Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Jeśli znajdziecie chwilę możecie zajrzeć też na moje blogi, do których linki znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 5
Ginny zmierzała pospiesznie do Pokoju Życzeń. Kilkoro uczniów pomachało do niej, gdy ich mijała. Ledwo to zauważyła. Serce waliło jej tak mocno, że bała się, że lada chwila eksploduje. Właśnie zmierzyła się twarzą w twarz z Albusem Dumbledore… i wygrała. Jasne, miała pomoc i masę szczęścia, niemniej jednak niewielu czarodziejów lub czarownic mogło coś takiego powiedzieć. Odprężyła się dopiero, gdy znalazła się bezpiecznie w pokoju.
Ginny rozejrzała się po pomieszczeniu i uśmiechnęła się. Nie był za duży, wystarczający jedynie dla dwóch osób, by mogły usiąść i porozmawiać. Dwa pluszowe fotele stały przodem do siebie. Pomiędzy nimi stał mały stolik z herbatą i ciasteczkami. Pokój pokrywały ciepłe kolory Gryffindoru i młoda czarownica poczuła się jak w domu.
- Muszę powiedzieć, że zawsze lubiłam ten pokój. Jego magia jest co najmniej niezwykła, ale by pojawić się we własnym ciele… dziękuję ci moja droga. Minęło już jakieś dwieście lat.
Ginny obróciła się błyskawicznie, dobywając różdżki. Stanęła oko w oko nie z portretem, ale z Dilys Derwent we własnej osobie, która parzyła na nią spokojnie. Aprobata w jej spojrzeniu wypełniła Ginny ciepłem do głębi duszy.
- Dobry refleks, moja droga.
Dilys popatrzyła na różdżkę Ginny, wycelowaną w jej twarz, a potem znów spojrzała młodszej kobiecie w oczy. Dopiero wtedy Ginny zdała sobie sprawę, że celuje różdżką w dawną dyrektor Hogwartu.
- Ups, przepraszam – Ginny niezgrabnie schowała różdżkę do futerału.
- Nie przepraszaj, skarbie. W końcu z jakiegoś powodu wszyscy mamy instynkt samozachowawczy. A teraz… wiem, że to próżne, ale czy miałabyś coś przeciwko? – Dilys wskazała na plamy wątrobowe na jej dłoni i Ginny natychmiast zrozumiała.
- Mój wiek ci pasuje?
- Nie, na niebiosa. Wolałabym odpuścić sobie okres dojrzewania, jeśli nie masz nic przeciwko. Jednak jakiś czas zanim wszystko zaczęło mi obwisać byłby świetny.
Ginny zachichotała z żartów byłej dyrektorki. Pomyślała o wieku, który starsza kobieta by zaaprobowała i pozwoliła, by Pokój dokonał reszty. Dilys Derwent okazała się wspaniałą kobietą. Jej przerzedzone siwe włosy zmieniły się w gęste, ciemnorude pukle. Zmarszczki i plamy ustąpiły młodej, nieskazitelnej skórze. Jej piersi dosłownie wskoczyły na swoje miejsce, co wywołało chichot kobiety. Ginny musiała przyznać, że to dość zabawny widok. Dilys najpierw wzięła w ręce biust, a potem pośladki. Uśmiechnęła się szeroko, czując ich jędrność.
- Niech cię Merlin błogosławi, dziecko.
Ginny roześmiała się na głos. Ubrania starszej kobiety nie nadawały się do użytku… nie zdecydowanie niemodne. Ginny pomyślała o profesor Potter i ubraniach, które miała na sobie na uczcie powitalnej – skromnych, ale podkreślających urodę. Ubrania Dilys natychmiast się zmieniły i opięły w strategicznych miejscach.
- Rany! Ale z ciebie laska! – zwołała Ginny. Dilys machnęła ręką, ale spłonęła jaskrawym rumieńcem.
- Naprawdę… sama zobacz.
Duże lustro pojawiło się przed Dilys. Kobieta nie mogła się powstrzymać przed podziwianiem swojego młodego ciała, które spoglądało na nią z lustra.
- Muszę przyznać, że się postarałaś.
- Dziękuję.
- Ale myślę, że wystarczająco długo dogadzałyśmy próżności starej baby. Siadaj, mamy mnóstwo do omówienia.
Kobieta machnęła ręką w stronę foteli. Ginny skinęła głową i zajęła swoje miejsce, tak jak Dilys.
- To czego dokonałaś w biurze dyrektora było po prostu niesamowite. Wyrwanie się na wolność w taki sposób wymaga ogromnej ilości mocy i siły woli. Nigdy wcześniej nie widziałam upiorogacka rzuconego z taką siłą.
- Wiesz, to wszystko kwestia nadgarstka – zażartowała Ginny, usiłując się nie zarumienić. Nieczęsto zdarzały się pochwały od czarownicy kalibru Dilys Derwent. Kobieta wyczuła zażenowanie Ginny i delikatnie poklepała ją po ręce. Ginny uniosła wzrok i spojrzała Dilys w oczy. Starsza kobieta miała w nich zrozumienie, co uspokoiło Ginny.
- Jesteś wspaniałą czarownicą i nie pozwól, by ktokolwiek mówił ci coś innego.
Ginny skinęła głową, walcząc z całych sił ze łzami. Dlaczego moja mama nigdy nie mówi mi takich rzeczy?
- Dziękuję, ale wiem, że dużo z tego było czystym szczęściem – powiedziała Ginny.
- Mogłaś po prostu zaakceptować swój los, ale nie zrobiłaś tego… a to, moja mała, odważna damo, czyni ogromną różnicę.
- Wybacz, ale czy wszystkie portrety nie są zobowiązane do wspierania dyrektora?
- To prawda. Ale… Albus przekroczył dziś pewną granicę. Z tego powodu mogłam uwolnić się od krępującego mnie zaklęcia.
- Jak to?
- Krew. To jedyne, co mogło je przełamać.
- Nie rozumiem.
- Świadomie i dobrowolnie skrzywdził uczennicę… i to uczennicę będącą moim potomkiem. To jedyne logiczne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy.
- Więc to znaczy…
- Tak, moja droga. Weasleyowie muszą pochodzić od Derwentów. Jednak na twoim miejscu nie rozpowiadałabym o tym za bardzo. Przynajmniej póki nie pójdziesz do Gringotta i nie przejmiesz tego, co ci się słusznie należy.
- Ale… czy twoi…
- Nie, jestem ostatnia z rodu, a przynajmniej tak mi się wydawało – nagle po jej twarzy pociekły łzy. – A to znaczy, że moja córka przeżyła… to znaczy… że… że
Ginny nie mogła się powstrzymać i rzuciła się w otwarte ramiona kobiety. Znalazła w nich bezwarunkową akceptację. Coś, czego nie doświadczyła od pierwszego roku w szkole. Obie kobiety trzymały się mocno.
- Mam wnuczkę.
- Chyba prawnuczkę. Ile „pra" w tym będzie?
- Na razie to zostawmy, dobrze?
- A mogę ci mówić babuniu? – zażartowała Ginny.
- Nie, jeśli oczekujesz, że odpowiem – odparła Dilys z mrugnięciem.
- To chyba pozostanę przy „Laska"
- W sumie mi się podoba. Dobrze mi robi na ego.
- Nasz klient, nasz pan.
- Dobrze… wróćmy do twojego obecnego problemu. Moim zdaniem musisz się nauczyć trzymać Albusa z dala od swojej głowy. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia. Niestety w tej kwestii nie mogę ci za wiele pomóc. Jestem uzdrowicielką, sztuki umysłu nigdy nie były moją mocną stroną. Potrzebujesz Blacka, który cię tego nauczy. Są w tym w końcu najlepsi.
- Chwila, moment! Jak dyrektor Black przełamał zaklęcie, które go ogranicza?
- Pamiętasz co mówiłam o krwi? Najwyższą lojalność będzie zawsze winien Lordowi Blackowi.
- Czy on mógłby mnie uczyć?
- Być może… ale myślę, że młody Potter będzie najlepszy.
- Harry?
A co Harry ma z tym wspólnego?
- Słyszałam, że zaatakował Albusa, gdy ten próbował wczoraj wejść do jego umysłu. Nie tylko zaatakował, ale wręcz go wyrzucił. Chłopak jest jednym z dwojga osób, które były w stanie dokonać czegoś takiego. To wyprowadziło Albusa z równowagi, choć nie chce się do tego przyznać nawet sam przed sobą.
- Ma stary skurwiel za swoje – odpowiedziała Ginny z szerokim uśmiechem. Wyglądało na to, że może pozyskać sojusznika do walki z Dumbledorem. Harry, jesteś pełen niespodzianek.
- Masz rację, moja droga, masz rację. A teraz czas już odrzucić to nonsensowne gadanie o Długu Życia.
- A jak mam to zrobić? Dumbledore powiedział, że nie da się go złamać.
- A ufasz mu, ponieważ…?
Ginny zrobiła wielkie oczy i otworzyła szeroko usta. Dlaczego sama nigdy na to nie wpadła?
- Ponieważ jestem idiotką – odpowiedziała.
Dilys zmarszczyła brwi. Nie lubiła, kiedy Ginny deprecjonowała swoją wartość, nawet odrobinę.
- Nie jesteś idiotką! Ufna owszem, ale głupia… nie, na Merlina! Dumbledore był dla ciebie autorytetem. To naturalne, ze uznałaś, że ma na celu to, co dla ciebie najlepsze.
- Mała pociecha. Czyli jestem wolną kobietą?
- Nigdy nie byłaś ich. To co zrobili jest niewybaczalne. Ale nie czas teraz na nieprzemyślane działania. Zapłacą za to co zrobili. Daję ci słowo… zapłacą. Potrzebujesz jednak dowodów i potężnego sprzymierzeńca.
- Mam potężnych przyjaciół.
- Potężnych tak, ale tylko magicznie…
Ginny zrozumiała aluzję i nie spodobało jej się to ani odrobinę. Jeśli miała wytoczyć oskarżenia przeciwko Dumbledore'owi i Lonbottomowi będzie potrzebowała niezłych pleców. Pochodziła z ubogiej rodziny. Potrzebowała wsparcia Lorda. Wszyscy stojący niżej zostaną wyśmiani przed Wizengamotem. Ale wolność dzięki manipulacji nie była wolnością. Miała swoją godność, a i Harry zasłużył na coś lepszego.
- Nie wykorzystam go w ten sposób! A w ogóle to ledwo go znam. Wątpię, żeby on w ogóle chciał się plątać w ten cały bałagan.
- Jeśli takie jest twoje życzenie… ale jeśli pomoc zostanie ci zaoferowana, postaraj się, żeby twoja duma tego nie zepsuła.
- Dobra, to jak mam pozyskać dowody, żeby… powiesić ich za jaja na najwyższej wieży?
- Widzę, że poznałaś Lady Potter.
- Raczej usłyszałam niż poznałam, ale nie mogę się tego doczekać.
- Moim zdaniem świetnie się dogadacie. A my zrobimy tak…
Kiedy przyleciały sowy z Prorokiem Codziennym, w Wielkiej Hali brakowało wielu osób. Nigdzie nie było Harry'ego, Lily, Syriusza i Ginny. Nie umknęło to uwadze Daphne Greengrass. Słyszała, że pierwsza trójka znajdowała się nad brzegiem Czarnego Jeziora. Co do ich poczynań, zeznania zmieniały się w zależności od opowiadającego. Drugoroczna Puchonka twierdziła, że walczyli na miecze. Czwartoroczny Krukon uważał, że profesor Potter uczyła pozostałą dwójkę jakiegoś dziwnego mugolskiego tańca. Jeden ze Ślizgonów zaklinał się, że widział, jak ciskają w siebie klątwami. Zamierzała się sama przekonać, co z tego było prawdą.
Złapała gazetę, którą zrzuciła sowa, nawet nie parząc w górę. Po tylu latach wyrobiła sobie odruch. Leniwie otworzyła dziennik, nawet nie zerknęła na pierwszą stronę. Pewnie jak zwykle same bzdury. Jadła dalej śniadanie. To było znacznie ciekawsze niż cokolwiek, co mógłby napisać Prorok. Tracy skorzystała z okazji, by przeczytać dzisiejsze wydanie.
- Słodki Merlinie! – wrzasnęła, gdy rzuciła okiem na zdjęcie na okładce. Daphne odwróciła się, by zganić przyjaciółkę za tak wulgarny wybuch, ale i jej uwagę przykuła czołówka. Wyrwała gazetę, by się lepiej przyjrzeć.
- Ej, właśnie to miałam przeczytać!
- A zapłaciłaś za gazetę?
- Nie.
- To poczekaj.
- Prawdziwa przyjaciółka by się podzieliła.
- Daj znać, jak jakąś znajdziesz.
- Proszę…
- No dobra, tylko mi tu nie płacz.
Daphne rozłożyła gazetę tak, że obie mogły ją przeczytać. Zahipnotyzowało ją zdjęcie na pierwszej stronie. Znajdowali się na nim Profesor Black i Lord Harry Potter. Stali plecami do siebie i walczyli z kilkoma Śmierciożercami. W artykule poniżej mogła przeczytać:
Powracający Lordowie starli się ze Śmierciożercami przed wejściem do Gringotta
Dziś czarodziejski świat powitał ponownie Lorda Syriusza Oriona Blacka i Lorda Harry'ego Jamesa Pottera. Po latach spędzonych za granicą wrócili na naszą szlachetną ziemię. Co do tego gdzie przebywali przez ostatnie szesnaście lat, Lord Black powiedział jedynie:
- Trochę tu, trochę tam. To wielki świat, a my nigdy nie czuliśmy potrzeby, żeby się ograniczać.
Podobno obaj mężczyźni spotkali się w tajemnicy z samym Ministrem Magii. Niestety do momentu wydania tego numeru nie zdołaliśmy tego potwierdzić ani zdementować. Podczas specjalnej sesji Wizengamot powitał młodego Lorda Pottera wśród swoich członków.
Przesuń się, Neville'u Longbottom! Wybraniec ma konkurencję, bo Harry Potter kwalifikuje się do korzystania z Ustawy o Przywracaniu Szlachetnych Rodów, którą Albus Dumbledore wskrzesił w zeszłym roku. Biorąc pod uwagę reakcję niektórych czarownic, z którymi rozmawiałam, Lord Potter będzie musiał kupić sobie smoka, by utrzymać je z dala od siebie.
Pierwszym aktem Lorda Pottera jako członka Wizengamotu było uruchomienie Prawa Satysfakcji przeciwko samemu Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Lord Potter twierdzi, że w noc z 31 października na 1 listopada 1981 r. (tą samą, która zakończyła się jego upadkiem) Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać włamał się do jego rodowej posiadłości i próbował dokonać rodobójstwa na ostatnich członkach rodu Potterów. Lord Potter przekazał swoje wspomnienia z tamtej nocy jako dowód swoich roszczeń. Wspomnienie zostało przeanalizowane na osobności przez radę rządzącą. Kiedy opuszczali Komnatę Projekcyjną trudno było znaleźć suche oko.
- Odważny i szlachetny do samego końca – powiedziała Madame Bones o szlachetnym poświęceniu Jamesa Pottera, który oddał życie, żeby uratować rodzinę.
Zgodnie z Ustawą o Prawie Satysfakcji z 1759 r. nie ma potrzeby procesu, jeśli zostały przedstawione niepodważalne dowody. Wizengamot jednogłośnie zgodził się z wnioskiem Lorda Pottera. Na podstawie Magicznego Dekretu wszystkie posiadłości, głosy w Wizengamocie i skrytki winnego przechodzą na własność Lorda Pottera. Jedno z moich źródeł w Gringotcie uważa, że młody Lord jest obecnie dumnym posiadaczem klucza do skrytki Slytherina.
- To nie przywróci życia mojemu ojcu, ani nikomu, kto padł ofiarą tego wężogębego ścierwa karmiącego się smoczymi odchodami i jego zgrai butolizów. Ale przynajmniej może ich to nieco spowolni. Jeśli on ma z tym jakiś problem, może się z tym do mnie zgłosić jak mężczyzna. Ale słyszałem, że woli atakować małych chłopców – powiedział nam Lord Potter.
Lordowie Black i Potter dostali swoją odpowiedź niespełna pół godziny po tej śmiałej deklaracji. Grupa nie mniej niż siedmiu Śmierciożerców zaatakowała ich przed wejściem do Gringotta. Jeden z naszych fotoreporterów zdołał uwiecznić tę zdumiewającą bitwę. Zdjęcie opowiada to lepiej, niż jakiekolwiek słowa.
Kiedy ostatnia klątwa została rzucona, okazało się, że pięcioro Śmierciożerców zginęło, a dwójka uciekła. Wśród uciekinierów była Bellatrix Lestrange, kuzynka Lorda Blacka, niedawno przez niego wydziedziczona. Lord Black zabił trzech wrogów, Lord Potter dwóch, obaj pozostali niemal nietknięci. Zgodnie z Prawem Satysfakcji zwycięzcom przypadły łupy wojenne, w tym skrytki pokonanych.
Jedno jest pewne, świat się zmienia na naszych oczach. Ja będę spała spokojniej, wiedząc, że potężni czarodzieje jak Lord Black i Lord Potter nie obawiają się walczyć o to, co słuszne.
Rita Skeeter
- Cholera jasna… - tyle zdołała z siebie wydobyć Daphne. Nie było to może zbyt eleganckie czy wyrafinowane, ale dobrze oddawało jej uczucia.
Ponownie spojrzała na zdjęcie. Potter i Black stali plecami do siebie. Klątwy latały na wszystkie strony. Obaj mężczyźni byli niesamowici. Nawet na siebie nie patrząc osłaniali nawzajem swoje plecy, jakby to było coś tak prostego jak oddychanie. Jednak najbardziej rzuciły jej się w oczy ich miny. Uśmiechali się od ucha do ucha, a oczy im błyszczały. Odniosła wrażenie, że obaj się świetnie bawią.
Potem dotarło do niej, że oni to wszystko zaplanowali. Tym, co zrobili w Wizengamocie zastawili pułapkę, a Śmierciożercy wpadli prosto w nią. Jakby się nad tym zastanowić, to było genialne. Nikt nie może kwestionować ich zarzutów. Działania Śmierciożerców dodały im wiarygodności. Wszystko co od tej pory zrobią, będzie usprawiedliwione. Co najważniejsze, pokazali, że ze Śmierciożercami można walczyć, można ich zabić. To nie byli Biali Magowie, na pewno, ale nie byli też Czarnymi Magami. Szarzy Magowie… tak, ten termin najlepiej ich opisywał. Rita miała rację, świat się zmienia. W końcu jakaś strona w tej wojnie, do której Daphne może zechcieć dołączyć.
- Muszę im to oddać, wiedzą jak robić wrażenie – powiedział ze śmiechem Tonks, odkładając gazetę. To przyciągnęło uwagę Remusa Lupina. Zerknął jej przez ramię i zobaczył, ze jego żona skończyła już swoje lody z piklami. Zadygotał lekko. Nawet jak na czarownicę miała niesamowite potrzeby. Tonks przyłapała go na tym spojrzeniu i popatrzyła na niego ze złością.
- Nie patrz tak na mnie, Lunatyku. To przez ciebie jestem w tym stanie.
- Skoro tak twierdzisz, Psotko. Ale jeśli dzieciak wyjdzie z zielonymi oczami i rozczochranymi włosami, będę musiał zabić mojego nowego szefa.
- Ale zrobiliśmy to tylko raz.
- ŻE CO?! – Remus odwrócił się gwałtownie z szokiem i wściekłością wypisaną na twarzy. Wiedział, że oboje ze sobą bezustannie flirtują, ale to… jak mogła.
- Mam cię! – Tonks dostała takiego ataku śmiechu, że prawie spadła z krzesła. – A… a… ale… miał… miałeś minę – wydobyła z siebie między kolejnymi napadami śmiechu. Remus warknął i odwrócił się, żeby skończyć robienie sobie śniadania. Kiedy wiedział, że jego żona nie zobaczy jego twarzy, uśmiechnął się. Musiał przyznać, że dał się nabrać.
- Oj nie bądź taki, Lunatyku choleryku… Lunatyku choleryku, Lunatyku choleryku… spróbuj to powtórzyć, hahaha! – Tonks dostała głupawki. – Wiedziałeś, że jestem psotnikiem, kiedy się we mnie zakochałeś.
Wstała i podeszła do męża. Otoczyła go ramionami i przycisnęła swoje pełne piersi do jego pleców.
- Oszukujesz – rzucił Remus przez ramię.
- I co z tego?
- Wiesz, że ten chłopak przeleciałby cię, gdyby tylko miał okazję – powiedział z udawanym oburzeniem.
Wiedział jednak, że Harry i Dora nigdy nie przekroczą tej granicy. Jednak on też potrafił w to grać. Zdawał sobie sprawę, że jego żona jest w tym nastroju, jeszcze zanim wstała z krzesła. Jednym z plusów bycia wilkołakiem był niesamowity zmysł węchu. Znacznie lepszy niż Łapy czy Cienia. Nie żeby podzielił się tą małą sztuczką ze swoim najlepszym przyjacielem i chłopakiem, którego uważał za syna. Obaj mieli czulszy niż normalny węch dzięki swoim talentom animagów. Ale po prostu nie wiedzieli jakich feromonów szukać. No dobra, może trochę oszukiwał, ale co z tego? Przecież dziewczyny też nie grają uczciwie.
- I pamiętaj o tym. Jeśli będziesz niegrzeczny, mogę mu na to pozwolić.
Tonks wiedziała, że Harry przestał się w niej bujać już jakiś rok temu. Ale Remus nie musiał o tym wiedzieć. To sprawi, że jej mąż nie będzie pewny siebie i nie ustanie w staraniach.
Flirtowanie z Harrym było najprostszym sposobem, żeby wyleczyć go z tej szczenięcej miłości i sprawdziło się rewelacyjnie. Teraz sprowadzało się do rywalizacji, w której przegrywało to z nich, które pierwsze się zarumieniło. A jeśli efektem ubocznym było to, że jej mąż bardziej ją doceniał… nie będzie protestować. W końcu w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone.
Remus gwałtownie obrócił się przodem do niej. Zaskoczyło ją to, ale podnieciło. Aż za dobrze znała głód który widziała w jego oczach. Ten gość naprawdę w lot łapał aluzje. Jednym płynnym ruchem zerwał jej szatę, pod którą znajdowała się jedynie naga i apetyczna metamorfomag.
- Zmieniłem zdanie. Mam ochotę na trochę białka na śniadanie.
Remus podniósł Tonks i posadził ją na blacie kuchennym. Ona objęła go nogami i przyciągnęła do siebie.
- W końcu jesteś wilkiem… O Merlinie! To było dobre – jęknęła Tonks, gdy stary wilk ześlizgiwał się powoli ustami po jej szyi. Zaparło jej dech w piesiach, gdy podrażnił wyjątkowo czułe miejsce.
- A my wilki lubimy się bawić jedzeniem.
Tonks złapała go za uszy i odciągnęła, żeby spojrzeć mu w oczy.
- Zamknij się i zacznij mnie pieprzyć! – zażądała. Zamierzał się do tego zabrać, kiedy usłyszeli sowę dobijającą się do okna. Remus i Tonks postanowili to zignorować. Łup… Łup… Łup…
- Idź sobie! – krzyknęła Dora. Łup… Łup… Łup…
Remus wydał z siebie wilczy warkot, ale sowa nie rezygnowała. Łup… Łup… Łup…
- Jaja sobie robisz? – zdziwił się. - Zawsze działało.
- Chyba, że nałożono na nią jakieś zaklęcie.
Spojrzeli po sobie i warknęli wspólnie:
- Harry!
- Ona nie przestanie? – spytała Tonks.
- Obawiam się, że nie. Zrób coś dla mnie. Zafunduj Harry'emu zaklęcie jajcomiazgi, kiedy go zobaczysz. Skoro moje jaja mają mnie boleć cały dzień, on też powinien tak cierpieć. Idę się szykować do pracy.
Remus odwrócił się i wyszedł z kuchni. Tonks zerknęła na wybrzuszenie na jego spodniach i zachichotała. Ładny namiot, kochanie.
Odnalazła szatę, otworzyła okno i wpuściła sowę. Ptak upuścił list i wyleciał przez okno. Spojrzała na kopertę. Od Harry'ego. Zapłaci jej za zrujnowanie proteinowego śniadanka. Przydałyby jej się jakieś włoskie balerinki, uznała.
Ciotuniu Nimfuś,
Powiedz wujkowi Lunatykowi, żeby z ciebie złaził. Płacę mu, żeby był moim i Łapy łącznikiem z Ministrem i głosował za nas w Wizengamocie, a nie żeby Cię zapinał. To moje zadanie… poważanie… zaliczyłbym Cię.
Tonks zmrużyła niebezpiecznie oczy, widząc jak ją nazwał. Zapłaci za to. Popatrzyła na drugą część i parsknęła śmiechem.
- Mały napalony skubaniec.
Muszę się z Tobą zobaczyć. Spotkałem metamorfomaga z rodziny mugoli, który potrzebuje twojej pomocy. Nazywa się Emma. Powiem Ci więcej, kiedy tu przybędziesz. Proszę… kupię Ci włoskie baleriny, albo nawet szpilki… mogą nawet być ze smoczej skóry, jeśli chcesz. Może jakaś torebka do kompletu, ale nic więcej. Nie zamierzam się szarpnąć na pełny strój dla Ciebie jak ostatnio. I nie obchodzi mnie ile dekoltu mi pokażesz.
- A żebyś wiedział, że się szarpniesz – odparła Dora. Zawsze się szarpał i zawsze wiedział, co się jej podoba. To było lekko niepokojące, ale przynajmniej będzie miała nowe baleriny.
P.S. Nie ma jej tutaj. Powiedziała mi, że chodzi do Hogwartu. Słuchaj, wiem, że nie możesz mi powiedzieć kim ona jest i czy jest w bezpiecznym schronieniu. Jeśli tu jest, niech Łapa rozstawi wokół tego miejsca jakieś porządne osłony. Oboje wiemy, że te Dumbledore'a są gówno warte. Chcę tylko wiedzieć, że ona jest bezpieczna. Jeśli by czegoś potrzebowała, daj mi znać.
Cień
- Jest bliżej niż myślisz, szczeniaczku – szepnęła Tonks.
Żałowała, że dzieciaki nie mogły poznać swojej tożsamości, ale to dla ich bezpieczeństwa. On i Lily ciągle się jeszcze wtedy ukrywali. Śmierciożercy ciągle szukali jej na całego. Voldemort nie był szczęśliwy, że uciekła.
Tonks wróciła wspomnieniami do swojego tajnego spotkania z ciotką.
Weszłam do domu mojej mamy i ujrzałam ostatnią osobę, którą spodziewałam się tam zobaczyć. Z sofy patrzył na mnie nie kto inny jak Narcyza Malfoy. Moim pierwszym instynktem było wyciągnięcie różdżki. Posłuchałam go. Moja mama znała mnie aż za dobrze i zastąpiła mi drogę.
- TO MÓJ DOM, MŁODA DAMO I NIE POZWALAM CI NA TAKIE ZACHOWANIE!
Czy ona zwariowała? W pokoju mojej mamy stoi pieprzona Narcyza Malfoy! W dupie mam czy to młodsza siostrzyczka mojej mamy. Przez moment podejrzewałam, że jest pod wpływem Imperiusa, ale jej oczy nie były zamglone.
- Mamo, to pieprzony Śmierciożerca!
- Tak? A widzisz gdzieś Mroczny Znak na jej ramieniu? Chyba nie tak cię wychowywałam.
Sprawdziłam jej ramię. Faktycznie, było czyste. Ani śladu magii. Mogła sobie nie być Śmierciożercą, ale sypiała z jednym z nich. Mi to wystarczało, ale mamie najwyraźniej nie. Schowałam różdżkę, ale miałam ją pod ręką na wszelki wypadek.
- Oczekuję, że wysłuchasz, co ona ma do powiedzenia, młoda damo – poleciła moja mama. Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale mama ostrzegawczo uniosła różdżkę. – Ani słowa, póki nie skończy.
Skinęłam głową. Wiedziałam, że nie ma się co kłócić z matką, jeśli ma taki humor.
- Dziękuję, Andy. Nie oczekuję, że uwierzysz mi na słowo. Więc przysięgam na moją magię, że to, co ci teraz powiem będzie prawdą, cała prawdą i tylko prawdą – wypowiadając te słowa Narcyza wycelowała różdżką w swoją pierś. Zalśniła przez moment, gdy zaklęcie zaczęło działać. Potem kontynuowała: - Zostałam zmuszona do poślubienia Lucjusza za pomocą Kontraktu Małżeńskiego. Szczegóły nie są ważne, ale wiedz, że jestem lojalna przede wszystkim wobec Lorda Blacka. Andy wyjaśni ci wszystko później. Mamy mało czasu, kiedy Bella się rozpędzi, nie sposób jej zatrzymać. Kiedy Czarny Pan przybędzie, nie będzie już szans na uratowanie Ginny Weasley. Jest przetrzymywana w Dworze Lestrange'ów. Ta mapa pokaże ci jej lokalizację. Kiedy ją ostatnio widziałam, była w Komnacie Ofiarnej. Osłony wokół dworu są oparte na krwi. Jako Lord Black, Syriusz może przejść przez te osłony. Wiem, że masz z nim kontakt.
Przyciągnęła moją uwagę. Ginny żyła, a co ważniejsze można ją było ocalić.
- A jeśli nie zdołam znaleźć Syriusza? – spytałam.
Zamknęła oczy i rozważała możliwości. Wzięła głęboki oddech i uniosła powieki, ukazując determinację, którą nieczęsto widywałam. Sięgnęła do szat. Wyciągnęła mała torebkę i wręczyła mi.
- W środku jest fiolka mojej krwi, runy do osłon, instrukcje jak to działa i świstoklik, który zabierze cię pod Dwór Lestrange'ów. Otworzy przed tobą małe drzwiczki. To nie potrwa długo, najwyżej pół godziny. Spiesz się, dziewczynie zostało nie więcej jak trzy godziny.
Wzięłam pakunek i ruszyłam do drzwi. Obejrzałam się na moją mamę, może po raz ostatni. Widziałam miłość i dumę w jej oczach. Tego mi było trzeba. Skinęłam lekko głową mojej ciotce i wybiegłam w noc.
Odnalezienie kryjówki Syriusza nie było za trudne. Jednak otwarcie pieprzonych drzwi to zupełnie inna historia. W końcu znudziło mi się walenie w nie i użyłam alohomora, żeby je otworzyć. Skoczyła na mnie 130-kilowa czarna pantera. Padając zgubiłam różdżkę. Jego kły znalazły się przy mojej szyi, a warkot rozległ się tuż koło ucha.
Musze powiedzieć, że nie zlałam się w gacie. Chciałam… ale udało mi się. Dobrze, bo wypominałby mi to do końca życia. Zielone oko mrugnęło do mnie i zostałam polizana od żuchwy po włosy. To już było obleśne.
- Odwal się, palancie! – wrzasnęłam na niego, a on ze mnie zeskoczył i w podskokach pognał do domu. Jak tylko znajdę moją różdżkę, dostanie klątwą. Odepchnęłam tę myśl. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie. Ale później… zapłaci mi za to.
- Gdzie Łapa? – spytałam. On wskazał na otwarte okno. Podeszłam i wyjrzałam. Księżyc w pełni uśmiechał się do mnie.
- Biega z Lunatykiem, prawda?
Skinął potwierdzająco głową.
- Jest twoja mama?
Harry potrząsnął przecząco łbem.
- Szlag! Naprawdę potrzebuję wsparcia.
Zaryczał tak głośno, że aż podskoczyłam. Muszę powiedzieć, że opanował to ryczenie. Naprawdę działa człowiekowi na nerwy.
- O nie! Nie idziesz ze mną.
Warknięcie.
- Po pierwsze będę się wkradała do Dworu Lestrange'ów. Po drugie, pełno tam Śmierciożerców. Po trzecie zostały ci jeszcze dwa tygodnie, zanim będziesz mógł się zmienić w człowieka. Nie patrz tak na mnie. To Łapa wymyślił, nie ja. Po czwarte, twoja mama mnie zabije… twoja mama mnie zabije… twoja mama mnie zabije…
Zaskomlał, a ja wywróciłam oczami. Nie miałam na to czasu. A Ginny ma go jeszcze mniej. Ruszyłam do drzwi, ale zablokował mi drogę.
- Nie możesz iść ze mną! Życie mojej przyjaciółki jest w niebezpieczeństwie. Muszę iść.
Klęknęłam przed nim i spojrzałam mu w oczy.
- Jeśli nie wrócę… - nie mogłam dokończyć. Wyglądał tak smutno. Jak mogłam się z nim żegnać, wiedząc, że mogę go już nigdy nie zobaczyć? Przytuliłam go mocno i miałam nadzieję, że zrozumie. Potem znów wyszłam w noc. Księżyc w pełni jaśniał na nocnym niebie. Nie zauważyłam, że gówniarz wskoczył w mój cień i zniknął.
- Kochanie, wszystko w porządku? – Remus nachylił się zatroskany nad żoną. Znów zatopiła się we własnym świecie. Zamrugała kilka razy i odepchnęła od siebie wspomnienie. Uśmiechnęła się słabo do męża.
- W porządku. Myślałam o nocy, kiedy odzyskaliśmy Ginny. Harry naprawdę uratował mi wtedy tyłek.
- Jasne, że uratował twój tyłek. W końcu od zawsze ma na niego ochotę – zażartował Remus. Trochę pomogło.
- Więc chyba nie powinnam się na nim tak bardzo wyżywać za to, że nam rano przeszkodził.
- Taaa, nie chcę nawet myśleć jak blisko było, żebym cię wtedy stracił na zawsze.
- Ciekawe jak taka bliskość śmierci potrafi sprawić, że palant weźmie się w garść i zaprosi dziewczynę na randkę. Może powinnam mu za to podziękować i wybzykać smarkacza za wszystkie czasy?
- Starczy, Psotko! Bierzemy się za to tu i teraz – powiedział Remus, ściągając ją z siedzenia. Tonks rzuciła swoją szatę na drugi koniec pokoju i spojrzała na swojego faceta. Czasami tak łatwo go sprowokować.
- No, ja już jestem odpowiednio ubrana. Wyskakuj z tych ciuchów!
Lunatyk wyszczerzył się do żony, z entuzjazmem zrywając z siebie nowy garnitur. Czasami jego życie było naprawdę piękne. Miał zamiar się tym cieszyć tak długo, jak los pozwoli.
W następnym rozdziale:
- akcja odbicia Ginny punktu widzenia Harry'ego
- jakie moce posiada Harry jako animag?
