Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Ogromnie się cieszę, że ta historia wywołała tak ogromny odzew. Liczba komentarzy i odsłon bije kolejne rekordy. Mam nadzieję, że dalej będziecie tak chętnie czytać i komentować „Powrót Huncwotów". Wasz entuzjazm udziela się i mi i sprawia, że poświęcam na tłumaczenie więcej czasu. Jednocześnie nie mogę Wam obiecać, ze utrzymam takie tempo, bo nie zawsze mam tyle wolnego czasu jak ostatnio. Ale zrobię co w mojej mocy :)
Rozdział 6
Harry wyszedł z prywatnej łazienki i przeszedł do swojej sypialni. Gorący prysznic pomógł mu odzyskać siły po porannym treningu. Ubrał się błyskawicznie. Jeśli się nie pospieszy, spóźni się na pierwszą lekcję. Dobrze, że wziął ze sobą swój specjalny kufer. Miło mieć przy sobie własne mieszkanie. Logbottom zakpił, że Hary podobno jest Lordem, a wozi ze sobą taki nędzny, stary kufer. Idiota. Gdyby tylko wiedział…
Podczas gdy Longbottom musiał znosić dysonans chrapania swoich współlokatorów, Harry mieszkał we własnym pokoju ze wszystkimi wynikającymi z tego wygodami. To był potężny apartament z w pełni funkcjonującą mugolską technologią. Razem z Łapą doszli do tego, jak ominąć ten mały problem magii, która wszystko zaburza. Dodatkowo mógł użyć swojego kufra jako miejsca do wchodzenia i wychodzenia z Hogwartu bez wiedzy starego pierdziela.
Przez te lata w podziemiu nauczyli się ukrywać na widoku. Kufer nieprzypadkowo wyglądał nędznie. Im gorzej wyglądał, tym częściej zostawiano go w spokoju. Powiedział pompatycznemu kretynowi, że ten przedmiot ma dla niego znaczenie sentymentalne. Najwyraźniej wszyscy to kupili. To znaczy, ciągle nie wiedział co na to ten, którego nazywali Ronem. Nie spał w ich pokoju zeszłej nocy. Według Deana spędził ją z dziewczyną, na którą mówili Wielkie Płuco.
Jego kufer otaczały osłony, które miały utrzymać z dala niechcianych gości. Podczas jego pobytu w tym miejscu miał stać się jego bazą wypadową. Albo Gniazdem Huncwotów, jak go ochrzcił. W ciągu najbliższych miesięcy zamierzał powoli rekrutować uczniów w szeregi Huncwotów. Głównie dlatego pragnął spędzić trochę czasu we wszystkich czterech domach. Ta szkoła musiała zostać zjednoczona, a nie ma opcji, żeby to się stało, póki Dumbledore pociąga za sznurki. Ten facet zbyt polegał na tradycyjnych metodach.
Teraz po szkole będzie chodzić nowe pokolenie Huncwotów. W przeciwieństwie do ekipy jego ojca, będzie ich więcej i będą korzystali z dziedzictwa całej czwórki założycieli, nie tylko jednego. Nauczą się nie tylko walczyć z wrogiem, ale również jak go przechytrzyć, wymanewrować i oszukać na każdy możliwy sposób. Będzie miał do dyspozycji wojowników, uzdrowicieli, szpiegów i polityków. Nie będą walczyć tylko na polu bitwy, ale i na pozostałych obszarach. Po ostatniej wojnie nic się nie zmieniło, a to doprowadziło do kolejnej wojny, która trwała teraz. Tym razem wszystko musi się zmienić i oni tego dopilnują.
Przez ostatnie szesnaście lat on, jego mama i ojciec chrzestny zawarli sojusze i zapewnili sobie przysługi czarnych i białych czarodziejów i czarodziejek na całym świecie. Można było z nich skorzystać w każdej chwili. Jednak ci ludzie byli Huncwotami Syriusza i mamy. Chociaż był ich członkiem i kochał ich z całego serca, chciał zebrać własną grupę. Przełomem stała się noc, kiedy podążył za Tonks. Już nie chodziło o pomszczenie taty. Niewinnym działa się krzywda tylko dlatego, że nikt nie chciał ubrudzić sobie rąk krwią.
Krew… krew… sama myśl przywołała mnóstwo wspomnień. Straciła mnóstwo krwi. Krew była wszędzie. Na ołtarzu… na ziemi… na Tonks… na tej suce… na jego futrze, nie mógł się pozbyć tego zapachu ze swojego futra. Nawet teraz nie pamiętał, jaki był jej naturalny zapach. Krew go zagłuszyła. A to był jedyny sposób, w jaki mógłby ją teraz rozpoznać.
Wskoczyłem w cień Tonks, gdy tylko odwróciła się ode mnie. Naprawdę myślała, że pozwolę, żeby poszła sama? Czułem jej strach. Nie sądziła, by mogła stamtąd wrócić. Zaakceptowała to, a i tak poszła. Właśnie dlatego tak trudno było mi przestać kochać się w Nimfie.
Tak cholernie łatwo było się w niej zadurzyć. To nie miało nic wspólnego z tym jej zajebistym ciałem. Ale na pewno jedno nie przeszkadzało drugiemu. Nie, ona po prostu była bezinteresowna, troskliwa i pełna wyrozumiałości, kiedy chudy dzieciak w okularach i z trądzikiem łaził za nią jak szczeniak. Przy czym, jeśli wierzyć mojemu chrzestnemu, śliniłem się dużo bardziej niż szczeniak. No dobra, może trochę za dobrze się bawiła, kiedy czerwieniłem się przy niej jak burak. Ale to mnie wzmocniło. Pewnie zawsze będzie mi się w jakimś stopniu podobała, ale poradzę sobie z tym. Pewnie właśnie dlatego Łapa zaciągnął mnie do Kolonii Sukkubów. Tydzień tam spędzony świetnie robi na cerę i pomaga się pozbyć nieodwzajemnionej miłości.
Jedną z zalet bycia animagiem jest fakt, że zyskuje się pewne cechy swojej formy. W moim przypadku to siła, zręczność, czulsze zmysły i to, że nie musze już nigdy nosić tych paskudnych okularów. W dupie mam, czy według mojej mamy wyglądam w nich dystyngowanie… są przeobrzydliwe. Najlepszy środek antykoncepcyjny na całym pieprzonym świecie, mówię wam.
Ciągle nie mogę uwierzyć, że moją formą animagiczną jest pantera cienia. Magiczne stworzenie! Teleportacja cienia jest zarąbista. Nie żebym się przechwalał… no dobra, przechwalam się na całego.
Kiedy mama wychodzi zająć się chorą przyjaciółką i zostawia mnie tylko z ojcem chrzestnym, trzeba pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze: nie ma jej w pobliżu, żeby kazać ci jeść porządnie. Po drugie: nikt nie każe ci iść spać o przyzwoitej godzinie. Po trzecie: nigdy, przenigdy, pod żadnym pozorem nie należy słuchać Łapy, który mówi, że ma świetny pomysł.
- Hej, szczeniaczku, mam świetny pomysł! – a nie mówiłem? – Skoro nie ma twojej mamy – to powinien być dla mnie pierwszy sygnał ostrzegawczy – może pozostaniesz w formie pantery przez miesiąc non stop, żeby faktycznie stać się jednością ze zwierzęciem?
Kiedy tak to powiedział, wszystko brzmiało banalnie. Nie wspomniał tylko o tym, że pójdzie w długą, wyrwie kilka dupeczek, złamie kilka serc i będzie biegał z wujkiem Lunatykiem podczas pełni księżyca. Mógł też coś wspomnieć, że spróbuje namówić go, żeby wreszcie zadziałał, ale nie mam pewności.
A co się dzieje, kiedy szesnastolatek w formie pantery cienia nie ma odpowiedniego nadzoru? Klaso, proszę o uwagę, bo tu właśnie robi się ciekawie. Otóż odkrywa on, że ma hybrydową formę pantery cienia. Trochę przypomina wilkołaka, ale mogę posługiwać się magią bezróżdżkową. Nie jestem jeszcze do końca pewny jak to działa, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Na pewno moja mama to rozgryzie, jest w tym dobra… to znaczy po tym, jak przestanie się zamartwiać albo znudzi jej się ciskanie klątw w jaja Łapy.
Nigdy wcześniej tak naprawdę nie testowałem granic możliwości każdej formy. Tej nocy miałem to zrobić. Poczekałem aż Tonks przełamie osłony wokół starej posiadłości i wyskoczyłem z jej cienia. Zrobiłem to tak cicho, że nawet nie zorientowała się, że tam jestem. Na jej twarzy widziałem koncentrację, kiedy planowała jak dostać się do środka i potem uciec.
Ze środka dochodziło do mnie mnóstwo zapachów. Jeśli ją odkryją, trzeba będzie wyrąbać sobie drogę na zewnątrz. Właściwie oczekiwałem, że te zapachy będą złe. To by wiele uprościło. Nie byłoby dylematów moralnych przed permanentną eliminacją. Nie zrozumcie mnie źle: zapachy były paskudne… ale nie złe. Ci ludzie ciągle byli czyimiś braćmi lub siostrami, czyimiś synami i córkami. Czy miałem prawo to zniszczyć tylko dlatego, że są po drugiej stronie?
Jak często słyszałem, jak mama i Łapa dyskutują na ten temat do późna w nocy? Zawsze kończyło się tak samo. Syriusz mówił jej, żeby poszła i zadała to samo pytanie Jamesowi. Ona rzucała klątwę na jego klejnoty i uciekała do swojego pokoju, gdzie zaczynała płakać. Kiedy on mógł już wstać, ja kopałem go w jaja, bo przez niego ona płakała. Cud, że w ogóle jeszcze mu działają. W każdym razie następnego dnia się przepraszali i wybaczali sobie. To był dziwny cykl, ale dzięki niemu coś zrozumiałem. Nie chodziło o dobro i zło, ale o życie i śmierć. Nie ma moralności na polu bitwy.
Serce Tonks waliło naprawdę szybko i czułem jej strach. Wiedziałem, że odepchnie go na bok i zrobi to, co konieczne. Taka jest jej natura. Stałem tuż przy niej, a ona wciąż nie okazała, że wie o mojej obecności. Przyklęknęła za krzakiem, żeby nikt jej nie zauważył. Polizałem ją po twarzy, żeby dać jej znać, że tu jestem. Prawie wyskoczyła ze skóry. W każdej innej sytuacji zacząłbym się śmiać. Ale teraz zachowanie ciszy było sprawą życia i śmierci.
- Co ty tu, kurwa, robisz? – syknęła, gdy doszła do siebie. Uderzyłem ją w tyłek ogonem, w nadziei, że zrozumie.
- Chyba sobie jaja robisz.
Pokiwałem łbem, a ona zmrużyła oczy.
- Nie ma opcji.
Pokazałem jej kły.
- Nie tym tonem!
Skoczyłem na nią i warknąłem cichutko. Tylko mojej mamie wolno tak mówić. Przycisnąłem jej ręce moimi łapami. Uwielbiam być panterą!
- No dobra, może jednak możesz mówić tym tonem.
Polizałem ją w policzek.
- To obleśne, wiesz?
Za to polizałem ją jeszcze raz. Pewnie kiedyś za to zapłacę, ale co tam, fajnie było.
- Dobra, dobra, możesz iść ze mną.
Zlazłem z niej i obszedłem z dumą. Potrząsnęła głową i wywróciła oczami.
- Tylko pamiętaj, jeśli twoja mama mnie zabije, będę cię straszyć po nocach – powiedziała, celując we mnie różdżką. Znowu kiwnąłem łbem, a ona znowu przewróciła oczami.
- Dobra, z tego co widzę mamy dziesięcioro strażników patrolujących teren. Muszą znaleźć się po drugiej stronie posiadłości, kiedy będę wychodzić. Jeśli nie będzie nas tu za dwadzieścia minut zabieraj stąd swoje dupsko. Nie patrz tak na mnie. Masz wykonywać rozkazy.
Patrzyła się na mnie z góry, póki nie pokiwałem łbem. Chyba mama nauczyła ją tego spojrzenia. Przerażające.
- Daj mi pięć minut, żeby dostać się do środka. Jak wyjdę, będę pewnie wyglądała jak moja szalona ciotka, więc mnie nie pogryź.
Porządnie ją obwąchałem, żeby nie pomylić jej zapachu z żadnym innym. Co prawda nie musiałem tego robić, ale lubię ją denerwować.
- Za pięć minut będę potrzebowała dużej dywersji. Naprawdę dużej. No i chyba tyle. Dzięki, że za mną poszedłeś. Jeśli to przeżyjemy, to może jednak cię przelecę.
Opadła mi szczęka. Zmieniła się w lisa, mrugnęła do mnie i uciekła. Cholerna flirciara.
A więc to moja pierwsza prawdziwa misja. Razem z Łapą często chodziłem polować, ale to coś innego. Czekałem na to od dawna. Więc czemu nagle zacząłem się bać? Co jeśli coś spieprzę i Tonks zginie? Moje serce waliło dwa razy szybciej niż kilka chwil wcześniej. A jednak w pewnym sensie nie mogę się doczekać. To są skurwysyny, które zabrały mi ojca. Czy jestem na tyle silny, żeby zrobić to, co powinienem? Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
Trzydzieści sekund zajęło mi dotarcie do mojego pierwszego celu. Byłem tak szybki, że stałem tuż za nim, a on się nie zorientował, że tam jestem. Zawahałem się. Czemu się zawahałem? Wtedy się odwrócił. Był tylko kilka lat ode mnie starszy. Patrzyliśmy na siebie przez moment, a potem zaczął działać instynkt. On wyciągnął różdżkę, ja skoczyłem na niego.
Opadłem na jego pierś całą masą ciała i usłyszałem, jak pękają żebra. Próbował krzyczeć, ale nie mógł wydobyć dźwięku. Widziałem strach w jego oczach. Wiedział, że to koniec… obaj wiedzieliśmy. Ale czy postąpiłem słusznie? Wtedy przypomniałem sobie ostatni raz, kiedy zobaczyłem mojego ojca. Jedno oko zamykała opuchlizna, połowę twarzy pokrywała krew. Jedną ręką trzymał wylatujące wnętrzności, a drugą wepchnął mnie i mamę do kołyski, którą zmienił w świstoklik w chwili, w której trafiło go zaklęcie śmierci.
JEBAĆ ICH! Nie okażę im dziś miłosierdzia i przysiągłem sobie nie wahać się już nigdy więcej. Moje pazury rozszarpały jego aortę i ruszyłem ku następnemu celowi. Księżyc w pełni świecił na błonia. Było tam mnóstwo cieni i zamierzałem je wykorzystać. Zanim nadszedł czas na dywersję zginęło dalszych pięcioro.
Zauważyłem Tonks w cieniach przy drzwiach. Zaryczałem tak głośno, jak tylko mogłem i czekałem na nich. Po minucie drzwi się otworzyły i butolizy zaczęły wyłazić na werandę. Kobieta w czerni, która cuchnęła bardziej niż cokolwiek, co miałem okazję w życiu wąchać, zaczęła wydawać rozkazy. Wyskoczyłem na światło i jeszcze raz zaryczałem. Zaklęcia pofrunęły w moim kierunku, ale schowałem się w cieniach nim zdążyły do mnie dotrzeć. Tonks transformowała się w kobietę i zniknęła w środku.
Przez następne dziesięć minut bawiłem się z nimi w kotka i myszkę. Ci idioci myśleli, że grają rolę kota. Powoli zacząłem przerzedzać stado. Wykorzystywałem przeciwko nim ich własne cienie. Taktyka „uderz i zmykaj" okazała się bardzo efektywna. Celowałem głównie w aorty. Potrafiłem wyjść z cienia, zaatakować i ukryć się w kolejnym cieniu, nim ciało uderzyło o ziemię.
Gdzieś po drodze straciłem z oczu sukę w czerni. Zostało już tylko kilkoro. Musieli odgadnąć mój mały sekret, bo stłoczyli się razem. Dopiero wtedy usłyszałem ogień zaklęć z drugiej strony dworu. SZLAG! Ruszyłem błyskawicznie. Tonks mnie potrzebowała.
Wypadłem za róg i to co ujrzałem na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Prawie dwieście metrów otwartej przestrzeni bez jednego cienia między mną i nią… a raczej nimi. Tonks wypalała zaklęcie za zaklęciem przez ramię, jednocześnie ciągnąc coś, co wyglądało na półprzytomną osobę okrytą szatą.
Ruszyłem przez otwarty teren pełnym sprintem, modląc się, żebym dotarł na czas. Wtedy szata pokryta krwią się rozchyliła, a kaptur zsunął do tyłu. Dziewczyna o białych włosach wypaliła zaklęcie, które zostało z łatwością zatrzymane. Mogłaby udawać ducha, gdyby nie krew spływająca jej po ciele. Pod szatą była naga i poryta skaleczeniami. Nie rozumiałem jakim cudem może w tym stanie korzystać z magii. Zdecydowanie to wojowniczka.
Kilku butolizów ciskało w nich klątwami, a one zmierzały do granicy osłon. Suka w czerni prowadziła stado. Trafiła Tonks zaklęciem tnącym w nogę, a ona przewróciła się. Dziewczyna wylądowała na niej. Udało mi się pokonać dopiero połowę dystansu.
Musiałem kupić im czas, więc zaryczałem. Udało się. Musieli połapać się, że pozostali są wyeliminowani i nie stanowią już zagrożenia, bo większość z nich obróciła się w moją stronę. Wszyscy poza suką. Ona miała na oku swój łup.
Przebiegłem przez nawałę zaklęć. Tylko mój refleks pantery pozwolił mi uniknąć trafienia. Choć było blisko… naprawdę. Tonks cisnęła zaklęcie w kobietę, która przewróciła się na tyłek. Słyszałem, jak Tonks krzyczy do dziewczyny, żeby uciekała, ale ta nie chciała jej zostawić. Prawie udało im się wstać, kiedy dostały kolejną klątwą. Tonks obróciła się w ostatniej chwili i przyjęła większość siły zaklęcia. Poleciały w przeciwnych kierunkach.
- Naprawdę myślałaś, że uciekniesz, dziewczyno? – kpiła suka, zbliżając się do niej. Uniosła różdżkę w stronę biednej dziewczyny, a wciąż byłem od niej za daleko.
- Zostaw ją, pierdolona psychopatko! – Tonks udało się podnieść na czworaka. Ale delikatnie mówiąc nie wyglądała dobrze.
- Przyzwyczajaj się do te pozycji, szmato! Moi mężczyźni będą wiedzieli, jak cię wykorzystać. Chyba wyślę Andy zdjęcia jako kartkę bożonarodzeniową.
Nie ma chuja!
Wtedy właśnie los postanowił mi pomóc, a może to było po prostu ślepe szczęście? Teraz to nieważne. Część księżyca przesłoniła chmura, dając mi cień, który mogłem wykorzystać. I zrobiłem to. Wyskoczyłem w cieniu Tonks, przeskoczyłem nad dziewczyną, wylądowałem tuż przed psychopatką i zaryczałem. Szkoda, że nie widziałem, jak zlała się w gacie, ale na pewno to poczułem.
Szybko jednak doszła do siebie. Pewnie dlatego zrobili ją szefem. Wiedziała jak odepchnąć strach. Przykucnąłem, gotowy do skoku, a ona wycelowała we mnie różdżkę.
- PIERDOL SIĘ, GŁUPIA CIPO!
Zaklęcie śmignęło mi obok ucha i trafiło ją prosto w twarz. Skrzydła nietoperzy eksplodowały jej z nosa. Potem ją zaatakowały… to było niezłe. Suka wyła jak szyszymora.
Popatrzyłem przez ramię i ujrzałem, że dziewczyna ledwo utrzymuje otwarte oczy, ale uśmiechała się z satysfakcją. Popatrzyła na mnie, jakby nie wiedziała co o mnie myśleć. Polizałem ją po twarzy, żeby wiedziała, że jestem jej przyjacielem. Spodziewałem się podobnej reakcji do Tonks, ale nie. Dziewczyna objęła mnie za szyję i przytuliła. Polizałem ją jeszcze raz, a ona zachichotała.
- Cień!
Popatrzyłem zmieszany na Tonks.
- Właśnie, od teraz będzie się nazywał Cień – skinąłem łbem, a ona kontynuowała: - Weź ją do świstokliku.
Warknąłem na nią. Wiedziałem o co jej chodzi. Nie chciała się wycofać.
- JUŻ! To rozkaz!
Nigdy wcześniej nie próbowałem teleportacji cienia z pasażerem, ale chyba nie miałem za wiele innych opcji. Weszliśmy w cień Tonks i wyłoniliśmy się przy wyjściu. Zaraz będziemy przy świstokliku.
- Dzi… dziękuję – chrypiała, ale jej intencje były słodkie. Polizałem ją jeszcze raz i zdziwiło mnie, jaką przyjemność sprawił mi fakt, że jej się to podoba.
- Nic mi nie będzie. Pomóż Tonks.
Nie musiała powtarzać. Wróciłem przez osłony i dobiegł mnie smród wilkołaków. Źle. Bardzo źle. Okrążyłem krzak, za którym wcześniej chowała się Tonks i zobaczyłem, jak kuśtyka do granicy osłon. Dostała w plecy kolejnym zaklęciem tnącym i padła z wrzaskiem.
- Rozerwać tę dziwkę na strzępy! – ryknęła sadystyczna suka.
Dwa wilkołaki u jej boku zaszarżowały na Tonks. Jakim, kurwa, cudem ta suka kontroluje wilkołaki? Ruszyłem za Tonks. Musiałem się do niej dostać. Teraz czułem strach innego rodzaju. Tym razem się nie zawaham. Nie mogę stracić Tonks! Czołgała się, ale zauważyła, że nadchodzę. Jej nogi nie działały.
- NIE! SPIERDALAJ SZCZENIAKU! ZOSTAW MNIE!
Nie ma, kurwa, mowy. Nie ma też, kurwa, mowy, żebym zdołał dostarczyć nas oboje do świstoklika z dwoma wilkołakami na karku. Pantera cienia też ma swoje ograniczenia. Czas najwyższy podbić stawkę.
Skoczyłem nad Tonks i zaatakowałem wilkołaki. Zmieniłem się w formę hybrydową. Wyobraźcie sobie panterołaka z ogonem, jeśli w ogóle coś takiego jest i… no, chyba łapiecie. Mugole mówią, że wilkołaka da się zabić tylko srebrem. Co za brak wyobraźni!
Na szczęście byłem większy niż oni. Złapałem ich obu za gardło i uniosłem z ziemi. Wspominałem już, że forma hybrydowa jest cholernie silna? Chyba nie byli przyzwyczajeni, że ich ofiary z nimi walczą. Zderzyłem ich głowami i uderzyłem nimi o ziemię. Piszczeli jak suczki. A Syriusz mówił, ze zapasy to bzdura. Ta dwójka na pewno by się nie zgodziła.
Nie zrozumcie mnie źle, skurwiele się podnieśli. Ale przynajmniej teraz ja interesowałem ich bardziej niż Tonks. Czego nie da się po wiedzieć o tej psycho suce, jej ciotce. Kiedy ja mierzyłem się z tymi dwoma, ona ruszyła na Tonks.
Przewaga hybrydy nad wilkołakiem jest taka, że oni działają instynktownie, a ja nie. Moje pazury są ostrzejsze niż ich i wiem gdzie uderzać. Musiałem trochę się z nimi zabawić, ale kilka otwartych tętnic potrafi zdziałać cuda. Niestety… leczą się szybko. Chyba że dosłownie zatłuczesz jednego wilkołaka drugim. A jeśli i to zawiedzie, zawsze można wyrwać im serca. Obrzydliwe, ale bardzo skuteczne.
Niestety kiedy byłem zajęty tymi dwoma kolesiami, pozostałe butolizy otoczyły Tonks i rzucały na nią na zmianę klątwy. Zobaczyłem, że suka celuje w Tonks. Potem popatrzyła na mnie i wyszczerzyła się. Wiedziałem, ze zamierza ją zabić, a ona wiedziała, że nie zdołam dotrzeć do Tonks na czas.
Moja mama nauczyła mnie kiedyś zaklęcia. To stary czar, przekazywany z Pottera na Pottera. Dzięki niemu mój tato zdołał nas zasłonić na czas. To zaklęcie ostatniej szansy. Otworzy mały międzywymiarowy portal, który pozwoli na ucieczkę. Zasięg wynosił jakieś dziesięć kilometrów, więc trudno to traktować jako podstawową metodę podróży. Bawiłem się nim, żeby sprawdzić, czy ma inne zastosowania. Miałem nadzieję, ze zadziała razem z tą dziurą w osłonach.
Sięgnąłem magią w chwili, kiedy suka rzuciła zaklęcie śmierci. Ziemia pod Tonks zmarszczyła się jak powierzchnia wody i Nimfa zapadła się w nią. Przy odrobienie szczęścia wyląduje obok świstoklika. Ku mojemu przerażeniu klątwa również przeleciała przez portal.
Nie wiem czy to, czy śmiech tej suki doprowadził mnie do takiego szału. Wiem tylko, że moja pantera wyrwała się na wolność. Rozrywałem tych skurwieli na strzępy, a moja żądza krwi zawstydziłaby wampira. Kły, pazury i magia zostały spuszczone ze smyczy. Wyrwałem jednemu tchawicę. Wybebeszyłem kolejnych trzech. Złamałem dwa kręgosłupy, a jednemu chyba urwałem głowę. Padali jeden po drugim, aż została tylko ta suka. Jej ramię z różdżką było połamane w kilku miejscach. Zwisała bezradnie z moich szponów.
Po raz kolejny tej nocy wyczułem wilkołaka. Ale tym razem jakoś inaczej. Potem usłyszałem wycie, od którego przeszedł mnie dreszcz. Spojrzałem przez ramię i ujrzałem wielkiego wilkołaka… naprawdę zajebiście wielkiego. Wujek Lunatyk kiedyś mi go opisał. Nie miałem wątpliwości, ze właśnie patrzę na Greybacka.
- Przyszliśmy się pobawić, co, chłopcze? – warknął, a ja go zrozumiałem.
- Przyszedłem zabijać – odpowiedziałem warknięciem, modląc się, żeby nie poczuł ode mnie strachu. Wiedziałem, ze nie dam mu rady. On chyba też o tym wiedział.
- Czarny Pan ją lubi. Wynagrodzi mnie, jeśli uratuję jej życie.
- Nie jesteś aż tak szybki.
Spod mojego pazura na jej szyi pociekła strużka krwi.
- Ty też nie.
Zza siebie wyciągnął białowłosą dziewczynę. Miała zamknięte oczy, ale usłyszałem jęk, który wyrwał się jej z ust. Warknąłem, a dźwięk, który on wydał z siebie w odpowiedzi musiał być wilkołaczą wersją śmiechu.
- Ugryzłeś ją?
- Jeszcze nie. Ale taka świeża i apetyczna… trudno się powstrzymać.
Czułem, że nie kłamie. Nie mam pojęcia jak, po prostu czułem.
- Wymienimy się?
- Co ty nie powiesz?
Nienawidzę przemądrzałych wilkołaków. Nie miałem czasu. Osłony mogły się zatrzasnąć lada chwila. Zabawiliśmy się więc w „rzuć zakładnikiem". Ja ją złapałem, a on pozwolił suce wylądować na ziemi u jego stóp. To chyba jej słodka osobowość inspiruje takie oddanie. Wisiało mi to jednak. Cień później byliśmy za obrębem osłon. Nie mogłem znaleźć świstoklika ani Tonks. Modliłem się, żeby była bezpieczna. Zrobiłem następny świstoklik i zmyliśmy się stamtąd.
Zaniosłem ją z powrotem do kryjówki. Wyglądała na taką małą i bladą. Wiedziałem, że nie będę jej w stanie pomóc. Musiałem zawiadomić mamę. Jakim cudem ona ma jeszcze w sobie jakąś krew? Oszołomiła mnie ilość krwi, która była na moim futrze. Zakłócała działanie moich zmysłów. Byłem zmęczony, przekroczyłem tej nocy granice mojej wytrzymałości. Każdy krok wydawał się ostatnim, który jestem w stanie zrobić. Jakimś cudem dotarliśmy do drzwi. Moje pazury pokrywała krew i nie mogłem złapać klamki. Nie było innego wyjścia, musiałem je wyważyć. To uruchomi osłony wokół tego miejsca. Miałem nadzieję, że odsiecz zaraz przybędzie, bo nie zostały mi żadne siły.
Najpierw dostrzegłem mamę, pochylającą się nad nieruchomą Tonks. Potem dotarło do mnie, że mama nigdy nie widziała tej wersji mojego zwierzęcia. Więc podsumujmy: panterołak, pokryty krwią, trzymający bladą, nagą dziewczynę, pokrytą ranami. Czy moja mama przyjęła to spokojnie? A jak wam się wydaje?
Harry otrząsnął się ze wspomnień, gdy poczuł wibrację osłon alarmowych, które rozstawili wokół Hogwartu. W swoim czarodziejskim zegarku zobaczył twarz Łapy.
- Szczeniaczku, sektor 5! Jesteś bliżej niż ja!
- Ruszam! – krzyknął Harry i wyszedł z kufra. Pokój wspólny powinien być pusty, więc zeskoczył ze schodów, transformując się w locie w Cień. Nie zobaczył Emmy na balkonie przy sypialniach dziewcząt. A już na pewno nie zobaczył jej miny, zanim dziewczynka zemdlała.
W następnym rozdziale:
- co naruszyło osłony Hogwartu?
- Harry znów ściera się z Ginny
Od tłumacza: Mycha 09 - już odpowiedziałem na Twoje pytanie, czytaj uważnie ;)
