Od razu przepraszam że tak krótko, ale chciałam dodać ten rozdział już teraz żeby nie zostawić czytelników tylko z samym prologiem. Bardzo dziękuje za wcześniejsze komentarze :) To one pchnęły mnie do napisania rozdziału. Proszę o więcej! :P

Nie przedłużając zapraszam do czytania


Rozdział 1

Daleko od tego miejsca w domu przy Privet Drive nr 4 leżał na łóżku niepozorny, niezwykle chudy młodzieniec. Miał kruczoczarne, roztrzepane - choć to tylko dodawało mu uroku - włosy oraz zielone oczy, lśniące kolorem morderczego zaklęcia. Na nosie jak zwykle spoczywały jego okulary. Najbardziej niezwykłą cechą w wyglądzie chłopca była blizna na jego czole, która kształtem przypominała błyskawicę. Była to pamiątka po tym, jak czarnoksiężnik Lord Voldemort próbował go zabić, kiedy miał zaledwie rok. Przeżył, choć jego rodzice nie mieli tyle szczęścia. Tak jak Syriusz.

Na myśl o swoim ojcu chrzestnym Harry Potter poczuł ucisk w klatce piersiowej. Nie mógł dłużej myśleć o tym, co się zdarzyło. To za bardzo bolało. Zwłaszcza, że śmierć Syriusza była jego winą.

Nie! - skarcił się w myślach - Nie myśl o tym.

Zawsze nienawidził wakacji. Dursleyowie traktowali go jak dziwaka albo udawali, że nie istnieje. Ta druga opcja wcale mu nie przeszkadzała, bo wtedy nie musiał ich znosić. Harry zastanawiał się, dlaczego Dumbledore musiał przekazać opiekę nad nim właśnie Dursleyom. I w dodatku zdawał się doskonale wiedzieć jak go traktują. Gniew na dyrektora Hogwartu znowu się w nim obudził. Miał ochotę skrzywdzić i jego, i Voldemorta. Oboje są siebie warci. Tylko Dumbledorowi zaufał i dlatego to tak boli. I jeszcze zataił przed nim przepowiednię. Na myśl o niej Harry zadrżał.

Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje.

No tak, bo jego życie nie mogło być dostatecznie poplątane.

Nagle ogarnęła go dziwna apatia. Po śmierci Syriusza nie wychodził zbyt często z pokoju. Zamiast tego rozmyślał. I doszedł do wniosku, że od próby opętania go w ministerswie zaszła jakaś zmiana w nim i jego magii. Zdał sobie sprawę, że stał się potężniejszy. I nagle czuł pragnienie zranienia tych, którzy zranili jego. Agresję, o jaką nigdy siebie nie podejrzewał. Oczywiście nie zatracił się całkowicie. Dalej nienawidził Czarnej Magii. Po prostu miał ochotę na zemstę.

Nagła apatia została zastąpiona przez szczęście, które wyraźnie nie należało do niego.

Ach jasne. Voldemort. Musi albo kogoś torturować, albo właśnie trwała jakaś rzeź mugoli, skoro Czarny Pan wydawał się tak szczęśliwy.

No i właśnie. Miał wrażenie, że od wydarzeń pod koniec roku szkolnego nasiliła się więź umysłów między nim i Mrocznym Lordem. Nie podobało mu się to, ale co miał z tym zrobić?

Na pewno za żadne skarby nie napisze o tym problemie do starca. W ubiegłym roku ignorował jego problemy. Harry nie zamierzał mu ufać. Co do Rona i Hermiony…nie był pewny czy oni zrozumieją. Zmartwiłby ich tylko. A poza tym oni nie pisali do niego za dużo od początku wakacji. Wiedział, że nie mogą napisać nic ważnego w razie gdyby ktoś przechwycił lis, ale miał wrażenie, że te listy są wymuszone. Nie czuł jednak zranienia. Czuł pustkę tak wielką, że tylko gniew mógł ją przerwać.

Wiedział jedno. Już nigdy nie pozwoli nikomu za siebie umrzeć. NIGDY.

Bicie zegara obwieściło mu, że nastała północ. Może powinien odpocząć?


Znajdował się w ogromnej sali. Panował w niej półmrok. Jedynym źródłem światła były liczne świece. Dopiero, gdy zauważył, że sali znajduje się ogromy tron, na którym siedział młody mężczyzna zrozumiał, że to musi być koszmar. Na tronie siedział nie kto inny jak Voldemort. Wyglądał jednak inaczej. Był starszą wersją Riddle'a z dziennika. Miał czarne włosy, bladą cerę i przystojne rysy twarzy. Tylko oczy pozostały takie same. Czerwone jak krew, bezlitosne, mówiące, że jedynie chwila dzieli cię od śmierci.

Oczywiście. Los mnie nienawidzi. – pomyślał Harry.

Mroczny Lord przyglądał mu się z uwagą. W końcu przemówił.

- Witaj, Harry Potterze. - Aksamitny baryton ociekał szyderstwem. Harry zdziwił się, że nawet głos mu się zmienił - Wreszcie możemy porozmawiać.

Harry obserwował go, więcej niż trochę zaskoczony.

- Porozmawiać? Czyżby twoje ciągłe niepowodzenia w pozbyciu się mnie zniechęciły cię do tego? Boisz się znowu rozpaść na kawałki? - Jego usta wykrzywił zarozumiały uśmieszek.

Riddle rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, które miało mu przypomnieć, z kim rozmawia. Nie zmienił jednak wyrazu twarzy i choć krwistoczerwone oczy zdradzały złość, jego postawa pozostała spokojna i opanowana.

- Radzę ci popracować nad twoją arogancją, Potter. - odrzekł chłodno. - I nie myśl sobie, że skoro to tylko sen nie mogę cię zranić.

Wstał z tronu i podszedł bliżej Harry'ego, który zmusił się by pozostać na miejscu. Poczuł jednak niesamowicie wielką magię napierającą na niego. Voldemort był niezwykle potężny. Nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Riddle jakby wyczuwając, o czym myśli Potter, uśmiechnął się drwiąco.

- Dlaczego tu jestem? - spytał Harry, by przerwać ciszę.

- Bo tego sobie życzę. - odrzekł spokojnie Czarny Pan. - No i dlatego, że jesteś naprawdę żałosnym oklumentą i nie potrafisz obronić swojego umysłu.

Na tę uwagę Harry poczuł palącą go nienawiść. Wiedział, że Riddle go prowokuje, przypominając mu, że przez niego zginął Syriusz. W czasie, gdy próbował się opanować, by nie zaatakować Voldemorta, bo byłoby to bardzo głupie i na pewno skończyłoby się dla niego bardzo boleśnie, mężczyzna zaczął go okrążać. Harry postanowił zachować swoją dumę nie obracając i pozostał na miejscu, kiedy ten zaczął mówić.

- Widzisz, Potter postanowiłem, że dam ci szansę. Dołącz do mnie, a oszczędzisz swoje życie oraz życia swoich przyjaciół. Odrzuć moją propozycję, a będziesz patrzył jak każda bliska ci osoba umrze w męczarniach tak jak twój ukochany ojciec chrzestny. Ty także zginiesz po tym, jak tobą skończę i uwierz mi, będziesz wtedy błagać o śmierć - Lord Voldemort posłał mu tak okrutny uśmiech, że ledwo powstrzymał się od zrobienia kroku w tył.

Strach jednak zniknął. Zastąpiła go wściekłość. Oczy koloru Avady spojrzały z furią w czerwone tęczówki.

- Czy ty naprawdę sądzisz, że kiedykolwiek do ciebie dołączę? Nie rozśmieszaj mnie. Po tym wszystkim, co się stało? Po tym jak zabiłeś mi rodziców? Po śmierci Syriusza? – Harry zaśmiał się śmiechem absolutnie pozbawionym humoru. Rzucił Czarnemu Panu wyzywające spojrzenie.

Ten jednak pozostał niewzruszony. Riddle wykrzywił usta w zimnym uśmiechu, jakby rozbawiony wyzwaniem, jakie mu rzucał.

- Ależ mój drogi Harry - zaszydził - czy ty naprawdę uważasz, że jesteś czymś więcej niż tylko narzędziem dla Dumbledore'a i reszty Jasnej Strony? Magiczny świat widzi cię jako Złotego Chłopca Gryffindoru. Ale czy tak jest naprawdę? Bo ja cię znam, Harry. Widziałem ukryty w tobie mrok. Wiesz, ty i ja wcale nie jesteśmy tak różni, jak chciałbyś myśleć.

Harry nie chciał tego słuchać. Nie chciał myśleć, że mógłby być w jakimś stopniu podobny do tego znienawidzonego przez siebie czarodzieja o strasznych, czerwonych oczach. Jednak Riddle, nie zwracając na to najmniejszej, uwagi ciągnął dalej.

- Obaj jesteśmy czarodziejami półkrwi. Wychowały nas te żałosne mugolskie kreatury. Przez całe nasze dzieciństwo szydzono z nas i nazywano dziwakami czy dziećmi diabła. A przecież to nie była nasza wina, że w tak młodym wieku nie mieliśmy pełnej kontroli nad magią. W dodatku ty tak samo jak i ja potrafisz mówić w mowie węży, podczas gdy byłem pewny, że tylko ja to potrafię. Nawet wyglądamy trochę podobnie. Nasze umysły są połączone, czego dowodem jest to, że rozmawiamy teraz, mimo że dzieli nas wiele mil. Nie możesz zaprzeczać czemuś tak oczywistemu, Harry.

Harry przełknął ślinę. Naglę poczuł się zmęczony. Jak dobrze, że Voldemort nie wie, że Tiara Przydziału chciała go umieścić w Slytherinie. Wszystkie paralele pomiędzy nim, a Tomem Riddle'em niepokoiły go i napełniały odrazą.

- Masz rację - odrzekł w końcu. - Wiele nas łączy, ale to niczego nie zmienia. Nie jestem pozbawionym jakichkolwiek uczuć masowym mordercą.

Voldemort zaśmiał się zimno, wzmacniając narastający niepokój Harry'ego.

- Nigdy nie mówiłem, że jesteś. Chcę ci po prostu dać szansę. Mogę dać ci potęgę i moc. Możesz rządzić światem u mojego boku. Przemyśl to, chłopcze.

Gdy to powiedział zniknął, zostawiając Harry'ego samego w sali tronowej, która również chwilę później rozmyła się i zatopiła w mroku.


Harry obudził się w swoim łóżku. Powoli docierało do niego, co się właściwie stało. Przecież to niemożliwe! Czarny Pan zawsze chciał jego śmierci. Dlaczego nagle zmienił zdanie? Mało tego! Chciał, by rządził z nim światem. To pewnie kolejna sztuczka, jak zwykle. Voldemort nigdy nie wybaczał i nie oszczędzał nikogo. Teraz na pewno nie będzie inaczej. Ta oferta jednak kusiła go bardziej niż ośmieliłby się przyznać nawet przed samym sobą.


Tom Riddle stał w oknie swojej sypialni w Czarnym Dworze. W dłoni trzymał kieliszek czerwonego wina. Zawsze lubił patrzeć w nocne niebo. Mrok nocy pasował idealnie do jego duszy.

Obserwował przez chwilę grę księżycowego światła odbijającego się w kieliszku, po czym skosztował trunku. Ten dzień mógł uznać za udany. Mimo iż chłopak ukrył to dość dobrze Tom wyczuł, że jego propozycja zrobiła na nim wrażenie. Nawet, jeśli nie złamie się szybko i będzie rzucał mu wyzwania, może to być nawet ciekawe. Tom kochał wyzwania. Uwielbiał bawić się ludzkimi umysłami.

Okrutny uśmiech zagościł na jego twarzy. To może być zabawne.