Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Coś ostatnio maleje liczba komentarzy. Nie będę, jak co niektórzy autorzy, grozić, że nie będzie nowego rozdziału, póki nie zobaczę iluś tam komentarzy, niemniej jednak te Wasze wyrazy uznania to jedyna zapłata, jaką dostaję za moją pracę. Chyba nie jest to wygórowana cena? :)
Od autora: Na pewien czas skończyłem z retrospekcjami. Postacie są na tyle wykreowane, że możemy wrzucić wyższy bieg.
Rozdział 7
Dilys powiedziała Ginny o tajnym wyjściu z Hogwartu, o którym wiedza przekazywana była z dyrektora na dyrektora. Sprawdziła na Mapie Huncwotów. Faktycznie, nie było zaznaczone. Dzięki Fredowi i George'owi udało jej się dostać krwotoku z nosa, gdy tylko weszła do Wielkiej Sali. Profesor McGonagall nalegała, by dziewczyna poszła prosto do Skrzydła Szpitalnego. To było niemal za łatwe. Jeśli wciąż będzie miała tyle szczęścia, to uda jej się dotrzeć do Gringotta i wrócić jeszcze przed obiadem. Nikt się o tym nie dowie, a ona będzie dysponowała wystarczającą ilością złota, żeby Dumbledore nie mógł jej szantażować odebraniem stypendium. Kolejny krok ku prawdziwej niezależności.
Nie planowała nadmiernie eksploatować skrytki Dilys. Chciała jednak dać swoim braciom pieniądze na otwarcie ich sklepu z dowcipami. Oni zawsze byli przy niej, więc choć tyle mogła dla nich zrobić. Nie miała zamiaru ujawniać swojego nowego bogactwa przed swoją matką. A przynajmniej póki nie będzie pełnoletnia. Wówczas ta kobieta nie będzie nic z tym mogła zrobić. Spodziewała się, że jej mama dostanie szału, kiedy dowie się, że Ginny rzuca Neville'a. Jej marzenie o Ginny jako następnej Lady Longbottom się nie ziści. Nigdy! Nigdy! Nigdy! Nigdy… przenigdy!
Wśliznęła się za stary gobelin na trzecim piętrze i popędziła długim korytarzem. Po kilku minutach dotarła do starych, zakurzonych drzwi. Domyśliła się, że nikt ich nie używał od lat, może nawet stuleci. Uniosła różdżkę i rzuciła Alohomora.
W chwili, gdy zaklęcie wyleciało z jej różdżki, korytarz wypełniło oślepiające światło. Instynktownie zakryła oczy dłonią. Jednak nawet wtedy światło było zbyt intensywne, by otwierać oczy. Nagle coś chwyciło ją za kostki i zawisła głową w dół. Jej sukienka i szaty zaczęły owijać się ciasno wokół jej ciała. Jakoś w trakcie tej szamotaniny różdżka wysunęła się z jej palców i zaginęła gdzieś wśród ubrania. Zaczęła ją ogarniać panika. Desperacko szarpała się, usiłując uwolnić od krępującego ją odzienia. Im bardziej się szarpała, tym ciaśniej ją trzymało. Kaptur jej szaty objął jej głowę. Czuła się, jakby ubranie usiłowało ją połknąć. Szarpnęła szaleńczo głową, usiłując się pozbyć kaptura. Jednak tak jak reszta jej ciała, głowa została ciasno związana. Na wierzchu pozostały jedynie jej usta i żuchwa.
Gdyby nie to, że właśnie wisiała owinięta niczym mumia, byłaby pod wrażeniem sprytnej pułapki. Teraz jednak była wkurzona. Przede wszystkim bała się, że to tylko kwestia czasu, nim ją znajdą, a wtedy będzie martwa. No, może nie do końca martwa, ale równie dobrze mogła by być. Dumbledore zmieni ją w to, czego pragnie Neville. Niech mnie piekło pochłonie!
Czuła swoją różdżkę gdzieś w okolicy krzyża. Jeśli uda jej się do niej dotrzeć i rzucić kontrzaklęcie… kogo ona oszukuje, przecież nie ma pojęcia, jakie zaklęcie ją więzi. Jednak nigdy wcześniej takie przeciwności jej nie powstrzymały. To bliźniacy nauczyli ją, że nic nie jest niemożliwe, jeśli ma się wystarczająco determinacji. A tej jej nie brakowało. Alternatywa była… nieakceptowalna.
Spróbowała delikatnych ruchów i odkryła, że jej ubrania na to nie reagują. Jeden pieprzony centymetr po drugim jej dłoń przysuwała się bliżej do różdżki. Już prawie. Jeszcze tylko odrobina, czuje ją czubkiem palców. Pchnęła mocniej i złapała ją między dwa palce. Próbowała pociągnąć, ale różdżka zakleszczyła się mocno. Wtedy usłyszała kroki. Najpierw odległe, ale z każdą chwilą rozlegały się bliżej. Nie zamierzała się poddać bez walki. Z jej ust wymknęła się wiązanka przekleństw, gdy desperacko próbowała chwycić różdżkę.
Harry opierał się o ścianę i z rozbawieniem obserwował przedstawienie. Pod postacią pantery mógł się zakraść do niej szybko i cicho. Zamek wypełniały cienie, więc dotarł tu, a nikt nie miał najmniejszej szansy go zauważyć. Wiedział, że ma jeszcze kilka minut nim Łapa i pozostali tu dotrą. Kimkolwiek była osoba, która usiłowała wymknąć się ze szkoły, wpadła w jego pułapkę. Razem ze swoim chrzestnym opracowali osłony, które nie tylko odpychały, ale także atakowały. A w przypadku tych uruchomionych dzisiaj… chwytały.
Miał niezły widok. Dziewczyna wisiała do góry nogami. Jej ubrania zaciskały się mocno na jej ciele. Tak ciasno, że niemal nie miała miejsca na ruch. Zaklęcie mumifikacji zadziałało idealnie. Nigdy wcześniej nie widział, żeby ktoś próbował się z niego uwolnić, nie licząc starego psa. Na szczęście jego mama miała na tyle rozsądku, żeby nie pozwolić im nigdy testować pułapek na niej. Byłoby trochę niezręcznie. Bo teraz każda krągłość ciała dziewczyny była podkreślona. I to tak, że trudno było mu się skupić na czymkolwiek innym. Potrząsnął głową, żeby oczyścić umysł.
Jednak jego oczy wróciły do jej kształtnego ciała. Miała naprawdę atrakcyjny tyłek. Podobało mu się, jak kręciła nim za każdym razem, gdy usiłowała się wyrwać. Trzeba jej przyznać, była uparta. Poczuł się nieco zdegustowany swoją postawą, bo zdawał sobie sprawę, że zachowywał się jak zboczeniec.
Zwłaszcza, że właśnie zorientował się, kto to jest. Pył, który uniósł się w powietrze po jej przejściu, nieco utrudnił jej identyfikację. Nie cuchnęła, jak jeden z jego popleczników. Wręcz przeciwnie, jej zapach był niezmiernie pociągający, wręcz uzależniający. Zapamiętał ten zapach z wczorajszego wieczora. Choć już zeszłej nocy miał wrażenie, że skądś go zna.
Niemal dotarła do różdżki. Jej zimna krew zrobiła na nim wrażenie. Uznał, że czas zwiększyć presję i rzucił zaklęcie symulujące odgłos zbliżających się kroków. Szarpnęła głową, gdy usłyszała dźwięk odbijający się echem w korytarzu. Potem dotarła do niego imponująca wiązanka przekleństw. Bawił się znacznie lepiej, niż przy oglądaniu starego psa, to na pewno. Może jeszcze zrobię z ciebie Huncwota.
Zerknął na zegarek i uznał, że co za dużo, to niezdrowo. Zaczął rzucać przeciwzaklęcie, kiedy Ginny triumfalnie krzyknęła:
- Mam cię!
Rzuciła Liberacorpus i z głuchym hukiem spadła na podłogę.
- Auć! Może powinnam z tym poczekać. Myśl, Weasley, myśl! Musi być jakiś sposób, żeby się z tego wydostać!
Zastanowiła się, wiedząc, że będzie musiała znaleźć jakiś sposób na obejście klątwy. Dotarło do niej, że zaklęcie zostało rzucone na ubrania, nie na nią. Wystarczy, że wyeliminuje problem. Ale to wywołało problem numer dwa.
- A pieprzyć to! Przecież nikogo tu teraz nie ma. Daję słowo, jeśli kiedyś dorwę sukinsyna, który to wymyślił…
Ginny rzuciła zaklęcie znikania i usunęła z siebie wszystkie ubrania. Harry nie po raz pierwszy widział nagą dziewczynę. Ale z reguły kiedy do tego dochodziło, relacje między nimi były znacznie przyjaźniejsze. Przypuszczał, że zanim to się skończy, zarobi jakąś klątwą. Szczerze mówiąc nawet to rozumiał. Może za kilka lat będą się potrafili z tego śmiać. Zresztą kogo on oszukiwał? Ona go zabije i on świetnie o tym wiedział.
- Co robisz?
Naprawdę to powiedziałem na głos? Harry miał nadzieję, że odrobina humoru pomoże w tej niezręcznej sytuacji. Tak, to było głupie, ale warto spróbować. Ginny gwałtownie podniosła głowę, a jej oczy wyglądały, jakby lada moment miały wyskoczyć z orbit. Instynktownie zerwała się na nogi. Potem dotarło do niej, że powinna pozostać w przysiadzie. Przez chwilę stała w szoku, wreszcie doszła do siebie na tyle, żeby zakryć to, co zakryć się dało. Na plus należy policzyć Harry'emu, że cały czas patrzył jej w oczy. No, prawie cały czas. W końcu był facetem.
- A jak ci się wydaje, co robię, dupku? Zechciałbyś się odwrócić?
- Plecami do nagiej, wkurzonej czarownicy? Nie ma, kurde, mowy.
- Co ty sobie wyobrażasz? – wydarła się Ginny, kiedy Harry zaczął ściągać swoją szatę. Przez chwilę patrzył na nią zdumiony, a potem wręczył jej materiał. – Proszę, więc nagle zacząłeś być dżentelmenem?
- Skoro tego nie chcesz… - odparł Harry, zabierając szatę.
- Nie bądź fiutem! – Ginny wyrwała mu materiał z rąk. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Harry powinien paść trupem. Przykryła się nieco dokładniej i czekała, aż się od niej odwróci. Jednak on nie zamierzał robić nic podobnego. Sapnęła i odwróciła się do niego plecami.
- Wiesz co, śniłem dokładnie o czymś takim dzisiaj w nocy. A tu przychodzę i znajduję cię zapakowaną na prezent. To naprawdę magiczna szkoła.
Ginny zrobiła wielkie oczy, ale zaraz zmrużyła je złowieszczo. Wymamrotała coś, czemu daleko było do przyjacielskiej odpowiedzi.
- Nie masz się czego wstydzić.
Naprawdę powinienem przestać to robić.
- Jestem wkurzona… a nie zawstydzona!
Dupek myśli, że zjadł wszystkie rozumy!
- Rumienisz się… podoba mi się.
Ginny zawirowała i stanęła twarzą w twarz z Harrym. Oparła ręce na biodrach i spojrzała na niego ze zwierzęcą wściekłością.
- Nieprawda – warknęła przez zaciśnięte zęby. Harry nachylił się, aż prawie zetknęli się nosami.
- Nie mówiłem o twoich policzkach – zażartował, mając nadzieję na rozładowanie atmosfery.
- Dlaczego muszę znosić takie gówno?!
Zaczęła chodzić w kółko. Mamrotała coś pod nosem tak szybko, że Harry nie nadążał. Uznał, że tak jest pewnie najlepiej.
Ginny wzięła głęboki oddech i spróbowała się uspokoić. To nie Harry sprawił, że jej ubrania zniknęły. To jej dzieło, a on w końcu dał jej swoją szatę. No dobra, nabijał się z niej, ale musiała przyznać, że gdyby role się odwróciły, ona również nie potrafiłaby się powstrzymać.
- Możemy stąd spadać?
- Najpierw powiedz mi, czemu usiłowałaś uciec ze szkoły.
- Nie twój jebany interes, Potter! – odwróciła się znowu do niego, a jej temperament Weasleyów szalał w najlepsze. Popatrzył na nią ze złością, a ona poczuła to, co czuli jej bracia, gdy sytuacja się odwracała.
- W takim razie, Weasley, możesz to wyjaśnić nauczycielom, gdy się tu pojawią. Sądząc po odgłosach, masz jakąś minutę – odparł Harry lodowatym tonem, od którego przeszedł ją dreszcz. Odwrócił się, żeby odejść. Nie miała drogi ucieczki. Wyjście było zamknięte i słyszała, ze nie są już sami w korytarzu.
- Nie idź, proszę! Przepraszam… po prostu nie mogę ci powiedzieć – błagała go Ginny. Zaskoczyła ją desperacja w jej głosie. Znów zaczynała brzmieć jak ofiara. Nie chciała już nią być. Co więcej, nie chciała, żeby on ją za taką uważał. Harry zatrzymał się, ale nie odwrócił do niej.
- Nie możesz czy nie chcesz?
- Proszę… oni tu zaraz będą. Muszę się stąd wydostać.
Harry odwrócił się i spojrzeli sobie w oczy. Widział, jak bezgłośnie i desperacko Ginny błaga go o pomoc. Ona widziała, jak on usiłuje podjąć decyzję. Prosiła go, żeby zaufał jej w ciemno. Czyli zrobił to, czego odmówiła mu poprzedniego wieczora.
Chwila minęła, gdy usłyszeli zbliżający się dźwięk biegnących stóp. Oboje spojrzeli w głąb ciemnego korytarza. Sądząc po odgłosach zmierzała tu więcej niż jedna osoba. Harry odwrócił się do niej i rzekł:
- Musimy popracować nad zaufaniem.
I rzucił zaklęcie.
Syriusz dotarł na miejsce jako pierwszy. Lily deptała mu po piętach, za nią dobiegł Snape, a całość uzupełniał Dumbledore. Stary pies złapał zapach i popatrzył podejrzliwie na Harry'ego. To będzie ciekawe.
- Przepraszam za kłopot. Wygląda na to, że ten kociak* uruchomił osłony.
Na dłoniach Harry'ego leżała Ginny transmutowana w rudowłosego kota. Syknęła na niego w reakcji na ten komentarz i podrapała jego rękę, próbując się wyrwać. Jednak on trzymał mocno.
- Może to zakamuflowany animag – warknął Snape, celując różdżką w Ginny. Harry instynktownie zasłonił ją swoim ciałem. Ginny przestała się wyrywać. Wiedziała, że on nie pozwoli, żeby stało jej się coś złego. Mógł być dupkiem, ale nie był świnią.
- Wyczułbym, gdyby to nie był kot – powiedział Syriusz, łapiąc Snape'a z nadgarstek i odciągając jego różdżkę z dala od Harry'ego. Potem przed nauczycielem Eliksirów stanęła Lily. Mężczyzna poczuł, jak jej różdżka dotyka jego klejnotów.
- Nigdy nie celuj różdżką w mojego syna – mówiła cicho, ale jej głos ociekał jadem. Przez ułamek sekundy w jego oczach mignął ból, ale szybko zastąpiła go zwykła maska obojętności. Zrobił krok w tył i skłonił głowę.
- Proszę o wybaczenie, Li… pani Potter. Chłopak nie był zamierzonym celem.
Wszyscy wyraźnie usłyszeli, z jakim niesmakiem nazwał Lily panią Potter. Dumbledore uznał, że czas zabawić się w rozjemcę, nim dojdzie do eskalacji napięcia.
- Nic się nie stało – rzekł. – Muszę przyznać, że dysponuje pan ciekawymi osłonami, profesorze Black.
- To nie moje. Tą ustawiał szczeniaczek.
- Naprawdę? Bardzo ciekawe.
Harry niemal widział jak obracają się kółka w głowie starca i nie podobało mu się to ani odrobinę. Nie znaczyło to jednak, że nie skorzysta z tego, jeśli będzie ku temu okazja.
- Tak, człowiek uczy się paru rzeczy pozostając w ukryciu – dodał Harry. Jego głos ociekał niechęcią i sarkazmem. Ginny gwałtownie uniosła głowę. Im więcej czasu przy nim spędzała, tym więcej miała pytań.
- Rozumiem… - Dumbledore nie miał pewności, czy chłopak kieruje te słowa do niego czy do Snape'a.
- Proszę się nie martwić, dostosuję je tak, żeby niczyje zwierzątko się w nie więcej nie złapało.
- Jasne, szczeniaczku.
Syriusz posłał Harry'emu spojrzenie, sygnalizujące, że będzie grał w jego grę. Z miny swojej mamy wyczytał, że ma postępować ostrożnie, ale jeśli przyjdzie co do czego, może oczekiwać jej wsparcia.
- Ponowne ustawienie osłon zajmie mi kilka minut. Potem upewnię się, że ten maluch trafi do swojego pana.
Ginny znów syknęła na Harry'ego, słysząc ten komentarz.
- Wygląda mi na bojowego zwierzaka. Może cię przechytrzyć.
- Proszę cię… - odparł Harry z lekceważeniem i skrzywił się, gdy Ginny smagnęła go pazurami. Posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, a ona pokazała mu język. Nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu. Faktycznie, bojowe maleństwo.
- Może powinieneś spróbować współczucia i zrozumienia z odrobiną szacunku, synu – dodała Lily. Harry zrozumiał przesłanie i skinął głową.
- O czy wy gadacie? To tylko głupi kot – wtrącił się Snape.
- Nie o to chodzi, debilu. To nie jeden z twoich cudnych eliksirów, tylko żywa istota.
- To bezcelowa konwersacja. Panie dyrektorze, jeśli nie jestem potrzebny? Mam lekcję, którą muszę prowadzić.
Snape odszedł szybkim krokiem, nie czekając na reakcję Dumbledore'a. Lily wywróciła oczami, a Syriusz zachichotał. Marudny skubaniec, co?
- No to chodźmy i pozwólmy młodemu Harry'emu pracować w spokoju, dobrze? – powiedział Albus, gestem pokazując w stronę wyjścia.
- Przepraszam, panie dyrektorze, wygląda na to, że zapomniałem pewnych niezbędnych zapasów na niektóre z moich lekcji. Będę musiał pójść na Ulicę Pokątną.
- Nie widzę przeszkód. To przecież dopiero pierwszy dzień zajęć.
Czytał Proroka Codziennego i wiedział, że chłopak potrafi o siebie zadbać. A poza tym nie bardzo mógł odmówić Lordowi. Po wydarzeniach zeszłej nocy uznał, że rozsądniej będzie próbować się z nim zaprzyjaźnić. To był dopiero pierwszy ruch na szachownicy. Mógł sobie pozwolić na hojność. Zwłaszcza, jeśli chciał skłonić chłopaka do dołączenia do Zakonu.
- Nie znam za dobrze tego miejsca. Czy miałby pan coś przeciwko, gdybym pożyczył sobie jednego z pana prefektów, żeby mnie oprowadził? Bardzo to przyspieszy całą wizytę. – dodał Harry spokojnie, jakby ten pomysł właśnie przyszedł mu do głowy. Nie okazywał żadnych oznak, że właśnie manipuluje mistrzem manipulacji. Ginny zamruczała i polizała z aprobatą jego dłoń. Lily wciągnęła powietrze i uniosła brew. A więc znów się spotykamy? Popatrzyła na kota w rękach syna. Ginny aż się cofnęła pod mocą tego spojrzenia. O szlag! Jego mama wie! Wzrok Lily złagodniał i dziewczyna rozluźniła się nieco. Potem kobieta uśmiechnęła się i mrugnęła do niej. Ginny odpowiedziała mrugnięciem, zadowolona z zaufania wyrażonego przez Lily. Dlaczego ona mi się wydaje taka znajoma?
- Dobry pomysł, szczeniaczku. Kiedy zostajesz ze swoimi sprawami, łatwo tracisz koncentrację – zaśmiał się Syriusz. Harry popatrzył na niego spode łba.
- Nie patrz tak na Łapę, młody człowieku. On ma absolutną rację. Nie chcemy, żebyś zboczył z trasy i skończył w Kolonii Sukkubów – powiedziała Lily, patrząc lodowato na syna. Ginny gwałtownie spojrzała na Syriusza. Czy ona właśnie nazwała go Łapą? Zaraz, co ona mówiła o Kolonii Sukkubów?
- Nie odpuścisz mi tego?
- Nie. I nie wywracaj oczami w moją stronę.
- I to właśnie muszę znosić – mruknął Harry tak cicho, że tylko Ginny mogła go usłyszeć. Ona zamruczała zadowolona. Naprawdę zaczynała lubić jego mamę.
- Co takiego, skarbie? – spytał ostrzegawczo Lily, choć jej ton zdradzał rozbawienie.
- Nic… tylko sobie odchrząkiwałem.
Jak ona to, co cholery, usłyszała?
- Tak, to dobry pomysł. Zawiadomię pozostałych nauczycieli – wtrącił się Dumbledore, usiłując wrócić do tematu. Ta trójka potrafiła rozmawiać tak, że kompletnie się gubił.
Kiedy odchodzili, Syriusz wyszeptał do Lily:
- To była ona, prawda?
- Tak mi się wydaje.
- Chłopak nie ma pojęcia?
- Jej krew nie chciała zejść z jego futra. To ten zapach z nią kojarzy.
- Błąd debiutanta.
- A ty masz formę hybrydową?
- Racja. Stawiam galeona, że ona pierwsza się zorientuje.
- Założysz się przeciwko własnemu chrześniakowi?
- Bez wahania.
- No to zakład stoi.
Harry odczarował Ginny dopiero, gdy znaleźli się w Gnieździe Huncwotów. Patrzyła na niego z mieszaniną niedowierzania, zdumienia i podziwu. Potem rozejrzała się wokół siebie i jej zdumienie wzrosło dziesięciokrotnie. To miejsce było niesamowite. I pomyśleć, że całe mieściło się w starym, obdrapanym kufrze. Ale mogła się założyć, że to tylko zaklęcie maskujące. Harry był pełen niespodzianek.
- Nieźle Potter… naprawdę nieźle. Przez chwilę myślałam, że na mnie nakapujesz.
Ale i tak zapłacisz za tego „kociaka".
- Nie w moim stylu, poza tym nienawidzę kapusiów* – odparł Harry, wchodząc do kuchni. Ginny podążyła za nim. Coś w jego tonie uruchomiło alarm w jej głowie.
- Ładnie to rozegrałeś – skomentowała, podziwiając mugolskie urządzenia w pomieszczeniu. Jej tato zwariowałby tu ze szczęścia.
- Tak, stary pierdziel nawet się nie połapał. Muszę tylko podziękować mamusi i Syriuszowi za pomoc – odparł Harry, sięgając do lodówki.
- Mówisz na nią „mamusia". Jeszcze wczoraj mówiłeś „mama".
Chciała, żeby ta rozmowa była tak niezobowiązująca, jak to tylko możliwe. Wiedziała, że on będzie chciał jej zadać całą masę pytań, a ona nie wiedziała, czy jest gotowa, żeby na nie odpowiadać. Zdawała sobie sprawę, że jest mu coś winna. Naprawdę uratował przed chwilą jej tyłek. Ale skąd wiedział, że chciała iść na Ulicę Pokątną?
- Taaa, najwyraźniej to dużo dla niej znaczy – odpowiedział Harry, jakby to było coś, co mu wisi, ale Ginny nie uwierzyła mu nawet na moment. Postanowiła na razie odpuścić. Nie musiała się spieszyć. Będzie się świetnie bawić rozwikłując zagadkę, którą jest Harry Potter.
- Fajnie, że tak cię tam poparła. Rodzice rzadko tacy są.
Harry wyjął z lodówki dwie butelki i rzucił jej jedną. Wzdrygnęła się. Lodowato zimna. Zrobiona z plastiku, a etykieta głosiła „Dr Pepper". Spojrzała na nią ostrożnie. Z zewnątrz zimne, ale nazwa sugerowała, że to coś ostrego.* Pewnie będzie palić przy przełykaniu jak ognista whisky.
- Ufają mojemu osądowi sytuacji. Przynajmniej z reguły.
Ginny wiedziała, do czego odnoszą się te słowa Harry'ego i odkryła, że nie podoba jej się, że chłopak był z sukkubami. Chciała go o to zapytać, ale uznała, że tak naprawdę to nie jej sprawa. Przynajmniej jeszcze nie. Harry widział, że dziewczyna chciałaby go o to zapytać, ale się powstrzymuje i był jej za to wdzięczny. Dlaczego jego mama musiała o tym wspominać? Musiał zmienić temat.
- Spróbuj, to naprawdę dobre.
- Ty pierwszy – odpowiedziała ostrożnie, ale na jej twarzy pojawił się psotny uśmiech.
- Tchórzysz? – prowokował ją Harry. Ginny przechyliła głowę i uniosła brew. Czy on naprawdę myśli, że to na mnie zadziała?
- Czy ja wyglądam na idiotkę? Nie odpowiadaj! – dodała pospiesznie, unosząc ostrzegawczo palec. Harry zaśmiał się, otworzył swoją butelkę i przełknął duży łyk. Patrzył na nią z zuchwałym uśmiechem przez jakieś dwie sekundy, a potem jego tułów zadrżał.
- Nie taki twardy, co, Potter? – zaśmiała się Ginny.
- Dasz radę wytrzymać dłużej, moja droga? – rzucił wyzywająco Harry, a ona uśmiechnęła się.
- Proszę cię, u mnie w domu nie przetrwałbyś dwóch minut. Bliźniacy pożarliby cię na śniadanie – odparła Ginny wywracając oczami. A potem wzięła duży łyk. Oczekiwała, że będzie palił jej przełyk. Tymczasem zrobił coś zupełnie przeciwnego. Napój był chłodny, a jej gardło delikatnie mrowiło, kiedy płyn spływał w dół. – Widzisz, to nie było takie… O JA! – krzyknęła Ginny, a jej ciało zadrżało.
- A nie mówiłem? – rzucił Harry z uśmiechem od ucha do ucha.
- Dupek – odgryzła się i wzięła kolejny łyk. Tym razem doznania nie były tak intensywne, ale wciąż rewelacyjne.
- Cieszę się, że mogłem zafundować ci twój pierwszy Pepgazm.
- Moje pierwsze Pep co?
- No wiesz, Pepper… orgazm… Pepgazm. A zresztą nieważne. To wcale nie takie śmieszne, kiedy muszę to tłumaczyć.
- Nigdy nie miałam orgazmu, więc nie wiem jakie to uczucie.
O kurwa! Czy ja to powiedziałam na głos?
Ginny zrobiła wielkie oczy i poczuła, jak ciepło wpływa na jej policzki. Harry uniósł brew. No super, teraz będzie jak rekin, który wyczuł krew.
- Naprawdę? Będziemy musieli jakoś temu zaradzić?
Oj zaraz mi zmiażdży jaja.
- I po to mnie tu sprowadziłeś, panie Potter?
Nie dam się zagiąć.
Ginny oparła się kusząco o blat kuchenny. Szata Harry'ego rozchyliła się na tyle, że wyjrzało spod niej jedno nagie ramię. Harry boleśnie uświadomił sobie, że młoda kobieta jest naga pod tym materiałem. Jego pantera przebudziła się i zaczęła węszyć. Ginny przełknęła ciężko ślinę, widząc drapieżny błysk w jego oczach. Pomyślała, że posunęła się za daleko. Ale po chwili błysk zniknął, a do jego spojrzenia wróciło normalne rozbawienie. Wtedy zorientowała się, że przełknęła ślinę nie ze strachu… a z podniecenia. Przy Neville'u nigdy tak się nie czuła. Nigdy tak bardzo nie chciała zostać pocałowana.
- Flirciara – powiedział Harry, unosząc ją na blat. Wciągnął jej zapach i znów poczuł obecność pantery. Nie mógł się powstrzymać przed lekkim warknięciem.
- Dupek! – szepnęła mu na ucho Ginny, przesuwając dłonie po jego rozwichrzonych włosach.
- Przy okazji, byłaś niesamowita. Syriuszowi nigdy nie udało się uwolnić.
Czemu ja ciągle gadam?
- Taaa, w desperacka sytuacja wymaga desperackich środków. Zrozumiałam, że to moje ubrania są pod wpływem zaklęcia, a nie ja.
Zamknij się i pocałuj mnie!
Szata Harry'ego zsunęła się z jej drugiego ramienia, a jej pulsująca żyłka na szyi wyglądała niezwykle kusząco.
- Czasami najprostsze zaklęcia działają najlepiej.
Czy ona w ogóle wie, co ze mną robi?
Ginny rozpięła mu koszulę i przesunęła dłońmi po jego piersi.
- Tak przy okazji, Dupku, jak długo mnie obserwowałeś?
Czy on właśnie zamruczał? Na Merlina! Jestem taka napalona!
- Na tyle długo, żeby zaobserwować, jak fajnie kręcisz tyłeczkiem, Flirciaro.
Ginny ukryła twarz na piersi Harry'ego i roześmiała się. Jego palce we włosach sprawiały jej ogromną przyjemność. Popatrzyła na niego i znów ujrzała ten drapieżny błysk.
- Skończyłeś gadać?
- A żebyś wiedziała!
I pocałował ją namiętnie. Ona wyszła mu naprzeciw z własną namiętnością i zatracili się w sobie.
Słowniczek
Kociak – w oryginale Harry używa słowa „pussy", które owszem, znaczy kociak, ale można je też przetłumaczyć jako „cipka". Nic dziwnego, że się Ginny wkurzyła ;)
Kapuś – Ginny używa angielskiego idiomu „rat me out", czyli „wydasz mnie". „Rat" to po angielsku „szczur". Harry odpowiada, że „nienawidzi szczurów" (ciekawe czemu:) ). Oczywiście w wersji polskiej nie miałoby to większego sensu.
Dr Pepper – napój typu cola produkowany przez Cadbury Schwepss. Nazwa znaczy dosłownie „Dr Pieprz" lub „Dr Papryka" (w domyśle ostra papryka).
W następnym rozdziale:
- Narcyza Malfoy i nieco więcej o historii Rodu Blacków
- Ginny zdradzi Harry'emu parę szczegółów ze swojego życia
- zajrzymy do gniazda Śmierciożerców
