Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 13

Ginny wiedziała, że wkrótce będą musieli porzucić miotły. Nie potrafiła sobie wyobrazić jakim cudem pierwsi czarodzieje i czarownice latali na takich zwykłych miotłach. Poruszały się z prędkością ślimaków, miały gównianą manewrowość, a pozostawanie półtora metra nad ziemią wyczerpywało jej rezerwy magiczne w błyskawicznym tempie. Trzeba jednak przyznać, że spełniły swoje zadanie. Udało im się wymknąć bezpiecznie z pomieszczenia, przy okazji zdejmując dziesięciu skurwieli. I co ty na to, Dumbledore?

- Wypasiona sztuczka, Gin-Gin – powiedział George, gdy Ginny wylądowała koło niego.

- Tak, gdzie się jej nauczyłaś? – zawtórował Fred, lądując z jej drugiej strony.

- Jak się terminuje u McGonagall to się podłapuje kilka sztuczek. W końcu to Mistrzyni Transmutacji – odpowiedziała im Ginny, wyglądając za róg. Widząc, że jest bezpiecznie, ruszyła korytarzem z braćmi u boku. Może i słuchali jej rozkazów, ale i tak zachowywali się nadopiekuńczo. Byli słodcy… wkurzający, ale słodcy.

- Chyba powinniśmy ruszyć do głównego wyjścia.

- Nam pasuje – odpowiedzieli chórem bliźniacy.

- Miejcie proszek ciemności w gotowości. Nie wiemy ilu tych skurwieli się tam czai. Najlepiej będzie w miarę możliwości unikać walki.

- A od kiedy Ginny Weasley…

- … ucieka przed walką?

- Nie powinniście zadawać pytań, na które nie chcecie znać odpowiedzi – odparła z goryczą. Natychmiast zrozumieli, że odnosi się do jej pojmania przez Lestrange. Malfoy wspomniał, że chce ją podarować Voldemortowi.

George spojrzał na brata ponad głową Ginny. Fred skinął głową. Czegokolwiek tamci chcieli od jej siostry, bliźniacy zginą, nim pozwolą, by coś jej się stało. Cała trójka szła długim korytarzem. Ginny cieszyła się, że nie próbują z niej wyciągnąć więcej informacji na ten temat. Tej rozmowy pragnęła uniknąć za wszelką cenę.


Tonks pojawiła się na Ulicy Pokątnej jako pierwsza z aurorów. Otrzymała rozkaz sprawdzenia zgłoszeń. Sądząc po ilości patronusów napływających do Ministerstwa, najprawdopodobniej Śmierciożercy demolowali sklepy w ramach demonstracji siły albo w odpowiedzi na działania jej kuzyna poprzedniego dnia.

W przeszłości Śmierciożercy z reguły wynosili się za pomocą świstoklików lub teleportacji gdy tylko na miejsce przybyli aurorzy. Oczekiwała, że zaraz będzie po wszystkim. Jednak kiedy zjawiła się na miejscu, zorientowała się, że tym razem nic z tego. Ktoś ustawił osłony antydeportacyjne. Kończyły się tuż za głównym wyjściem. Ludzie pędzili masowo ku Dziurawemu Kotłowi. Matki przyciskały dzieci do piersi i uciekały w panice. Niektórzy padali na ziemię i byli tratowani. Z braku lepszego słowa należy to określić jako masową histerię.

Tonks wiedziała, że nie ma opcji, żeby ona i inni aurorzy dostali się na Ulicę Pokątną tą drogą. Na szczęście była jeszcze inna. Drugie wejście, z którego korzystali, pozwoliło im wyjść w okolicy Esów-Floresów. Ujrzeli scenę rodem z kiepskiego mugolskiego filmu klasy B. Trolle ściekowe wyłaziły z ogromnej dziury na środku ulicy. Kroczyły drogą i atakowały wszystko co się rusza. Z dachów spadały gargulce, które pikowały ku ziemi, żeby chwycić ofiary w szpony. Na schodach do Gringotta czyhał pluton orków, gotowy zabić każdego kto spróbuje wejść do banku lub go opuścić. Na niebie wisiał Mroczny Znak.

Tonks instynktownie cisnęła klątwą w gargulca. Trafiony mroczny stwór wypuścił swój niedoszły posiłek i umknął na dach budynku. Mały chłopiec spadł z przeszło trzech metrów. Tonks popędziła do niego, a jeden z aurorów delikatnie opuścił go zaklęciem lewitacji.

Ich wejście nie pozostało niezauważone. Zaszarżowała na nich grupa orków. Stwory machały wielkimi toporami, zbroczonymi już krwią. Ich ciał niemal nie przykrywała zbroja, zresztą jej nie potrzebowały. Ich skóra była odporna na większość zaklęć, podobnie jak w przypadku olbrzymów.

Auror Hodiester dowiedział się tego w bardzo nieprzyjemny sposób. Zaszarżował na wroga bez wahania, wypalając klątwę za klątwą, te jednak nie dawały wiele efektu. Został trafiony toporem i na oczach Tonks jego ciało przeleciało kilka metrów w powietrzu. Górna połowa jego ciała, odrąbana od biodra po bark, wpadła przez czyjeś okno na drugim piętrze. Dolna połowa wylądowała sześć metrów od nich. Biedny dzieciak natychmiast zwymiotował.

- No dobrze, wy brzydkie sukinsyny! Zatańczymy! – wrzasnęła Tonks, zasłaniając chłopca własnym ciałem.


Świstoklik powinien zabrać Harry'ego prosto do jego skrytki. Jednak jakaś nieznana siła odrzuciła go i skończył na środku Ulicy Pokątnej. To mogło oznaczać tylko jedno. Gringott został zamknięty, a Ginny utknęła w środku z butolizami Tyłkogłowego. Wypełnił go strach, panika i lodowata wściekłość. Dopiero co zrozumiał kim ona jest. Zupełnie jak w Dworze Lestrange'ów. Tylko tym razem ona nie była jakąś nieznajomą.

To była dziewczyna, o której nieustannie myślał przez ostatni rok. Przez ten krótki czas, gdy byli razem, otworzyła jego oczy na tak wiele spraw. Choć mama poleciła mu pozostawać cały czas pod postacią pantery, rozumiał wszystko co dziewczyna do niego mówiła. Czasami mówiła godzinami, a on uważnie słuchał każdego słowa. Czasami jej słowa były lekkie i zabawne, jak wtedy kiedy opisywała swoją rodzinę i interakcje między nimi. Czasami jednak były mroczne i pełne bólu. Starał się ją wtedy pocieszać jak tylko potrafił. Jako pantera miał dość ograniczone możliwości, jednak ona często zasypiała przytulona do niego, gdy już się wypłakała, nie żeby miał coś przeciw. Każdego dnia stawał się wobec niej coraz bardziej opiekuńczy. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało.

A to była Ginny. Ginny była nią. Wszystko mu się mieszało. Pociągała go od chwili, kiedy przyłapał ją na spoglądaniu na niego na uczcie. A jeszcze bardziej po wspólnym spacerze do Wieży Gryffindora. A jednak gdzieś z tyłu głowy czuł, że zdradza dziewczynę, którą uratował, co było szaleństwem, bo był z nią tylko tydzień. Kurczę, ona nawet nie zdawała sobie sprawy, że był człowiekiem. Co nie miało już znaczenia, skoro ona była Ginny… Ginny była nią.

- Szlag, w ten sposób skończę w wariatkowie!

Weź się w garść i skup, Potter! Ona jest tam… ty jesteś tutaj! A teraz rozgnieć te pierdolone robale i odzyskaj ją!

Harry otrząsnął się i popatrzył na to, co oddziela go od Ginny. Sześć albo siedem trolli ściekowych rozbijało wystawy sklepowe i atakowało czarownice, które usiłowały ochronić swoje dzieci. Za nimi jakieś trzydzieści orków strzegło wejścia do Gringotta. Biorąc pod uwagę, że były śmiertelnymi wrogami goblinów, bez wątpienia miały za zadanie wyczyścić teren. Gargulce rzucały z góry głazy na wszystko co się rusza lub pikowały z dachów, by złapać sobie obiad. A w środku tego wszystkiego dostrzegł Tonks. Jako jedyna z aurorów stała jeszcze na nogach i usiłowała walczyć z paskudnym orkiem, choć do jej nogi przykleił się mały chłopiec.

- Duncan! – wrzasnął Harry. Skrzat nie pojawił się, jak to zawsze robił, więc młody mężczyzna krzyknął ponownie. Tym razem usłyszał głos w swojej głowie.

- Tak, panie?

- Gdzie jesteś?

- Jestem zamknięty w Gringotcie, panie. Nawet moja magia nie może się przebić przez osłony wzniesione przez gobliny.

- Jak wygląda u was sytuacja?

- Pozbyłem się złodziejskiego nasienia i wysłałem wspomnienie do Lady Lily.

- Znajdź Gryfka. Muszę dostać się do środka. Potem znajdź Ginny, wypełniaj każde jej polecenie i chroń ją za wszelką cenę. Jako Lord Potter niniejszym zdejmuję wszystkie ograniczenia z twojej mocy.

- Jak sobie życzysz, mój panie.

Dobrze, że Harry przeszedł przez rytuał więzi ze skrzatem, inaczej nie zdołałby się z nim skontaktować.

- CHCECIE KRWI, SKURIWELE? TO JĄ MACIE! DAM WAM KREW… CAŁĄ RZEKĘ KRWI!

I zaszarżował w sam środek bitwy.


Narcyza wyszła z kominka w gabinecie Lily i zobaczyła, że jej przyjaciółka pociesza swoją skrzatkę. Kiedy Lily spojrzała na przyjaciółkę, zorientowała się, że sprawy przybierają zły obrót. Narcyza miała na sobie pełną szatę bojową Huncwotów. Szkarłatne szaty z ochronnymi urokami i podszewką, taką samą jak w prochowcu Harry'ego, umożliwiały podróż bez bagażu, a jednak z cała masą wyposażenia dostępnego od ręki.

- Zaczęło się.

Narcyza powiedziała tylko dwa słowa, ale zawierały one brzemienny w skutki komunikat. Lily machnęła różdżką i jej zamaskowany kufer w kącie stanął otworem. Wydobyła własne szaty bojowe i przywdziała je.

- Gdzie?

- Ulica Pokątna.

- Harry tam jest!

- Był w biurze Lunatyka, ale potem przybył patronus, a on nam wywinął numer jak Jimmy.

- Słowo daję, osiwieję przez tego chłopaka.

- Co z twoimi lekcjami?

- Odwołam je po prostu.

- Dumbledore może karmić się złudzeniami, ale to nie idiota. Musimy utrzymać go w niewiedzy tak długo, jak zdołamy – przypomniała Narcyza, zakładając maskę sowy. Lily skinęła głową, akceptując słowa przyjaciółki.

- Vondo, weź się w garść. Potrzebuję, żebyś przybrała moją postać i poprowadziła za mnie lekcje.

- Dobrze, moja pani.

W czasie, kiedy Lily otrzymywała niezbędne informacje, Remus odwiedził Syriusza. Po kilku minutach Stworek pod postacią swojego pana prowadził jego lekcję. A właściwie udał niestrawność na samym początku lekcji. Odkąd Lady Malfoy przybyła na Grimmauld Place, nastawienie skrzata znacznie się poprawiło. Z pomocą Narcyzy on i Syriusz zdołali naprawić swoje relacje mimo fatalnej przeszłości.


- Zauważono Mroczny znak nad Ulicą Pokątną, Madam Bones! – asystentka Amelii wpadła z krzykiem do jej gabinetu. Trwało spotkanie w cztery oczy z Ministrem Magii. Oboje zerwali się na równe nogi, gdy zadziałały odruchy wypracowane podczas szkolenia aurorów.

- Wysłaliśmy tam drużynę do sprawdzenia doniesień nie tak dawno temu. Zameldowali się? – warknęła Almelia.

- Nie, Madam Bones. Przegapili porę meldunku – pisnęła Alicja, spoglądając to na szefową, to na Ministra. Oboje zaklęli pod nosem. Meldunek po sprawdzeniu zgłoszenia stanowił standardową procedurę. Teraz, w środku wojny, było to podwójnie istotne. Jeśli złamali procedury, musieli być związani walką lub martwi.

- Większość moich aurorów i brygad uderzeniowych jest w akcji w związku ze zmianami w Ministerstwie. Powinniśmy wezwać Zakon Dumbledore'a na pomoc? – spytała Amelia.

- Nie wątpię, że starzec chętnie wykorzystałby to przeciwko mnie – odparł Scrimgeour. – Nie, czas najwyższy, żeby dowiedział się, że nie jest jedynym smakiem lodów w naszej cukierni. Czas zobaczyć na co stać Huncwotów.

Amelia w pełni się zgadzała. Po tym co usłyszała dzisiaj o Dumbledorze, absolutnie nie chciała być mu winna przysługi. Zaproponowała to tylko w związku z ciężką sytuacją. Zwróciła się do asystentki:

- Zwołaj wszystkich dostępnych ludzi na Ulicę Pokątną. Ja też tam się udam i będę dowodziła osobiście.

- Brakuje ci akcji, co? – spytał Minister.

- Odrobinę.


- EXPECTO PATROMUM ELEMENTIA! – Harry wrzasnął na całe gardło, by każdy czarodziej i czarodziejka w zasięgu słuchu mogli usłyszeć inkantację. Mógł to z łatwością zrobić niewerbalnie, ale liczył, że ktoś podąży za jego przykładem i zacznie walczyć przeciwko tym paskudnym stworom.

Z jego różdżki wypadł wielki jeleń, ale tym razem nie był srebrny. Jego postać tworzyły płomienie. Od ognistego patronusa napływały fale żaru. Wielu klientów Ulicy Pokątnej zatrzymało się, niezależnie od tego czy chowali się czy uciekali, żeby gapić się na monumentalną bestię.

- Zepchnij te trolle do ścieków, gdzie ich miejsce! – polecił Harry żywiołakowi, a potem obrócił się ku gapiom.

- Użyjcie swojego sprawiedliwego gniewu, a nie szczęśliwego wspomnienia. NIE STÓJCIE TAK Z RÓŻDŻKAMI W DUPACH! WALCZCIE O SWOJE ŻYCIE! WALCZCIE O ŻYCIE WASZYCH DZIECI! – ryknął na nich, widząc, że tylko wpatrują się w niego oszołomieni.

Matka, która zakrywała dziecko własnym ciałem, odpowiedziała na wezwanie Harry'ego jako pierwsza. Przeżyła swe życie jako Ślizgonka, ale tego dnia odkryła w sobie Gryfona. Anielska twarz blondwłosej czarownicy zwróciła się ku jej dziecku i matka odkryła w sobie pokłady słusznego gniewu.

- Poczekaj tu, skarbie. Mama musi rozdeptać trochę robactwa – przemówiła do dziecka tak słodko, jakby odezwało się dziecko, a potem obróciła się twarzą do swych wrogów.

Na jej twarzy malował się gniew, do jakiego zdolna jest tylko matka chroniąca swoje dziecko. Z cała mocą powtórzyła słowa, które chwilę temu wypowiedział Harry. Ognisty Ponurak wyskoczył z jej różdżki i zaatakował najbliższego trolla. Za nim podążyły kozioł, orzeł, borsuk i kot. Choć nie dorównywały trollowi rozmiarami, zaatakowały zawzięcie potwora. Jak tylko zrzucił jednego, trzy pozostałe napadały na niego.

Harry mrugnął do dziewczynki i zmienił się w Cienia. Potem popędził ulicą ku Tonks.


W każdym korytarzu Ginny, Fred i George znajdowali ciało przynajmniej jednego martwego goblina. Niektóre miały na sobie garnitury, inne zbroje. W większości zabiły je zaklęcia tnące. Goblińska krew zdobiła ściany i podłogi. Natknęli się też na dwóch czy trzech martwych Śmierciożerców. Wyglądało na to, że gobliny stawiają opór.

- CHODŹ, CZŁOWIEKU! CHODŹ I GIŃ! ZAPŁACISZ ZA MÓJ LUD SWOJĄ KRWIĄ! – usłyszeli wrzask z drugiego końca korytarza. Ginny natychmiast rozpoznała ten głos. Bez chwili zastanowienia pobiegła ku nowej przyjaciółce, a jej bracia deptali jej po piętach. Za rogiem Ginny ujrzała Hestę stojącą nad martwym Śmierciożercą. Kolejny goblin leżał niedaleko na podłodze zwinięty w pozycji embrionalnej. Wyglądało na to, że dochodził do siebie po klątwie Cruciatus. Trzech Śmierciożerców usiłowało okrążyć wojowniczkę.

Fred ruszył naprzód, gdy jeden ze Śmierciożerców posłał zaklęcie śmierci w plecy Hesty. Powalił ją na ziemię, usuwając z toru lotu zaklęcia. Jej szkolenie sprawiło, że uznała go za nowe zagrożenie. Przekręciła ciało, by wykorzystać ich pęd. Usiadła Fredowi na mostku, kolanami przyciskając jego ręce do ziemi. Opuściła sztylet do jego aorty. Powstrzymały ją jedynie jego rude włosy.

- Mummafacashus! – krzyknęła Ginny. Cieszyła się, że przekonała Harry'ego do nauczenia jej tego zaklęcia, nim opuścili Hogwart. Szaty Śmierciożercy, który wypalił Avada Kedavra, zaczęły owijać się wokół niego niczym ciasny kokon. Im bardziej się szarpał, tym mocniej się zaciskały. Najwyraźniej miał klaustrofobię, bo zaczął się miotać w desperacji. Wyglądał jak ryba wyjęta z wody.

George trafił jednego ze Śmierciożerców Reducto w pierś. Mężczyzna przeleciał przez pomieszczenie i uderzył w ścianę. A przynajmniej kawałki jego ciała uderzyły. Ostatni z wrogów posłał zaklęcie tnące w Ginny, która uskoczyła z toru lotu zaklęcia. Hesta zeskoczyła z oszołomionego Freda i zaszarżowała na Śmierciożercę. Kolejne Reducto odrzuciło ją do tyłu, ale zbroja zaabsorbowała większość uderzenia. Co ciekawe, wylądowała z powrotem na Fredzie.

- Kochanie, musimy się przestać spotykać w ten sposób – pisnął Fred, gdy zdołał złapać oddech.

- Avada Kedavra!


Mały chłopiec, który nie chciał puścić nogi Tonks, by dla niej sporą przeszkodą w walce. Zdołali zdjąć tylko dwa orki, a było ich siedmioro świetnie wyszkolonych aurorów. A teraz została już tylko ona. Większość ich najlepszych zaklęć nie dawała żadnego efektu. Skóra orków była po prostu za gruba. Domyśliła się, że to dlatego noszą tak mało zbroi. Oddałaby niemal wszystko za mugolską broń palną. Nieważne ile razy mówiła chłopczykowi, żeby uciekał, ten nie chciał puścić jej nogi. Tonks zaczęła bać się o życie swojego własnego nienarodzonego dziecka, spoczywającego w jej brzuchu. Wiedziała, że w każdej chwili ich życie może dobiec do bolesnego końca.

Trzy orki pędziły ku niej, wymachując gigantycznymi toporami. Jeden atakował z przodu, dwa ją flankowały. Wzięła oddech, przekonana, że to jej ostatni. Potem usłyszała jeden z najsłodszych odgłosów w życiu. Ryk Cienia sprawił, że nawet orki podskoczyły. Cała trójka odwróciła się, by odszukać źródło dźwięku. Nie musieli czekać za długo. Tonks wyszczerzyła się od ucha do ucha.

- To teraz macie za swoje – krzyknęła w stronę orków. Z cieni za jej nogami wyskoczyła czarna pantera. Najwyraźniej to wystarczyło, żeby chłopiec rzucił się do ucieczki. Cień i przywódca orków rzucili się na siebie. Po kilku krokach Harry skoczył w górę i transformował się w formę hybrydową. Od walki w Dworze Lestrange'ów Harry poświęcił wiele uwagi treningowi w tej postaci. Następnym razem będzie gotów zmierzyć się z Greybackiem. Remus nie potrafił stawić mu czoła nawet pod postacią wilkołaka. A te orki właśnie miały się o tym przekonać.

Cień machnął łapą ku twarzy orka, wbijając pazury pod jego szczękę. Używając swojego pędu i czystej siły szarpnął, wyrywając stworowi większość twarzy. Harry wylądował i ogonem uniósł topór martwego orka. Dwaj pozostali podeszli do niego jednocześnie z przeciwnych stron. Odwrócił się do jednego z nich, odsłaniając drugiemu swoje plecy. W ostatniej chwili obrócił się gwałtownie i zmienił kierunek. Zatrzymał uderzający topór wroga, jednocześnie rozwierając pazury tuż przed jego twarzą. W tym samym czasie machnął ogonem i trzymany w nim topór ciął w poprzek brzuch drugiego potwora. Kiedy ork dostaje bezróżdżkowym zaklęciem Bombarda rzuconym tuż przy swojej twarzy, jedna rzecz jest gwarantowana: bajzel… naprawdę wielki… gigantyczny… tytaniczny… kolosalny pieprzony syf.

Ork za plecami Harry'ego nie został poważnie ranny. Z wściekłością machnął toporem znad głowy z całą swoją siłą, mając nadzieję, że przetnie Harry'ego na pół. Harry zapadł się w cień, unikając ostrza o centymetry. Używając cienia swojego wroga, pojawił się bezszelestnie tuż za orkiem. Wyciągnął ręce i zatopił pazury w barku i szczęce przeciwnika. Szarpnął potężnie, rozległo się głośne chrupnięcie i kolejny ork padł martwy.

- Nie żebym marudziła, Cieniu, ale nie powinieneś być w szkole czy coś?

Cień odwrócił się i ujrzał, że Tonks transformowała się w hybrydową formę swojego lisa. Skoro Harry ujawnił już tę zdolność, a ona była już ostatnim aurorem na polu bitwy, nie widziała potrzeby, żeby się z tym ukrywać. Nie miała siły Harry'ego ani jego zdolności do używania cieni, ale nadrabiała szybkością i zręcznością.

- Ładny ogon, Nimfuś – powiedział Cień, unosząc topór i transmutując go w katanę. Tonks przyłożyła łapę do piersi i udała załamaną. Jej talenty metamorfomaga pozwalały jej hybrydzie przybrać bardzo kobiece kształty. Zawirowała, by Harry mógł się dokładnie przyjrzeć jej idealnym krągłościom.

- Widzisz to wszystko, a komplementujesz tylko ogon? Co za spadek formy, Potter.

- Gdybyś pokazała mi to wczoraj, marzyłbym o tym po nocach – Harry zerknął na Gringotta i dwudziestu pięciu orków, którzy stali miedzy nimi i jego celem. – Jednak sporo rzeczy się zmieniło. Ginny tam jest, a ja nie pozwolę im znów jej zabrać. Jest dla mnie ważniejsza niż moje pieprzone sekrety.

- Więc to rozgryzłeś, co? – spytała Tonks, stając u jego boku, podczas gdy orki zaczęły ich otaczać szerokim kręgiem. Harry wręczył jej katanę. Ku jej zaskoczeniu waga i balans broni były idealne. Zadała kilka testowych ciosów jednemu z martwych orków. Ostrze cięło skórę, jakby była ciepłym masłem. To była lekka broń, ale niezwykle silna i ostra jak brzytwa, zupełnie jak ona. Różdżka była niemal bezużyteczna przeciw orkom. Miecz, to mogła być zabawa.

Harry i Tonks stali plecami do siebie wewnątrz zaciskającego się kręgu orków. Harry znów zaryczał. Tym razem orki zaryczały w odpowiedzi.

- To co, Cieniu? Gotowy, żeby pokazać tym sukinsynom Kill Billa?

- Myślałem raczej o 300, Nimfuś.

- W 300 zginęli.

- Niech będzie Kill Bill.


W następnym rozdziale:
- Huncwoci przybywają z odsieczą
- nasz pierwszy rzut oka na sukkuby
- rozstrzygnięcie bitwy


Od autora: Wiem, że mugolskie filmy nie grają tu czasowo, ale mi pasowały. Dla waszej informacji: Harry zainteresował Tonks mugolskimi filmami. Nie umieściłem tego w historii, bo tylko spowolniłbym akcję. Wiem, że w tym rozdziale sporo przeskakiwaliśmy z miejsca na miejsce, ale dzieje się wiele rzeczy na raz.