Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Wielu z Was napisało, że podoba Wam się postać Daphne. Mam dla Was dobre wieści – będzie jedną z głównych bohaterek tej historii :) Dzięki za wszystkie komentarze, dodawanie do ulubionych, alertów, etc. Jest już ponad 200 komentarzy, a "Powrót Huncwotów jest dodawany do ulubionych najczęściej z moich tłumaczeń nie będących "To oznacza wojnę". Nie przestawajcie :)
Rozdział 10
Syriusz widział w oczach swoich uczniów z siódmego roku, że zaraz zostanie zarzucony pytaniami, które nie będą miały nic wspólnego z prowadzoną przez niego lekcją. Na każdym biurku leżał dzisiejszy „Prorok Codzienny", nie licząc biurek, przy których powinna siedzieć czwórka brakujących Ślizgonów. Przyjrzał się klasie i zorientował się, że uczniowie są skupieni w grupy na podstawie swojej przynależności do domów. Wyjątkiem był Longbottom, siedzący z dala od innych Gryfonów. Przybrał minę, jakby siedzenie z nimi było poniżej jego godności. Inni Gryfoni nie wyglądali na specjalnie załamanych tym faktem.
Drzwi do klasy otworzyły się do środka wkroczyło trzech napuszonych Ślizgonów. Grupkę prowadził chłopak o przetłuszczonych blond włosach. Wyglądał zbyt podobnie do ojca, by być kimkolwiek innym niż Draco Malfoyem. Syriusz pomyślał o swojej kuzynce Narcyzie. Cieszył się, że chociaż ona zdołała uciec od tego życia.
- Panie Crabbe, panie Goyle, panie Malfoy, choć w niektórych kręgach spóźnianie się należy do dobrego tonu, moja klasa do nich nie należy. Teraz proszę na łapy i dwadzieścia pompek.
- Co? Nic takiego nie zrobię. Jestem Malfoyem. Musiał mnie pan pomylić ze zwykłym czarodziejem, jak Weasley.
- Skoro brakuje wam siły fizycznej, by wykonać zwykłe pompki, kimże jestem, by wskazywać wam wasze braki? W takim razie pozostawię wam kwestię wyjaśnienia reszcie waszego domu jakim cudem każdy z was stracił po pięćdziesiąt punktów.
Syriusz machnął ręką i odwrócił się, by przejść na początek klasy. Starannie ukrył przed uczniami szeroki uśmiech. Wystarczyło dosłownie dziesięć sekund morderczych spojrzeń pozostałych Ślizgonów, by chłopcy wykonali polecenie profesora Blacka.
- A teraz proszę, żeby pan tu podszedł, panie Weasley.
- Ej, a co ja zrobiłem? – Ron zerwał się z miejsca i odpowiedział nieco bardziej piskliwym głosem niż zamierzał. Hermiona wywróciła oczami i popchnęła go w kierunku profesora Blacka.
- Nic. Ale skoro pan Malfoy postanowił w pana uderzyć, pomyślałem, że to odpowiednie, żeby pomógł mi pan wymierzyć karę dyscyplinarną.
Ron poparzył na Malfoya, którego twarz znalazła się na poziomie jego butów i uderzył pięścią w swoją otwartą dłoń. Po klaśnięciu dał się słyszeć odgłos strzelających kłykci.
- Z przyjemnością.
- Wspaniale. Panowie, kiedy pan Weasley poda wam numer, opuszczacie swoje ciała trzy centymetry od ziemi. Kiedy będziecie się podnosić, cała wasza trójka ma powiedzieć „Nigdy więcej nie spóźnię się na lekcję, profesorze Black". Uważajcie, chłopcy, jeśli choć jeden z was się nie odezwie, cała trójka powtarza tę próbę. Czy wyraziłem się jasno, panowie?
- Tak, profesorze Black.
- Wspaniale. Oddaję panu głos, panie Weasley.
- W porządku… Raz!
- Nigdy więcej nie spóźnię się na lekcję, profesorze Black – wyskandowali razem Crabbe i Goyle. Malfoy nawet nie spróbował się odezwać.
- Przykro mi, Malfoy, nie słyszałem – triumfalnie oznajmił Ron. Draco otrzymał dwa ciosy pięścią w ramię od pozostałych ukaranych.
- Draco, jeśli wpędzisz nas w więcej kłopotów, sam ci spuszczę łomot! – ostrzegł go Crabbe, a jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że Vincent traktuje swoje słowa poważnie.
- Właśnie, tatusia nie ma, żeby cię znowu uratował – dodał Gregory, patrząc równie nieprzychylnie jak Crabbe. Draco właśnie zaczynał rozumieć, że bez swojego ojca wcale nie wzbudza takiego postrachu.
- To próbujemy jeszcze raz… Raz!
- Nigdy więcej nie spóźnię się na lekcję, profesorze Black! – tym razem trzy głosy były wyraźne, zrozumiałe i każdy kto przechodził korytarzem mógł je usłyszeć. Ron nadzorował karę, uśmiechając się od ucha do ucha. Kiedy dotarli do piętnastu, Syriusz postanowił rozpocząć lekcję.
- Póki oni kończą, kto może powiedzieć mi, jaka jest najlepsza obrona przeciwko Avada Kedavra?
Jak zwykle dłoń Hermiony wystrzeliła w powietrze jako pierwsza. Zanim Syriusz udzielił jej głosu, rozległ się głos dobiegający od wejścia:
- Nie dać się trafić, panie profesorze – powiedziała Daphne, przechodząc nad robiącymi pompki Ślizgonami.
- Au! Głupia czarownica!
- Przepraszam, Draco. To była twoja ręka? – spytała bez cienia współczucia. – Proszę o wybaczenie mojego późnego przybycia, panie profesorze. Odprowadzałam pierwszaka na lekcję… panie profesorze?
Syriusz patrzył na nią, jakby zobaczył ducha i to nie jednego z tych, które często włóczyły się korytarzami Hogwartu. Po kilku sekundach otrząsnął się.
- Przepraszam. Wyglądasz jak ktoś, kogo kiedyś znałem. W każdym razie masz absolutną rację. Ja również najpierw wybrałbym uniknięcie trafienia. Coś jeszcze?
- Hej! Dlaczego ona nie robi pompek? Też się spóźniła!
- Ponieważ ona powiedziała mi, czemu się spóźniła, wy trzej nie. Jeśli chcecie się czymś ze mną podzielić to nie krępujcie się, ale uważajcie, chłopcy, nie znoszę kłamców.
Odpowiedziała mu cisza. Syriusz odwrócił się do reszty klasy. Spostrzegł Hermionę, która unosiła rękę tak wysoko, jak to tylko możliwe bez wstawania.
- Tak, panno Granger?
- Profesorze, nie ma zaklęcia zdolnego powstrzymać Avada Kedavra – powiedziała Hermiona, jakby to było zupełnie oczywiste. Syriusz zaśmiał się pod nosem. W każdej grupie się taka trafi.
- Proszę nie wierzyć bezkrytycznie temu, co się czyta, panno Granger. Ja dwa lata temu zatrzymałem to zaklęcie na cmentarzu, przywołując do siebie nagrobek. Niestety nagrobek tego nie przetrwał, ale jak widzicie… mi się udało. Czasami musicie szybko myśleć. Pamiętajcie, że nawet najprostsze zaklęcie użyte kreatywnie, może zapewnić wam zwycięstwo.
- Profesorze Black, przepraszam, że to mówię, ale jakie ma pan kwalifikacje, żeby uczyć nas Obrony Przed Czarną Magią? Jeśli dobrze rozumiem pan i Potterowie zabraliście dupę w troki i zwialiście z kraju po tym jak zabiłem Voldemorta.
Neville nie kłopotał się czekaniem na udzielenie głosu, nie chciało mu się nawet ponieść ręki. Zamierzał jak najszybciej zdyskredytować Blacka, a razem z nim Pottera. Chociaż Syriusz wyglądał jedynie na rozbawionego, Hermiona natychmiast go skarciła:
- Neville! To nauczyciel w Hogwarcie i masz mu okazać należny szacunek!
- Hej, Wielkie Płuco, nie przypominam sobie, żebym cię pytał o zdanie.
Ron i Hermiona zerwali się na nogi. Żadne z nich nie mogło w to uwierzyć. Jasne, ich przyjaźń z Nevillem została ostatnio nadszarpnięta, ale przez siedem lat pilnowali jego pleców. Czy naprawdę tak nisko ich cenił? Weasleyowski temperament Rona miał właśnie eksplodować, jednak stanowcza dłoń opadła mu na ramię i posadziła na krzesło. Syriusz popatrzył na niego i potrząsnął przecząco głową. Potem nachylił się i wyszeptał coś Hermionie na ucho. To popatrzyła na niego zdumiona.
- Mogę to zrobić?
- Chyba jesteś Prefekt Naczelną?
Hermiona odwróciła się i uśmiechnęła z zadowoleniem do Neville'a. Pieprzyć polecenia Dumbledore'a. Logbottom był rozpieszczonym bachorem i trzeba było dać mu nauczkę. A poza tym już nikt więcej nie odważy się jej nazwać Wielkim Płucem.
- Panie Longbottom, jako Prefekt Naczelna nie będę tolerowała braku szacunku wobec mnie ani jakiegokolwiek nauczyciela. W związku z tym przez resztę tygodnia będziesz wspierał skrzaty domowe w sprzątaniu po kolacji. Będziesz mógł skończyć, kiedy one skończą i nie wolno ci będzie używać magii w jakiejkolwiek postaci.
- Świetnie powiedziane, panno Granger. Z twoim pozwoleniem chętnie zajmę się nadzorowaniem szlabanu pana Longbottoma.
- Dziękuję, profesorze Black.
- Nie możecie mi tego zrobić! Jestem… jestem…
- Rozpieszczoną małą księżniczką?
Daphne nie mogła uwierzyć, że te słowa wyszły z jej ust, choć usłyszała, jak je wypowiada. Sądząc po reakcji wszystkich wokół, zdziwiła nie tylko siebie. Była Daphne Greengrass, Lodową Królową Slytherinu, nigdy nie odzywała się na lekcjach niepytana. A teraz w ciągu godziny postawiła się zarówno Draco, jak i Longbottomowi. Łamała własne zasady i mocno ją to niepokoiło. Ale jeszcze bardziej zaskoczyło ją, jak bardzo jej to nie obchodzi. Co się ze mną dzieje?
W klasie zapadła dziwna cisza, a potem Dean Thomas zaczął bić brawo. Szybko dołączył do niego Seamus, a potem reszta klasy. Neville posłał mordercze spojrzenie Daphne, potem Hermionie, a na końcu Syriuszowi.
- Kiedy Dumbledore o tym usłyszy… - zagroził Neville.
- W pełni popieram w tej kwestii pannę Granger i jestem gotów zeznawać przed Radą Nadzorczą, jeśli dyrektor zechce podważyć karę Prefekt Naczelnej. Osobiście kazałbym ci czyścić sowiarnię, ale to nie była moja decyzja – odparł Syriusz, kierując swoje słowa do całej klasy.
- No dobrze, niezależnie jak podoba nam się nowe przezwisko Wybranki – przerwał, żeby mrugnąć do Daphne – uważam, że powinienem odpowiedzieć na pytanie Logbottoma. Widzę, że wszyscy macie dzisiejszy egzemplarz Proroka Codziennego. To powinno być całe wyjaśnienie, jakie w tej sprawie otrzymacie lub ja udzielę. Jednak widzę, że macie pytania, więc pozwolę wam na kilka, zanim będziemy kontynuować lekcję.
Po raz pierwszy w życiu Ron podniósł rękę szybciej niż Hermiona. Syriusz wskazał na niego, a on wstał.
- Panie profesorze, nigdy nie widziałem takich szat. Mój brat pracuje ze smokami, a w jego starym pokoju ciągle mamy plakat z różnymi rodzajami smoczej skóry. Tak więc chciałem zapytać czym właściwie jest ta super rzecz, na którą patrzymy?
- Widzisz Weasley, czarodzieje po drugiej stronie stawu* nazywają go prochowcem. Jest tam bardzo popularny i pomaga nam wtopić się w świat mugoli. Nie rozpoznajesz tej skóry, bo to nie smocza skóra. Zachcesz mu powiedzieć jaka to skóra, Longbottom?
- Bazyliszek – odparł niechętnie Neville. Hermiona sapnęła, słysząc tę odpowiedź. W jej głowie pojawił się jej straszny drugi rok. Rozpoznałaby to, gdyby nie starała się zablokować większości wspomnień z tamtego czasu. Czasami budziła się z krzykiem, gdy w snach spoglądały na nią żółte ślepia.
- Musiał pan wydać niezłe pieniądze? Słyszałem, że jest bardzo rzadka i droga.
- Owszem, panno Davis, ale ja dostałem ją za darmo. Jeśli chcecie znać szczegóły, proponuję spytać mojego chrześniaka. To on zabił tego cholernego stwora.
Kiedy Duncan pojawił się z powrotem w towarzystwie goblina Gryfka, Harry opadł na kolano i skłonił głowę. Zwrócił się do goblina w języku, którego Ginny nigdy wcześniej nie słyszała. Gryfek odpowiedział ukłonem i odezwał się w tym samym języku. Jej brat Bill powiedział jej kiedyś, że gobliny mają własny język, ale aż do dziś nie miała okazji go usłyszeć. Najwyraźniej Harry posługiwał się nim płynnie. Wróciło do niej pytanie, które zadała kilka chwil temu. Kim ty, do cholery, jesteś?
Po wymianie pozdrowień nadeszła dłuższa rozmowa. Rozmawiali w mowie goblinów i co jakiś czas Harry wskazywał na nią. W takich momentach Gryfek spoglądał na nią z gniewem lub niedowierzaniem. Naprawdę irytowało ją, że rozmawiają o niej, a ona nie ma pojęcia, o czym mówią. W pewnej chwili Gryfek zaczął chodzić po pomieszczeniu i wyrzucać z siebie kolejne zdania coraz głośniej i głośniej. Uspokoił się dopiero, gdy Harry położył mu stanowczo rękę na ramieniu.
Kontynuowali rozmowę już spokojniejszym tonem. Wściekłość w oczach goblina nieco przygasła, ale wciąż była tam obecna. Po kolejnych kilku chwilach znów się sobie pokłonili, kończąc rozmowę, której nie mogła być częścią. Oby Potter miał naprawdę zajebiście dobry powód, dla którego trzyma mnie z daleka od tej rozmowy albo zapozna się szybko i intymnie z moim Upiorogackiem.
- Mistrzu Gryfku, mam zaszczyt przedstawić cię pannie Ginewrze Weasley, ale jeśli cenisz sobie swoje życie, zwracaj się do niej Ginny.
Ginny ukłoniła się przed goblinem i spojrzała na Harry'ego spode łba. Zapłacisz za to, Potter.
- Ginny, to mistrz Gryfek. Będzie ci dziś pomagał.
- Obsługiwanie pani będzie dla mnie zaszczytem – Gryfek skłonił się Ginny. Potem zwrócił się do Harry'ego: - Wszystko o czym rozmawialiśmy zostanie zrealizowane. Przeprowadzone zostanie kompletne śledztwo a winni poniosą odpowiedzialność. Masz moje słowo.
- O nic więcej nie proszę. Proszę, zadbaj, żeby niczego jej tu nie brakowało. Wrócę za… dwie godziny wystarczą?
- Tak, Lordzie Potter.
- Chwila, nie idziesz ze mną? – spytała Ginny przysuwając się do Harry'ego. Na początku chciała iść sama, ale odkryła, że w sumie lubi mieć go w pobliżu. Harry pokazał, żeby odsunąć się od Gryfka. Goblin zrozumiał, że potrzebują chwili na osobności i nie ruszył się z miejsca. Kiedy byli sami, Harry dostrzegł jak zbłąkany kosmyk opada Ginny na twarz. Młoda kobieta wciąż na niego zerkała. Nie znosiła, kiedy jej włosy odmawiały współpracy. Jednak dla Harry'ego było to absolutnie urocze. Tak bardzo do niej pasowało.
- Powiedziałaś, że chcesz to zrobić sama. Może mi się to nie podobać, ale szanuję twoje życzenie. Otworzyłem ci jedynie drzwi. Ty sama musisz przez nie przejść – wyjaśnił jej delikatnie, ujmując buntowniczy kosmyk w dwa palce. Z czułością zatknął go za jej uchem i skorzystał z okazji, by popieścić jej małżowinę. Uniosła rękę i złapała jego cofającą się dłoń. Podobało jej się to wrażenie i nie chciała, by przestawał.
- Och… chyba fatycznie tak powiedziałam…
Harry skinął głową.
- No dobrze, proponuję, żebyś założyła konto anonimowe.
- Konto anonimowe?
- A jak myślisz, w jaki sposób zniknęliśmy na szesnaście lat z radaru pana Jestem-Starym-Pierdzielem-Któremu-Wydaje-Się-Że-Na jlepiej-Wie-Co-Dla-Ciebie-Dobre?
- Z radaru?
- Nie bój nic, niedługo i ty będziesz gadać po mugolsku.
- Po mugolsku? Ciągle mam problemy z tym twoim nieszczęsnym jankeskim!
- Bywa. W każdym razie w taki sposób ukryliśmy nasze złoto, kiedy moja rodzina zeszła do podziemia. Gryfek zgodził się, by trzymać twoje aktywa w tajemnicy, aż osiągniesz pełnoletniość.
Ginny spojrzała w ziemie, przygryzła wargę i przez kilka sekund zbierała myśli. Nie wiedziała co bardziej ją zdumiewa – to że nie przypominał nikogo innego, kogo kiedykolwiek znała, czy to jak bardzo jej pomagał. Kiedy uniosła głowę, Harry mógłby przysiąc, że nigdy wcześniej nie widział cudowniejszych brązowych oczu. Przyciągały go tak mocno, że nawet nie zorientował się, kiedy przyciągnęła jego twarz do swojej. Ich usta spotkały się, a emocje zderzyły wielkimi falami. Ginny mocno chwyciła jego niepokorne włosy. Tym razem nie oderwie się od niej bez walki.
Jedną dłonią objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Druga wędrowała po jej kręgosłupie, aż spoczęła u podstawy głowy. Od tej pieszczoty Ginny poczuła mrowienie aż w stopach. Harry nie zamierzał jej puszczać w najbliższym czasie. Pantera w jego wnętrzu walczyła, żeby wyrwać się na zewnątrz, ale zbytnio pochłonęła go ta chwila, by miał się o to martwić. Ginny czuła to samo. Kompletnie zapomniała, że stoją właśnie w lobby Gringotta z dziesiątkami innych czarodziejów i czarodziejek. Żadne z nich nie spostrzegło błysku z aparatu kilka metrów dalej. Tym razem to Ginny odsunęła się jako pierwsza. Zetknęli się czołami i łapali w płuca potrzebne powietrze.
- Dzięki za… no, za wszystko – wyszeptała Ginny, usiłując opanować oddech.
- Nie ma za co.
- Chyba już pójdę – stwierdziła, choć to ostatnia z rzeczy, na które miała ochotę. Harry patrzył, jak odchodzi z Gryfkiem. Zanim zniknęła w tłumie obróciła się, spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Kiedy zniknęła mu z oczu, z jego ust zniknął uśmiech, a zastąpiła go determinacja. Miał nadzieję, że mu wybaczy, ale było kilka drzwi, które musiał sam wyważyć. Czas zabrać się za to po huncwocku.
Malcolm Duglas wiedział, że pewnego dnia będzie musiał zapłacić za swoje grzechy. Wiedział, że to, o co poprosił go Dumbledore, było niewłaściwe, ale ten człowiek potrafił przekonywać innych do robienia tego, czego chciał. Nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiadał, że to coś złego.
Dumbledore powiedział mu, że to wszystko dla ochrony dziewczyny, że ostatecznie okaże się słuszne i robi to dla większego dobra. Ależ nienawidził tego wyrażenia. Nawiedzało go po nocach. Ale taka była cena za pakt z diabłem.
Jednak te wszystkie wnioski nadeszły za późno. Bo w tej chwili jego stopy wisiały kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Miał ramię złamane w trzech miejscach, kilka pękniętych żeber, a jego szczęka była cała tylko dlatego, że miał odpowiadać na pytania. Jego gardło stopniowo zgniatała dłoń Lorda Pottera.
- To tylko po to, żebyś zwrócił na mnie uwagę. Bo mam twoją całkowitą uwagę, prawda? – warknął Harry. Malcolm zdołał pokiwać głową. Innego dnia Harry mógłby mu nawet współczuć. Niestety dla Duglasa, nie dziś. Ze strony Harry'ego Pottera nie dostąpi miłosierdzia.
- Moglibyśmy się teraz zabawić. Ja bym zdawał pytania, a ty byś kłamał, żeby uratować twoje żałosne dupsko. Jednak szczerze mówiąc nie mam na to czasu. Nienawidzę używać takich metod, bo to czyni mnie podobnym do niego, ale tu nie chodzi o mnie.
Po tych słowach Harry wdarł się do umysłu Malcolma. Zaskoczyło go, że Dumbledore umieścił w jego głowie strażnika. Stary pierdziel faktycznie się zabezpieczał na wszystkich frontach. Co najgorsze, strażnik nie został tam umieszczony, by chronić. Jego zadaniem było zniszczyć umysł Malcolma, jeśli ktoś przedarłby się tak daleko.
Gigantyczny kamienny gargulec z ogromnymi szponami zerwał się z miejsca, gdy tylko Harry wszedł w głowę mężczyzny. Natychmiast zaczął rozrywać umysł swojej ofiary. Choć gargulec by imponujący, nie stanowił godnego rywala dla jego hybrydowej formy. Stoczyli zażartą bitwę, ale ostatecznie to Harry stanął nad kupą gruzu.
- Dziękuję. Długo byłem jego więźniem.
Harry odwrócił się ujrzał małego, na oko siedmioletniego chłopca. Domyślił się, że to symbol niewinności lub sumienia Duncana.
- Nie ma za co. Pamiętaj jednak, że nie jestem twoim przyjacielem. Pomogłeś skrzywdzić kogoś, kogo… kto jest dla mnie bardzo ważny – poprawił się Harry.
- Wiem o kim mówisz. Próbowałem zmienić jego decyzję. Naprawdę. Prawie go przekonałem, ale przyszedł starzec i umieścił to tutaj – wyjaśnił chłopiec, wskazując zniszczonego gargulca. Harry zrozumiał. Przykucnął, by spojrzeć chłopcu w oczy.
- Potrzebuję twojej pomocy. Muszę wiedzieć o wszystkim, do czego zmusił go starzec.
- Ej, to łatwe! – zawołał chłopiec. Przyłożył dłoń do czoła Harry'ego i zalały go wspomnienia. Harry ujrzał wszystko… wszystko co zostało uczynione, żeby kontrolować Ginny. Skurwysyn za to zapłaci!
- Muszę jej pomóc. Czy możesz go skłonić, żeby jej pomógł?
- Tak, on nigdy tak naprawdę tego nie chciał. Po prostu jest…
- Tchórzem? – uzupełnił Harry. Chłopiec skinął głową. – Jeśli nam pomoże, mogę go ochronić.
- On mówi, że zrobi wszystko co każesz.
Harry odpowiedział uśmiechem.
Madam Bones właśnie siadała, żeby napić się herbaty, kiedy jej sekretarka wpadła do gabinetu. Wszyscy wiedzieli, że to jej prywatna chwila dnia. Jako szefowa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów często miała niezwykle stresujące dni i ta chwila ciszy przed burzą, jak to mówią, umożliwiała jej zachowanie spokoju w najtrudniejszych chwilach.
- Lepiej, żeby to było ważne, Alicjo – skarciła sekretarkę.
- Lord Potter przyszedł, żeby się z panią zobaczyć – pisnęła Alicja. – Mówi, że to bardzo ważne.
- Harry tu jest? No to nie stój tak z rozdziawionymi ustami. Wpuść go! – poleciła Amelia. Wstała, poprawiła ubrania i zerknęła w lustro, by sprawdzić, czy jej fryzura układa się właściwie. Potem wywróciła oczami i skarciła się w myślach za zachowywanie się jak głupia pensjonarka. Miała tyle lat, że mogłaby być jego matką. Kogo ja usiłuję oszukać? Mogłabym być sporo starszą siostrą jego matki. Lily by mnie zabiła za takie myśli.
- Madam Bones, dziękuję, że zachciała mnie pani przyjąć bez uprzedzenia – przywitał ją Harry, wchodząc do gabinetu. Amelia wyciągnęła do niego rękę. Ujął ją, ukłonił się i ucałował dłoń, a potem, nie prostując się, uniósł wzrok i mrugnął do niej.
- Alicjo, odwołaj wszystkie moje spotkania, póki tu nie skończymy.
- Oczywiście, Madam Bones.
Alicja z całych sił usiłowała się nie uśmiechać. Nigdy nie widziała, żeby Madam Bones się rumieniła, choć musiała przyznać, że trudno ją za to winić. Chłopak był całkiem apetyczny. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Amelia klepnęła Harry'ego w ramię.
- Niegrzeczny chłopcze! Przez ciebie zarumieniłam się przy podwładnej. Będą mi to wypominać do końca życia. O rany, a teraz cię jeszcze zachęciłam do dalszych prób…
- Muszę przyznać, że ma pani rację, Madam Bones.
- Nie zaczynaj znowu! Wydaje mi się, że zasłużyłeś na prawo mówienia mi po imieniu. Gdyby nie twoja rodzina, zginęłabym z rąk Voldemorta. Ten skurwiel zabił prawie całą moją rodzinę.
- Cieszę się, że udało nam się wtedy dotrzeć na czas. To mój ojciec chrzestny i wujek Lupin ich powstrzymali. Ja służyłem tylko za transport.
- To bzdura i świetnie o tym wiesz. Widziałam jak zdejmujesz kilku jego zwolenników zanim do mnie dotarli. Poza tym pomagałeś swojej matce w leczeniu mnie. Jest naprawdę świetną uzdrowicielką.
- No cóż, przy mnie i Syriuszu miała sporo praktyki.
- Nie umniejszaj jej zasług. Byłam już jedną nogą w grobie, a wy mnie wyciągnęliście. Tego długu nigdy nie zdołam spłacić, ale dość już tego. Zakładam, że miałeś jakiś powód, żeby tu się zjawić?
Harry wyciągnął trzy fiolki ze wspomnieniami i położył je przed Amelią. Spojrzała na niego pytająco. Potem obejrzała je jedną po drugiej w myśloodsiewni, podczas gdy Harry cierpliwie czekał. W końcu usiadła przy biurku z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
- Zanim spytasz jak zdobyłem ostatnie wspomnienie, powiedzmy, że mniej wiesz, lepiej śpisz. Najpierw musi naprostować to, co pomógł ukryć, ale do końca dnia odda się w ręce goblinów. Obiecałem im, że dostaną go jako pierwsze.
- Może tak będzie najlepiej. Sama jestem skłonna go zabić. To co uczynił, było niewybaczalne.
- Teraz rozumiesz, czemu należy obalić Dumbledore'a.
- Owszem, ale to nie będzie łatwe. Ten facet ma niewiarygodne plecy i jest fenomenalny w tej grze. Będę potrzebowała mocniejszych dowodów.
- Tego się spodziewałem. Z tego co usłyszałem wczoraj wieczorem, to nie jest odosobniony incydent. Być może przydałoby się śledztwo.
- Musiałoby być ściśle tajne. Widzę po twojej minie, że masz kogoś konkretnego na myśli.
- Z jej naturalnymi talentami jest idealnym kandydatem. Oficjalnie można ją wysłać jako ochronę. Jest już w jego Zakonie, więc nie będzie jej podejrzewał. Właściwie założę się, że poleci jej szpiegować mnie.
- Pamiętaj jak ciężko pracowała, żeby zyskać szacunek swoich koleżanek i kolegów. Wiesz przecież, jak metmorfomagowie są postrzegani w naszym społeczeństwie. Nie sugerujesz tego, bo jest w ciąży?
- Proszę cię, moja mama lepiej mnie wychowała. Ale nie będę cię okłamywał. W jej brzuchu może spoczywać kolejny Lord Black. Nie wątpię w jej talenty, ale Tyłkogłowy zaatakował mnie, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Więc tak, chcę trzymać w pobliżu tych, którzy są dla mnie ważni. I nie zamierzam za to przepraszać.
- Rozumiem. Domyślam się, że jeśli wyjdzie to ode mnie, chętniej się podporządkuje?
- Ty ją zainspirowałaś do zostania aurorem. Ma dla ciebie ogromny szacunek.
- Zgadzam się z tobą, Harry, to idealna kobieta do tego zadania. Pamiętaj tylko, że ta sprawa może się skończyć paskudnie. Nawet z twoim poparciem i z przekonującymi dowodami, przed Wizengamotem przeprawa będzie bardzo trudna. Od incydentu w Departamencie Tajemnic Dumbledore i Longbottom stali się nietykalni. Większość z tego co tam się wydarzyło utrzymywane jest w tajemnicy. Dumbledore wymazał nawet niektóre wspomnienia swoich własnych ludzi. Tylko kilka osób wie, że to nie było imponujące zwycięstwo, jak przedstawia to Prorok Codzienny.
- A ty jesteś jedną z nich?
- Tak. Ale zanim zapytasz, powiem ci, że musiałam złożyć przysięgę na moją magię. Nie mogę mówić o tym, co wydarzyło się w Departamencie Tajemnic. Ale jako dyrektor departamentu mam dostęp do innych informacji. Mogę ci powiedzieć, że tamtej nocy Bellatrix Lestrange pojmała więźnia. Na szczęście dziewczynę odbito kilka dni później.
Amelia starannie dobierała słowa, podkreślając te właściwe. Harry natychmiast usiadł prosto, napięty jak struna. Potem nachylił się ku rozmówczyni.
- Dziewczynę z białym włosami?
Teraz to Amelia zesztywniała. Powinna była się domyślić.
- Więzień Lestrange była pod osłoną zaklęć maskujących, bardzo silnych. Na szczęście ci, którzy ją odbili, nie dali się oszukać. Powiedziała, że uzdrowiła ją stara kobieta, która miała w domu kotka. Jeśli dobrze pamiętam, powiedziała, że kobieta miała zielone oczy. Ciekawe czemu mam wrażenie, że nie tylko ona była zamaskowana… Cieniu?
Bez słowa Harry wstał i ruszył do wyjścia. W drzwiach zatrzymał się i spojrzał na Amelię z uśmiechem.
- Powiem tylko, że nie bez przyczyny jesteś dyrektorem tego departamentu.
Słowniczek
Staw – Amerykanin mówiąc „po drugiej stronie stawu" ma na myśli Wielką Brytanię. Brytyjczyk ma na myśli USA.
Od autora: Co do Amelii – miałem szalony pomysł, by uczynić ją bardziej interesującą i zrobiłem to. Co do reakcji Syriusza na Daphne – jest bardzo podobna do swojej matki, więc się domyślcie. Harry i Ginny zaczynają łączyć poszlaki. Kto odgadnie pierwszy?
W następnym rozdziale:
- Ginny wspomina wydarzenia tuż po jej odbiciu
- czy istnieją gobliny – kobiety?
- Harry i Narcyza
- Fred i George
- Śmierciożercy pojawiają się na Ulicy Pokątnej i w Gringotcie
