Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Wracam po urlopie, wypoczęty, ale to nie znaczy, że mam więcej czasu ;) Tak serio to nie mam pojęcia czy uda mi się utrzymać tempo aktualizacji. Postaram się, ale na wszelki wypadek nie likwidujcie alertów e-mailowych. Widziałem, że przez ostatni tydzień sporo osób się na nie zapisało. Dzięki serdeczne za wszystkie komentarze, jest ich już niemal 200 – nie przestawajcie, jako i ja nie przestaję ;)
Rozdział 9
Emma była spóźniona na Transmutację. Zostawiła jeden z podręczników w swoim dormitorium i musiała po niego wrócić. To wtedy wydawało jej się, że widzi Harry'ego zmieniającego się w panterę. Ale musiała to sobie wyobrazić. Czarodzieje nie mogą się zmieniać w zwierzęta… prawda? Chyba spadł jej poziom cukru we krwi czy coś takiego. Właśnie. A przynajmniej taką miała nadzieję.
Przy śniadaniu wszyscy gadali o Proroku Codziennym. Usłyszała sporo zabawnych historii na temat tego, co się naprawdę wydarzyło. Logbottom twierdził, całkiem głośno, że to wszystko kompletne bzdury i Prorok nie nadaje się nawet, żeby wyłożyć nim klatkę dla sowy. Chłopak nazywany Deanem przypomniał mu, że Neville ma specjalny album z wszystkimi wycinkami prasowymi na swój temat. Potem obaj zaczęli posyłać sobie zabójcze spojrzenia, a wszyscy naokoło pękali ze śmiechu.
Mark był pewien, że wszystko zostało wyciszone. Twierdził, że tak naprawdę rozegrała się tam epicka bitwa. Emma domyślała się, że przemawia przez niego jego uwielbienie dla Harry'ego. Wersja wydarzeń, którą opowiadał Mark, była znacznie efektowniejsza niż historia gazety. Emma z przyjemnością słuchała jego opowieści. A może po prostu lubiła na niego patrzeć? Gabby wspomniała raz czy dwa, że Emma powinna przestać się ślinić. Ale jej to nie obchodziło. Chłopak był naprawdę uroczy.
Tak się spieszyła, żeby zająć miejsce obok niego na śniadaniu, że zostawiła w Wieży jedną ze swoich książek. Pursa zaproponowała, że będzie jej towarzyszyć, ale Emma powiedziała koleżance, że poradzi sobie sama. Właśnie schodziła ze schodów, gdy ujrzała przemieniającego się Harry'ego. Ale kiedy miała czas, żeby wszystko przemyśleć, upewniła się, że tylko to sobie wyobraziła. Nie mogła uwierzyć, że zemdlała. Teraz spóźni się przez to na lekcję.
Kiedy skręciła za róg, zderzyła się z grupą Ślizgonów z siódmego roku. Przewróciła się ciężko na pupę, a jej książki rozsypały się na wszystkie strony. Byłoby miło, gdyby ktoś pomógł jej wstać. Wyglądało jednak na to, że nie ma takiej opcji.
- Ej, patrz gdzie leziesz, ty mały przygłupie!
- To następnym razem nie stój na środku korytarza, debilu! – sapnęła Emma i zaczęła zbierać swoje rozrzucone rzeczy. Słyszała już o nastawieniu Ślizgonów wobec Gryfonów. Ron, gość o marchewkowych włosach, powiedział jej poprzedniego dnia: „Myślą, że rządzą w tej szkole. Do nas należy przypomnienie im, że tak nie jest". Nie powiedział jej jednak, co ma zrobić, jeśli któryś podnosi ją za włosy. Bo możecie być pewni, że boli jak diabli. Dupek trzymał ją tak wysoko, że musiała stać na koniuszkach palców, żeby nie wyrwał jej włosów.
- Słyszeliście co mała szlama do mnie powiedziała? – spytał Draco, pokazując Crabbe'owi i Goyle'owi, żeby podeszli bliżej. Obaj zaśmiali się, patrząc jak dziewczynka ze zmieniającymi kolory włosami usiłuje się wyrwać.
- Ej, odwalcie się!
Emma spróbowała kopnąć go w łydkę, ale spudłowała. Dwaj mięśniacy otoczyli ją, cały czas rechocząc. Potem została rzucona na ścianę. Chłopak z białymi włosami wyciągnął różdżkę i wycelował w jej głowę. Emma ciężko przełknęła ślinę. Tym razem wpadła po uszy. Nie po raz pierwszy musiała się bronić przed większą grupą. W sierocińcu miała to codziennie. Jednak z reguły byli przy tym świadkowie, więc nie dochodziło do najgorszego. Ale z tego co widziała, teraz byli sami. A poza tym łobuzy z sierocińca nie miały różdżek.
- Chyba trzeba dać jej nauczkę. Co ty na to, Crabbe?
Zapytany zacisnął pięści, aż strzeliły mu stawy.
- Dobrze powiedziane. A ty, Goyle?
Drugi tylko się zaśmiał. Emma patrzyła to na jednego, to na drugiego, to na trzeciego. Widząc jej przerażenie, cała trójka zaczęła rechotać jeszcze głośniej. Myśl, dziewczyno, myśl… Różdżka… Ja też mam cholerną różdżkę! Emma szybko sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła różdżkę, ale zanim zdążyła wycelować, wykręcili jej ramię. Krzyknęłaby z bólu, ale przywykła już do tego. Wszystko dzięki gnojom z sierocińca. Poczuła, jak ktoś wyrywa jej różdżkę z dłoni, a potem usłyszała, jak ją łamią.
- Ups, Crabbe, ty niezdaro. Teraz biedna mała szlama nie ma różdżki.
- I tak pewnie nie zna żadnych zaklęć.
- Wygląda jakby się miała popłakać.
- Będziesz płakać, szlamo?
Wyzywali ją jeden po drugim. Emma nie lubiła płakać. Płacz nigdy nie rozwiązywał problemów. Nie uśmierzał bólu ani nie przywracał godności. Nie! Nie da im tej satysfakcji. Cała trójka tak była zajęta naśmiewaniem się z niej, że otworzyła się między nimi szpara. Emma nie wahała się. Zanurkowała, unikając złapania i popędziła tak szybko, jak tylko mogła. Jednak nagle jej nogi skleiły się ze sobą i upadła na twarz. Niewidzialna siła uniosła ją i dziewczynka zawisła głową w dół. W tej pozycji ujrzała, jak trójka Ślizgonów niespiesznie zmierza w jej stronę. Emma krzyczała, wzywając pomocy, ale z jej ust nie wydobywał się żaden dźwięk.
- W przeciwieństwie do Granger, umiemy używać zaklęcia ciszy, ty paskudna mała szlamo.
Potem zaczęli popychać Emmę między sobą, jak w jakiejś chorej zabawie w rzucanie piłką. Krew spływała jej do głowy. Kręciła się wokół własnej osi i robiło jej się od tego niedobrze. W tym momencie naszyjnik, który dostała od Harry'ego, spadł na podłogę. Zaklęła w myślach, niezadowolona, że o nim zapomniała. Powiedział jej, że to sprawi, że takie sukinsyny nie będą mogły jej skrzywdzić. Na pewno powiedział jej jakieś słowo, które by to sprawiło. Ale za nic nie mogła sobie w tej chwili przypomnieć tego słowa. Pomocy! Błagam, niech mi ktoś pomoże! Jej bezgłośna modlitwa przyniosła niespodziewany efekt szybciej, niż się spodziewała.
Daphne obserwowała jak Draco i jego kumple dręczą małą metamorfomag przez jakieś pół minuty, choć jej wydawało się, że minęły całe godziny. Jej instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, żeby stąd odejść. Lepiej obserwować, niż stać się ofiarą. Nic ją nie łączyło z tą dziewczynką. Nic nie mogła zyskać, zatrzymując to, nim sprawy przybiorą gorszy obrót. A przy tej trójce to tylko kwestia czasu. Ale przecież to nie jej siostrę dręczyli. Wtedy w jej głowie pojawił się obraz jej małej siostry. Potem ujrzała Tracy, jedyną osobę w tej szkole, którą niemal mogła nazwać przyjacielem. A potem wyobraziła sobie siebie na miejscu dziewczynki. Czy nie pragnęłaby, żeby ktoś przyszedł jej z pomocą? Nie, ona była za mądra, żeby samotnie wędrować po korytarzach.
Na końcu ujrzała twarz Ginny Weasley. Poczucie winy, które tłumiła w sobie przez sześć lat, wypłynęło na powierzchnię z taką siłą, że zebrało jej się na wymioty. Znów robiła to samo: patrzyła w inną stronę, zamiast się przeciwstawić. Nie bez przyczyny była Ślizgonką. Nie miała złudzeń na własny temat. Znała się na tyle dobrze, że nie uważała się za odważną osobę. Jednak czy naprawdę będzie mogła sobie wybaczyć, jeśli teraz nic nie zrobi? Myśl, Daphne, myśl! Musi być coś, co możesz zrobić! Ogarnęła ją bezgłośna wściekłość. Daphne Greengrass wreszcie wybrała swoją stronę.
- No naprawdę! Kiedy już myślałam, że wasza trójka nie może bardziej skompromitować imienia Slytherina, wy znajdujecie sposób, by znaleźć się w najgorszym możliwym bagnie!
Blondynka z siódmego roku podeszła do trzech chłopaków. Dwóch mięśniaków natychmiast przestało, ale Draco jedynie posłał jej pogardliwy uśmiech.
- Zajmij się swoimi sprawami, Greengrass. To cię nie dotyczy.
- Odkąd trzymasz się z tymi dwoma stałeś się bardziej ograniczony, zamiast uczynić ich bystrzejszymi. Nie potrafię pojąć, jakim sposobem wasza trójka dostała się do Slytherinu. Atakować otwarcie ucznia w taki sposób? Powinniście być w Gryffindorze. Nie, za wysoko was cenię. Oni mają na to za dużo rozsądku. I to jeszcze pierwszaka – narzekała Daphne, rzucając przeciwzaklęcie, by uwolnić Emmę. Wiedziała, że musi to rozegrać ostrożnie. Jeśli zorientują się, że pomaga mugolaczce z jakiegokolwiek innego powodu, niż reputacja ich domu, znajdzie się na miejscu biednej dziewczynki. Pomagała jej wstać, gdy ujrzała naszyjnik na podłodze. Herb Rodu Potterów lśnił w słabym świetle.
- Nikogo nie obchodzi co się stanie z głupią szlamowatą sierotą!
Daphne wywróciła oczami słysząc te słowa i podniosła naszyjnik. Odwróciła się twarzą do trójki chłopaków. Popatrzyła na nich z niesmakiem stając między nimi i Emmą.
- Nienawidzę się powtarzać, ale jakim cudem wasza trójka dostała się do Slytherinu? Za każdym razem, kiedy coś takiego robicie, Slytherin staje się coraz bardziej izolowany. Jeśli wojna wkroczy w te korytarze, Slytherin pozostanie osamotniony. A poza tym czy naprawdę jesteście tak ograniczeni, że nie dotarło do was, że ta dziewczynka nie spędziła tu nawet jednego dnia i już zdołała zawrzeć sojusz z Lordem? – spytała, pokazując im naszyjnik. Cała trójka pobladła.
- Szlag! – wrzasnęli Crabbe i Goyle, ale Draco szybko doszedł do siebie i na jego twarzy znów pojawił się pogardliwy uśmieszek. Nie lubił, kiedy ktoś mówił do niego w taki sposób. Jeszcze rok temu nie ośmieliłaby się tak do niego przemawiać. Niestety od zeszłego roku wiele się zmieniło. Odkąd uwięziono jego ojca, nazwisko Malfoy straciło wiele z dawnej siły. W przeszłości wystarczało, że wspomniał ojca, a nawet dorośli czarodzieje korzyli się przed nim. Jednak został pozbawiony szlachectwa, a jego skrytka rodzinna została skonfiskowana przez lorda Blacka. Tylko dzięki jego łaskawości wciąż miał Dwór Malfoyów i swój fundusz powierniczy. Jednak ze względu na jego beztroskie wydawanie pieniędzy, nie pozostało w nim wiele złota. Nie miał też żadnych skrzatów domowych, którym mógł wydawać rozkazy.
Jego matka nie była sobą od wydarzeń w Ministerstwie. Nie żeby miał z nią wcześniej wiele do czynienia. Ojciec zawsze twierdził, że jej przydatność skończyła się, kiedy urodziła mu dziedzica. Nie miała nic do gadania w kwestii jego wychowania, ojciec o wszystko zadbał. Po pewnym czasie zaczął ją traktować tak samo jak ojciec.
- Dobra robota, mała. Udało ci się pozyskać Lorda. Może jednak przeżyjesz ten rok. W przyszłości sugeruję jednak lepszą ocenę sytuacji. Samotne wędrowanie po tych korytarzach nie należy do najmądrzejszych – powiedziała Daphne, nakładając dziewczynce naszyjnik tak, by wyraźnie było widać herb.
- Dziękuję.
- Kiedy będziesz opowiadała o tym Lordowi Potterowi, zapewnij go proszę, że nie wszyscy Ślizgoni są tacy jak ta trójka – powiedziała z naciskiem, a Emma od razu pojęła o co jej chodzi.
- Te gnojki złamały mi różdżkę – poskarżyła się Emma, patrząc na nich ze złością. Daphne zerknęła przez ramię z niesmakiem.
- Ups.
- Rany! Czy wy naprawdę jesteście tak durni? Ile macie lat? Pięć?
- Ostrożnie, Greengrass. Twoja wypolerowana powłoka zaczyna pękać.
- Taa, zaraz zaczniesz gadać jak Weasley.
- Jakby kogoś obchodziła twoja opinia, Crabbe. Upewnię się, że ta mała dojdzie do klasy. Wy trzej zmykajcie na Obronę, zanim przyniesiecie Slytherinowi więcej wstydu.
- Odwal się, Greengrass! Nie będziesz mi rozkazywać!
Po tych słowach Draco ruszył w głąb korytarza z Crabbem i Goylem następującymi mu na pięty. Daphne odetchnęła z ulgę. Było blisko. Sytuacja mogła się rozwinąć zupełnie inaczej. Dobrze odgrywała zniesmaczoną arystokratkę, ale to tylko kwestia czasu, nim Malfoy by coś wywinął. Jednocześnie jednak czuła euforię. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak bezczelnego. Może jednak miała w sobie coś z Gryfona. Jedno było pewne: skończyła z siedzeniem na trybunach. Czas włączyć się do gry.
- Dziękuję – powiedziała Emma, gdy trzech chłopaków oddaliło się na tyle, by nie mogli jej usłyszeć. Daphne uśmiechnęła się do niej lekko, a potem machnęła różdżką i złamana różdżka Emmy poleciała ku niej. Potrząsnęła głową i wymamrotała coś pod nosem. Po kolejnym machnięciu różdżką złamane części zrosły się razem. Emmie opadła szczęka, gdy zobaczyła jak łatwo blondwłosa Ślizgonka rzuciła niewerbalne zaklęcie.
- Proszę, spróbuj – rzekła Daphne, wręczając Emmie jej różdżkę. Emma nią machnęła. Kilka portretów zadygotało, ale poza tym nic się nie stało. Daphne wyglądała na przybitą. Była pewna, że to zadziała. Potem jednak uświadomiła sobie, że skoro odebrali jej tę różdżkę, to pewnie przedmiot nie rozpoznawał już Emmy jako swojej pani.
- Przykro mi, ale chyba będziesz musiała wymienić ją na nową.
- Nic się nie stało, i tak nie działała mi za dobrze.
- Gdzie ją kupiłaś?
- Zostawili mnie w sierocińcu. Taką dostałam. I tak nie było z czego wybierać.
Daphne sapnęła z frustracją. Miała wrażenie, że nieważne jak bardzo dziewczynka będzie się starać, zawsze będzie musiała nadrabiać zaległości do wszystkich innych.
- Jak oni oczekują, ze staniesz się kompetentną czarodziejką z różdżkami wyciągniętymi ze śmietnika i podręcznikami z drugiej ręki? Ostatnia osoba, która korzystała z tej różdżki, mogła być szaleńcem. Mogłaś zniknąć sobie wszystkie włosy!
- A co? Myślisz, że nie dam rady sama ich tak zmienić? – zażartowała Emma. Daphne popatrzyła na nią beznamiętnie, ale po chwili kąciki jej ust uniosły się do góry, a spojrzenie zmiękło. Potem obie wybuchnęły śmiechem.
- Ile właściwie wiesz o tym świecie?
- Emma. Nazywam się Emma – powiedziała, wyciągając dłoń do Ślizgonki. Daphne ujęła ją i mocno uścisnęła.
- Daphne Greengrass, do usług.
- W odpowiedzi na twoje pytanie, Daphne, wiem tyle co ktoś mi powiedział albo co podsłuchałam z rozmów innych. A czemu?
- Po pierwsze: musisz wiedzieć jak najwięcej o swoim otoczeniu. Chyba nie skaczesz na główkę do mętnej wody? – odpowiedziała Daphne. Emma z powagą pokiwała głową. – Dzisiaj po kolacji idź do biblioteki i czekaj tam na mnie. Dam ci książki, które powinnaś przeczytać. Nie zawracaj sobie głowy „Historią Hogwartu". Jest długa i nudna, wyssie z ciebie całą witalność. Po drugie: trwa wojna. Nigdy, powtarzam nigdy, nie chodź nigdzie sama. Po trzecie: to twoja pierwsza linia obrony. Nigdy go nie zdejmuj – zakończyła Daphne, wskazując naszyjnik.
Potem szły w ciszy. Daphne odprowadzała Emmę na jej Zaklęcia. Przez cały czas coś dziewczynkę dręczyło. Dopiero gdy dotarły do klasy, zebrała w sobie na tyle odwagi, żeby zadać pytanie:
- Nie żebym miała coś przeciwko i w ogóle, ale czemu mi pomogłaś?
Daphne stanęła jak wryta. Przez chwilę Emma myślała, że przeholowała i rozzłościła młodą kobietę. Nie oczekiwała, że Daphne spojrzy na nią z dumą. A tymczasem ona nawet się uśmiechała. Żartobliwie zwichrzyła Emmie włosy.
- Jeszcze zrobimy z ciebie Ślizgonkę – zażartowała, ale zaraz spoważniała i przykucnęła, by spojrzeć młodszej dziewczynce w twarz. – Odkupienie.
- Odkupienie?
- Tak, Emmo. Odkupienie. Nie jestem do końca pewna, czemu ci to mówię. Może chcę, żeby przynajmniej jedna osoba wiedziała, że nie jestem zimną suką, za jaką mnie wszyscy uważają. Widzisz, kilka lat temu inny pierwszak wpadł w kłopoty i najwyraźniej nikt poza mną tego nie zauważył. Ani jej bracia, ani nauczyciele. Nikt. Najbardziej żałuję tego, że nic nie zrobiłam. Nie powiedziałam nikomu. Cierpiała, choć nie musiała. A wszystko dlatego, że byłyśmy w innych domach, a ja nie byłam na tyle silna, żeby wyłamać się z durnej rywalizacji między domami. Byłam tchórzem.
- A ja uważam, że jesteś świetna i byłaś dzisiaj bardzo dzielna, więc dziękuję.
- Nie rozpowiadaj tego za bardzo. Zaszkodzisz mojej reputacji.
Emma wykonała gest, jakby zapinała swoje usta na zamek błyskawiczny, a Daphne znów parsknęła śmiechem. Podniosła się i otworzyła drzwi do klasy Zaklęć.
- Ach, to zapewne moja brakująca Gryfonka?
- Przepraszam za jej późne przybycie, pani profesor.
- Nic się nie stało. To wielki zamek. Słowo daję, czasami te poruszające się schody celowo sobie z nami pogrywają. Emmo, zajmij proszę miejsce.
- Dziękuję jeszcze raz za wszystko, Daphne – powiedziała Emma z uśmiechem i usiadła na miejscu, które Mark najwyraźniej jej zajął. Kiedy już się usadowiła, Mark nachylił się i wyszeptał:
- Co się z tobą działo.
- Nie chcę o tym mówić – odparła szeptem Emma.
- Ale…
- Nie! Nie tu, nie teraz. Odpuść – syknęła na niego Emma. Miał na tyle rozsądku, żeby dać spokój, za co była mu bardzo wdzięczna. Ta rozmowa nie uszła uwagi Lily i Daphne.
- Aha, dziesięć punktów dla Slytherinu za pomoc dziewczynie w potrzebie. Miło się przekonać, że nie wszyscy są tak zaślepieni tradycyjną rywalizacją – rzekła ciepło Lily.
- Cóż, my dziewczęta musimy trzymać się razem albo zostawimy cały Czarodziejski Świat w rękach mężczyzn. A to może się skończyć tylko łzami.
To sprawiło, że żeńska część klasy wybuchnęła śmiechem. Mark założył ręce na piesi i sapnął urażony. Emma spojrzała na Daphne w samą porę, by zobaczyć, jak starsza dziewczyna do niej mruga.
- Absolutnie… się z tobą… zgadzam. Kolejne… dziesięć punktów… dla Slytherinu – zdołała wykrztusić między napadami śmiechu Lily. Daphne skinęła wesoło głową i odwróciła się, żeby odejść. W drzwiach zatrzymała się i obróciła.
- Profesor Potter?
- Tak, Daphne?
- Widziałam panią dziś rano nad jeziorem. Zastanawiałam się, czy miałaby pani coś przeciwko, gdybym dołączyła do pani jutro rano?
- Oczywiście, że nie. Mam tam zdecydowanie za duże stężenie testosteronu.
To wywołało kolejną salwę śmiechu dziewcząt. Mark popatrzył wściekle na Emmę, która uznała te komentarze za bardzo zabawne. Odpowiedziała mu pokazaniem języka.
- Emma.
Dziewczyna gwałtownie odwróciła się, by spojrzeć na profesor Potter. Sądząc po jej minie, myślała, że wpadła w tarapaty za pokazanie Markowi języka.
- Tak, proszę pani?
- Myślę, że ty też zyskasz na dołączeniu do nas. Wszyscy będziecie mile widziani, jeśli zdecydujecie się zejść na dół. Nigdy nie jest za wcześnie na to, by uczyć się samoobrony. Trening pomoże wam również w lepszym skupieniu waszej magii.
Emma uśmiechnęła się szeroko, myśląc o zrewanżowaniu się tym chłopakom.
- Wiesz co, jak robisz taką minę, to jesteś trochę straszna.
- I nie zapominaj o tym – powiedziała Emma, wskazując na Marka palcem i unosząc brwi. Klasa znów wybuchnęła śmiechem, a Daphne uznała, że czas na nią.
Po trzęsieniu ziemi w Ministerstwie i walkach, które się z tym wiązały, do Gringotta napłynęła cała masa czarodziejów i czarownic, którzy chcięli przejąć swoje nowe skrytki. To był dom wariatów. Kolejki od wszystkich stanowisk ciągnęły się aż do wejścia do budynku.
- Co tu się dzieje? – Ginny spytała czarownicy w średnim wieku. Kobieta spojrzała na nią jak na wariatkę.
- Co ty, głupia, dziewczyno? Odbieramy nasze nowe skrytki, ot co. Czas najwyższy, żeby Ministerstwo coś wreszcie zrobiło jak należy. Te gnoje zabrały mojego Samuela zeszłej zimy. Według mnie dobry Śmierciożerca to martwy Śmierciożerca. A okazało się, że nie lubią, jak się rzuca na nich niewybaczalne. Łupy wojenne. Uwielbiam to prawo łupów wojennych. O szlag, cholera jasna, straciłam miejsce w kolejce! Chcesz wiedzieć więcej, kup Proroka Codziennego.
Po tych słowach wepchała się z powrotem do kolejki.
Wstrząśnięta Ginny obserwowała wszystko z otwartymi ustami. Przynajmniej dopóki nie zerknęła na Harry'ego, który stał obok niej z zadowolonym uśmiechem. Ten dupek wiedział, że tak będzie. Zmrużyła oczy.
- Co? – spytał Harry tak niewinnie jak potrafił, jednak Ginny nie uwierzyła mu nawet na moment. Założyła ręce na piersi i uniosła brew. Kiedy nie otrzymała odpowiedzi postanowiła to podkreślić przytupywaniem stopą.
- Ja też tak umiem, widzisz? – Harry dokładnie skopiował jej postawę, ale zamiast ściągniętych ust zaprezentował szeroki uśmiech. Ginny wywróciła oczami, obróciła się i ruszyła w drugą stronę.
- Dobrze… nie mów mi… chlip… Jeśli mi nie ufasz… chlip… Ja bym ci powiedziała… chlip… jeśli chcesz trzymać wszystko w tajemnicy… chlip… - Ginny udała, że ociera łzę, starając się nie parsknąć śmiechem. Teraz to Harry wywrócił oczami. Była urocza, kiedy usiłowała wpędzić go w poczucie winy.
- Naprawdę myślisz, że to zadziała? Moja mama posługuje się poczuciem winy jak ninja mieczem.
Ginny obróciła się i popatrzyła na niego spode łba. Nie wiedziała czym do cholery jest ninja, pewnie jakaś kolejna mugolska rzecz, ale była pewna, że znowu z niej kpi.
- Skocz mi, dupku.
- Jeśli nalegasz – odparł Harry, zbliżając się do niej z błyskiem w oku. Ginny uniosła rękę, żeby go powstrzymać, a potem karcąco pokiwała palcem.
- Nie tak szybko, chłopcze. Mamy tu sprawy do załatwienia, pamiętasz?
- A nie możemy tego połączyć?
- Jesteś małym napalonym skubańcem, co?
- Co mogę powiedzieć? To dar.
Ginny znów skrzyżowała ramiona i przeniosła ciężar ciała na jedną nogę.
- No dobra, chodźmy wydostać cię spod wpływu starucha.
- Wygląda na to, ze chwilę nam to zajmie – zauważyła Ginny, wskazując na kolejki.
Harry zaśmiał się, objął ją ramieniem za szyję i szepnął jej na ucho:
- Tylko jeśli przestrzegasz tych samych reguł jak wszyscy.
- A jeśli przestrzegalibyśmy reguł, nie byłoby nas tutaj – odpowiedziała z uśmiechem, wtulając się w niego. Czy on musi tak kusząco pachnieć? Odchyliła głowę na bok, prezentując mu szyję. Rozchylił lekko usta i przesunął nimi po jej delikatnej skórze od obojczyka po ucho. Wciągnął jej płatek ucha do ust, aż usłyszał jej ciche westchnięcie.
- Jeszcze zrobię z ciebie Huncwota – wyszeptał jej na ucho. Ginny gwałtownie otworzyła oczy i stanęła przodem do niego. Jego patronus, to jak nazwał swojego ojca chrzestnego i to jak ją znalazł tak szybko. Za dużo tu zbiegów okoliczności, by miał to być przypadek. W jakiś sposób on był powiązany z Mapą. Huncwoci wciąż istnieją, a on jest jednym z nich.
- Co powiedziałeś?
Ona wie o Huncwotach. Skąd? Ale nie czas teraz na tę rozmowę.
- Później ci wyjaśnię. Duncan!
Po chwili obok Harry'ego pojawił się pełen godności skrzat domowy. Przeciwieństwie do innych istot tego gatunku, które Ginny widziała, ten miał na sobie elegancki garnitur. Nie stał zgięty z pochyloną głową, ale dumnie wyprostowany z uniesionym wzrokiem.
- Panie Harry, jak mogę panu służyć?
On nawet brzmi zupełnie inaczej niż inne skrzaty, które widziałam.
- Któregoś dnia przekonam cię, żebyś mówił mi po prostu Harry.
- Tak, to będzie zaraz po tym, jak Lord Black złoży te śluby czystości, na które nalega pana matka.
Harry roześmiał się, a usta skrzata chyba lekko rozszerzyły się w uśmiechu, choć Ginny mogła to sobie tylko wyobrazić.
- Dobre, Duncan. Chciałbym, żebyś poinformował Gryfka, że Lord Potter potrzebuje jego pomocy.
- Jak pan sobie życzy, panie Po Prostu Harry.
Duncan ukłonił się i zniknął z pyknięciem, ale najpierw lekko mrugnął do Ginny.
- Powinnaś poznać go pół roku temu – powiedział Harry. - Rany, myślałem, ze nigdy nie pozbędzie się tego sztywnego kija w dupie. W pewnej chwili chyba stanął mu w poprzek.
Ginny parzyła na niego z szeroko otwartymi ustami. Nigdy w życiu kogoś takiego nie poznała. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Za każdym razem, kiedy myślała, że go rozgryzła, on wypuszczał kolejnego szalonego tłuczka. A poza tym miała wrażenie, że gdy jest blisko niego traci kontrolę nad swoją zwierzęcą częścią… O kurde! Będzie musiała porozmawiać z profesor McGonagall, ale była pewna, że to ma coś wspólnego z transformacją animagiczną, nad którą pracowała. To na pewno wszystko skomplikuje. Uniosła ręce z frustracją.
- Kim ty do cholery jesteś?
Od autora: Zdaję sobie sprawę, że możecie uważać, że Harry i Ginny zbliżyli się do siebie za szybko, ale jest w tym drugie dno.
W następnym rozdziale:
- siódmy rok Gryfonów i Ślizgonów na lekcji profesora Blacka
- Ginny załatwia sprawy w Gringotcie
- Harry rusza w poszukiwaniu informacji
