Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 11
Ginny uznała, że to będzie bardzo produktywny dzień. Na pewno nie układał się tak, jak by się spodziewała. Kiedy została wezwana do gabinetu dyrektora spodziewała się, że będzie już tylko gorzej. Jeszcze rok temu nie znalazłaby w sobie siły, by postawić się Dumbledore'owi. Z drugiej strony dziś nie była tą samą osobą co wtedy. Rok temu była słaba, wręcz żałosna. Znalazła się w pułapce życia, którego nie chciała. A jednak nie zrobiła nic, żeby to zmienić.
Bez pytania przyjmowała kłamstwa, którymi ją karmiono. Pogodziła się ze swoim losem, traktując go jako pokutę za to, co zdarzyło się na jej pierwszym roku. Często rzucali jej w twarz te wydarzenia, gdy tylko pokazała jakiekolwiek oznaki niezależności, ośmieliła się myśleć samodzielnie czy choćby wyrazić opinię, której nie podsunął jej ktoś inny.
Tamtej nocy podążyła za Nevillem do Ministerstwa. Wiedziała, że to zły pomysł, ale nie odezwała się słowem. Jak zwykle zaakceptowała swój los jako pokutę za dawne grzechy. Tak, była żałosna, ale co jeśli by z nimi nie poszła? Jeśli nie zostałaby pojmana? Torturowana? Uratowana? Czy stałaby się tą osobą, którą jest teraz? Może jednak z tego wszystkiego wyszło coś pozytywnego…
Nigdy nie spotkałaby Cienia. Jej mrocznego rycerza w ciemnym futrze, jak często żartobliwie nazywała go Tonks. Ale nie przejmowała się tymi żartami. Kiedy się budziła, on tam był, zawsze stał na straży i pilnował jej. Nigdy nie odszedł od jej boku, gdy dochodziła do zdrowia. Kiedy bała się, że będzie pokrytym bliznami paskudztwem, lizał ją uspokajająco. Kiedy nie mogła spać, jego mruczenie stawało się jej kołysanką. Kiedy patrzyła w jego zielone ślepia, widziała bezwarunkową akceptację. A poza tym uwielbiała zanurzać dłonie w jego miękkie futro. Był dla niej jak znajomy kocyk dla dziecka – zapewniał poczucie bezpieczeństwa.
Wychodził tylko wtedy, gdy pani Evans mu kazała. Najczęściej wtedy, gdy trzeba było umyć Ginny albo jej bandaże wymagały zmiany. Siwowłosa kobieta obiecała, że nie pozwoli, by rany Ginny pozostawiły blizny. Przez wiele dni pani Evans aplikowała maść co kilka godzin. Swędziało jak diabli, ale kiedy tylko Ginny myślała o drapaniu się, Cień wskakiwał na jej łóżko i lizał ją po twarzy, aż obiecywała, że więcej nie będzie. Naprawdę o nią dbali.
Zanim Tonks się obudziła minęły trzy dni. Tamtej nocy odniosła naprawdę ciężkie rany. Ginny pamiętała, że powietrze wokół niej zmarszczyło się jak woda. Po chwili przez nie przeleciała, tak jak zaklęcie, które minęło ją o włos. Ginny słyszała szalejącą wokół niej bitwę. Chciała pójść pomóc Cieniowi, ale Tonks bardziej jej potrzebowała. Wtedy dostrzegła wielkiego wilkołaka zmierzającego w jej stronę. Przerażona przetoczyła Tonks na świstoklik. W ostatniej chwili nim Tonks zniknęła, została od niej odciągnięta.
To co wydarzyło się potem przetrwało w jej wspomnieniach jako oderwane od siebie fragmenty. Była ciągnięta z powrotem do strasznego budynku. Wielka łapa ze szponami wokół jej szyi. Paskudny oddech wionący jej w twarz. Coś, co wyglądało jak czarny wilkołak, ale jednak wydawało się czymś innym, z pazurami wokół szyi Lestrange. Ciepłe futro osłaniające jej nagie ciało od nocnego chłodu, gdy drzewa uciekały w pędzie obok niej. Drzwi rozpadające się na kawałki, a potem wrzask kobiety. I zapadła ciemność.
Obudziła się w wygodnym, ciepłym łóżku. Ból, jej nieodłączny towarzysz odkąd została uprowadzona, zmniejszył się znacznie. Wielka pantera spokojnie stała przy jej łóżku i obserwowała ją. Jej pomruk uspokajał ją i pocieszał. Wiedziała instynktownie, że to jej obrońca. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła się naprawdę bezpieczna.
Nie chciała iść, kiedy Lupin przybył, żeby zabrać ją do domu. Jedyny pozytyw z tego wszystkiego to sposób, w jaki traktował Tonks. Pewnie to, że niemal ją stracił, pomogło mu zebrać się w sobie. Oczywiście Tonks była przeszczęśliwa. Ginny nie bardzo. Chociaż jej rodzina była fantastyczna, odrobinę za bardzo nad nią wisieli. Noce były najcięższe. Nadeszły koszmary, gorsze nawet niż po Komnacie Tajemnic. Tak okropne, że w ogóle przestała sypiać. Odsunęła się od swojej rodziny. Jak mogła im powiedzieć? Jak oni mogliby to w ogóle zrozumieć?
Na szczęście przybyła Tonks, żeby sprawdzić co u niej. Oceniła sytuację i udało jej się nakłonić Ginny do zwierzeń. Tonks też miała problemy ze spaniem, ale przynajmniej teraz dzieliła łózko z kimś, kto mógł ją pocieszyć. Na Merlina, jak Ginny tęskniła za Cieniem. Powiedziała Tonks, że pantera zawsze dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Następnego dnia Tonks dała jej pluszową panterę, która mruczała. To brzmiało zupełnie jak jego pomruk. Tej nocy spała spokojnie, śniąc o bieganiu po łące ze swoim mrocznym rycerzem o futrze w kolorze nieba o północy. Zatrzymali się przy zagłębieniu z wodą, a kiedy nachyliła się, by się napić, z sadzawki popatrzył na nią Jaguar Burzowy*. Jego futro było koloru rtęci, a jego brązowe oczy znaczył deseń w kształcie małych gwiazdek, które pulsowały od elektryczności.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności do jej domu przybyła wtedy profesor McGonagall, żeby nadrobić z nią materiał, który przegapiła pod koniec roku. Prawdę powiedziawszy Minerva nie mogła sobie wybaczyć tego, co przydarzyło się dziewczynie na jej pierwszym roku. Często ze smutkiem powtarzała sobie, że dopuściła do tragedii na swojej warcie. Kiedy Ginny wróciła do Hogwartu na drugi rok, McGonagall uczyniła ją swoją asystentką. Często wzywała dziewczynę, by pomagała jej w ocenianiu wypracowań. Co ciekawe najczęściej działo się to, gdy Neville zachowywał się jak kretyn bardziej niż zwykle. Przez lata pomogła Ginny opanować zaklęcia, które wykraczały znacznie poza normalne umiejętności osób w jej wieku. Minerva po prostu zostawiała przypadkiem książkę z sekcji zakazanej otwartą na właściwej stronie na biurku. Potem znajdowała pretekst, żeby opuścić gabinet.
Ginny opowiedziała jej o swoim śnie, a stara nauczycielka była przeszczęśliwa. Kobieta zaczęła wręcz chichotać jak uczennica. Powiedziała Ginny, że to nie sen, tylko wizja jej formy animagicznej, a jaguar burzowy to magiczne stworzenie, którego nie widziano od przeszło stulecia.
Tego dnia Ginny wpadła na pomysł. Pomysł, który może pozwolić jej na porzucenie życia, w którym ugrzęzła. Wystarczy, żeby została animagiem. Profesor McGonagall pomogła jej osiągnąć ten cel przez kolejny rok. Jednak jej mądra nauczycielka zapomniała wspomnieć, że wiąże się to z przechodzeniem pieprzonej rui!* Ginny na pewno zapamiętałaby taką rozmowę.
Pamiętała, jak Harry mruczał jej na ucho i jaki wywarło to na niej efekt. Jeśli Harry reagował na nią tak jak reagował, to, w połączeniu z jej własnymi zwierzęcymi potrzebami, które czuła, gdy była blisko niego, oznaczało to, że on również jest animagiem i to prawdopodobnie dużym kotem, jak ona. Zanim jednak zdążyła się nad tym bardziej zastanowić, wagonik zatrzymał się przed drzwiami jej nowej skrytki.
Ginny wyszła z wagonika i przyjrzała się masywnym drzwiom. Dawno nieużywane, pokryły się pajęczynami. Obróciła klucz i po chwili stała po środku pierwszej w jej życiu rzeczy, którą naprawdę mogła nazwać swoją. Na środku leżała wielka góra złota. Z jej wyciągu bankowego wynikało, że było to jakieś 497 736 galeonów, 586 2943 sykli i 83 719 knutów. Oczywiście wszystko to tylko szacunki.
Posiadała również trzy nieruchomości: pałac na południowym wybrzeżu Francji, domek letniskowy w Szkocji i willę w Walii.
Dilys poleciła jej wziąć ze skrytki kilka przedmiotów. Według niej Ginny powinna wziąć jej różdżkę, pamiętnik i, co najważniejsze, jej osobistą Księgę Zaklęć. Różdżka była niezarejestrowana. Dzięki krwi Ginny było pewne, że wybierze dziewczynę na nową panią. Dilys wykonała różdżkę samodzielnie i jej krew została wpleciona w czarodziejski rdzeń. Niegdyś to była tradycja, ale zaginęła przez dwieście lat odkąd kobieta chodziła wśród żywych. Dzięki temu nawet jeśli różdżka zostałaby jej odebrana, działałaby tylko dla niej lub kogoś z jej potomków.
Z jej pamiętnika Ginny miała poznać kobietę taką, jaka kiedyś była. Być może pewne rady i lekcje, których może nauczyć się z tych stron pomogą młodej kobiecie w jej obecnej sytuacji. Księga Zaklęć zawierała czary rodzinne, jak również inne, których Dilys nauczyła się w ciągu swojego życia oraz kilka, które sama stworzyła. Ginny była pewna, że każdy uzdrowiciel ze Świętego Munga byłby gotów sporo zapłacić, by do niej zajrzeć.
Ginny przywołała Mrużkę i obie zabrały się za poszukiwania. Dwadzieścia minut później miała już wszystkie trzy przedmioty, a także kilka rzeczy, które na pewno jej się przydadzą, prędzej czy później. Między nimi sakiewkę zawierającą jeden z pierścieni Dilys, który mógł działać jako świstoklik do jej posiadłości. Zadowolona, że ma wszystko, czego jej trzeba, ruszyła z powrotem na górę. Musiała odebrać pewien Magiczny Kontrakt, a pewien Lord musiał jej odpowiedzieć na parę pytań.
Wpadła do Biura Czarodziejskich Kontraktów w pełni przygotowana, żeby na kopach pogonić jakiegoś durnego biurokratę tam i z powrotem przez całą Ulicę Pokątną. Stanęła jak wryta, gdy wyczuła magiczną sygnaturę w pomieszczeniu. Wystarczająco często sprzątała po eksperymentach Freda i George'a, by rozpoznawać znaki.
Pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć mężczyzny siedzącego za biurkiem. Na jego twarzy malował się niepokój i poczucie winy. Ginny zamknęła oczy, pozwalając swoim pozostałym zmysłom zbadać biuro. Przez ostatnich kilka miesięcy stawały się coraz sprawniejsze, w miarę jak zbliżała się do pełnej transformacji. Niemal natychmiast wyczuła zapach Harry'ego, ale sprzed co najmniej godziny. Do tego doszedł kolejny zapach, a jego siła sprawiła, że uznała, że istota wydzielająca tę woń wciąż jest w pomieszczeniu.
- Czuję cię! Wyjdź i stań ze mną twarzą w twarz – poleciła Ginny niemal pustemu gabinetowi.
- Twój zmysł węchu jest niezwykły, człowieku – rzekł goblin, ujawniając swoją obecność. Ginny zdziwiło, że ta istota jest o dobre kilkadziesiąt centymetrów wyższa niż większość goblinów. Jej ciało okrywał nie garnitur, a pełna zbroja płytowa. Zakrywała nawet głowę. Gdyby nie głos, Ginny nigdy nie podejrzewałaby, że ma przed sobą kobietę. Jeśli się nad tym zastanowić, to chyba nigdy wcześniej nie widziała goblina – kobiety, nawet na zdjęciu czy obrazku.
- Czy jesteś goblinem kobietą?
- Jestem Strażnikiem Gringotta, który jest kobietą, człowieku. A może myślałaś, że nadajemy się tylko do rozmnażania? – warknęła, mijając Ginny i zajmując miejsce za Malcolmem. Mężczyzna pisnął i wbił spojrzenie w blat biurka, nie ośmielając się spojrzeć którejkolwiek z kobiet w oczy.
- Nie chciałam cię urazić. Po prostu nigdy nie widziałam żadnej z was.
- To nasz wybór. Świetnie zdajemy sobie sprawę jak wielu z was postrzega gatunki, które ośmielają się być… inne.
Ginny skrzywiła się na jej ostry ton, ale uznała, że goblinka ma do tego podstawy.
- Nie wszyscy tacy jesteśmy – zaoponowała, podchodząc z wyciągniętą ręką. – Nazywam się Ginewra Molly Weasley, ale przyjaciele mówią mi Ginny.
Strażniczka Grigotta przyjrzała się czujnie wyciągniętej dłoni, jakby nigdy w życiu czegoś podobnego nie widziała. Dopiero gdy uznała, że młoda czarownica nie stanowi zagrożenia, zdjęła stalową rękawicę i uścisnęła jej dłoń.
- Hesta Nala Silverback.
Ujęła rękę Ginny i mocno potrząsnęła. Jej uścisk był znacznie mocniejszy, niż to było konieczne. Ginny nie przestała się uśmiechać, nie okazała też żadnych oznak niepokoju. Dopiero wtedy druga kobieta odpowiedziała uśmiechem. Ginny poczuła, że właśnie przeszła jakiś test.
- Proszę o wybaczenie, jeśli byłam wobec pani nieuprzejma, panno Weasley. Zbyt często miałam do czynienia z typami z Ministerstwa. Wygląda na to, że stałam się jak ci, których nienawidzę. Źle pani oceniłam i przepraszam za to.
- Proszę mi mówić po imieniu. Doskonale wiem, jak kontakty z Ministerstwem mogą zepsuć nastrój.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. Ty również mów mi Hesta. Widziałaś już kiedyś jak biurokrata robi w gacie?
Kobiety zaśmiały się, ale szybko spoważniały. Dopiero wtedy dotarło do Ginny, że Hesta nie żartowała.
Śmierciożercy powoli wchodzili do Gringotta pod pretekstem odwiedzenia swoich skrytek. Ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, mieli je opróżnić wraz ze swoimi skrzatami domowymi. Trzy zespoły miały inne zadania. Pierwszy, złożony z najnowszych rekrutów, miał zaatakować każdego, kto przyszedł odebrać skrytki Śmierciożercom oraz, co najważniejsze, zabić tyle goblinów, ile zdołają. Grupa na zewnątrz miała wywołać jak największą panikę. Składała się z mrocznych stworzeń, które przysięgły lojalność Voldemortowi. Ostatni zespół wiódł Augustus Rookwood. Dawny niewymowny miał włamać się do skrytki Slytherina i wynieść całą jej zawartość. Voldemort powiedział mu, że muszą przejąć diadem Ravenclaw za wszelką cenę. Jego pan nie powiedział mu, czemu ten przedmiot jest tak ważny, ale Rookwood wiedział, że na jego polecenie Draco Malfoy zabrał go z kryjówki w Hogwarcie.
Kiedy skrytki wewnętrznego kręgu i Slytherina zostaną opróżnione, miała rozpocząć się bitwa. Rookwood miał ze sobą dziesięciu mężczyzn o unikatowym zestawie talentów. Przez dwie godziny ciężko pracowali, żeby zdjąć osłonę nałożoną na drzwi. Augustus musiał przyznać, że chłopak ma talent. Ale to wiedział już wcześniej. On i jego rodzina ukrywali się skutecznie przez szesnaście lat. Śmierciożercy napuścili bazyliszka na Kolonię Sukkubów, którą Black przysiągł chronić, w nadziei na wypłoszenie ich z kryjówki. Zawiodło na całej linii, a Czarny Pan nie był szczęśliwy, gdy dowiedział się, że stracił oba swoje cenne zwierzątka.
- Augustusie! Osłona zdjęta! – zameldował jeden z jego ludzi.
- Głupi chłopak! Czy naprawdę myślał, że mnie to powstrzyma na długo? – warknął Rookwood, zbliżając się do drzwi z kluczem, który otrzymał od Voldemorta.
- Naprawdę myślisz, że ten klucz zadziała?
- Nie zaszkodzi spróbować. Może miał mało czasu i zdążył ustawić tylko jedną osłonę? – odparł Rookwood. Włożył klucz do zamka i przekręcił. Potężne wyładowanie elektryczności przebiegło przez jego ciało i rzuciło go na ścianę po drugiej stronie korytarza. Uzdrowiciel przydzielony do ich grupy przypadł do jego boku. Po kilku zaklęciach uzdrawiających mężczyzna zdołał wstać o własnych siłach.
- Uznajmy to za „nie" – zażartował jeden z jego ludzi. Augustus machnął różdżką i mężczyzna pofrunął na wielkie drzwi. Zaczął wrzeszczeć z bólu, gdy prąd przepływał przez jego ciało.
- Na to wygląda – zakpił Rookwood. Nikt nie spróbował pomóc ofierze. Po pięciu minutach opadł na ziemię, gdy skończyła się moc zaklęcia. I dobrze, bo smród palonego mięsa przyprawiał o mdłości. Wystarczyło przekręcić klucz i niezliczone drzwi do skrytki uchyliły się.
- Gówniarz jest dobry, ale ja jestem lepszy – rzucił pogardliwie Rookwood i wkroczył do skrytki swojego pana.
Lily,
Powodzenia w dzisiejszym dniu, na pewno pójdzie Ci świetnie. Uczenie to Twoje prawdziwe powołanie. Szkoda tylko, że aż do tej pory nie mogłaś tego robić. Wiem, że przebywanie w Hogwarcie może przywołać nieco dawnych wspomnień. Tak wiele wspólnych chwil przeżyliście tam z Jimmym. Jesteś silną, pewną siebie i utalentowaną czarownicą, o wiele odważniejszą niż ja. Wiem, że dasz sobie radę. Wspominaj z radością te dobre chwile, a inne odrzuć na bok. Brakuje mi naszych długich rozmów i nie mogę się doczekać Bożego Narodzenia w Dworze Potterów. Mamy wiele do obgadania.
Teraz chciałabym Cię o coś poprosić, ale nie jako przyjaciółka, a jako matka. Potrafisz przejrzeć przez maski, które nosimy na co dzień i dojrzeć ukrytą pod nimi prawdę. Wiem, bo niegdyś przejrzałaś mnie. Pomogłaś mi odnaleźć siebie. Modlę się, byś potrafiła uczynić to samo dla mojego syna.
Wiem kim on się stał. To wszystko za sprawą Lucjusza, ale on jest teraz zamknięty w Azkabanie. Może jeszcze nie jest za późno dla mojego Draco. Kiedyś był dobrym chłopcem. Ten chłopiec wciąż gdzieś tam jest, na pewno. Błagam Cię, Lily. Przyprowadź do mnie z powrotem mojego syna. Proszę.
Twoja siostra na wieki,
Cissy
Narcyza właśnie skończyła list do Lily, gdy Harry podszedł do jej biurka. Znał ją dopiero od roku, ale już zdążył ją bardzo polubić. Jej policzki znaczyły ślady łez, a jej oczy przybrały wyraz zamartwiającej się matki. Dokładnie ten sam, który przez niego przybierała jego matka i to częściej, niż był skłonny przyznać. Uznał, że przyda jej się trochę rozweselenia. Więc posadził tyłek z impetem na blacie biurka, aż podskoczyła.
- Wiesz, masz zdecydowanie zbyt zgrabny tyłek, żeby płakać tak wcześnie rano – zażartował Harry, ocierając jej łzy z policzków. Narcyza rozpoznała tę grę. Widziała, jak grali w nią z jego siostrzenicą, kiedy tylko się widzieli. Ona i Lily zaśmiewały się godzinami z ich wygłupów. Postanowiła przyjąć wyzwanie i nachyliła się.
- A kiedy to patrzyłeś na mój tyłek, młody człowieku?
- Łatwiej by było powiedzieć kiedy nie patrzyłem – odpowiedział Harry z charakterystycznym uśmiechem.
- A co powiedziałaby twoja matka, wiedząc, że patrzysz na mój tyłek? – spytała Narcyza, na której twarzy również pojawił się uśmiech.
- Powiedziałaby, że mam świetny gust – Harry nachylił się bardziej.
- Masz ochotę na zaliczenie starszej czarownicy, co? – spytała Narcyza, zmniejszając przestrzeń między nimi.
- Nie mam nic przeciwko – byli już praktycznie nos w nos.
- Jest tylko jeden problem, wielkoludzie – szarpnęła go żartobliwie za ucho, zarzucając jednocześnie przynętę.
- A jest nim? – połknął haczyk Harry.
- Zmieniałam ci pieluchy jako dziecku – zakpiła Narcyza, odpychając jego czoło, pewna zwycięstwa.
- Od tego czasu sporo się tam na dole zmieniło. A poza tym dodaje to całkiem nowego smaczku – Harry uniósł brwi w geście zwycięstwa i poklepał ją po policzku, na którym pojawił się różowy odcień. – Wygrałem.
- Twoja mama ma rację. Jesteś niemożliwy.
- Trudno uwierzyć, że kiedyś był nieśmiały, co? – spytał Remus od drzwi. – Nie powinieneś być teraz w szkole czy coś?
- Jest sporo rzeczy, które powinienem robić, a nie robię.
- To wszystko przez twoją żonę – poskarżyła się Narcyza Remusowi.
- Nie przypominaj mi – odparł. – Co cię tu sprowadza, Szczeniaczku?
- A podrywanie cioci Cissy nie jest wystarczająco dobrym powodem? – spytał Harry, mrugając do kobiety.
- Dobra, starczy. Spadajcie obaj. Mam robotę – Narcyza zrzuciła go z biurka i zagoniła mężczyzn do biura Lupina. Harry cmoknął ją na do widzenia w policzek, a potem zamknęła za nimi drzwi.
- Zgredku!
Pyknęło i jej najbardziej lojalny skrzat domowy zjawił się u jej boku. Pogłaskała go przyjaźnie po głowie.
- Tak, pani Narcyzo? Jak Zgredek może pani służyć?
- Weź ten list do Lily Potter do Hogwartu, proszę.
- Oczywiście, moja pani.
Kolejne pyknięcie i zniknął.
W biurze Lupina atmosfera zrobiła się znacznie poważniejsza.
- Co jest grane, Szczeniaczku?
- Czy stary pierdziel dalej myśli, że ma cię pod kontrolą?
- Tak. Kiedy wróciłem do Anglii po odkryciu Dziennika Riddle'a, wyjawił mi tajemnicę horkruksów. Zapłacił mi, żebym ich szukał i muszę przyznać, że miał dużo lepsze informacje na ich temat niż ja.
- To co jeszcze zostało?
- Jak na pewno wiesz, Longbottom zniszczył dziennik. Orion zajął się naszyjnikiem, Riddle wykorzystał pierścień, żeby odzyskać ciało, a ja zająłem się tym przeklętym wężem. Została czarka Hufflepuff, diadem Ravenclaw i, niestety, sam Longbottom.
- Jak myślisz, od kiedy Dumbledore wie, że chłopak jest jednym z nich?
- Od początku. Nie wie tylko, że ja też do tego doszedłem. Narcyza powiedziała, że jest pewna, że Bellatrix trzymała czarkę w skrytce Lestrange'ów. Wiemy gdzie jest Neville. Pozostaje nam diadem. Jesteś pewien, że jest w skrytce Slytherina?
- Na jego miejscu tam bym go trzymał. Jeśli tam jest, wkrótce po niego pójdą. To jeden z powodów, dla których „wygadałem się", że mam klucz do tej skrytki. Przy odrobinie szczęścia zaprowadzą nas prosto do horkruksa – podsumował Harry ze złośliwym uśmiechem. Remus cieszył się, że jest po jego stronie. Chłopak był bardziej podstępny, niż wszyscy Huncwoci razem wzięci.
- Z pozytywów, właśnie zrekrutowałem dwóch nowych Huncwotów - rzekł Remus. – Moi dawni uczniowie i, uwierz mi na słowo, Huncwoci do głębi duszy. Genialni wynalazcy. Zerknij tylko na niektóre produkty, w które zaopatrują Zakon.
Remus wręczył Harry'emu trzy bardzo długie rolki pergaminu. Harry przejrzał listę, a w jego oczach pojawił się psotny błysk.
- Powiedz mi proszę, że złożyłeś zamówienie.
- Pewnie. I w przeciwieństwie do Dumbledore'a, my im zapłacimy.
- Ci goście jakoś się nazywają, czy ciągle będziemy mówić „oni"?
- Fred i George Weasleyowie.
Ginny patrzyła, jak Hesta wyciąga Malcolma Douglasa z pomieszczenia. Nieważne co mu zrobią, jak dla niej i tak będzie to zbyt łagodna kara. Przez ostatnich kilka lat ten człowiek pomógł Dumbledore'owi i Neville'owi kontrolować każdy aspekt jej życia. Nie mogła się doczekać dawno należnego rewanżu. Popatrzyła na Hestę i bezgłośnie powiedziała „Dziękuję". Jej nowa goblińska przyjaciółka pochyliła z szacunkiem głowę. Potem wskazała na kanapę swojego więźnia. Chyba faktycznie sprawiła, że narobił w gacie.
Z Magicznym Kontraktem niewartym pergaminu, na którym go spisano, Ginny ruszyła ku głównemu wyjściu. Musiała znaleźć Harry'ego. Oczekiwała od niego wyjaśnień w kilku sprawach. Nie wiedziała tylko, czy ma się na niego wściec, że poszedł do Duglasa bez jej wiedzy, czy ma go wycałować za… no, za bycie sobą. Nawet jeśli czasem był nadopiekuńczym dupkiem.
- Popatrz co my tu mamy, George.
- Nasza mała siostrzyczka zwiała ze szkoły.
- Nie wiem czy być…
- … wstrząśniętym czy…
- … dumnym, że daliśmy jej taki dobry przykład.
Ginny zatrzymała się i obróciła ku swoim braciom. Zauważyła, że udało im się wymigać od zabiegów fryzjerskich ich mamy. Ta walka była bezcelowa. Prędzej czy później musieli coś zjeść, a nikt nie robił takiego jedzenia jak ich mama. A wtedy będzie ich miała na widelcu.
- Co tam masz… - zaczął Fred.
- … o, najmniejsza z Weasleyów? – dokończył George, wyciągając rękę, żeby złapać za pergamin, który niosła Ginny. Ta odsunęła go poza ich zasięg, a potem uderzyła obu po głowie.
- Nie wasz cholerny interes. Zechcecie mi powiedzieć, czemu nie jesteście w pracy?
- Wiesz, że naprawdę…
- … wyglądasz jak mama…
- … kiedy w ten sposób…
- … kładziesz ręce na biodrach?
Obaj zanurkowali, by uniknąć klątw wycelowanych w ich głowy, a potem unieśli ręce w geście kapitulacji.
- Poddajemy się! – powiedzieli chórem. Ginny ostrzegawczo wycelowała w nich różdżkę.
- Nie pyskujcie, bo dowiecie się, jakiego zaklęcia chcę na was użyć.
- Chwała Ginny… - zawołali chórem.
- Najsilniejszej… - dodał Fred.
- Najbardziej zabójczej… - uzupełnił George.
- I najstraszniejszej ze wszystkich Weasleyów! – zakończyli, padając na kolana. Poklepała ich obu po głowach.
- Dobrze, moi słudzy, znajcie swoje miejsce – zażartowała Ginny, zakładając ręce na piersi. Patrzyła na nich kilka sekund spode łba, ale w końcu nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Rzuciła się na braci i mocno ich uściskała. George próbował skorzystać z okazji i wyrwać jej pergamin. Jednak Ginny znów usunęła go z jego zasięgu i walnęła brata rolką po głowie. Miała poprawić klątwą, ale wyczuła, ze zaraz stanie się coś złego.
- Czujecie ten paskudny smród? – spytała Ginny, rozglądając się w poszukiwaniu źródła dyskomfortu.
- I znowu się spotkamy, panno Weasley. Pozwolę sobie przypuszczać, że mój pan będzie bardzo zadowolony, gdy mu ciebie dostarczę.
Trzy różdżki wymierzyły w głowę Śmierciożercy. Jego twarz mogło skrywać zaklęcie maskujące, ale cała trójka świetnie znała ten głos. Ginny jako pierwsza zdołała się opanować.
- Jak ci się udało wydostać z Azkabanu, Malfoy?
- Cóż, chyba już tego nie potrzebuję – stwierdził Malfoy. Machnął różdżką i pojawiła się jego prawdziwa twarz. Azkaban mu nie posłużył. Stracił wiele ze swojej męskiej urody, a jego lewy policzek przecinała długa blizna. – Od razu lepiej. Jak już mówiłem, zaskarbię sobie łaski mojego pana, kiedy złożę cię u jego stóp. Idź ze mną grzecznie, to obiecuję, że twoim bracia umrą szybko i bezboleśnie.
Lucjusz kpił z nich, podczas gdy coraz więcej Śmierciożerców otaczało cała trójkę. Ginny popatrzyła na niego z wściekłością. Nie zamierzała wydawać braci tym skurwielom, a już na pewno nie planowała oddać się w jego łapy.
- Powiem ci to samo, co powiedziałam tej suce Lestrange – odpowiedziała słodkim głosem. – PIERDOL SIĘ, CIPO! – wrzasnęła i cisnęła w niego swoim najpotężniejszym upiorogackiem.
Malfoy pociągnął jednego z nowych rekrutów i zasłonił się jego ciałem. Wrzaski mężczyzny przyciągnęły uwagę wszystkich zgromadzonych w Gringotcie. Śmierciożercy wyciągnęli różdżki i stanęli plecami do siebie w pozycji obronnej. Bliźniakom tylko tego było trzeba. Fred rzucił proszek natychmiastowej ciemności, a George rozrzucił trzy detonatory wabikowe. Z braćmi u boku Ginny prowadziła ucieczkę.
Klątwy latały na wszystkie strony, a przez drzwi wchodziło coraz więcej Śmierciożerców. Fred otworzył drzwi od pustego biura i cała trójka wskoczyła do środka, a George rzucił na drzwi zaklęcie zamykające.
- Jestem w tym kiepski. Potrzebujemy Billa, bo to zaklęcie długo nie wytrzyma – zapowiedział.
- Chyba będziemy się tu musieli bronić.
- Albo wezwiemy pomoc, jełopy!
Ginny machnęła różdżką i pomyślała o kuchni i najlepszym pocałunku jej życia.
- Expecto Patronum! – w pełni cielesny patronus wyszedł z jej różdżki. – Śmierciożercy nas przygwoździli. Wyroili się w Gringotcie. Natychmiast zabieraj tu swoją seksowną dupę!
Patronus przebiegł przez ścianę ku swojemu celowi.
- Po pierwsze, kogo właśnie wezwałaś?
- Po drugie, skąd wiesz…
- … że ma seksowną dupę?
- Po trzecie, kiedy…
- … zmienił się twój patronus?
- Życie to ciągła zmiana – odpowiedziała jedynie Ginny. Miała nadzieję, że wiadomość dotrze do niego na czas, bo naprawdę chciała pożyć na tyle długo, żeby go ponownie pocałować.
Słowniczek:
Jaguar Burzowy – ang. Tempest Jaguar. „Tempest" to literacki termin oznaczający burzę albo nawałnicę. Sztuka Szekspira „The Tempest" ma polski tytuł „Burza".
Ruja – występujący u niektórych gatunków ssaków okres płodności powiązany ze znacznie wzmożonym popędem seksualnym. Koty domowe mają ją na wiosnę, stąd określenie „marcowe koty" i to przeraźliwe miałczenie w marcu/kwietniu.
W następnym rozdziale:
- zaczyna się Bitwa o Ulicę Pokątną
