Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.

Dzięki wszystkim za masę komentarzy. Ta historia jest już najczęściej komentowanym moim tłumaczeniem, a nie doszliśmy nawet do 1/4. Przepraszam też za tak długą przerwę. Niestety nie mogę Wam obiecać, że kolejne rozdziały będą szybciej (choć nie wykluczam:). Pamiętajcie, że osoby zarejestrowane w serwisie mogą dopisać się do alertów e-mailowych, dzięki którym najpóźniej w ciągu 30 min. (a z reguły paru sekund) otrzymacie na maile info o nowym rozdziale.


Rozdział 12

Augustus Rookwood od razu wiedział gdzie jest diadem. Nie marnował czasu na gapienie się na masę przedmiotów zgromadzonych w skrytce jego pana. Jego ludzie robili to za niego. Idioci. Przez lata Voldemort zebrał pokaźną kolekcję mrocznych artefaktów. W trakcie swoich podróży dotarł do najdalszych zakątków świata i było to widać.

Trudno było zwalczyć pokusę schowania czegoś do kieszeni, ale Rookwood wiedział, że nie może sobie na to pozwolić. Jego pan zabiłby powoli każdego, kto poważyłby się coś mu ukraść. Widział go w akcji zbyt wiele razy, by zrobić coś tak idiotycznego. A jeśli ktoś z jego ludzi był takim głupcem, by spróbować… no cóż, ciekawe ile będzie w stanie wytrzymać. Przebaczenie nie było słowem, które przychodziło do głowy na myśl o jego panu.

Właśnie dlatego pomaszerował prosto ku miejscu ukrycia najcenniejszej własności jego pana, ignorując wszystko wokół. Nie chciał, by jego uwagę odciągało coś, za co mogła go spotkać bolesna egzekucja. Jeśli by się rozejrzał, mógłby zobaczyć, że obserwują ich dwa skrzaty domowe. Jeden odziany był w garnitur, drugi w suknię wieczorową, na obu naszyto herb Rodu Potterów.

Duncan i jego życiowa partnerka Vonda patrzyli w milczeniu jak butolizy, jak lubił ich nazywać pan Harry, przeszukiwali skrytkę. Powstrzymywali swój gniew na to złodziejskie nasienie, bo ich obecność była złem koniecznym. Pan Harry określił jasno co mają zrobić.

Vonda powoli ujęła swojego partnera za rękę. Uśmiechnęła się lekko. Każde dotknięcie go powodowało u niej dreszcze na całym ciele. Duncan nieco się rozchmurzył, czując jej dotyk, choć nie spuszczał wzroku z celu.

Przez pięć pokoleń był osobistym skrzatem Lorda Pottera, tak jak Vonda dla Lady Potter. Wyszkolono ich inaczej niż inne skrzaty domowe. Znali świetnie wszystkie aspekty czarodziejskiej etykiety i socjety, lepiej nawet niż wielu członków Wizengamotu.

Większość czarodziejskich arystokratów nie zwracało uwagi na skrzaty domowe, chyba że czegoś potrzebowali. Lord Alexander Potter często wykorzystywał to podczas uroczystych kolacji i dzięki temu zgromadził większość swojego bogactwa. Wiele tajemnic ujrzało światło dzienne dzięki rozluźnionych po dobrym winie arystokratach, którzy powinni zwracać baczniejszą uwagę na usługujące im istoty. Duncan z zadowoleniem przyjął, że pan Charlus zakazał im kontynuowania tych praktyk. Czuł się wtedy bardzo nietaktowny.

- Ogrzewałeś moje łoże przeszło stulecie, moja miłości – Vonda mówiła cicho, ale spokojnie. Duncan uścisnął jej dłoń delikatnie, na znak, że usłyszał. Wiedział, że ta rozmowa nadchodzi i postanowił pozwolić jej powiedzieć wszystko co chciała. – W tym czasie widziałam, jak służysz i opiekujesz się pięcioma pokoleniami Potterów. Widziałam, jak uśmiechasz się nad nowo narodzonymi, martwisz się dokonywanymi przez nich wyborami, uspokajasz ich, gdy szykowali się do związania z partnerami życiowymi i płaczesz nad ich grobami. Powiedz mi, dlaczego uważasz, że teraz musisz za nich umrzeć?

- Pan Harry mnie o to nie prosił. To mój wybór. On nic o tym nie wie.

- Nie zaaprobowałby tego.

- Wiem to, moja miłości. Ci skurwiele odebrali panu Charlusowi jego życie, a panu Jamesowi zaszczyt dzielenia ciepłego łoża z jego partnerką i obserwowania dorastania jego potomka. Przez szesnaście lat słyszeliśmy, jak jego portret łka nad tą stratą.

Vonda pochyliła głowę zawstydzona. Przywykła już do tego. Wypchnęła to ze świadomości, tak jak robi się to ze skrzypieniem luźnej klepki w parkiecie. Jednak dla jej partnera było to za każdym razem jak sztylet wbity w serce. Nie potrafiła zliczyć ile bezsennych nocy spędził rozmawiając z portretem Jamesa Pottera. Nigdy nie pytała o czym rozmawiają. To była ich prywatna sprawa i z szacunku powstrzymywała się od wścibstwa.

- Nie zamierzam uwalniać się od obowiązku ogrzewania łoża mojej życiowej partnerce. Proszę zrozum, że to coś, z czego nie chcę i nie mogę zrezygnować. Robię to tak dla pana Harry'ego, jak dla pana Jamesa.

- Nie jestem idiotką, Duncanie! Robisz to też dla siebie. Znam cię lepiej, niż ty sam się znasz, moja miłości. Obiecaj mi tylko… że do mnie wrócisz.

- Od przeszło stulecia moje serce jest twoją własnością. Jak mógłbym nie wrócić?

- Dobra odpowiedź.

Rookwood znalazł diadem dokładnie tam, gdzie wskazał mu Voldemort. Został ukryty w starym zegarze wahadłowym. Wiedział, że każdy, kto go dotknie, zginie. Rzucił niewerbalne zaklęcie przywołujące, oczekując, że drzwi się rozpadną, a diadem wleci mu prosto w ręce. Nic się jednak nie wydarzyło. Ponownie rzucił zaklęcie, znów na próżno. Zaczęła go ogarniać frustracja, ale ujrzał stojącą w pobliżu zbroję.

- Ty tam! Otwórz drzwiczki! – polecił zbroi, rzucając zaklęcie, mające ją zmusić do posłuszeństwa. Nic. Potem Augustus rzucił prosty czar, tylko po to, by upewnić się, że magia w ogóle działa w tym pomieszczeniu. Nie zdziwiłby się, gdyby jego pan go testował. A może to kolejna niespodzianka pozostawiona przez bachora Potterów.

Tym razem podziałało. Zauważył, że jego ludzie rozglądają się niespokojnie. Coś było nie tak z tą skrytką. Czuł to instynktownie. Nagle włosy na jego karku się najeżyły. Natychmiast pożałował, że wyznaczono go do pójścia po ten cholerny diadem, a nie po ciało Jamesa Pottera.

Duncan przyłożył palec do skroni i wyciągnął wspomnienie tego, czego właśnie był świadkiem. Srebrna nić zwisła z czubka jego palca. Przyzwał małą fiolkę i złożył w niej wspomnienie.

- Weź to do Lady Potter – powiedział, wręczając szkło swojej partnerce życia. Ujęła ją drżącymi rękami. Wiedziała, że to może być ostatni raz, gdy dotyka swojego partnera.

- Pamiętaj co powiedziałam, moja miłości – wymknęło się z jej ust, nim ich wargi się zetknęły. Nie zauważył łez spływających jej po twarzy, gdy zniknęła z pyknięciem. Duncan zebrał się w sobie i obrócił się ku wrogom swojego pana. Skrzat domowy pstryknął palcami i iluzja skrytki zniknęła, ujawniając puste pomieszczenie ze ścianami z luster.


Lily właśnie skończyła czytać list, który dostarczył jej Zgredek. Miała przerwę między lekcjami, ale postanowiła zaszyć się w biurze, zamiast iść do pokoju nauczycielskiego. Powiedziała Zgredkowi, żeby od tej pory dostarczał wiadomości od swojej pani prosto do biura. Przestraszył kilkoro jej pierwszaków, gdy pojawił się tak znikąd na lekcji. Chociaż z drugiej strony dało jej to świetny pretekst, żeby opowiedzieć dzieciakom o skrzatach domowych i podkreślić, że powinny one być traktowane przyjaźnie i z szacunkiem.

Ona i reszta Huncwotów odkryli, że skrzaty domowe są znacznie szybszymi i godnymi zaufania posłańcami. Nie byłoby jednak dobrze, gdyby Zgredek pojawił się w czasie jej lekcji z siódmym rokiem. Miała ją zacząć za pięć minut i na pewno będzie na niej Draco. Nie była pewna, czy rozpoznałby Zgredka, ale wolała nie ryzykować. Przez wiele lat ona i Narcyza trzymały swoją przyjaźń w sekrecie. Gdyby teraz ją odkryto, Cissy znalazłaby się w niepotrzebnym niebezpieczeństwie.

Czy jej się to podobało czy nie, Draco grał póki co dla przeciwnej drużyny. Pomyślała o prośbie swojej przyjaciółki. Nie była pewna, czy będzie w stanie ją spełnić. Pochodziła z rodziny mugoli i było to w tej sprawie sporym utrudnieniem. Pamiętała jak Harry i Draco bawili się ze sobą, kiedy Narcyzie udawało się wymknąć z wizytą. Był wtedy takim kochanym chłopcem, zanim Lucjusz go zepsuł. Wszystko co do tej pory o nim słyszała sugerowało, że to przypadek beznadziejny. Mimo to zamierzała spróbować.

Lily zamyśliła się tak głęboko, że nie usłyszała, jak Vonda pojawia się w jej biurze. Uniosła wzrok dopiero, gdy poczuła delikatne dotknięcie na ramieniu. Jej osobista skrzatka trzymała w ręku małą fiolkę zawierającą srebrny płyn. Wręczyła go swojej pani.

- Już? – spytała Lily, domyślając się co może być w środku. Dopiero wtedy zobaczyła, że policzki Vondy znaczą ślady łez.

- Co się stało?

Kiedy skrzatka nie odpowiedziała, Lily domyśliła się, że Duncan musiał nakazać jej milczenie.

- Jako twoja pani nakazuję ci powiedzieć mi o tym co się wydarzyło lub ma zaraz wydarzyć.

Vondę szkolono w panowaniu nad emocjami na oczach ludzi i robiła tak przeszło stulecie. Tego dnia tradycja została złamana. Zdołała wydobyć z siebie tylko „Dziękuję, moja pani" i zalała się łzami, rzucając na swoją panią. Lily przytuliła Vondę, a skrzatka łkała w jej pierś. Potem powiedziała Lily o planie Duncana.


- Szczeniaczku, masz tę minę – powiedział Lupin, unosząc brew.

- A jaka to mina? – spytał Harry z miną, którą uważał za nieprzeniknioną.

- Tę samą, którą miał twój ojciec, kiedy miał sprzeczne uczucia. No, gadaj – nacisnął Remus. Wiedział, że to tylko kwestia czasu i Harry nie wytrzyma milczenia.

- Dobra! Wiesz, to naprawdę wkurzające, że potrafisz przejrzeć moją najlepszą twarz pokerzysty. Jak ty to w ogóle robisz? Z reguły potrafię naściemniać mamie, Łapie, nawet Nimfie, ale ty nigdy się nie dajesz.

- Znałem twojego tatę odkąd byliśmy w stanie wysikać nasze imiona na śniegu. Czy ci się to podoba czy nie, masz jego mimikę. A co do twojej mamy, powiedzmy, że najczęściej pozwala ci myśleć, że jesteś taki cwany.

- O SZLAG! To ile ona właściwie wie?

- To sprawa między wami. Musisz ją zapytać.

- Nie dzięki. Jeszcze nie ochłonąłem po rozmowie o „ptaszkach i pszczółkach", którą z nią ostatnio miałem.

- Może powinna o tym z tobą pogadać zanim mój kuzyn zaciągnął cię do Kolonii Sukkubów, żebyś mógł sobie poużywać? – zażartowała Narcyza, wchodząc do pokoju z tacą, na której leżały filiżanki z herbatą dla całej trójki.

- Dlaczego wszystkim się wydaje, że pojechaliśmy tam, żeby pieprzyć wszystko co się rusza? Uwaga! Tam szalał 25-metrowy bazyliszek! Wezwały nas na pomoc, ale wszyscy jakoś zdają się o tym zapominać. Z tego co pamiętam uratowałem jedną z ich młodych przed zostaniem śniadaniem tego stwora – bronił się Harry. Naprawdę irytowało go, że wszyscy uważali, że był tam tylko po to, żeby sobie zaliczyć.

- Z tego co słyszałam, jej matka była bardzo wdzięczna, podobnie jak jej dwie siostry. Tak z czystej ciekawości: ile razy ci podziękowały? – spytała rozbawiona Narcyza. Harry zbladł.

- Wiesz o tym?

Skinęła głową. A jeśli ona wiedziała, to pewnie powiedziała jej o tym jego mama. I jak on niby miał teraz spojrzeć matce w oczy?

- Tak jak ci powiedziałem, Szczeniaczku, Lily pozwala ci myśleć, że jesteś taki cwany.

- Rozmawiała z matką tego dziecka. Była bardzo dumna z tego, co dla nich zrobiłeś i bardzo wkurzona tym, na jakie niebezpieczeństwo się przy tym naraziłeś. A co do reszty… niech ona ci powie – powiedziała Narcyza, kładąc mu uspokajająco dłoń na ramieniu. Po chwili wyszła z biura. Harry cieszył się, że nie jadł śniadania, bo udekorowałby nim biuro Remusa.

- To co cię dręczy, Szczeniaczku? – spytał Remus, chcąc zmienić temat. Harry spojrzał na niego z wdzięcznością.

- Miałem dzisiaj bardzo ciekawą rozmowę z Madam Bones.

- Rozumiem.

- Byłeś w Departamencie Tajemnic, kiedy poszedł tam Longbottom?

- Byłem – odparł ostrożnie Remus. Harry wyglądał jak pies, który znalazł wielką kość. Lily i jego żona kazały mu przysiąc, że nie wyjawi Harry'emu tożsamości dziewczyny, którą wspólnie z Tonks uratowali. Z drugiej strony powody ukrywania tej tożsamości były już nieaktualne i starszy mężczyzna uważał, że Harry ma prawo wiedzieć. Dał jednak słowo, więc musiał go dotrzymać.

- Czy ta suka Lestrange wzięła tamtej nocy do niewoli Ginny Weasley?

Harry wiedział, że dzięki wilczej części umysłu Lunatykowi nie da się wymazać pamięci.

- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, Szczeniaczku – odparł z żalem Remus, przymykając oczy i potrząsając głową. Nienawidził takich sytuacji.

- Dzięki, to wszystko co chciałem wiedzieć – Harry uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że gdyby się pomylił, Lunatyk powiedziałby po prostu „nie".

Duzy, srebrnobiały patronus wpadł do biura i zatrzymał się dokładnie przed Harrym. Wszystkie wątpliwości rozwiały się, gdy spojrzała na idealną kopię jego formy animagicznej, która właśnie przed nim stała. Zaskoczyła go fala szczęścia, która go zalała. Znalazłem ją! Kiedy jednak usłyszał wiadomość Ginny, poczuł jakby sztylet przenikał jego serce.

- WEZWIJ WSZYSTKICH DOSTĘPNYCH HUNCWOTÓW DO GRINGOTTA! – wrzasnął Harry, zrywając się na nogi. Aktywował swój sygnet, który służył również za świstoklik.

- Czekaj, Szczeniaczku! Nie wiemy jak tam jest sytuacja!

Za późno. Harry już zniknął.


Ginny wiedziała, że nie może jedynie czekać, aż Harry do niej dotrze. Słyszała Śmierciożerców po drugiej stronie drzwi i wiedziała, że to tylko kwestia czasu nim przebiją się przez pozostawione przez George'a zaklęcie.

Tonks często jej powtarzała, że w walce musi koncentrować się na swoich atutach. Nauczyła Ginny nieco walki wręcz i kilku świetnych zaklęć, których rzucenie nie wymagało zbyt wiele magicznej energii. Czuła, że dziś mocno nadwyręży swój magiczny rdzeń. Nie chciała, żeby zabrakło jej sił w niewłaściwej chwili.

Fred i George patrzyli na nią, jakby oczekiwali odpowiedzi na swoje pytania. Na razie jednak się nie doczekają, bo to było ostatnie z ich zmartwień. Potrzebowali planu i potrzebowali go już. Jedno z nich musiało przejąć dowodzenie. Skoro jej bracia się nie kwapili, należało to do niej.

- No dobra! Pokażcie co macie w kieszeniach, chłopcy. Muszę wiedzieć co mamy do dyspozycji – powiedziała Ginny, przejmując dowodzenie. Każda historia opowiadana jej przez Tonks stanęła jej przed oczami.

- Ej! A kto…

- … wybrał cię na dowódcę?

- Wy dwaj, skoro stoicie tu z różdżkami w kieszeniach. Nie mamy czasu na zawody w sikaniu do celu. Uwierzcie mi chłopcy, nie macie ze mną szans – Ginny podkreśliła swoje stwierdzenie, celując różdżką w ich głowy, a jej bracia przełknęli ślinę. Ginny uznała to za zgodę na jej przywództwo. Skoro mieli to już z głowy, skupiła się na tym, co mają do zrobienia.

- Dobrze, to teraz pokażcie co macie w kieszeniach i zobaczymy co mamy do dyspozycji.

Dopiero wtedy Ginny zorientowała się, że wciąż ma na sobie szatę Harry'ego. Wiedziała z doświadczenia jak wygląda skóra bazyliszka i była niemal pewna, że odbije większość zaklęć. Nie żeby chciała to w najbliższym czasie przetestować. Harry był tego dnia pełen niespodzianek i miała nadzieję, że jego szata też taka będzie. Sięgnęła do bocznych kieszeni i odkryła, że są puste. Jęknęła zawiedziona, ale przypomniała sobie, jak poprzedniego wieczoru zniknął motocykl schowany w wewnętrznej warstwie tego ubioru.

Dotknęła podszewki. Była lodowato zimna i marszczyła się jak powierzchnia wody. W myślach poprosiła o coś dobrego i zanurzyła dłoń w nieznane. Fred i George zamarli i parzyli na siostrę, która włożyła rękę aż po łokieć w podszewkę. Z zewnątrz szata wyglądała, jakby nikt jej nie dotykał. George aż dotknął jej od zewnątrz, żeby się upewnić.

- Super! – powiedzieli jednocześnie bliźniacy.

Dla Ginny było to co najmniej dziwne uczucie. Przy pierwszym dotyku czuła lodowate zimno, ale teraz jedynie lekki chłód. Jej ramię mrowiło, a włoski na rękach jej się zjeżyły. Na początku myślała, że nic się nie stanie, ale potem poczuła w dłoni coś chłodnego, okrągłego i metalicznego. Wyciągnęła dłoń i ujrzała srebrną kulę z czerwonym guzikiem i wyrytą na boku błyskawicą.

- Co to jest…

- … do cholery?

- Granat elektryczny – odparła Ginny.

- A skąd wiesz? – spytał George.

- Pojęcia nie mam. Po prostu wiem. A co wy macie?

W sumie naliczyli siedem saszetek proszku natychmiastowych ciemności, pięć detonatorów wabikowych, dwie bomby z przenośnym bagnem i pudełko różnych skurczonych zabaweczek, jak określił to George.

- Czy bagno wypełni całe pomieszczenie? – spytała Ginny, układając sobie w głowie plan. Fred uniósł potwierdzająco kciuk w górę. Ginny poleciła im odsunąć kilka biurek pod najdalszą ścianę i wejść na nie. Zrobili to, a uderzenia w drzwi stały się coraz głośniejsze. Kończył im się czas. Jak tylko znaleźli się bezpiecznie na biurkach, Ginny zakameleonowała swoich braci, a potem siebie. Fredowi i George'owi opadły szczęki, gdy zorientowali się, ze ich skóra przybrała kolor otoczenia. Ich mała siostrzyczka pokazała niespodziewane zdolności.

- Zanim spytacie, nie, nie nauczę was tego zaklęcia. Nie chcę, żebyście się zainstalowali w szatni Harpii. Fred, odpal przenośne bagna, gdy tylko wejdą do środka.

Ginny co prawda ich nie widziała, ale była pewna, że obaj wyglądają na zawiedzionych.

Jak na komendę drzwi zostały wyważone i biuro wypełniło się Śmierciożercami. Było ich w sumie dziesięciu, niestety bez Malfoya. Gdy tylko zaczęli się rozglądać, Fred odpalił przenośne bagno. Wkrótce sługusy Voldemorta zapadły się po kolana w błotnistej, bagiennej wodzie. Ginny skorzystała z tego i wrzuciła granat elektryczny do wody. Głupcy nie mieli pojęcia co się zaraz wydarzy.

Dziesięć sekund później przez wodę przebiegł prąd o ogromnym natężeniu. Normalnie tylko jeden lub dwóch zostałoby trafionych, ale dzięki wodzie wszyscy znaleźli się w polu rażenia. Dziesięciu Śmierciożerców smażonych żywcem zaczęło się panicznie wydzierać. Bagno cuchnęło już wcześniej, ale smród pieczonych Śmierciożerców był dziesięciokrotnie gorszy.

Ginny zrzuciła zaklęcie kameleona z siebie i swoich braci. Potem transmutowała pobliskie krzesło w miotłę i wyleciała z pomieszczenia. Nie zamierzała ryzykować, jeśli woda wciąż była naładowana elektrycznością.

- Fred, staruszku, ktoś tu stał się postacią spod znaku płaszcza i szpady – powiedział Goerge, transmutując miotłę dla siebie i dosiadając jej.

- George, towarzyszu. Myślę, że masz rację. Gin-Gin zrobiła się nagle bardzo interesująca – dodał Fred, również wsiadając na miotłę. Obiecali sobie w milczeniu, że odkryją wszystkie sekrety swojej siostry.


Rookwood nie był pewien co zaskoczyło go bardziej. To, że cała zawartość skrytki była iluzją czy to, że ani przez moment niczego nie podejrzewał. Niemniej zdumiało go, że elegancko ubrany skrzat, który stał przed nimi, był najwyraźniej rzeczywisty. A jeszcze ten arogancki kurdupel miał czelność gapić mu się w oczy, jakby był mu równy!

- Lord Potter pragnie pogratulować wam przedostania się przez jego osłony. Chce również, bym podziękował wam w jego imieniu za doprowadzenie go do horkruksa. To mocno przyspieszy sprawę – rzekł Duncan najbardziej oschłym i formalnym tonem, na jaki go było stać.

- Jak śmiesz do mnie mówić, ty szczurze? – wysyczał Augustus w stronę skrzata. Jego grupa okrążała małe stworzenie. Duncan nie okazał, by go to w jakimkolwiek stopniu martwiło. To był moment, w którym zamierzał odejść od planu nakreślonego przez pana Harry'ego. Pan Harry nie polecił mu, że ma zrealizować ten plan co do joty, więc Duncan nie widział problemu w drobnych zmianach. A przynajmniej tak sobie to racjonalizował.

Początkowo miał tylko wręczyć im pudełko i zniknąć. Wiadomość od jego pana znajdowała się w środku, a prezent zadbałby o resztę. Duncan czuł jednak, że wymaga to pewnych osobistych akcentów. Zbyt długo czekał, by powiedzieć coś takiego do tych czarodziejskich szkodników.

Strzelił palcami i przywołał mały stolik, na którym spoczywały okulary do czytania i czarka, a obok nich leżał kawałek pergaminu.

- Jeśli zechcecie panowie pogodzić się z ekscentrycznością mojego pana jeszcze na kilka sekund. Dał mi dokładne instrukcje, jak należy to zrobić – skłamał stary skrzat. Nałożył okulary i przełknął duży łyk z czarki. Nikt nie zwrócił uwagi, że płyn był zielony. Potem uniósł pergamin i odchrząknął. Dopiero wtedy zwrócił się do Śmierciożerców.

- Mój pan pragnie, żebym odczytał wam te słowa. Ekhm… Róże są czerwone, a fiołki nie. Wy w dupę jebane, gwałcące dzieci, małpie odchody zabiliście mi ojca, więc… PIERDOLCIE SIĘ!

Śmierciożercy patrzyli w szoku. Nigdy nie widzieli skrzata, który ośmieliłby się tak odzywać do czarodziejów. Duncan skorzystał z okazji, żeby aktywować prezent od Harry'ego. Pudełko zaczęło grać dziecięcą melodyjkę i wszyscy Śmierciożercy wydawali się być tym zafascynowani. Duncan nie chciał zamykać oczu. Pragną widzieć ich twarze, gdy przyjdzie po nich śmierć. Potem wieko pudełka odskoczyło, ale nie wypadł z niego klaun, tylko oko bazyliszka. Zawirowało w powietrzu, lewitując kilka chwil. Jego mordercze spojrzenie odbijało się od lustrzanych ścian, więc nikt nie umknął jego zabójczemu pięknu.

Augustus Rookwood gapił się na idealnie zachowane oko potwora, którego kiedyś wypuścili na wolność. Co za ironia. Padł jak pierwszy. Trzej inni zobaczyli je bezpośrednio, a lustrzane ściany zajęły się pozostałymi pięcioma.

- Pełne zwycięstwo – rzekł Duncan. Podszedł spokojnie do oka i parzył, jak żółć zmienia się w szarość. Jego zabójcza moc zniknęła na zawsze. Szkoda, że można go było użyć tylko raz. Byłoby wartościową bronią przeciw ich wrogom. Wiedział, że jego partnerka będzie bardzo szczęśliwa, że ulepszony eliksir z mandragor opracowany przez Lady Lily i pana Slughorna zadziałał. Stanął nad ciałem Augustusa Rookwooda i uśmiechnął się.

- Pozdrowienia od pana Jamesa – zadrwił, kopiąc zwłoki. Potem spojrzał na spetryfikowanych. Uśmiech zniknął, a w jego oczach pojawiło się okrucieństwo, o które mało kto podejrzewałby kogoś jego rasy. Machnął ręką i petryfikowani rozpadli się w pył.

- A to od pana Charlusa.


W następnym rozdziale:
- bitwa się rozkręca
- jakie potwory atakują Ulicę Pokątną?
- Hesta staje do walki u boku Weasleyów