Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 8

Remus Lupin miał naprawdę dobry dzień. Zaczęło się od szalonego, ostrego seksu, jednego z najlepszych w jego życiu. Jego żona, którą poślubił pół roku wcześniej, właśnie odkryła, że jest w ciąży. Najwyraźniej ciąża uaktywniła jej sprośną stronę. Nie żeby miał coś przeciwko. Zamierzał się tym cieszyć tak długo, jak to będzie możliwe. Rozejrzał się po swoim biurze z uśmiechem przypominającym minę Harry'ego.

Jako plenipotent zarówno Lorda Blacka, jak Lorda Potera, mógł wybierać pomiędzy dwoma biurami. Wszyscy Lordowie mieli swoje pomieszczenia w Ministerstwie Magii. Lupin postanowił zająć dawne biuro Charlusa Pottera. Ten człowiek zawsze traktował go jak syna, niezależnie od jego małego futrzastego problemu. Nawet zaproponował mu pracę w tym właśnie biurze zaraz po ukończeniu Hogwartu. Remus był jednak młody i pozwolił, by kierowała nim duma. Pragnął zarabiać sam na siebie, a nie przyjmować pomoc charytatywną.

Charles chciał go zatrudnić, bo zdawał sobie sprawę z potencjału chłopaka. Był też realistą. Wiedział, że praca u jednego z przedstawicieli Szlachetnych Rodów, choćby tylko krótki staż, otworzy Remusowi więcej możliwości, niż mieli przed sobą niektórzy czarodzieje czystej krwi. Lord Potter był bardzo szanowany i miał posłuch u wielu innych Lordów. Między innymi dlatego Voldemort kazał zamordować jego i jego żonę. To pokazało wszystkim innym Lordom, że Czarny Pan to siła, której należy się obawiać.

Jeden z Lordów odczytał te znaki szybciej niż inni. Orion Black przejrzał piękne słówka i kłamstwa rozsiewane przez Voldemorta. On i Charlus różnili się poglądami na wiele spraw. Jednak wciąż szanował i podziwiał swojego przyjaciela z dzieciństwa. Charlus był Gryfonem, śmiałym z natury. On był Ślizgonem, co oczywiście łączyło się ze sprytem. Potrafił uśmiechać się szaleńcowi w twarz, jednocześnie knując za jego plecami. Jeśli Voldemort potrafił zamordować Lorda czystej krwi, to czy ktoś mógł czuć się bezpiecznie?

Pogodził się ze swoim synem i wspólnie rozpoczęli działania, które miały doprowadzić do upadku tego człowieka. Bellatrix spisał na straty. Ta kobieta została zepsuta na długo, nim Orion przejrzał na oczy. Po drodze zdążył polecić swojemu młodszemu synowi, by wstąpił w szeregi popleczników węża i skazać swoją piękną bratanicę na ślub bez miłości z żałosną namiastką mężczyzny. Dwie decyzje, które do śmierci dręczyły jego sumienie.

Regulus nie odszedł w pokoju, ale zginął z honorem. Jego śmierć nie poszła na marne, bo odkrył sekret nieśmiertelności tego sukinsyna. Jednak marna to była pociecha dla Oriona, który wpadł w depresję tak głęboką, że niemal zakończyła jego żywot. W końcu to słowa Narcyzy pomogły mu dojść do siebie. To jej wyznał prawdę o horkruksie podczas pogrzebu Regulusa. To ona dostrzegła przerażenie w oczach Horacego Slughorna, który miał właśnie złożyć kondolencje, ale podsłuchał Oriona. Wycofał się pospiesznie i nie zdradził niczego, nawet gdy Narcyza przyparła go do muru w ogrodzie. Nie straciła jednak nadziei, bo znała jego piętę achillesową. A była nią Lily Potter.

Wiedziała, że jej kuzyn Syriusz przyjaźnił się z Lily i była pewna, że on może jej pomóc. Może nie zawsze dogadywał się z Regulusem, niemniej jednak byli braćmi. Wiedziała, że chciałby przyjść na pogrzeb Regulusa i nie zawiodła się. Pod osłoną nocy przyszedł do rodzinnego grobowca. Kiedy wiedział, że nikogo już nie będzie, wielki czarny pies złożył pojedynczy kwiat na grobie Regulusa Blacka. Podążał za nim wielki jeleń. Obaj stali nad grobem jej kuzyna. Pies położył się obok nagrobka i zaczął wyć w żalu. Jeleń ułożył się obok psa i w geście pociechy położył na nim swój łeb. Narcyza nie chciała przerywać tej chwili. Była pewna, że to Syriusz. To by znaczyło, ze jeleniem był James Potter. W końcu byli braćmi we wszystkim oprócz krwi.

Wyglądało na to, że zdawali sobie sprawę z jej obecności, jeszcze zanim się ujawniła. Obaj popatrzyli na nią i pokiwali łbami, żeby wiedziała, że może do nich wyjść. Okazali jej niewiarygodne zaufanie, w końcu została poślubiona członkowi wewnętrznego kręgu Voldemorta. Powiedziała im o wszystkim co wiedziała, jak również o słowach, które wypowiedział do niej Orion i błagała obu o pomoc. Dwa dni później otrzymała skrawek papieru z napisanym adresem. Kiedy tam dotarła, spotkała się z Lily Potter.

Byli tam James, Syriusz, a także Remus. Usiedli i zaczęli rozmawiać. Narcyza ujawniła wszystko co wiedziała. Jamesa i Syriusza zaskoczyła informacja, że ich ojcowie przyjaźnili się w dzieciństwie. A jeszcze bardziej zaskoczyły ich działania Oriona i wysiłek, jaki podjął, by przeciwstawić się Voldemortowi. Jednak na niej największe wrażenie zrobiło zrozumienie i współczucie, jakie okazała jej Lily. Nigdy nie były przyjaciółkami, gdy chodziły do szkoły. Właściwie nigdy nawet nie rozmawiały.

Oto kobieta, której właściwie nie znała i nigdy pewnie nie zatrzymałaby się nawet na moment, gdyby spotkały się na ulicy. A jednak Lily opłakiwała jej małżeństwo z okrutnym człowiekiem, związek, w którym nie było miłości, zawarty w imię honoru i obowiązku. Obowiązek to sens życia Blacka, a ona została wychowana, by akceptować ten obowiązek bez wahania. Zgodnie z Kontraktem Małżeńskim musiała powić mężowi męskiego dziedzica. Chroniła ją zawarta w nim klauzula, zgodnie z którą nie mogła zostać zmuszona do przyjęcia Mrocznego Znaku. W kontrakcie zawarto również punkt, że jeśli Lucjusz zostanie skazany za przestępstwo, które przyniesie wstyd Rodowi Blacków, będzie musiał oddać wszystkie skrytki, posiadłości i głosy w Wizengamocie należące do Malfoyów. I to Lord Black określał, co przynosi wstyd. Orion Black był chytrym człowiekiem.

Kiedy Lily opuściła pokój, by się uspokoić, Narcyza powiedziała Syriuszowi, że nie sądziła, że tacy ludzie jak Lily w ogóle istnieją. On odparł, że właśnie dlatego uciekł z domu. James dodał, że właśnie to było w Lily takie wyjątkowe. Potrafiła współczuć zarówno wrogowi, jak przyjacielowi. Narcyza podążyła do drugiego pokoju, gdzie obyły rozmowę, która zmieniła jej życie. W Lily Potter znalazła przyjaciółkę, której pragnęła całe życie.

Nawet gdy Lily wyciągnęła już prawdę od Slughorna, obie kobiety spędzały czas robiąc zakupy lub spacerując po parku. Oczywiście zawsze ukrywały się pod osłoną zaklęcia maskującego. Były łącznikiem między Huncwotami i Orionem. Nim Narcyza urodziła dziecko przekonała się, że ideały, które przemocą wpajano jej od dziecka, były jedną wielką bzdurą.

Orion potajemnie sponsorował polowanie na horkruksy. Kiedy ta cholerna przepowiednia została wygłoszona, Remusa nie było w kraju. Nie mógł nawet przyjść na pogrzeb Jamesa. Niestety nie było tam również Syriusza, Lily i Harry'ego. W tym czasie już ukrywali się we Francji.

- Gotów, Lunatyku… znaczy panie Lupin? – spytała Narcyza, dygając żartobliwie. Osłaniało ja zaklęcie maskujące. Mężczyzna tak zatopił się w przeszłości, ze nie wyczuł, jak weszła do biura. Rozpoznała nieobecny wyraz jego oczu i westchnęła. – Spodziewałabym się, że ze wszystkich ludzi to właśnie ty będziesz patrzył w przyszłość, a nie w przeszłość. Wkrótce masz zostać ojcem, prawda?

- Tylko przypominam sobie jak to się właściwie zaczęło. Spędziłem dwanaście lat mojego życia poszukując tych przeklętych obiektów. Już tylko trzy zostały.

- Więc dorwałeś tego przeklętego węża?

- Zabiłem go jak należy.

- To dobrze, zawsze przyprawiał mnie o dreszcze.


- Chyba jestem ci winna wyjaśnienia – powiedziała Ginny nie mogą złapać tchu. Ona i Harry zdołali się wreszcie od siebie oderwać. Sądząc po wyrazie oczu Harry'ego, to była ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę. Musiała się z nim zgodzić w tej kwestii. Całował wprost niesamowicie. Fakt, mogła go porównać jedynie z Nevillem, ale… Rany! Jego usta były zaskakująco delikatne i doskonale wiedział jak z nich korzystać. Jego język był giętki niczym tancerz i świetnie wiedział, gdzie kłaść dłonie, by doprowadzić ją do szaleństwa.

Hermiona często gadała, jak to mogłaby spędzić całe godziny całując się z Ronem. Do tej pory Ginny nie potrafiła tego zrozumieć. Jednak teraz doszła do wniosku, że to wszystko kwestia partnera. Zdecydowanie mogłaby się do tego przyzwyczaić. Zaskoczyło ją tylko, że Harry nie wziął jej na ręce i nie zaniósł do sypialni. Szczerze mówiąc nie miała pewności czy zaprotestowałaby w takiej sytuacji. Jej głowa mówiła, że to za szybko. Mnóstwo jej przyjaciółek twierdziło, że wskakiwanie z facetem do łóżka za wcześnie zawsze rujnuje związek. On wtedy uznaje cię za dziwkę i chce tylko jednego. Nie sądziła jednak, by Harry miał się okazać takim mężczyzną. Była niemal pewna, że mama wychowała go inaczej. Jednak każda część jej ciała pragnęła, by się z nią kochał, a w jego oczach znów widziała ten błysk.

- Eee… co? – wymamrotał Harry, a jego usta wędrowały po jej szyi. Usta, zęby i język pracowały wspólnie, doprowadzając Ginny do wrzenia. Wydała z siebie długi, niski jęk, który brzmiał jak najsłodsza muzyka dla jego uszu. Zaczął właśnie atakować zagłębienie między szyją a barkiem, gdy mocno złapała jego włosy obiema rękami i pociągnęła.

- Nie potrafię myśleć, kiedy tak robisz – zaprotestowała, choć zabrzmiało to bardziej jak westchnienie rozkoszy.

- To nie myśl – odparł Harry i chciał zaatakować. Jednak ręka we włosach przytrzymała go w miejscu, a druga uderzyła w policzek. Nie za mocno, tylko na tyle, żeby doszedł do siebie i zaczął zwracać uwagę na jej słowa. Harry potrząsnął głową, żeby się skupić. Kiedy na nią spojrzał, widziała pożądanie w jego oczach, ale teraz trzymał je pod kontrolą.

- Możesz już słuchać?

- Na pewno nie póki jesteś tak ubrana. W końcu jestem facetem – odpowiedział Harry, a jego oczy prześliznęły się po jej ciele. Jego szata ledwo cokolwiek zakrywała. Na twarzy Ginny pojawił się uśmiech. Podobało jej się, że mogła go doprowadzić do takiego stanu.

- Nie ma sprawy. Pójdę do dormitorium dziewcząt i w coś się przebiorę – zaproponowała zeskakując z blatu. Kiedy to robiła, szata się rozchyliła. Harry nie miał pojęcia, czy to przypadek, czy zrobiła to specjalnie. Nie zobaczył wszystkiego tylko dlatego, że szata zatrzymała się na jej piersiach. Cholerna Flirciara.

- Jesteś straszna… wiesz o tym?

Trzeba Harry'emu przyznać, że usiłował patrzeć jej w oczy, ale czuł się jak na torturach. To spowodowało, ze Ginny uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jeśli to w ogóle możliwe.

- Może trochę.

Mrugnęła do niego i pokazała mu na palcach jak mało.

- Będę potrzebował kolejnej zimnej coli – powiedział Harry z naciskiem na chłód.

- Pić ci się chce? – spytała Ginny, zaskoczona nagła zmianą tematu.

- Nie, to na moje klejnoty – burknął.

- Och, przykro mi – zachichotała bezwstydnie.

- Wcale nie – odparł z humorem Harry. Złapał ją za rękę i poprowadził do sypialni. Ginny przełknęła ciężko ślinę, widząc stojące tam wielkie łóżko. Harry zignorował je, poprowadził je do szafy i otworzył drzwi.

- Na Merlina! Widziałam sklepy, które były mniejsze. Skąd masz te wszystkie ciuchy? Nie jesteś chyba transwestytą? – spytała Ginny, wchodząc do ogromnej garderoby, której ściany pokrywały półki z ubraniami od bardzo formalnych po codzienne. Na środku stała ławka, a przed nią wsiało wielkie lustro. Ubrania wyglądały, jakby nikt ich nigdy nie nosił. Potem dostrzegła kolekcję butów, za którą warto umrzeć.

- To jest pokój gościnny, a ja nie jestem transwestytą. Kiedy chcę osiągnąć swój cel, czasami uciekam się do przekupstwa, a ciotunia Nimfuś ma dość szeroki gust, jeśli chodzi o ubiór.

- Jaka porąbana osoba nazywa swoje dziecko Nimfuś?

- Najwyraźniej jej mama była wtedy na jakimś eliksirze. Teraz wyjdę i pozwolę ci wybrać ubrania. Potem możemy pogadać.

Harry otworzył drzwi. Kiedy już prawie zniknął, Ginny spytała:

- Nie żebym się skarżyła, ale już widziałeś mnie nagą. Już nie muszę się tajemniczo skrywać pod ubraniami.

Harry opuścił głowę i mruknął coś pod nosem, a potem odpowiedział jej:

- Chodzi o to, że moja samokontrola ma swoje granice.

I zamknął za sobą drzwi.

Po pewnym czasie Ginny wyłoniła się z garderoby odziana w jasnoniebieską jedwabną bluzkę, która pasowała na nią idealnie. Rozpięła ją na tyle by pokazać nieco dekoltu, ale nie na tyle, by odwracał uwagę od całej reszty. Jej spódnica sięgała do połowy uda i ładnie podkreślała jej kształtne nogi. Na wierzch narzuciła dziwną szatę Harry'ego, rozchyloną z przodu. Kiedy weszła do pokoju, Harry siedział na kanapie. Sądząc po jego minie, Ginny uznała, że spodobała mu się w tej kombinacji ubrań. Kurczę… wygląda na seksowną i niebezpieczną.

- Dlaczego wszystko pasuje, jakby zostało zrobione na mnie?

- Magia.

- Super!

Ginny zauważyła, że Harry patrzył na zdjęcie. Podeszła i usiadła obok niego na kanapie. Nachyliła się, a Harry skorzystał z okazji, by znów wciągnąć jej zapach. Sądząc po ubraniach, które mieli na sobie obaj chłopcy, zdjęcie zrobiono dość dawno temu. Obaj śmiali się i bawili. Obaj mieli czarne włosy, ale u jednego sterczały na wszystkie strony, podobnie jak u Harry'ego, a drugi miał je proste, jak profesor Black.

- Czy to twój tato i ojciec chrzestny?

- Nie, to ich ojcowie.

- Ale słyszałem, że Potterowie są uważani za białych czarodziejów, a Blackowie zawsze byli czarnymi magami?

- A jakie to ma znaczenie, kiedy bawisz się w piaskownicy? Ile przyjaźni skończyło się, kiedy dzieciaki przychodzą tu i są zmuszane do dołączenia do domów? Czy do tego momentu kogoś naprawdę obchodzi status krwi?

Harry miał rację. Jeśli nie liczyć Luny, nie miała przyjaciół, którzy nie pochodzili z Gryffindoru. Chociaż GD składała się z ludzi ze wszystkich domów, właściwie nie rozmawiała z nimi poza spotkaniami grupy.

- Rozumiem co masz na myśli.

- W takim razie… od czego uciekasz?

- Nie boję się walki, Potter! – warknęła Ginny, ale od razu tego pożałowała. – Przepraszam.

Naprawdę uratował jej dziś tyłek i miał prawo zadawać pytania.

- Nie przepraszaj. Nigdy nie przestawaj być sobą, żeby kogoś zadowolić. Przycisnąłem cię, a ty się odgryzłaś. To jedna z tych rzeczy, które w tobie lubię… masz charakter.

- Dzięki… chyba. Po prostu przywykłam… zresztą nieważne.

Harry czuł, że to jednak ważne, ale na razie postanowił uszanować jej prywatność. Powie mu kiedy będzie gotowa i jeśli będzie gotowa. Zaczęła przygryzać dolną wargę i Harry czuł, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę. Przesunął dłonią po jej włosach. Zupełnie jakby czuł jedwab pod palcami. Ginny zamknęła oczy i nachyliła się ku niemu. Uspokajało ją to, tak jak miał nadzieję i wyglądało na to, że sprawiało jej to tyle przyjemności co jemu.

- Wiesz, że masz we włosach właściwie każdy możliwy odcień czerwieni? – spytał Harry. – Są jak ogień.

Patrzył na nią tak intensywnie, że zrozumiała, że mówi szczerze, a nie tylko prawi tanie komplementy. To co powiedział, poruszyło w niej jakąś strunę. Większość ludzi nabijała się z jej włosów, ale Harry'emu się podobały. Był wręcz zauroczony przez nie… przez nią. Nie chciał, by była kimkolwiek innym niż sobą. Nie czuła takiej akceptacji od wczesnego dzieciństwa. Odkąd otworzyła ten przeklęty dziennik i wszystko zrujnowała.

Czuła, że zaczyna się w nim naprawdę mocno zakochiwać. Wydawało jej się, że ta część jej serca umarła już dawno temu. Przez ostatnich kilka lat wzniosła wokół niego nienaruszalną twierdzę. Ale ten dupek wmaszerował tam, jakby te umocnienia zniknęły. A może po prostu sama otworzyła mu wrota? Nie potrafiła tego rozstrzygnąć. Wiedziała tylko, że z całej siły pragnie go pocałować, tu i teraz. Kiedy spojrzał jej w oczy, wszystkie jej wątpliwości rozpłynęły się w mgnieniu oka i mocno przycisnęła swoje usta do jego warg. I po raz drugi tego poranka odpłynęli w świat, w którym istnieli tylko oni dwoje.

To Harry odsunął się jako pierwszy. Jego pantera chciała się wydostać… nie, chciała z cała mocą posiąść tę samicę. Wiedział, że przebywanie w pokoju z łóżkiem nie jest najlepszym pomysłem.

- Co? Co się stało? – spytała Ginny. Kiedy Harry wstał, zobaczyła odpowiedź na swoje pytanie. – Och.

- Co ty nie powiesz? – rzucił Harry przez ramię, wychodząc z pokoju. Wstała i podążyła za nim, ale najpierw rzuciła ostatnie spojrzenie na wygodne łóżko.

- Skąd wiedziałeś, że muszę iść na Ulicę Pokątną?

- Nie wiedziałem. To była najbardziej prawdopodobna wymówka, żeby umożliwić nam opuszczenie szkoły.

- Tak przy okazji, to dzięki. Mówienie ci, że nie musisz ze mną iść jest bezcelowe?

- A jak często można się chwalić, że zwiało się na wagary pierwszego dnia lekcji?

- I to tuż pod nosem dyrektora.

- Słodkie. Tak słodkie, że pewnie od tego utyję.

Oboje wybuchnęli śmiechem. Ginny opanowała się jako pierwsza. Jej twarz stała się bardzo poważna. Harry widział, że młoda kobieta jest wreszcie gotowa na poważną rozmowę. Usiadł na pobliskim krześle. Ginny zaczęła chodzić po pokoju, próbując ułożyć swoje myśli.

- Czy kiedykolwiek popełniłeś błąd, który zmienił twoje życie? – spytała. Harry skinął głową, a ona kontynuowała: - To był mój pierwszy rok. Kiedy myślę o tych czasach… miałam zaplanowane całe życie. Wyjdę za Neville'a, będziemy mieli trójkę dzieci i będziemy szaleńczo szczęśliwi. Głupie, wiem, ale on wtedy był inny, a może to ja byłam za bardzo zaślepiona, żeby zobaczyć kim on w rzeczywistości jest. A zresztą, miałam dopiero jedenaście lat, co ja mogłam wiedzieć o życiu?

Znów zaczęła krążyć po pokoju.

- Zaufałam złej osobie… nie, złej rzeczy. To lepsze słowo. Przepraszam, gadam bez sensu.

Harry siedział w milczeniu. Musiała to z siebie wyrzucić, dla jej własnego dobra.

- Jak już mówiłam miałam jedenaście lat i byłam zdecydowanie zbyt ufna. Doszło do złych rzeczy… naprawdę złych. Ludziom działa się krzywda. Ja krzywdziłam ludzi… przeze mnie prawie zginęła dziewczyna, która jest dla mnie jak siostra.

Po jej twarzy spływały łzy. Harry chciał wziąć ją w ramiona i zabrać od niej ten ból. Pragnął powiedzieć jej, że każdemu zdarza się popełniać błędy. Że miała tylko jedenaście lat i nie powinna tak ostro się oceniać. Zrobi to, nim dzień się skończy, ale na razie musiała to z siebie wyrzucić, więc wciąż siedział w milczeniu.

Ginny opowiedziała o wszystkim, o każdym szczególe, który palił jej duszę. Nie była pewna kiedy właściwie Harry wstał i wziął ją w ramiona. Nigdy w życiu nie czuła się tak wspaniale podczas przytulania. Płakała z głową na jego piersi, opowiadając mu o najczarniejszych chwilach jej życia. Słuchał w milczeniu, głaszcząc ją po włosach. Od czasu do czasu całował ją lekko w czubek głowy, dając znać, że to wszystko nie zmienia tego, co o niej myśli. Niczego tak się nie bała jak tego, że będzie winił ją tak samo, jak ona winiła siebie.

- Potem powiedział mi, że jestem winna Neville'owi Dług Życia. To było jebane kłamstwo! Wykorzystywał to, żeby mnie kontrolować! Od tego dnia Neville traktował mnie jak swoją prywatną zabawkę. Jakbym nie była nawet osobą, a ja byłam tak głupia, że mu uwierzyłam.

Teraz to Harry krążył po pokoju. Aż się gotował ze złości. Zacisnął pięści w upiornym, bezgłośnym napadzie wściekłości. Takim, który sprawia, że włosy na karku stają dęba. Obrazy na ścianach zaczęły podskakiwać, a meble przesuwać się po podłodze.

- Co za popierdolone obesrańce! Jak ich w dupsko kopnę, to im mój but wyjdzie…

- HARRY! – krzyknęła na niego Ginny. A potem zrobiła jedyną rzecz, która jej przyszła do głowy. Objęła go od tyłu i przytuliła się z całej siły do jego pleców. Przyciskała jego ręce do boków, piersiami przywarła do niego i trzymała się jakby jej życie od tego zależało. Poczuł, jak ona dygocze. Dopiero wtedy zorientował się, że kilka przedmiotów wiruje po pokoju, a ściany się trzęsą. Przeciągnął językiem po zębach i wyczuł kły. Poczuł pieczenie dłoni, które zraniły formujące się pazury. Potrzebował kilka sekund, by opanować swoją magię. Zmiana w Cień w tej chwili raczej nie była najlepszym pomysłem. Ginny puściła go dopiero, gdy poczuła, jak jego ciało się rozluźnia.

- Przepraszam.

- A ludzie mówią, że to ja mam charakterek – zażartowała młoda kobieta.

- Załatwię tych skurwysynów!

To nie była groźba, a zapowiedź. Nadszedł czas, żeby Cień znów wziął się do roboty. Ginny cieszyła się, że wreszcie ktoś postrzega tych dwóch tak jak ona.

- Harry, cieszę się, że chcesz mi pomóc, ale to moja bitwa. Mówimy tu o mojej wolności. To ja muszę ich załatwić. Jeśli tego nie zrobię… nigdy tak naprawdę się nie uwolnię.

Rozumiał mądrość zawartą w jej słowach. Nie podobało mu się to… ale rozumiał.

- Nie oczekuj, że będę stał bezczynnie z boku. Nikt nie może zadzierać z kimś, na kim mi zależy i spodziewać się, że ujdzie mu to na sucho. To nie w moim stylu! – zaoponował.

- Nie oczekuj, ze będę stała z boku jak jakaś bezradna panienka. Bo mam już tego dość i nigdy taka nie będę! – odpowiedziała mu ostro, nie cofając się. Patrzyła mu w oczy mimo różnicy wzrostu. Dawała mu jasno do zrozumienia, że nie wycofa się. Patrzyli się na siebie ze złością dwie minuty, wreszcie sfrustrowany Harry uniósł ręce.

- Daj mi coś do zrobienia. Musi być coś, na co mogę się przydać – powiedział Harry, odwracając wzrok.

- Nie chcę cię wykorzystywać – odparła delikatnie Ginny, kładąc dłoń na jego przedramieniu.

- Nie jesteś taką osobą i oboje o tym wiemy – zapewnił cicho, znów patrząc jej w oczy.

- No dobrze, jest coś, co możesz dla mnie zrobić. Nauczysz mnie Oklumencji?

- Czemu? Co się stało?

- Dobrze się składa, że pytasz…


Posłaniec przynoszący złe wieści to niewdzięczna rola. Tak zawsze powtarzała mama Marcusa Flinta. Jego ojciec był mężczyzną skłonnym do przemocy i chłopak przez lata nauczył się, że to prawda. Podbite oczy, połamany nos, powybijane zęby, popękane żebra i tak dalej. Po tych doświadczeniach powinien pamiętać, żeby patrzeć na nagłówki Proroka Codziennego nim wręczy gazetę Czarnemu Panu. Przy całym swoim okrucieństwie ojciec Marcusa był jak kocię w porównaniu z Voldemortem.

Śmierciożerca cierpiał pod cruciatusem i miał wrażenie, że minęły całe wieki. W rzeczywistości były to jakieś trzy minuty. Przez cały czas Czarny Pan wściekał się na to, co przeczytał w gazecie. Może jednak warto przemyśleć to całe wstąpienie do Śmierciożerców?

- Jak taki smarkacz śmie mnie wyzywać? Mnie, Lorda Voldemorta, największego czarodzieja w historii! – wrzeszczał Voldemort, torturując głupiego chłopaka, który przyniósł mu poranną gazetę. Wszyscy obecni Śmierciożercy wiedzieli, ze nie warto zadawać pytań. Nikt nie chciał zamienić się z chłopakiem miejscami. Kiedy odpowiedź nie nadeszła, Voldemort popatrzył z obrzydzeniem na Flinta. Chłopak stracił już kontrolę nad zwieraczami. Czarny pan zdjął klątwę i kopniakiem odsunął od siebie ciało.

- Zabierajcie z moich oczu tę żałosną namiastkę Śmierciożercy! Muszę powiedzieć, że jakość moich zwolenników spada z roku na rok. Każdy szanujący się Śmierciożerca powinien wytrzymać dziesięć minut!

Znów brak odpowiedzi.

- Greyback! Zabierz go do dziury i naucz cieszyć się bólem.

- Tak, mój Panie – mężczyzna podszedł i uniósł chłopaka za kostki. Flint zwisał smętnie, gdy Władca Wilkołaków wychodził ze swoją najnowszą zabawką.

- Powiedzcie Glizdogonowi, żeby tu przyszedł. Wygląda na to, że jego stary przyjaciel powrócił.

- Tak, mój Panie.

- Gdzie Bellatrx?

- U uzdrowicielki, mój Panie.

- Jak ciężkie są jej wczorajsze rany?

- Niektóre były ciężkie, ale powinna w pełni wyzdrowieć.

Szkoda. W swej młodości była jednym z jego najlepszych Śmierciożerców. Nie zawodziła w niczym. Jednak lata w Azkabanie nie podziałały na nią zbyt dobrze. Przestała być taką siłą jak kiedyś. Nie zdołała przynieść mu przepowiedni, przyprowadzić Longbottoma i straciła dziewczynę Weasleyów. Teraz miała szansę przyprowadzić młodego Pottera i znów zawiodła. Będzie musiał ją ponownie nauczyć czego oczekuje od członka swojego wewnętrznego kręgu i od kochanki.

Drzwi do komnaty stanęły otworem i wkroczyli trzej Śmierciożercy, którzy wyglądali, jakby wracali z pola bitwy. Ich podarte szaty znaczyły nadpalone miejsca, gdzie klątwy minęły ich o włos.

- Mój Panie, straciliśmy kontrolę nad Wizengamotem i Ministerstwem.

- Crucio!

Pierwszy mężczyzna padł pod wpływem klątwy. Voldemort popatrzył na dwóch pozostałych:

- Wyjaśnić!

- Ogromne przetasowanie… w Ministerstwie. Wszystkich sprawdzają na obecność Mrocznego Znaku. Jeśli go znajdują, zakuwają taką osobę w magiczne kajdany i na miejscu łamią różdżkę. Ci, których trzymaliśmy pod Imperio zostali uwolnieni. Musieliśmy wyrąbać sobie drogę ucieczki. Zostaliśmy też zaatakowani przez cywilów. Wrzeszczą coś o łupach wojennych.

- Chcą przejąć nasze skrytki, mój Panie!

- Twoja zdolność dostrzegania oczywistego jest niesamowita, Crabbe. Najpierw musimy zabezpieczyć zawartość naszych skrytek. Mają za mało ludzi i będą zbyt zajęci, żeby dać goblinom porządną pomoc. Gobliny powinny zostać neutralne. Czas wycofać z konta większą kwotę.

- A co z Ministerstwem, mój Panie?

- Niech najpierw opadnie bitewny pył. Ale co nam odebrano, odbijemy, zapamiętajcie me słowa!

- Mój Pan mnie wzywał?

- Ach, Glizdogonie. Wygląda na to, że twój stary przyjaciel Black wrócił i przywiózł ze sobą bachora Potterów.

- On nigdy nie był moim przyjacielem, mój Panie.

- Niemniej jednak chcę o nim wiedzieć wszystko co możliwe. On i bachor walczą inaczej niż ludzie Dumbledore'a.

- Oczywiście, mój Panie.

- Jest jeszcze coś, co możesz dla mnie zrobić, Glizdogonie.

- Żyję, by służyć mojemu Panu.

- Chłopaka trzeba nauczyć, jak naprawdę korzysta się z mocy… Przynieś mi ciało Jamesa Pottera!


W następnym rozdziale:
- Emma wpada w tarapaty
- Harry i Ginny przybywają do Gringotta


Od tłumacza:Dzięki wszystkim za Wasze komentarze, które po chwilowym spowolnieniu dalej przyrastają w ogromnym tempie. W lipcu moje tłumaczenia były najchętniej odwiedzane odkąd w ogóle jestem na ff net :) Teraz niestety musicie uzbroić się w cierpliwość, bo wyjeżdżam na tydzień i raczej nie będę miał czasu na tłumaczenia. Zapiszcie się na alerty e-mailowe, żeby nie przegapić dziewiątego rozdziału jakoś w połowie sierpnia :) Do zobaczenia!