Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Dzięki za wszystkie Wasze komentarze! Przebiliście już 250. Nie przestawajcie ;)
Rozdział 14
Wszystko działo się tak szybko, a jednocześnie Ginny miała wrażenie, że ogląda to w spowolnionym tempie. Nie była pewna czy to sen czy jawa. Wszystko wokół niej się rozmyło, a jej ruchy wydawały się jej powolne i niezgrabne. To było gorsze niż jej koszmary o Komnacie, gorsze niż te chwile, gdy tkwiła przywiązana do ołtarza, kiedy nie mogła nic poradzić na to, co ją spotyka. Teraz mogła się ruszać… mogła z tym walczyć. A jednak jej ciało ruszało się, jakby była pięć kroków za wszystkim innym. Fortuna śmiała jej się w twarz. Suka!
Ginny usłyszała inkantację zaklęcia śmierci. Podniosła głowę i ujrzała, jak zielona klątwa wylatuje z czubka różdżki Śmierciożercy. Słyszała, jak jej serce wali w piersi niczym grom. Popatrzyła na swoich braci. Fred złapał Hestę i przetoczył się na nią, próbując chronić goblinią wojowniczkę. George złapał Ginny w objęcia i okręcił ją, by znaleźć się między nią i klątwą.
- NIEEEEEE! – wrzasnęła Ginny, ale ten dźwięk dochodził do niej dziwnie stłumiony. Usiłowała się wyrwać, ale jej brat na to nie pozwolił. Trzymał mocno. Przyszło jej do głowy, że może skóra bazyliszka z płaszcza Harry'ego zdołałaby zatrzymać klątwę. Małe szanse… nie, wiedziała, że to nie zadziała. Nie obchodziło jej to. To i tak lepsze niż patrzenie na śmierć brata. W końcu Śmierciożercy przyszli tu po nią.
- Gin-Gin – słowa George'a sprawiły, że zamarła. Brzmiały tak spokojnie, że wydawało się, że nie wyszły z ust George'a. Popatrzyła mu w oczy i ujrzała spokojną rezygnację, zabarwioną jednak determinacją. Patrzył na nią z całą miłością, jaką można czuć do siostry. Nie żałował. Było to wypisane na jego twarzy. Nie była pewna, czy zniesie widok życia opuszczającego te oczy, ale musiała wyrazić całą swoją miłość do niego w swoim spojrzeniu. Tylko tyle im zostało.
Światło klątwy stawało się coraz mocniejsze. Nadciągała, by odebrać George'owi życia. A Fortuna wybrała tę chwilę, by udowodnić, że jednak nie jest suką bez serca. Potężna, niewidzialna siła uderzyła w nich z boku tak mocno, że wpadli z impetem na ścianę.
Śmierciożerca zaklął, widząc, że klątwa minęła swój cel, ale zaraz wrzasnął cierpiętniczo. Ginny nie była pewna co się właściwie stało, ale nie zamierzała dzielić włosa na czworo. Nie wiedziała czemu Śmierciożerca wrzeszczał, jakby go obdzierano ze skóry i szczerze mówiąc miała to gdzieś. Zasłużył sobie, gnida.
Śmierciożerca zaczął unosić się nad podłogę, a jego ręce i nogi pozostawały ściśnięte. Rozbrzmiał trzask pękających kości, któremu wtórowały wrzaski mężczyzny. Początkowo nikt nie zauważył drobnej postaci stojącej za mężczyzną i skrytej w cieniu. Kiedy ich zbawca wyszedł na światło, Ginny westchnęła z ulgą. Duncan skinął jej głową, a ona podziękowała mu bezgłośnie. Potem skrzat przeniósł swoją uwagę na Śmierciożercę. Jego wyciągnięta dłoń zacisnęła się w pięść i każda kość w ciele mężczyzny implodowała. Głowa Śmierciożercy zapadła się w jego pierś. Potem nastąpiła cisza. Machnięciem dłoni Duncan odrzucił trupa w dół korytarza.
- Cholera jasna! – powiedzieli chórem bliźniacy. Ginny i Hesta pokiwały głowami, zgadzając się z tą oceną sytuacji. Po chwili Ginny doszła do siebie i zasypała Georga lawiną ciosów pięściami.
- Ty durny… nadopiekuńczy… kretynie… jeśli jeszcze… kiedykolwiek… to ja ci… - każdemu słowu akompaniowało uderzenie, żeby mogła mieć pewność, ze coś dotarło do tego jego zakutego łba. Nie podobało jej się, że głos drży jej z nadmiaru emocji, ale niewiele mogła z tym zrobić. George został sprawnie wylewitowany na podłogę i odstawiony poza zasięgiem jej ataku przez Duncana.
- Czy ten człowiek niepokoi panią, pani Ginny?
Ginny potrzebowała kilku chwil, żeby opanować emocje. Dalej chciała go parę razy uderzyć. Zamiast tego wzięła głęboki oddech i odpowiedziała Duncanowi:
- Codziennie odkąd żyję, ale i tak go kocham. Duncanie, to George. George, to Duncan.
George pomachał im z góry z szerokim uśmiechem. To wywołało wybuch śmiechu u wszystkich, nawet u Duncana.
- Chwila moment, czy ty właśnie nazwałeś mnie „panią"?
- Dobrze mnie pani usłyszała, pani Ginny. Pan Harry wysłał mnie, bym panią chronił, póki on nie przybędzie. Udzielił mi również ścisłych rozkazów, bym wykonywał pani polecenia, co technicznie rzecz biorąc czyni panią moją panią, póki on nie rozkaże inaczej.
- Czyżby ten Harry miał być posiadaczem owego seksownego tyłka, o którym wspominałaś wcześniej?
- Stul dziób, Fred. Widzisz, właśnie z czymś takim muszę się użerać – dodała, zwracając się do Duncana.
- Rozumiem – odparł sztywno.
- Gdzie Harry?
- W tej chwili znajduje się na schodach do Gringotta, gdzie walczy z orkami razem ze swoją ciocią… Nimfą.
- ORKAMI! – krzyknęli chórem. Pod Ginny ugięły się nogi i osunęła się na podłogę. W jej głowie pojawiły się najgorsze możliwe scenariusze. Cholerne orki! Chwila, orki, a nie ork… liczba mnoga!
- Iloma orkami? – spytała, nie chcąc tak naprawdę znać odpowiedzi, niemniej jednak musząc ją znać.
- Na początku było ich trzydzieści, ale zostało tylko dziewiętnaście… a nie, już osiemnaście. Świetna robota, panie Harry – zakończył z podziwem Duncan. Dzięki więzi ze swoim panem mógł z nim zachowywać łączność telepatyczną. Poinformował Harry'ego, ze znalazł Ginny i że była w tej chwili bezpieczna.
- Pan Harry sugeruje, bym zabrał panią do skrytki Potterów. Jest mocno chroniona i to idealne miejsce, żeby przeczekać aż Gringott ponownie się otworzy.
- Nie pozwolę mu walczyć z orkami w pojedynkę!
Ginny zerwała się na równe nogi. Jej determinacja niemal z niej promieniowała.
- Po pierwsze, nie jest sam. Jego ciocia jest bardzo zdolnym aurorem. Po drugie, pozostali Huncwoci są w drodze, a po trzecie, póki orki nie zostaną pokonane, dyrektor Gringotta nie wpuści ani nie wypuści nikogo.
Bała się o Harry'ego. Żałowała, że nie oddała mu jego szaty, przynajmniej wtedy miałby jej ochronę. Wiedziała, że powinna udać się do skrytki, ale potrafiła tak bezczynnie siedzieć na tyłku. To nie w jej stylu, a poza tym wyrwałaby sobie wtedy wszystkie włosy, zamartwiając się o niego.
- Chwila moment, czy ty właśnie powiedziałeś Potter… jak Lord Harry Potter? – spytał George. Pospiesznie sięgnął do wewnętrznej kieszeni szaty, wyciągnął egzemplarz „Proroka Codziennego" i rozłożył go tak, żeby Ginny widziała stronę tytułową. Zobaczyła zdjęcie Harry'ego i profesora Blacka, którzy stali plecami do siebie i walczyli przeciwko Bellatrix Lestrange i jakimś Śmierciożercom.
- Ten gość? – spytał George. Ginny wyrwała mu gazetę z ręki i zaczęła czytać artykuł z uwagą. W tym czasie Hesta stała i popatrzyła ostro na Freda. Ten poczuł się trochę niepewnie, by nie użyć mocniejszego słowa.
- Nazywasz się Fred?
Kiedy skinął głową, uśmiechnęła się do niego.
- Już dwa razy naraziłeś swoje życie, żeby ocalić moje.
- Nie ma… - Fred nie zdołał skończyć, bo Hesta złapała w dłoniejego twarz, przyciągnęła do siebie i pocałowała namiętnie. Najpierw jego oczy rozszerzyły się, aż zaczęły wyglądać, jakby zaraz miały wyskoczyć z oczodołów. Potem uciekły w głąb czaszki, aż wreszcie je zamknął. Hesta odsunęła się lekko, sięgnęła w dół i chwyciła.
- Odpowiedni – stwierdziła z łobuzerskim uśmiechem po zbadaniu rozmiaru. – Jeśli przetrwasz ten dzień, legnę z tobą – zapowiedziała i odeszła, zostawiając zmieszanego Freda Weasleya.
- Stary, jak było? – spytał George, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Ona… ma bardzo długi język – Fred nie wydusił z siebie nic więcej, ale to wystarczyło, żeby George dostał ataku śmiechu. – To nie jest śmieszne. Ona chyba mówiła poważnie.
- Wiesz jak to mówią, raz spróbujesz i nie ma powrotu – pękał ze śmiechu George. Za to dostał w potylicę od Ginny. Palant.
Hesta stała nad ostatnim Śmierciożercą. Kucnęła i wyszeptała coś do niego. Cokolwiek mu powiedziała, zaczął trząść się ze strachu. Popatrzyła na Freda i mrugnęła do niego, a potem skręciła mężczyźnie kark. Od nagłego dźwięku wszyscy aż podskoczyli.
- Fred, staruszku… twoja nowa dziewczyna jest straszna!
George znowu zarobił od Ginny w potylicę.
- Czy mogłabyś, kurna, przestać mnie bić?
Ginny jedynie wywróciła oczami i odwróciła się do Duncana. Spojrzała na gazetę, a potem znów na Duncana z napięciem w oczach. Wszystko zaczęło wpadać na właściwe miejsce. Zaklęła pod nosem. Jak mogła nie dojść do tego wcześniej? Powinna się domyślić, jak tylko spojrzała mu w oczy. Jestem pieprzoną kretynką!
Ginny miała właśnie zdać pytanie, kiedy zobaczyła jak coś długiego i srebrnego pełzne po podłodze. Zerwała się na równe nogi i wycelowała różdżką. Różdżki jej braci, miecz Hesty i wyciągnięta dłoń Duncana skierowały się w tę samą stronę chwilę później.
Przeszło trzymetrowy patronus pod postacią kobry królewskiej podpełzł do nich. Zatrzymał się tuż przed nimi i uniósł łeb. Kiedy otworzył pysk, Ginny dojrzała, że coś zwisa z jednego z kłów.
- Muszę powiedzieć, że stajesz się dość irytującą zawadą, panno Weasley – odezwał się głosem Lucjusza Malfoya. - Nie mogę się doczekać, aż moje klątwy nauczą cię poprawnych manier. Nienawidzę się powtarzać, ale masz tu przyjść i przyjąć dawkę tego, co ci się od dawna należy. Jeśli odmówisz… no cóż, Greyback nie może się doczekać, żeby dobrać się do tej uroczej buźki twojego brata. Masz dwadzieścia minut na przyjście do głównego hallu i ani sekundy więcej.
Patronus upuścił to, co trzymał na kle, u stóp Ginny i zniknął.
Ginny nachyliła się i podniosła przedmiot. Musiała zakryć usta dłonią, by nie wrzasnąć na całe gardło. To był jeden z kolczyków, które zrobiła dla Billa. Jeden koniec pokrywała krew. Prawdopodobnie wydarli mu go z ucha.
- Ginny, nawet…
- … o tym nie myśl.
- Bill wolałby umrzeć…
- … niż dopuścić…
- … żeby oni cię znowu skrzywdzili.
Ginny wciąż wpatrywała się w naszyjnik Billa. Na początku bliźniacy pomyśleli, że może siostra ich nie usłyszała. Jednak ona zrobiła kilka kroków i spojrzała na nich.
- Problem polega na tym, że go nie zabiją – odpowiedziała. – Będzie nowym gryzakiem dla Greybacka, a wierzcie mi, bo wiedziałam, jak okrutne potrafią być te bestie, są gorsze rzeczy od śmierci. Przykro mi, ale musicie się z tym pogodzić.
- To nie jedyny problem – poinformował ich Duncan.
- To znaczy, że może być gorzej? – spytał sarkastycznie Fred.
- Tylko Dyrektor Ragnok może odpieczętować Gringotta. Został pojmany przez Śmierciożerców. Na szczęście jest incognito i w tej chwili wróg nie wie, który to goblin. Zamierzałem spróbować o uwolnić, kiedy już zabezpieczę panią Ginny w skrytce Potterów.
- No to teraz masz wsparcie – odpowiedziała Ginny z przewrotnym uśmiechem.
- Cieniu, już czas wykorzystać Mroczny Znak! – krzyknęła Tonks, uchylając się przed cięciem topora. Skontrowała poziomym ciosem pazurami, które przecięło kluczową tętnicę orka, z którym walczyła.
- Trzymaj je ode mnie z daleka przez chwilę, dobra?! – odparł Harry, łamiąc z trzaskiem kark orka, z którym walczył. Wiedział, że reszta Huncwotów jest już w drodze. Dzięki informacjom wywiadowczym dostarczonym przez Narcyzę, Harry zdawał sobie sprawę, że Mroczny Znak wiszący na zaciemnionym niebie służył Śmierciożercom za tylne drzwi na tym obszarze, opierające się nawet zaklęciom antyteleportacyjnym i antyświstoklikowym. Harry zebrał swoją magię, a Tonks rzuciła zaklęcie, które stworzyło wokół nich kamienny mur. Nie powstrzyma on orków na długo, ale da potrzebny im czas.
- Szlag, ci matkojebcy są cholernie uparci – wydyszała Tonks, opierając łokcie na kolanach i usiłując złapać oddech. Harry wyciągnął rękę w stronę Mrocznego Znaku i rzucił zaklęcie wymyślone przez jego mamę, do którego dodał własną małą wariację. Turkusowy czar pomknął ku swojemu celowi.
- Jo-ho-ho – zaintonował Harry. – I butelka rumu – skończyli chórem z Tonks.
Zaklęcie uderzyło z Mroczny Znak i niebo natychmiast pojaśniało. To najwyraźniej zwróciło uwagę wszystkich mrocznych stworów, z którymi walczyli. I całe szczęście, bo orki właśnie przebiły się przez postawiony przez Tonks mur. Odłamany kawał ściany uderzyłby Harry'ego prosto w głowę, gdyby nie refleks Tonks. Harry przejął od niej fragment muru i rzucił go w jednego z orków z taką siłą, że rozszczepił łeb stwora.
- Dzięki, moja droga.
- Do usług, kochanie – odpowiedziała Tonks i klepnęła Harry'ego w tyłek.
- Flirciara.
- Jakbyś nie wiedział – odparła z mrugnięciem.
To co nastąpiło potem uczyniło z Calvina Meeksa bardzo bogatego człowieka, bo on jako jedyny zdołał zrobić zdjęcie. Na niebie dwie białe chmury przybrały kształt mieczy i wbiły się w wiszącą na nieboskłonie czaszkę. Obie przekłuły Mroczny Znak w tej samej chwili. Wąż wysuwający się z czaszki opadł i zwisał jak martwy. Symbol mieczy przenikających Mroczny Znak od tego dnia stał się znany w czarodziejskim świecie jako Znak Huncwotów.
A potem na Ulicy Pokątnej pojawiły się postacie w pelerynach. Wszystkie miały na sobie szkarłatne peleryny, a ich twarze zakrywały maski przedstawiające zwierzęta. Najpierw na ulicy pojawił się wilki pies. Za nimi przybyli lwica, sowa, jastrząb i wreszcie niedźwiedź. Sowa wylądowała na dachu i natychmiast zaczęła przekazywać reszcie informację za pośrednictwem mugolskich zestawów słuchawkowych, które wszyscy mieli.
- Dobra ludziska, mamy trolle od Fortescue do Ollivandera. Gargulce latają gdzie się da, a orki są na schodach do Gringotta. Są bardzo mało wrażliwe na magię. Jeśli chcecie użyć magii przeciwko nim, ma to być naprawdę paskudne. Trolle się szybko regenerują, ale są słabe i boja się ognia.
- Gdzie mój syn, Szponie?
- A jak myślisz, Nalo?* Nie bój nic, Psotka pilnuje jego pleców i wygląda na to, że opanowała swoją formę hybrydową. Uroczy ogonek.
- Słowo daję, ta dwójka jeszcze się nawzajem nakręca.
- Widzę wielką dziurę w ulicy przy Alei Śmiertelnego Nokturnu. Te cholerne trolle wciągają tam dzieci!
Narcyza wiedziała z historii, które opowiadał jej Lucjusz, że dzieci czystej krwi zostaną zwrócone rodzinom w zamian za złoto lub przysługi. Półkrwi staną się służącymi lub przedmiotem eksperymentów. Mugolaki? Je wykorzystywano jako manekiny treningowe lub do czegoś jeszcze gorszego. Nigdy nie miała serca, żeby powiedzieć o tym swojej najlepszej przyjaciółce, ale przeczuwała, że Lily wie o wszystkim, co z resztą potwierdziła jej reakcja.
- NIE NA MOJEJ PIEPRZONEJ ZMIANIE! – wrzasnęła Lily. Nie była pewna, czy poddaje się właśnie swojej naturze animaga, czy to jej serce matki wzięło przewagę nad moralnymi skrupułami. Zanim się zorientowała, zmieniła się w lwicę i rzuciła na najbliższego trolla. Wgryzła mu się w szyję i wyrwała większość gardła, łamiąc słowo, które niegdyś dała samej sobie. Niech jej dusza spłonie w piekle, dzieci były ważniejsze.
- Łapo, co mam zrobić z gargulcami? Zaklęcie krępujące wystarczy? – spytała Narcyza.
- Tylko na chwilę, ale nie bój się, kuzynko. Ktoś mi wisi przysługą. Uwierz mi, gargulce nawet się nie zorientują co je trafiło – odparł Syriusz. Sięgnął do wnętrza swojej szaty i wydobył Claymore* z herbem Rodu Blacków wygrawerowanym na rękojeści. Orion Black wymienił rękojeść miecza rodowego na wykonaną z kła czarnego smoka. Dzięki rękojeści wykonanej z magicznego stworzenia, osoba posługująca się bronią, mogła za jego pomocą kanalizować magię, jak różdżką. Syriusz pozwolił magii przepłynąć przez rękojeść i jedną myślą przywołał błękitny płomień, który zapłonął na ostrzu.
Syriusz spojrzał na Remusa, który miał w ręku miecz, który zamówił u krasnoludów. To one były najlepszymi wytwórcami broni. Z jego ostrza buchał zielony płomień. Przyjaciele od dziecka skinęli sobie głowami i zaatakowali najbliższego trolla.
- Zgredku!
- Tak, moja pani? – Zgredek wiedział, by nie mówić jej po imieniu w trakcie bitwy.
- Linia frontu uformowała się w pobliżu Madam Malkin. Od jej sklepu do Dziurawego Kotła znajduje się bezpieczna strefa. Ewakuuj tam rannych i dzieci. Nie nawiązuj kontaktu bojowego z wrogiem.
- Tak, moja pani!
Zgredek zniknął, by wykonać polecenia Narcyzy. Kobieta znów spojrzała w dół. Nie mogła uwierzyć, że zwykli ludzie zaangażowali się w walkę. Patronusy żywiołów odrzucały trolle niezwykle skutecznie.
Lily skoczyła na kolejnego trolla, który niósł dziecko i wgryzła się w jego szyję. Szarpnął mocno łbem i kark stwora trzasnął jak zapałka. Skoczyła, zanim zdołał upaść i poleciała w stronę kolejnego trolla. Jednak zanim zdążyła go dopaść, została chwycona za ogon i rzucona o ścianę budynku. Opadła na bruk i zmieniła się z powrotem w człowieka. Próbowała odsunąć od siebie zawroty głowy i podnieść się na nogi. Jeden z trolli odrzucił ją kopniakiem i poczuła, jak pękają jej dwa żebra. Tylko ból sprawiał, że jeszcze nie zemdlała. Uniosła głowa i dojrzała, że troll maszeruje w jej stronę.
Ogromna sowa śnieżna spadła z góry i zaczęła dziobać i szarpać pazurami oczy bestii. Narcyza z desperacją próbowała dać przyjaciółce nieco czasu, żeby uciec z niebezpiecznej sytuacji. Lily nie była w stanie skupić wzroku. Raczej poczuła niż zobaczyła, jak sowa uderza w ścianę, o którą się opierała. Narcyza też zmieniła się z powrotem w człowieka.
- Przepraszam… byłam za wolna – wyszeptała Szpon do Nali, podczołgując się do niej. Lily opadła na ziemię koło przyjaciółki. Troll zbliżał się do nich z rządzą krwi w ślepiach.
Rozległ się ryk, tak głośny, że zadygotały szyby w wystawach sklepowych. Troll obrócił się, żeby zbadać źródło hałasu i nadlatujący orczy topór pogrążył się w nim aż po rękojeść. Stwór został odrzucony dobre trzy metry w dół ulicy siła tego ciosu.
- Rany! Kiedy to rzucił, walczył z dwoma orkami – powiedziała Narcyza, potrząsając z niedowierzaniem głową.
- To mój synek - powiedziała Lily z dumą. Sięgnęła do swojej szaty i wyciągnęła eliksir uzdrawiający. Przełknęła go, a potem pomogła Szpon wstać na nogi. – A teraz zabieraj tyłek z powrotem na dach.
- A ty lepiej zacznij myśleć podczas walki – odcięła się Narcyza, przykładając czubek różdżki do połamanych żeber przyjaciółki. Lily skrzywiła się, ale po chwili ból zniknął. Narcyza się deportowała.
- Tak, mamo – mruknęła Lily i wyciągnęła swój zrobiony na zamówienie kostur. Wlała w niego magię i końcówka stanęła w płomieniach. Wskoczyła do dziury, której trolle używały, by uciec z pola bitwy. Odzyska te dzieci, niezależnie od ceny, jaką jej przyjdzie za to zapłacić.
- Mówię wam, po tym co Bellatrix jej zrobiła, dziewczyna musiałaby być idiotką, żeby nam się oddać – powiedział Greyback Lucjuszowi, wąchając jednocześnie kuszącą Francuzkę. Bill Weasley szarpał się w magicznych więzach, które jednak trzymały go mocno.
- Co ta suka zrobiła mojej siostrze?! – wrzasnął Bill i zarobił kopniaka w brzuch od Lucjusza.
- Martw się bardziej tym, co Fenrir zrobi tej twojej śliczniutkiej francuskiej kurwie, niż tym co Bella zrobiła temu upierdliwemu dzieciakowi, którego nazywasz siostrą – warknął Malfoy. Potem zwrócił się do pozostałych Śmierciożerców: - Odpowiadając na wasze pytania: tak, ona przyjdzie. Ci zdrajcy krwi myślą inaczej niż my. To chyba coś z Gryffindoru.
Ginny weszła do hallu i zobaczyła, że wszyscy zakładnicy zostali ściśnięci w jednym miejscu. Gobliny siedziały między klientami Gringotta. Otaczało ich siedmiu lub ośmiu Śmierciożerców. Bill klęczał przed wilkołakiem. Na szczęście wciąż był dzień, więc Fenrir nie był w swojej przeklętej postaci, ale Ginny dojrzała, że jego dłonie i tak bardziej przypominają szpony niż ludzkie ręce. Pokrywała jej krew. Naprawdę odrażające. Greyback oblizał jeden z palców i uśmiechnął się do niej. Ginny przełknęła śniadanie, które nagle podeszło jej do gardła.
Wyglądało na to, że wilkołak postanowił już zacząć bawić się z Billem. Jedno z oczu rudzielca było kompletnie zakryte przez opuchliznę, a nos wyglądał na złamany. Nawet w takim stanie jej najstarszy brat zdołał się do niej uśmiechnąć. Przełknęła ciężko ślinę, gdy dojrzała w jego jedynym widocznym oku niemą prośbę, by uciekała.
- Na kolana, człowieku!
Dopiero gdy Ginny posłuchała polecenia, Lucjusz zauważył goblinią wojowniczkę stojącą za młodą kobietą. Jeden ze Śmierciożerców posłał w jej stronę klątwę. W odpowiedzi goblinka skoczyła za Ginny i przyłożyła sztylet do gardła najmłodszego dziecka Weasleyów.
- Uwolnij moich ludzi, a dostaniesz swoją ludzką zabawkę. Jeśli odmówisz, twój pan straci swoją nagrodę.
- Zostaw ją, ty suko! – wrzasnął na goblinkę Bill.
- Zamknij się! – ryknął Greyback i kopnął Billa w głowę. Rudzielec mocno uderzył twarzą o podłogę. Kałuża krwi natychmiast uformowała się wokół jego głowy. Fleur wyrwała się z grupy zakładników i osłoniła Billa własnym ciałem.
- Jesteś żałosni imitacji żłowiekia! – warknęła na greybacka. Wilkołak uznał to za bardzo zabawne.
- Nie bądźmy pochopni, goblinie. Jestem rozsądnym człowiekiem. Z pewnością możemy dojść do porozumienia, które zadowoli obie strony – Lucjusz czarował Hestę całym swoim arystokratycznym urokiem. Goblinka jednak nie dała się nabrać.
- To nie pora na negocjacje. Albo się zgadzasz albo nie. Wybieraj!
- A skąd mam wiedzieć, że to nie jest jakaś sztuczka? Było z nią dwóch braci. Gdzie oni są.
- Próbowali schować ją w skrytce. Zginęli godną śmiercią… jak na ludzi.
Kiedy przedstawiciele Ministerstwa przybyli na miejsce, byli zdumieni tym, co zastali. Obywatele walczyli z trollami. Wiele paskudnych bestii leżało martwych na ulicy. Patronusy żywiołów powalały kolejne. To nie było powszechnie znane zaklęcie. Nawet niewielu wyższych stopniem aurorów potrafiło je rzucić. Madam Bones postanowiła w myślach, że naprawi to tak szybko, jak to tylko możliwe.
Kiedy szli wzdłuż ulicy, co chwilę pojawiały się skrzaty domowe z dziećmi i rannymi. Najwyraźniej inni podążyli za przykładem Narcyzy i również wykorzystali swoich służących. Kilka czarownic odgrodziło obszar dla rannych i doglądało ich najlepiej jak były w stanie.
- Ściągnąć tu natychmiast uzdrowicieli! – rozkazała Madam Bones.
W jednym ze sklepów zebrano dzieci. Przed drzwiami stał ognisty Ponurak, odstraszając wszystkich, którzy chcieliby podejść. Linia frontu minęła już Gringotta i powoli zbliżała się do Ollivandera. Na schodach banku dwie humanoidalne bestie walczyły z orkami. Jedna przypominała panterę, druga lisa. Gargulce pikowały, by wspomóc orki.
Jeden auror chciał rzucić klątwę w te stworzenia, ale powstrzymał go Minister we własnej osobie.
- Myśl, człowieku! Oni walczą z orkami! To oznacza, że są sprzymierzeńcami. Właźcie na dachy i zajmijcie się gargulcami! – polecił.
W chwili gdy to powiedział, kilka skrzydlatych bestii spadła na dwójkę bojowników o wolność, walczących na schodach Gringotta. Tonks i Harry zostali przytłoczeni liczebnością wroga. Wkrótce zostali przygnieceni do ziemi, a ich ramiona znalazły się w uścisku gargulców. Trzy wciąż stojące orki ruszyły ku nim z uniesionymi toporami. Amelia i Minister powiedli szarżę z odsieczą, jednak i oni zostali odparci przez ogromny oddział gargulców.
Harry ujrzał stojącego nad nim orka. Nad ramieniem bestii, na niebie, więcej skrzydlatych stworzeń zlatywało ku ziemi. Ork wycelował toporem w głowę Harry'ego. Zanim zdołał go opuścić, schody Gringotta zalały błyszczące strzały. Harry i Tonks zostali pogrzebani pod ciałami orków i gargulców. Co ciekawe, żadna strzała nie musnęła tej dwójki. Kiedy Harry znów ujrzał niebo, było ono tłem dla przepięknej twarzy Sashy Desory. Zmysłowa sukkub pomogła Harry'emu podnieść się na nogi, a jej siostra podała rękę Tonks. Sasha rozłożyła skrzydła, machnęła nimi kilka razy i uniosła się z ziemi na tyle, by znaleźć się twarzą w twarz z Harrym. Posłała mu całusa i mrugnęła do niego, a potem poleciała w górę. Przy okazji wykręciła ogonem jego ucho.
- Będzie mi to wypominać do końca życia – stwierdził z uśmiechem Harry.
- W porządku! Uwolnić gobliny – polecił Lucjusz, odciągając Ginny od Hesty. Pchnął ją do Greybacka. Wilkołak zamknął ją w ramionach i powąchał.
- Cuchniesz nim, moja piękna.
- Czym cuchnie? – spytał Lucjusz.
- Bestią Cienia – odparł Greyback, mając na myśli stworzenie, z którym zmierzył się w Dworze Lestrange'ów. Od tamtej nocy było ono odpowiedzialne za śmierć licznych popleczników Czarnego Pana.
- Myślałem, że był powiązany z siostrzenicą Belli? To ciekawe. Schyliliśmy się po knuta, a podnieśliśmy galeona. Znów stanę dumnie wśród Wewnętrznego Kręgu.
- Tylko nie zapominaj kto pomógł ci tam wrócić, Malfoy – warknął Greyback. Ginny walczyła z ogarniającą ją paniką. Nie myśl o tym… nie myśl o tym… powiedziałam, kurwa, nie myśl o tym! Uporasz się z tym później. Poczekaj na właściwy moment, wtedy uderz.
- TERAZ DUNCAN! – krzyknęła, gdy więźniowie zostali uwolnieni z zaklęcia krępującego.
Duncan pojawił się z pyknięciem za grupą zakładników. Złapał najbliższego. Wszyscy byli połączeni, więc zdołał przenieść całą grupę na raz do Skrytki Potterów, ale zapłacił za to cenę. Ten wyczyn pochłonął prawie całą jego magię i Duncan zwalił się na ziemię. Na ten widok Gryfek podbiegł do skrzata i sprawdził w jakim jest stanie. Duncan zachował przytomność, ale z trudnością.
- Orki… zneutralizowane – wydyszał Duncan, a potem ogarnęła go ciemność.
Na górze w hallu wydarzyło się kilka rzeczy na razy. Dzięki Fredowi i George'owi ciemności otoczyły Śmierciożerców. Zakameleonowani bliźniacy powoli okrążali ich z Proszkiem Ciemności. Fleur wyciągnęła swoją ukrytą różdżkę i zaczęła leczyć Billa. Kiedy zdjęła z niego więzy, zaatakował Malfoya gołymi rękami. Atak zaskoczył Lucjusza i Bill załamał mu nos pierwszym ciosem. Poprawił sierpowym w wątrobę. Malfoyowi zaparło dech w piersiach. Opadł na podłogę, a Bill uniósł kolano, trafiając w i tak już złamany nos. Śmierciożerca wylądował na plecach, a Bill na nim z groźnym błyskiem w oku.
- Już… nigdy… nie… skrzywdzisz… mojej… rodziny! – wrzeszczał Bill, a każdemu słowu towarzyszył cios.
Hesta przetoczyła się między dwoma Śmierciożercami. Kopnęła z wyskoku w kolano jednego z nich, a drugą nogą trafiła w biodro drugiego. Potem wyskoczyła ponownie i zawirowała w powietrzu. Jej miecz świsnął. Goblinka opadła na ziemię chwilę przed dwoma uciętymi głowami.
Fred i George korzystali z zakameleonowania i zdejmowali kolejnych Śmierciożerców, aż został tylko wilkołak. Greyback zacisnął mocniej dłonie na Ginny, która usiłowała się wyrwać. Przyłożył pazury do jej aorty.
- STÓJCIE, ALBO ROZERWĘ JEJ GARDŁO!
Wszyscy zamarli. Lucjusz zdołał się wyczołgać spod Billa. Fenrir był pod wrażeniem tego, że Malfoy po takim łomocie wciąż jest przytomny. Oczywiście kiedy tylko Malfoy odzyskał różdżkę, cisnął w Billa zaklęciem tłukącym. Rudzielec poleciał w ciemność. Fleur rzuciła się za nim, ale Lucjusz chwycił ją za włosy i szarpnął.
- Nie tak szybko, suko. Ja potrafię zrobić z ciebie użytek.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, usiłując zlokalizować bliźniaków. Widział jednak tylko goblinkę, która wciąż trzymała miecz w rękach.
- Rzuć to i cofnij się – polecił.
Hesta wypuściła broń pod nogi i zrobiła kilka kroków w tył.
- Bombarda!
Fragmenty zbroi Hesty wyleciały w powietrze, a sama goblinka również zniknęła w otaczającej ich ciemności.
- No chłopcy, wyjdźcie i poddajcie się, albo słuchajcie jak kurewka waszego brata kwiczy jak zarzynane prosię – zadrwił Lucjusz.
- Naprawdę myślisz…
Lucjusz wycelował różdżką w lewo.
- … że cię wypuścimy…
Wycelował w prawo.
- … z naszą siostrą? – odpowiedziała mu ciemność. Nagle w hallu rozbrzmiały dźwięki toczącej się na zewnątrz bitwy
- Musimy już iść, Malfoy. Nie bój się, moja droga. Nie trafisz jeszcze do Belli. Najpierw wykorzystam cię, żeby złapać tę przeklętą panterę.
- A po co czekać? – nadeszła odpowiedź w języku zrozumiałym tylko dla Greybacka. Z ciemności wyłoniła się przeszło dwumetrowa Bestia Cienia, pokryta krwią orków.
- Fred, George, nic nie róbcie! To przyjaciel! – krzyknęła Ginny. Greyback mocniej zacisnął pazury na jej szyi. Harry ryknął na niego i wyczuł strach wilkołaka.
- Urosłeś, chłopcze.
- Ty nie.
- Masz nade mną przewagę.
- Trochę chujowo być tobą, nie?
- Wiem, kiedy się wycofać, smarkaczu, ale w następną pełnię skończymy co zaczęliśmy.
Greyback i Malfoy rzucili Fleur i Ginny w Harry'ego i popędzili ku wyjściu. Na zewnątrz zorientowali się, że bitwa jest przegrana. Na niebie gargulce uciekały przed sukkubami. Rodzice pomagali dzieciom wyjść z dziury, do której uciekły trolle. Aurorzy i nieznani czarodzieje w szkarłatnych szatach kłębili się wokół nich. Szybko aktywowali świstokliki i uciekli.
Wewnątrz Ginny przypomniała sobie, jak bardzo lubiła czuć futro Cienia. Harry wciąż jej nie puszczał, a ona przywarła do niego jeszcze mocniej. Wszystkie jej trocki i zmartwienia zniknęły.
- Wiesz kiedy przyjść po dziewczynę, Potter – zażartowała Ginny, zanurzając dłonie w futrze. Harry pogłaskał ją po głowie i wrócił do ludzkiej postaci.
- Podobają mi się bardziej niż białe – odpowiedział z humorem, wciąż trzymając ją przy sobie. Zanim Ginny zdążyła się odgryźć, Harry zamknął jej usta pocałunkiem. Ginny poczuła, jakby się rozpływała i kompletnie zapomniała co miała powiedzieć.
Słowniczek:
Nala – w oryginale Lily ma ksywkę „Pride", co oznacza zarówno „duma", jak i „stado lwów". W języku polskim nie ma specjalnego określenia ani na stado lwów ani na samicę lwa, więc pozwoliłem sobie zmienić jej ksywkę na bardziej filmową, bo, jak już wiemy, Huncwoci znają mugolskie kino.
Claymore – miecz oburęczny, tradycyjna broń szkockich górali.
Od autora: No i macie. Chciałem skończyć bitwę w tym rozdziale. Żadnych cliffhangerów. Wiem, że to długi dzień, a jeszcze nawet nie dotarliśmy do pory lunchu.
W następnym rozdziale:
- Harry i Weasleyowie
- skąd Harry zna Fleur?
- powrót Harry'ego i Ginny do Hogwartu
