomysłem. Nie musiało to być nic wyświechtanego, mógłby nawet sprzątać. Jeśli będzie miał szczęście, może zatrudnią go w miejscowym warsztacie samochodowym. Był przecież dobry w te klocki. Ewentualne braki w gotówce załatwi kilkoma oszustwami. Jeśli trafi na geja, może oczaruje go przy grze w karty. To zachowanie wprawdzie go brzydziło, nie lubił czuć na sobie spojrzeń jakichś zboczeńców, których interesuje seks z ledwo legalnym, ładnym chłopaczkiem. Nie lubił też słuchać ich propozycji wspólnego spędzenia nocy, ale dzięki tym sztuczkom zgarniał więcej kasy. Idioci zawsze byli zbyt zajęci fantazjowaniem o rżnięciu go na tylnym siedzeniu swojego wozu, by zauważyć, że oszukuje i pozbawia ich wszystkich pieniędzy.

Tak, może i nie lubił wykorzystywać swojej urody w takich sprawach, ale zdecydowanie był w tym dobry. Owijał sobie facetów wokół palca, a jeśli któryś kiedyś go przejrzy... Cóż, umiał walczyć, zawsze mógł dać w mordę. Na pewno nie da się dotknąć żadnemu nich. I na pewno nie dopuści, by ojciec kiedykolwiek dowiedział się o tych praktykach. Po czymś takim nie miałby już czym uwodzić napalonych facetów.

Dean poderwał się z łóżka, na którym leżał odkąd obudził się rano. Szybko ubrał się w co popadnie i wyszedł na zewnątrz motelu. Z tej samej skrzynki na prasę, co ostatnio, wyjął gazetę i zabrał ją do pokoju. Znów położył się na łóżku, nie zdejmując nawet butów i otworzył gazetę na stronie z ogłoszeniami z pracą.

Ofert było dużo, bo dotyczyły nie tylko tego miasteczka, ale i okolic, miał w czym wybierać. Zdecydowanie nie miał zamiaru brać czegoś spoza miasta, może gdyby miał samochód, ale bez niego nie mógł sobie pozwolić na wydawanie codziennie na bilet autobusowy.

Każdą ciekawszą ofertę Dean zaznaczał długopisem, który świsnął z recepcji, a gdy wszystkie strony zostały przejrzane, zaczął kolejną selekcję. Niestety nie udało mu się znaleźć czegoś związanego z mechaniką samochodową, były tylko dwie oferty, ale dla doświadczonych mechaników, nie szczeniaków, które do tej pory bawiły się tylko przy silniku jakiegoś grata stojącego na tyłach domu starego pijaczyny. Ostatecznie zostały tylko trzy oferty, z czego dwie dotyczyły pracy w sklepie, a trzecia związana była ze sprzątaniem. Tę właśnie skreślił jaką pierwszą i teraz zastanawiał się pomiędzy ofertami pracy w sklepie. Miał ciężki orzech do zgryzienia, bo obie były w sam raz dla niego, ale jedna to była praca w markecie, a druga w sklepie na stacji benzynowej. Nie był wielkim fanem częstego kontaktu z klientem dlatego skłaniał się ku stacji benzynowej. Na pewno obsługiwała mniej ludzi niż market.

Podejmując decyzję, Dean sięgnął po komórkę i zadzwonił pod podany w ogłoszeniu numer. Miał szczęście, nikt inny jeszcze się nie zgłosił, właściciel kazał mu od razu przyjść. To go trochę zaskoczyło, ale nie zamierzał odmawiać, żeby nie stracić potencjalnej roboty. Powiedział, że na pewno będzie i zaraz po rozłączeniu wskoczył pod prysznic, a po umyciu założył na siebie czyste ciuchy.

Stacja benzynowa znajdowała się nie tak daleko od motelu, to był kolejny plus, który bardzo mu się podobał. Nie będzie musiał wstawać zbyt wcześnie albo szwendać się po mieście, by wrócić w nocy do domu. W końcu nie wiedział jeszcze, w jakich godzinach będzie pracował, w ogłoszeniu nic o tym nie było. Po cichu liczył na to, że stacja była zamykana na noc. W końcu Ethan mógł go zaprosić na kolejną imprezę. Jak nudna by ona nie był, z nim bawiłby się świetnie.

Dean wreszcie dotarł na miejsce, ale nie wszedł do środka tylko zajrzał przez szklane drzwi. Sklep był pusty, nie zobaczył żadnych klientów, za to zauważył przy jednej z półek mężczyznę, który rozkładał na jednej jakieś puszki. To musiał być właściciel.

Upewniając się jeszcze, czy ma wszystkie dokumenty, Dean wszedł do sklepu, a właściciela poinformował o tym mały dzwoneczek wiszący nad drzwiami.

- Ty jesteś tym dzieciakiem, który szuka pracy? – zapytał, tylko przelotnie spoglądając na Deana.

- Tak, to ja – potwierdził i podszedł bliżej. – Mam jakieś szanse na zatrudnienie, czy...

- Jasne, że masz. – Właściciel postawił ostatnią puszkę na półce, a karton, w którym je przed chwilą trzymał, postawił na podłodze. – Masz jakąś przeszłość kryminalną?

- Raz byłem w domu dla trudnej młodzieży – przyznał się. Zamierzał użyć prawdziwego nazwiska, nie było więc sensu kłamać. Poza tym dom Sonny'ego nie miał nie wiadomo jakiej reputacji, nie trzymano tam dzieciaków, którzy popełnili ciężkie przestępstwa, więc może wciąż miał szansę na zatrudnienie.

- Zabiłeś kogoś? – zapytał właściciel. Wyminął Dean i przeszedł za ladę z kasą.

- Ukradłem chleb i masło orzechowe. Dla młodszego brata. – Miał nadzieję, że to pomoże mu przekonać mężczyznę, że nie stanowi zagrożenia dla niego albo rzeczy w sklepie. – Był głodny, a mnie skończyła się forsa.

- Rodzice?

- Tata był pijany. – To oczywiście nie była prawda, bo John był po prostu nieobecny, ale gdy John się upijał, to można był odnieść wrażenie, że go nie ma. Trzeba było tylko unikać spoglądania na kanapę, na której zasypiał na resztę dnia.

- Trudne dzieciństwo – mruknął właściciel, bardziej do siebie niż do Deana. – Nie mam tu masła orzechowego, więc raczej nie masz co kraść.

- Nie łamię już prawa – zapewnił, choć było to kłamstwem. Po prostu już go nie łapano, był dużo lepszy w wynoszeniu towaru ze sklepu, niż jeszcze trzy lata temu.

- Kłamiesz – stwierdził bez problemu mężczyzna.

Dean wiedział, że ma dwa wyjścia. Mógł kłamać dalej albo uciekać. Był już nawet gotowy na to drugie, był szybki, a właściciel stał za ladą. Nim by zza niej wyszedł, on już dawno byłby na zewnątrz sklepu.

- Spokojnie, dzieciaku – uspokoił go właściciel, najwyraźniej widząc, że był cały spięty i prawdopodobnie pobladł na twarzy. – Jeśli przyszedłeś tutaj po pracę, to nie możesz być taki zły. Przyznałeś się też do poprzedniego wyskoku. Dam ci szansę.

Dean był w szoku. Po czymś takim spodziewałby się, że jego szanse na zatrudnienie spadną do zera. Mało tego, że właściciel zadzwoni po policję i trzeba będzie wynieść się z miasta wcześniej niż planował.

- Niech się pan nie obrazi, ale dziwny z pana człowiek – powiedział, dalej nie mogąc uwierzyć w to, że po przyznaniu się do kradzieży właściciel sklepu dalej chciał go zatrudnić.

- Ostrzegam cię tylko – mówił dalej – że jeśli coś stąd zniknie, a wierz mi, dowiem się o tym, wtedy osobiście odetnę ci twoje lepkie paluchy.

- Ma pan moje słowo – przysiągł. Miał pracę, nie zamierzał teraz tego spieprzyć.

- Najwyraźniej musi mi wystarczyć – westchnął mężczyzna. – Od kiedy chcesz zacząć?

- A od kiedy mogę?

- Możesz zacząć choćby teraz.

- Wchodzę.

- Dobra, słuchaj, dzieciaku...

- Dean.

- Dean – poprawił i dołączył do niego po drugiej stronie lady. – 130 dolców na tydzień, co ty na to.

- Świetnie – zgodził się od razu, nawet nie próbując się targować. Tyle mu wystarczy na życie w motelu i kupowanie dla siebie posiłków. Gdyby Sam był z nim, zażądał by więcej.

- Sklep jest otwarty od szóstej do dziesiątej w nocy, a stacja całą dobę. Wolisz pracować rano, czy popołudniem.

- Rano. – Wtedy będzie miał więcej czasu dla Ethana, gdy ten już zadzwoni.

- Dobra. – Właściciel przeszedł do jakiegoś pokoju, który wyglądał jak magazyn. Wrócił z niego z dokumentami. – Spiszemy umowę.

Dziesięć minut później, Dean był już oficjalnie zatrudniony i gotowy do pracy. W międzyczasie do sklepu przyszło dwóch klientów, na których właściciel – Mark – pokazał mu, jak ma się zachowywać i co robić. Gdy wyszli, właściciel dokończył tłumaczyć warunki umowy.

- To twoja plakietka – powiedział, podając Deanowi niewielką kartkę otoczoną plastikiem i z małą przypinką. Na kartce było napisane imię Deana, który od razu przypiął plakietkę do swojej koszuli.

- Nie ma tu jakichś służbowych ciuchów? – zdziwił się. Zazwyczaj była to norma.

- Mam wydawać forsę na jakieś szmaty? Nie ma mowy. Własne ciuchy pracownik przynajmniej szanuje.

- To ma sens.

- Teraz ci wyjaśnię, na czym będą polegać twoje obowiązki, więc słuchaj uważnie.

- Tak, szefie – powiedział i zasalutował. Lubił Marka, był przyjemnym facetem.

- Dostaniesz klucze, rano będziesz otwierać sklep – tłumaczył Mark, a Dean przytakiwał. – Nie wpuszczaj klientów, dopóki nie posprzątasz między regałami. Potem zajmij się automatem do kawy, napełnij go i dopiero wtedy otwórz sklep. Jeśli przyjdzie jakieś zamówienie, odbierasz je. Na razie wszystko jasne?

- Jak słońce.

- Dobrze. Na półkach ma panować porządek, jeśli czegoś brakuje, dokładaj, jeśli mamy to w magazynie. Żadnego sprzedawania alkoholu dzieciakom poniżej dwudziestu jeden lat.

- Ja też tylu nie mam – przypomniał szefowi.

- Klienci nie muszą tego wiedzieć – stwierdził Mark i przyjrzał mu się uważnie. – Wyglądasz strasznie młodo, ale może się nabiorą. Chodź, pokażę ci magazyn.

Mark pokazał mu, gdzie co się znajduje i gdzie co stawiać po dostawie. Potem oprowadził go po całym sklepie i nauczył obsługiwać kasę. Nie było to specjalnie trudne, choć Dean wiedział, że będzie musiał przywyknąć.

- Jeśli ktoś będzie sprawiał problemy, wyganiaj go. Umiesz się bić?

- Jasne. – Nawet lepiej niż niejeden dorosły, chciał dodać, ale zrezygnował.

- Czasami kilku bezdomnych przychodzi tutaj korzystać z łazienki. Możesz ich wpuścić, ale pilnuj, by niczego nie ukradli, bo potrącę ci z pensji.

- Tak długo jak ja jestem na straży, nic tu nie zginie – zapewnił. Rozpierała go duma z powodu pierwszej, legalnej pracy, nie zamierzał tego schrzanić.

- Jasne, jasne. – Mark poklepał go po ramieniu i uśmiechnął się. Coś w tym człowieku przypominało mu Sonny'ego. Może to dlatego, że też miał te śmieszne wąsy jak on i pomimo tego, że w pierwszej chwili wydawał się oschły, to był całkiem miły. Albo to dlatego, że tak jak Sonny dał mu szansę.

- No to chyba już wszystko. – Razem z Markiem wrócili do lady i Dean od razu zajął miejsce za nią. – Zostanę tu dzisiaj, żeby cię poobserwować, jutro będziesz sobie radzić sam.

- Super. – Dean nie mógł się już doczekać, kiedy pochwali się Samowi swoją pracą. Będzie dumny.

Mark przyniósł sobie krzesło z magazynu i usiadł na nim przy wejściu do sklepu, biorąc do ręki czasopismo ze stojaka obok. Dean był tak podekscytowany, że nie mógł nawet usiąść, dalej stał więc za ladą i uśmiechał się jak głupek. Musiał dziwnie wyglądać dla jakiegoś mężczyzny, który wszedł do sklepu.

- Ja w sprawie ogłoszenia o pracę – powiedział, patrząc to na Deana, to na Marka.

- Nieaktualne – powiedział Mark, nie odrywając oczu od gazetki. – Dzieciak cię wyprzedził.

Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem i wyszedł, a Dean uśmiechał się jeszcze bardziej niż przedtem.

Dzień był bardzo spokojny, od czasu do czasu na stacji pojawiał się jakiś klient, najczęściej ktoś z miasteczka, bo Mark witał się z nimi i zamieniał kilka słów, podczas gdy Dean pakował zakupy do toreb i odbierał zapłatę. Jeśli zjawiał się ktoś przyjezdny, to tylko po paliwo i nawet nie zaglądał do sklepu, Dean mógł więc przez większość czasu zajmować się czymkolwiek chciał.

Tuż przed końcem jego zmiany, Dean siedział za ladą i słuchał muzyki z radia, które znalazł pod kasą. Mark pozwolił mu je uruchomić, ale niezbyt głośno, by nie przeszkadzało klientom. Radio było albo bardzo stare albo coś innego przeszkadzało mu w złapaniu sygnału jakiejś fajnej stacji, bo odbierał tylko jakieś najnowsze hity. Nie przeszkadzało mu to, lubił pop, a Maddona nie była jakoś szczególnie zła, ale wolał słuchać rocka. Przyzwyczaił się już do niego.

Mark też wolałby słuchać innej muzyki, bo zaraz po włączeniu radia zaczął mamrotać pod nosem o tym, że stacje puszczają teraz sam badziew. Nie kazał jednak Deanowi wyłączyć radia tylko przyniósł sobie z magazynu odtwarzacz na kasety i z założonymi słuchawkami znowu skupił się na czytaniu.

W radiu leciał właśnie największy kicz Celine Dion, gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami. Dean od razu się odwrócił, by obserwować podczas zakupów klienta, którym był nie kto inny tylko Ethan. Nie mógł się teraz zobaczyć, ale czuł, że się rumieni, zwłaszcza gdy chłopak go zauważył i uśmiechnął się do niego.

- Hej, Dean – przywitał się, nim spojrzał na zaczytanego Marka. – Dzień dobry, panie Fisher.

- Hym – mruknął mężczyzna, zbywając Ethana, który podszedł do Deana.

- Nie wiedziałem, że tu pracujesz – powiedział, opierając się rękoma o ladę.

- To mój pierwszy dzień – odparł. Początkowy zachwyt związany z obecnością chłopaka minął i Dean czuł się już pewniej niż kilka sekund temu. Był w stanie prowadzić normalną rozmowę. – Muszę jakoś zarabiać na motel.

- Prawda – zgodził się Ethan. Dean zauważył, że jest dziwnie zdenerwowany, bo chłopak nagle unikał jego spojrzenia. – Wybacz, że nie zadzwoniłem. Miałem sporo roboty w domu.

Oh, więc o to chodziło. Dean ucieszył się, że decyzja o nie dzwonieniu nie wynikała z tego, że Ethan go jednak nie lubi.

- Spoko, rozumiem.

Ethan znów na niego spojrzał i uśmiechnął się w taki sam sposób, co wcześniej. Dean dawno nie czuł się tak wspaniale, jak teraz. Ten dzień był naprawdę jednym z najlepszych w jego życiu.

- No to... – Ethan zawahał się i nerwowo zwilżył usta językiem. Dean uważnie śledził ten ruch, starając się nie myśleć o czymś nieodpowiednim w tej chwili. Jak na przykład o złapaniu Ethana za koszulkę i przyciągnięcia go do pocałunku. Dziwnie było myśleć w ten sposób o drugim facecie, ale mógł się do tego przyzwyczaić. To było równie przyjemne, co fantazjowanie o dziewczynie.

Widząc, że Ethan nic więcej nie wyduka, Dean postanowił go wyręczyć.

- Co chcesz kupić? – zapytał i spojrzał za chłopaka, gdzie Mark dalej czytał, ale robił to w tak podejrzany sposób, że oczywistym było, że podsłuchuje albo przynajmniej słucha jednym uchem.

- Oh, tak. – Dean uśmiechnął się, widząc jego zakłopotanie. Miło było być po drugiej stronie barykady. – Kilka przekąsek na wyprawę. Wiesz, to nad jezioro. Oczywiście jesteś zaproszony.

- Jestem?

- Jasne. Siostra nie dałaby mi żyć, gdybym cię nie zaprosił – wyjaśnił, a jego zakłopotanie było jeszcze większe niż przedtem. – Poza tym nie chcę być sam z tymi wariatkami.

- Kto się wybiera nad to jezioro? – Miał nadzieję, że będzie jak najmniej ludzi. Chciał spędzić z Ethanem jak najwięcej czasu.

- Bethy, Karen i ja. No i ty, jeśli się zgodzisz.

- Czemu nie. – Starał się, by nie było po nim widać, jak bardzo się cieszy na to zaproszenie. – Kiedy wyjeżdżacie?

- Jutro po południu. Zamierzamy nocować w namiotach.

Cała ta wyprawa z każdą chwilą wydawała się być coraz bardziej interesująca. Zostanie w mieście na dłużej było doskonałym pomysłem.

- Zaplanowaliście jakieś atrakcje, czy nie macie kompletnie pojęcia, co będziemy robić?

- Powędkujemy – odparł i po chwili dodał ciszej – No i uciułaliśmy już trochę alkoholu, więc w razie czego się nim wspomożemy.

- Brzmi nieźle – stwierdził, choć wolałby nie pić za dużo, by nie palnąć czegoś głupiego. Nie miał pojęcia, jak jego nowa fascynacja zadziała w połączeniu z alkoholem, a nie chciał przekreślić swoich szans na przyjaźń z Ethanem z powodu szczeniackiego popędu.

- Lepiej zacznę kupować zanim spędzę tu z tobą cały dzień. – Ethan zaśmiał się nerwowo i odszedł, by zająć się zakupami. Dean obserwował go cały czas, choć wiedział, że też jest obiektem obserwacji, tyle że Marka, który przyglądał mu się ze zdziwieniem, gdy zerknął na niego na moment.

Deana speszyło to spojrzenie, więc szybko przestał wodzić za Ethanem wzrokiem. Normalny facet nie obserwuje tak drugiego faceta. Za bardzo pozwolił sam sobie się zrelaksować, Mark na pewno już wiedział, co jest grane, a jeśli on wiedział, to Ethan też się zapewne dowie. Jak i wiele innych osób, które mogłyby być świadkami jego spojrzenia. Był taki głupi, nie powinien się z czymś takim obnosić, musi być uważniejszy. To że taty nie było w pobliżu nie znaczy, że jest bezpieczny.

Gdy Ethan wrócił z zakupami, Dean szybko go obsłużył, unikając przy tym dłuższego kontaktu wzrokowego. Choć bardzo go kusiło, by spojrzeć w te zielone oczy.

- Zadzwonię do ciebie jutro – obiecał Ethan. – Podjedziemy po ciebie.

- Okej. Do jutra.

Ethan w końcu wyszedł, dziwnie rozczarowany tym, że Dean nie chciał z nim dłużej rozmawiać, ale to było zbyt duże ryzyko. Mark dalej się gapił, ale gdy Dean spojrzał na niego, mężczyzna tylko wzruszył ramionami i wrócił do czytania jak gdyby nigdy nic. Może niepotrzebnie spanikował. Może wcale nie miał się czego bać. W końcu nie wszyscy zachowywali się jak John.

Praca w końcu dobiegła końca. Dean pożegnał się z Markiem i poszedł coś zjeść. Nadal był w nieco kiepskim humorze, cała wcześniejsza radość niemal zniknęła. Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Nie powinien tak pragnąć towarzystwa Ethana. To było głupie i ryzykowne, chłopakowi mogłoby się to nie spodobać. Z drugiej strony wcale nie wyglądał na złego, gdy niemal flirtowali w sklepie. Ale to wciąż było głupie. Poznał Ethana dzień wcześniej, a już o nim fantazjował. Dlaczego to robił? Przecież lubił dziewczyny, zawsze tak było. Coś musiało być z nim nie tak. Nie chciał lubić facetów, ale to było miłe. Ethan był miły. Chciał uciekać, chciał wyjechać z miasta jak najszybciej, by nigdy więcej nie natknąć się na Ethana i nie doświadczać tego dziwnego uczucia ekscytacji, ale jednocześnie chciał zostać i spróbować. Nic się przecież nie stanie, jak spróbuje. Johna nie było w pobliżu, nie ukarałby go więc za to, niczym nie ryzykował. Może tylko twarzą, w którą na pewno by dostał, gdyby Ethan się o wszystkim dowiedział. Jeśli jednak będzie ostrożny, nic się nie stanie, a może nawet odkryje, że nie tylko z nim jest coś nie tak.

Tej nocy Dean po raz pierwszy miał mokry sen z udziałem mężczyzny. O dziwo nie był to Ethan, nie był do niego nawet podobny. Był starszy, miał pewnie więcej niż dwadzieścia lat, błękitne oczy i blond włosy. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział takiego mężczyznę. Może zobaczył go kiedyś w barze albo gdy pomagał ojcu w polowaniu. Może nawet był jednym z potworów, które kiedyś zabili, nie miał pojęcia.

We śnie, obaj leżeli na łóżku, Dean na plecach, a mężczyzna nad nim. Przez moment patrzyli sobie w oczy, dopóki blondyn nie pochylił się i nie zaczął całować go po szyi. Dean poczuł przyjemny dreszcz, gdy te usta go dotknęły. Oddychał już szybciej, a palce zaciskał na chłodnej pościeli, na której leżał. Nie byli nadzy, mieli na sobie ubrania. W pewnym momencie blondyn wsunął dłoń pod jego koszulę i trącił jeden z sutków.

Przez moment Deanowi zabrakło powietrza, a z jego gardła wydobył się zawstydzający jęk. Wiedział, że był wrażliwy w tym miejscu, nawet za bardzo, dlatego nigdy nie pozwalał się tam dotykać, ale tego mężczyzny nie zatrzymał. Pozwolił mu znowu dotknąć sutka, który szybko stwardniał pod jego dotykiem i teraz widać było jak sterczy, ilekroć opadał na niego materiał koszuli. Koszuli, która niespiesznie była teraz rozpinana.

Blondyn dalej całował go po szyi, Dean odchylił głowę, by ułatwić mu dostęp. Był pewny, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi, biło tak szybko i wydawało się, że wciąż przyspiesza z każdym kolejnym pocałunkiem.

- Podnieś się na chwilę – usłyszał. Był to pierwszy raz, kiedy mężczyzna się odezwał. Miał głęboki, gardłowy głos. Dean jęknął, słysząc go i posłusznie uniósł się na łokciach. Blondyn zsunął mu z ramion rozpiętą już koszulę, a potem całkiem ją zdjął. Nie rzucił jej na podłogę, zamiast tego użył jej, by przywiązać ręce Deana do wezgłowia łóżka.

- Co... – Oddech Deana przyspieszył, a serce łomotało tak głośno, że był pewny, że każdy może je usłyszeć. Z zawiązanymi rękoma czuł się bezsilny, nie mógł walczyć, co było najgorszą sytuacją dla łowcy. Bał się jednak tylko trochę, nie chciał też uciec. Chciał za to być na łasce blondyna, który przyglądał mu się teraz z pożądaniem.

- Spodoba ci się – wyszeptał, pochylając się. Tym razem jego usta znalazły się jednak niżej.

Był pewny, że pisnął, gdy poczuł na sutku ciepłe usta mężczyzny. Nie kontrolując reakcji swojego ciała, wypchnął biodra w górę, by otrzeć się o blondyna. Obaj byli twardzi, Dean desperacko potrzebował dotyku właśnie tam, ale mężczyzna zajmował się tylko sutkami. Jeden ssał, a drugi ściskał pomiędzy palcami, ani na chwilę nie przestawał. To było niczym tortura, Dean wił się pod nim, próbując to wszystko wytrzymać, ale poległ z kretesem. Każde dotknięcie brodawek powodowało, że jego ciało drżało. Ponieważ blondyn nie przestawał, drżenie także nie ustawało.

Dean jęczał cały czas, zaciskał pięści na niczym i podkulał palce u stóp. Mężczyzna przyciskał go teraz całym ciałem do materaca, nie pozwalając się ruszać. Otaczał go ze wszystkich stron niczym kokon.

- Dojdziesz w ten sposób? – zapytał, tylko na chwilę przestając ssać wrażliwe sutki Deana. – Dojdziesz?

Dean nie był w stanie odpowiedzieć, ledwo zrozumiał, co blondyn do niego mówi, za bardzo skupiał się na rozkoszy, która opanowała jego ciało, jakby płynęła mu w żyłach, docierając wszędzie, gdzie tylko mogła. Każdy dotyk mężczyzny był jak kolejny zastrzyk przyjemności. Dean nie mógł myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, wszystko docierało do niego jak przez mgłę. Wszystko z wyjątkiem blondyna, który posiadł go kompletnie. A Dean mu na to pozwolił.

- Jesteś taki dobry – pochwalił mężczyzna, całując go w usta. Dean jęknął, słysząc to. Tak rzadko ktoś go chwalił.

Blondyn znów się uśmiechnął nim powrócił do tego, co przerwał. Pod powiekami Deana zamigotały białe plamki, gdy ciepłe usta mężczyzny znów otoczyły jego sutek i zaczęły ssać mocniej niż przedtem. Próbował być cicho, ale nie był w stanie, choć od jęków bolało go już gardło. To było za wiele, nie mógł wytrzymać już dłużej, całe jego ciało odbierało każdy dotyk niczym rażenie prądem, tyle że pozbawione bólu. Klatka piersiowa raz po raz unosiła się i opadał gwałtownie, brakło mu powietrza i kiedy już myślał, że zaraz całkiem przestanie oddychać, blondyn lekko ugryzł go w sutek i Dean doszedł z krzykiem, napinając wszystkie mięśnie tak bardzo, że aż zabolały. Nic jednak nie było w stanie zagłuszyć rozkoszy, która opanowała jego ciało.

Mężczyzna mówił coś do niego, ale nie potrafił go zrozumieć, bo słyszał głównie łomotanie swojego serca, podobnie jak oddech, który nie był w stanie się wyrównać. Wciąż czuł na sobie ciało blondyna, jego ciepło i zapach. Chciał go dotknąć, objąć go, ale ręce miał nadal związane. Szarpnął nimi, ale nie był w stanie ich uwolnić. W normalnych okolicznościach spaliłby się ze wstydu po wydaniu żałosnego jęku, który właśnie opuścił jego gardło, ale teraz to nie miało znaczenia. Jego ciałem wciąż targały dreszcze po orgazmie i tylko to się liczyło. To i mężczyzna, który zaśmiał się i rozwiązał mu ręce, którymi Dean natychmiast go oplótł, nie chcąc go wypuszczać.

- Śpij, Dean – wyszeptał, kładąc się obok niego i przyciągając do swojej piersi. Dean westchnął zadowolony, czując w sercu ciepło. – Jesteś tu bezpieczny.

- Bezpieczny – powtórzył cicho i bardzo niewyraźnie, nim stracił przytomność. Gdy ponownie ją odzyskał, był w swoim pokoju motelowy i zamiast ciepła drugiego ciała, czuł wilgoć swojej bielizny, która przykleiła mu się do ciała.

Na drżących nogach, Dean powlókł się do łazienki i wszedł pod prysznic, odkręcając zimną wodę. Został tam dopóki usta nie zrobiły mu się sine, a ciało nie zaczęło się trząść.