Od tłumacza:Drodzy Czytelnicy! Przede wszystkim jestem Wam winny przeprosiny i wyjaśnienia. ten rozdział był gotowy już w poprzednią sobotę, ale niespodziewanie okazało się, że na moim wyjeździe służbowym nie mam dostępu do neta. Tak więc rozdział jak zwykle błyskawicznie przejrzany przez Shaunee Altmann leżał sobie bezczynnie na serwerze i teraz go publikuję. Mam nadzieję, że na kolejne nie będziecie musieli czekać tak długo.

Tak przy okazji to przekroczyliśmy 300 recenzji. Dzięki wielkie, nie przestawajcie!


Rozdział 18

- To już pół godziny. Chyba już czas najwyższy, żeby dziewczyny wyszły z szafy?* - spytał Seamus Harry'ego. Na jakieś dziesięć sekund zapadła cisza, a potem Harry, Ron i Dean ryknęli śmiechem. Siedzieli w salonie Harry'ego, przerzucając się żartami i zapoznając się lepiej z gospodarzem. Ronowi bardzo smakowała lodowata cola, którą dostał do picia. Teraz niemal wystrzeliła mu z nosa.

- Ale mi się podoba to co widzę w myślach – powiedział Dean, łapiąc oddech.

- Ej! Tam są moja dziewczyna i siostra! – ryknął Ron.

- I obie są zajebiście seksowne! – wtrącił się Seamus. - Lav i Parvati też świetnie całują. No co? Nigdy nie lekceważcie Irlandczyka i jemioły.

- To oszustwo – zarzucił mu Harry.

- Co z tego?

- Tak, musi korzystać ze wszystkich dostępnych środków – rzucił Dean, wywołując kolejną salwę śmiechu. Kiedy trochę się opanowali, Ron zerknął przez ramię, by upewnić się, że drzwi do garderoby są wciąż zamknięte, po czym powiedział do Harry'ego:

- Jest jedna rzecz, którą bardzo chciałbym wiedzieć po wczorajszym wieczorze.

- Co takiego?

- Co właściwie sukkuby potrafią zrobić ze swoimi ogonami? – spytał i nachylił się, by usłyszeć odpowiedź. Dean i Seamus zrobili to samo.

- Cholera jasna! To w ogóle dozwolone? – można było usłyszeć nawet w garderobie. Wszystkie dziewczyny rozpoznały irlandzki akcent Seamusa, mimo że drzwi tłumiły dźwięki.

- Co tam się dzieje? – spytała Parvati. Cała czwórka młodych kobiet była rozebrana w różnym stopniu i przymierzały rozmaite sukienki. Lavender nie wstydziła się pokazać chłopakom swojego półnagiego ciała, więc pomaszerowała ku drzwiom wiodącym do salonu.

- Lav, co ty robisz? Masz na sobie tylko figi i stanik! – pisnęła Hermiona.

- Oj, proszę cię, miałam na sobie bardziej skąpe bikini – rzuciła przez ramię Lavender i otworzyła drzwi. – No naprawdę, nie można was nawet na dziesięć sekund zostawić, żebyście nie zaczęli gadać o seksie?

Faceci popatrzyli na nią w szoku, zaskoczeni tym, w co była ubrana czy raczej nie była ubrana. Każdy z nich zareagował odmiennie. Seamus szybko opuścił wzrok, ale od czasu do czasu na nią zerkał. Ron świetnie wiedział co powinien zrobić, by nie narazić się na gniew swojej dziewczyny i patrzył wszędzie, tylko nie na Lavender. Harry rozparł się wygodnie i założył ręce za głowę. Nie wydawał się poruszony stanem jej przyodziewku. Chociaż na nią patrzył, w wyrazie jego oczu nie zaszła żadna zmiana. Musiała przyznać, że trochę ją to ubodło. Tymczasem Dean taksował ją spojrzeniem z góry na dół, jakby była kawałkiem mięsa. Świnia!

- Jak na razie minęło pół godziny – odpowiedział jej rozbawiony Harry.

- Jest tam strasznie dużo ubrań do wyboru – powiedziała obronnym tonem Lavender. – Ale każda z nas zdołała zawęzić wybór do dziesięciu sukienek.

- Może potrzebujecie męskiego punktu widzenia? – spytał Harry, unosząc brew.

- Po prostu chcecie się na nas pogapić, palanty – odparła, również unosząc brew.

- Jasne, a ty nam właśnie nie demonstrujesz swoich walorów? Powiedziałbym, że wszyscy na tym zyskamy. My będziemy mogli się nacieszyć waszym pięknem, a wy będziecie wiedziały, w czym wyglądacie najlepiej.

Lavender myślała nad tym kilka sekund, wreszcie odparła:

- Ładne słówka. I tak chcesz się pogapić, ale spytam dziewczyny co o tym sądzą. Zrób nam przysługę i weź Thomasa na smycz. Zaczyna się ślinić.

Obróciła się i opuściła pokój kołysząc biodrami.

- To było po prostu okrutne – stwierdził Dean, podziwiając jej krok.

- Stary, zrób nam przysługę i popraw go – powiedział Seamus, wskazując na spodnie Deana i wywołując kolejną salwę śmiechu. – Nikt z nas nie chce tego oglądać.

Przez następnych dwadzieścia minut dziewczyny zorganizowały mały pokaz mody. Hermiona zaczęła nieco niepewnie, ale widząc jak na niektóre jej stroje reaguje jej chłopak, wyraźnie się ośmieliła. Kręciła pośladkami i mrugała do Rona za każdym razem, gdy wychodziła z pokoju. Harry rozsiadł się wygodnie i patrzył, jak wszyscy dobrze się bawią. Przez kilka chwil byli po prostu normalnymi nastolatkami, którzy nie musieli się martwić tym, co dzieje się na zewnątrz. W tej chwili wojna i cała reszta po prostu nie istniały.

- To powinna być reguła, nie wyjątek – powiedział Harry do Ginny, która usiadła mu na kolanach.

- Wiem, kochanie. Postarajmy się, żeby następne pokolenie nie musiało się nad tym zastanawiać.


Syriusz zostawił pięcioro posiniaczonych i kompletnie upokorzonych Ślizgonów w Skrzydle Szpitalnym. Kiedy stamtąd wyszedł, odkrył, że kroczy nader znajomym korytarzem. W myślach wciąż wracał do mamy Daphne. Zatrzymał się i oparł o ścianę, wspominając tę noc, kiedy go przyłapała.

Pędziłem pustym korytarzem tak szybko, jak mogłem, a Filch siedział mi na ogonie. Właśnie spłataliśmy naszego najlepszego figla w historii. Planowaliśmy go z Jamesem całe wakacje. Chcieliśmy zacząć nasz piąty rok bombowo i udało nam się. I to jeszcze jak.

Właśnie udało nam się oszukać zaklęcia na klatce schodowej do dormitorium dziewczyn. Wkradliśmy się do Wieży Hufflepuff i powiem wam, że mają tam naprawdę uroczą grupę młodych czarownic. Oczywiście James i tak marudził o Evans, mimo że ona znowu dała mu kosza.

Dumbledore myślał, że zrobienie z Remusa prefekta utrzyma nas w ryzach. Staruszka chyba pogięło. Huncwoci zawsze trzymają się razem. No, może nie teraz. Cholerny Irytek! Że też musieliśmy wpaść na niego. A już prawie wróciliśmy do naszego pokoju wspólnego. A tak musieliśmy się rozdzielić, żeby wrócić.

Teraz Filtch depcze mi po piętach i możecie być pewni, że stary pierdziel jest szybszy niż się wydaje. Jeśli uda mi się dotrzeć do następnego korytarza, będę mógł się schować w tajnym przejściu za gobelinem. Za trzydzieści sekund będę bezpieczny. Wtedy skręciłem za róg i moje życie zmieniło się na zawsze.

BUM!

- Au! Patrz gdzie leziesz! – powiedziała urocza blondynka, chyba Ślizgonka. Oboje wylądowaliśmy na podłodze. I powiem wam, że miałem niesamowity widok. Wtedy dostrzegłem odznakę prefekta i wiedziałem, że jestem ugotowany. Złapała mnie za włosy i szarpnięciem odchyliła moją głowę.

- Podoba ci się widok, palancie? – warknęła na mnie.

- No pewnie – odparłem z szerokim uśmiechem. Nie wiem jak to zrobiła, ale w ułamku sekundy rzuciła mnie na plecy, unieruchomiła, przyłożyła różdżkę do gardła i przy tym wszystkim wciąż wyglądała cholernie seksownie. Remus miał rację. Potrzebowałem pomocy.

- Co chcesz mieć na epitafium, Black? – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i odpowiedziałem:

- Odszedł z uśmiechem.

Wywróciła oczami, ale dostrzegłem, że na ułamek sekundy kąciki jej pełnych ust uniosły się lekko ku górze. To był nasz moment i bardzo mi się podobał, mimo że dzieliłem go ze Ślizgonką. Oczywiście właśnie wtedy usłyszałem Filcha człapiącego w naszą stronę. Szlag! Już po mnie.

- Proszę, proszę, ktoś tu był niegrzecznym chłopcem? – spytała z drapieżnym uśmiechem. Dlaczego mnie to podnieca? Zanim zdołałem odpowiedzieć, poderwała mnie z podłogi i wepchnęła do schowka na miotły. Blisko było. Słyszałem Filcha za drzwiami.

- Dziewczyno! Widziałaś tu jednego z tych przeklętych Huncwotów?

- Nazywam się Gabriella Drake i jestem prefektem Slytherinu, a nie… dziewczyną.

- Nie mam na to czasu. Te paskudne bachory właśnie włamały się do Wieży Hufflepuff i ukradły majtki! Tym razem na pewno ich wyrzucą. Widziałaś, żeby któryś tędy przechodził czy nie?

- Przydałoby ci się szkolenie w uprzejmej rozmowie, charłaku. Jednak mnie tego nauczono, więc na twoje nieuprzejmie zadane pytanie odpowiem, że nie.

- Okłamujesz mnie, dziewczyno?

- A czemu miałabym chronić bandę łamiących reguły Gryfonów? A jeśli nazwiesz mnie dziewczyną jeszcze raz, własnoręcznie rzucę na ciebie klątwę.

Filch burknął coś pod nosem i ruszył w inną stronę. Po kilku chwilach drzwi stanęły otworem i urocza blondynka obdarzyła mnie spojrzeniem, jakim Evans z reguły obrzuca Jamesa. Z reguły zaraz potem chłopak obrywa klątwą. Wtedy zorientowałem się, że w chwili upadku musiałem zgubić różdżkę. Zacząłem się za nią rozglądać.

- Tego szukasz? – spytała Gabriella, obracając różdżką w palcach. – Czy tego? – wyciągnęła figi, które zwędziłem wcześniej i zaczęła kręcić nimi na czubku różdżki.

- Ej, to moje – powiedziałem i sięgnąłem po nie. Odsunęła się i przyłożyła mi różdżkę do gardła. Dlaczego ona ciągle to robi?

- Na razie dostaniesz tylko jedno. To drugie otrzymasz, kiedy przeprosisz tę biedną dziewczynę, której to ukradłeś.

Machnięciem różdżki posłała figi, które spadły na moją głowę, jakby żyły własnym życie. Moją różdżkę wpuściła sobie w dekolt.

- Jeśli je zdejmiesz, zacznę krzyczeć – ostrzegła, kiedy uniosłem rękę, żeby pozbyć się fig z głowy. Naprawdę nie chciałem, żeby przyciągnęła Filcha albo kogoś z nauczycieli. Uniosłem ręce w geście kapitulacji. A więc chciała sobie ze mnie zakpić. Nie mogę jej tego żałować. W końcu zawsze mogę zdjąć je później. Tyle tylko, że później okazało się, że przegapiłem, jak rzuca zaklęcie przylepca. Dobra była.

- Dobry chłopiec – zadrwiła głosem, jakimi ludzie zwracają się do zwierzątek domowych. Gdyby tylko wiedziała. – Teraz odprowadzę cię z powrotem do pokoju wspólnego, żebyś nie mógł już narobić więcej kłopotów.

- Puszczasz mnie tak po prostu?

Naprawdę powinienem się nauczyć, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

- Pewnie, czemu nie – wzruszyła ramionami, gdy ruszyliśmy korytarzem. Cieszyłem się moim szczęściem w ciszy. Przynajmniej dopóki nie zaczęła mnie zżerać ciekawość, a poza tym podobał mi się dźwięk jej głosu. Nie pytajcie mnie czemu, bo sam nie mam pojęcia.

- Dlaczego nie wydałaś mnie Filchowi?

- Miałam pozwolić, żeby pierworodny Rodu Blacków został złapany przez charłaka? Co za hańba.

Czasem dobrze być arystokratą.

- Dość śmiałe, jak na Ślizgona.

- A skąd możesz wiedzieć? Przecież trzymacie się od nas z daleka, bo jesteśmy źli i w ogóle.

- To działa w dwie strony, skarbie. Wy też nie witacie nas z otwartymi ramionami.

- Może powinieneś się lepiej przyjrzeć.

Zatrzymałem się i popatrzyłem na nią. Coś w jej głosie przyciągnęło moją uwagę.

- Może tak zrobię.

- Och, co za szczęście, co za radość.

Próbowała żartować. Nie jestem specjalnie znany z głębokich przemyśleń, ale mój instynkt kazał mi nie odpuszczać. Zrobiłem krok w jej stronę, naruszając jej przestrzeń osobistą. Dobrze się maskowała, więc musiałem wytrącić ją z równowagi, żeby dostać szczerą odpowiedź.

- Czemu tak naprawdę mi pomogłaś? – spytałem. Zrobiła krok w moją stronę, likwidując wolną przestrzeń między nami. Jej oczy płonęły. Nie cofnęła się, gdy naruszyłem jej strefę i dała mi znać, że nie da się sprowokować. Zirytowałbym się, gdyby nie pachniała tak cholernie kusząco.

- Nie tak łatwo kogoś onieśmielić z figami założonymi na głowę – powiedziała rozbawiona. Znów przysunąłem się do niej, ale ona uparcie trwała bez ruchu.

- Uważasz, że jestem niegroźny?

- Ja wiem, że jesteś niebezpieczny, Black. Tylko głupiec uważałby inaczej, po tych wszystkich numerach, które wycięliście razem z przyjaciółmi. Co prawda większość z nich, tak jak dzisiaj, to dziecinada, nie zmienia to jednak faktu, że udało wam się przeniknąć do innego domu i oszukać zaklęcia rzucone przez samą Rowenę Ravenclaw. Jeśli zaprzęgniecie te swoje mózgownice do czegoś produktywnego, możecie osiągnąć niemal wszystko.

Przysunęła się o krok. Czułem ciepło jej oddechu na moim policzku, gdy wyszeptała mi do ucha:

- Ale jeśli kiedykolwiek spróbujesz ukraść moje figi, twoja hydraulika już nigdy nie zadziała poprawnie.

Poczułem czubek jej różdżki, wciskający się w moje klejnoty. Uniosła brew. Wyzwanie i ostrzeżenie jednocześnie. Naprawdę nie powinna mnie prowokować. W końcu jestem Huncwotem.

Syriusz nie wiedział kiedy usiadł na podłodze. Pod wpływem jasnego światła niechętnie otrząsnął się ze wspomnień. Powoli światło stawało się coraz jaśniejsze, aż musiał zmrużyć oczy.

Srebrny patronus w kształcie wielkiego ponuraka stanął koło niego i polizał go w policzek. Delikatny głos, którego nie słyszał od siedemnastu lat, przemówił namiętnym szeptem:

- Tęskniłam za tobą, Siri.

- Ja za tobą też, kochanie.

Wyciągnął rękę, by dotknąć ponuraka, ale ten rozpłynął się w powietrzu, nim zdołał to zrobić.


Malfoy i Greyback zostali zaciągnięci do Sali Tronowej Voldemorta i rzuceni pod nogi swojego pana. Ten popatrzył na nich z niesmakiem. Ci dwaj byli kiedyś obiecującymi Śmierciożercami, ale okazali się kolejnym rozczarowaniem. Wyglądało na to, że jedyni naprawdę uzdolnieni Śmierciożercy zginęli w poprzedniej wojnie albo gnili w Azkabanie tak długo, że zatracili to, czym kiedyś byli.

Z wyjątkiem Bellatrix Lestrange. Jeśli już, to ona rozkwitła w tym paskudnym miejscu. Zajmowała w jego szeregach pozycję, której nikt nie był i nie będzie w stanie osiągnąć. Jasne, pozwoliła na uratowanie tej dziewczyny Weasleyów, ale jako jedna z nielicznych przetrwała atak Bestii Cienia. Tak wielu Śmierciożerców zostało zaszlachtowanych przez tego potwora. Już samo to było wyjątkowym osiągnięciem, a do tego jej znajomość Mrocznych Rytuałów ustępowała tylko przed wiedzą samego Voldemorta. To sprawiało, że była dla niego niezastąpiona. A dziki, niekonwencjonalny seks stanowił tylko miły dodatek. To co złamałoby większość czarownic, dla niej było grą wstępną. Jego słodka Bella była niezwykła, oryginalna i wyjątkowa. Będzie musiał wkrótce znów skorzystać z tego aspektu jej służby.

- O, Lucjuszu, widzę, że znowu przetrwałeś jamę. Może następnym razem wylądujesz tam na 24 godziny zamiast nędznych 12? – zadrwił Voldemort. Malfoy nie zareagował na jego słowa. Wiedział, że nie należy błagać o wybaczenie. Czarny Pan nie znał takiego słowa. Zawiódł swojego pana i poniósł zasłużoną karę. Przyjęcie kary bez poniżania się to coś, co Voldemort mógł szanować.

- Dziękuję, Panie, za twoją lekcję. Nie zawiodę cię więcej.

- Jeszcze zobaczymy, Lucjuszu, zobaczymy. A co z tobą, Fenrirze? Również nauczyłeś się jaka jest cena porażki?

- Tak, mój Panie.

- Cała operacja nie była kompletną klęską. Odzyskaliśmy 62% naszego złota. Jednak bezmyślni czarodzieje i czarownice podążający ślepo za tym głupcem Dumbledorem i idiotami z ministerstwa powinni chować się pod spódnicami swoich żon ze strachu przed moją potęgą. Nieprawdaż, Bellatrix? – spytał, widząc, że kobieta wchodzi do pomieszczenia.

- Oczywiście, mój Panie, powinni. Mój Pan mnie wzywał? – spytała Bellatrix, kłaniając się swojemu Panu i kochankowi. Zacisnęła zęby, by nie krzyknąć z bólu, wywołanego tym gestem poddaństwa. Voldemort to dostrzegł i westchnął lekko. Uwielbiał obserwować, jak ludzie radzą sobie bólem.

- Tak, Bello, porozmawiamy o tym później. Na razie posłuchajmy jak Lucjusz wyjaśnia mi, czemu powinienem pozostawić go przy życiu. Czyżby moje rozkazy nie były wystarczająco jasne? Odbierzcie co należy do nas. Zabijcie Ragnoka i tyle goblinów, ile zdołacie, zostawcie Gringotta w ruinach i przyprowadźcie dzieci dla okupu i eksperymentów. Co z tego okazało się dla was za trudne? Żeby to osiągnąć, dostaliście odział złożony z trolli, orków i gargulców, prawda? Teraz Rookwood i jego zespół nie żyją, Potter dalej ma moją własność, a gobliny sprzymierzyły się z Ministerstwem. Crucio!

Malfoy wił się pod niewybaczalnym przez minutę, nim jego pan zdjął zaklęcie.

- To.. było w moim zasięgu, Panie, ale…

- Ale chciał zyskać twoją łaskę, chwytając kurwę Weasleyów! – wrzasnął Greyback. Chciał się upewnić, że to będzie upadek Malfoya, a nie jego. Lucjusz rzucił mu jadowite spojrzenie.

- Ona tam była, a ty pozwoliłeś szesnastolatce wymknąć ci się z rąk – warknął na niego Voldemort.

- To Besta Cienia, mój Panie. Znowu przyszła jej na ratunek. Zarżnęła orki, jakby to były pisklaki. Ledwo ocaliliśmy nasze życie, mój Panie!

- Dziwne, że ten stwór przyszedł jej na ratunek już drugi raz – zauważyła niepewnie Bellatrix. Ta bestia niemal odebrała jej życie. Gdyby nie Greyback, nie byłoby żadnego „niemal", o czym ten przypominał jej przy każdej okazji. – A ten, który podobno jest najpotężniejszym wilkołakiem, umknął przed nią z podkulonym ogonem.

- To był środek dnia, kobieto! Przy księżycu w pełni zniszczyłbym to stworzenie.

- Bestia zbyt długo jest cierniem w naszym boku. Musi zostać wyeliminowana – powiedział Lucjusz.

- To nie wszystko. Ta mała zdrajczyni krwi aż nią cuchnęła – dodał Fenrir.

- Myślałem, że łączono stwora z półkrwi siostrzenicą Belli? – spytał Voldemort. – Zawsze gdy atakuje, ona była w pobliżu. Teraz mówicie mi, że przyszedł dziewczynie na ratunek dwa razy. Ciekawe. Wygląda na to, że mała Ginny Weasley ma obrońcę. Niech nasi szpiedzy w Hogwarcie zwrócą na nią baczniejszą uwagę. Chcę mieć dziewczynę w rękach do końca roku, a jej cnota ma być nietknięta. Każcie też mrocznym stworom w Zakazanym Lesie, żeby szukali bestii. Jeśli dziewczyna jest z nią powiązana, może stwór będzie gdzieś blisko. Może ona będzie kluczem do kontrolowania go. Gratulacje, Lucjuszu, jednak przeżyjesz. Bello, przejdź się ze mną. Mamy wiele do omówienia, a ja mam dla ciebie prezent.

- Tak, mój Panie – odpowiedziała, idąc za swoim panem. W milczeniu podążali korytarzem. Wiedziała, że nie powinna zaczynać rozmowy z Voldemortem. On był Czarnym Panem. Jeśli chciał z kimś rozmawiać, on o tym decydował. Nauczyła się tego już dawno. Długimi, kręconymi schodami zeszli do podziemi starego zamku.

- To co zrobiłaś wczoraj, było nierozważne, Bello – odezwał się Voldemort, spokojnie i bez emocji. Uznała to za dobry znak.

- Pozwoliłam, by mój gniew przesłonił mój umysł, a moje czyny przyniosły wstyd tobie i twojej szlachetnej sprawie. Pokornie błagam o wybaczenie i z niecierpliwością wyglądam mej kary, mój Panie.

- No już, Bello. Oboje wiemy, że standardowa kara jedynie cię podnieci. Poza tym wiem jak bolesne musi być dla ciebie nawet chodzenie. Klątwa, którą trafił cię twój kuzyn, powoduje gnicie wewnętrznych organów. To bardzo stara i bardzo mroczna magia, wydaje mi się, że egipska. Musiałaś uczynić mu coś strasznego, skoro przeklął cię czymś takim.

- To nie mój kuzyn, tylko Potter.

- To intrygujące. Żeby ta klątwa zadziałała poprawnie, trzeba wykrzesać w sobie ogromne pokłady nienawiści wobec ofiary. To nie klątwa, której używa się w bitwie, zwłaszcza, gdy wróg ma przewagę liczebną. Zużywa mocno energię magiczną i na krótki czas czarodziej staje się bezbronny.

- Gdybym nie rozpoznała tej klątwy, z pewnością by mnie ona zabiła. Kilka minut i nie dałoby się mnie odratować.

- Na pewno chciał, żebyś umarła powolną i bolesną śmiercią. A że znałabyś swój los i była bezradna… to sugeruje, że ta sprawa była dla niego bardzo osobista. Muszę wyznać, że ciekawi mnie to. Czy kiedykolwiek porwałaś i torturowałaś jego matkę?

- Nie. Jak na szlamę, Lily Potter znakomicie walczyła. W dawnych czasach to była zbyt wyrównana walka. Starłyśmy się kilkukrotnie, niestety nigdy nie udało mi się zatriumfować. Poza tym Potter zawsze był w pobliżu. Stanowili zabójczy duet.

- To skąd w takim razie bierze się jego żądza zemsty?

- Zdecydowanie nie postępuje zgodnie z regułami walki narzucanymi przez Dumbledore'a.

- Ha, ha, ha! Longbottom nigdy nie będzie tak niebezpieczny jak on jest teraz. Oj, staruchu, obawiam się, że postawiłeś na niewłaściwego chłopca – Voldemort mówił do siebie, ale Bella słyszała każde słowo. Była pewna, że ma to coś wspólnego z przepowiednią. – Wygląda na to, że wreszcie znalazłem godnego mnie przeciwnika. Mądrze rozstawił swoich ludzi. Straciliśmy władzę w Ministerstwie, nasze fundusze zostały ograniczone, a cywile odzyskali jaja i to wszystko w jeden dzień. Pierwsza bitwa niestety dla niego, ale wyciągniemy wnioski z tego, co się dziś wydarzyło. Mój młody przeciwniku, kiedy następnym razem nasze oddziały się zetrą, wynik będzie zgoła inny. Odzyskam to, co odebrałeś, a to co dla ciebie ważne, zostanie przeze mnie zniszczone.

Zamyślił się tak bardzo, że zapomniał, że u jego boku stoi najbardziej lojalna zwolenniczka. Jego umysł pędził w setki miejsc na raz. Potrzebował czasu na odbudowę swoich uszczuplonych sił, które tym razem porządnie wyćwiczy. Informacje o Blacku i Potterze będą kluczowe. Zatrzymał się przy Laboratorium numer 5 i rozproszył osłony, które ustawił tam osobiście. Bellatrix wiedziała, że to co znajduje się po drugiej stronie drzwi to absolutna tajemnica. Była niezmiernie dumna, że jej pan jej ufa w tej sprawie. Voldemort machnął ręką i drzwi same się otworzyły. Nie spodziewała się tego, co na nią czekało.

- Glizdogonie, jesteś co najwyżej miernym czarodziejem, ale odniosłeś sukces tam, gdzie zawiedli moi najbardziej zaufani słudzy. Możesz wybrać sobie którąś z kurewek, które hodował Rookwood. Uznaj to za premię za wierną i kompetentną służbę. Twój pan zawsze nagradza tych, którzy go nie zawodzą. Przyprowadź też jedną dla Belli, będzie potrzebowała asystentki do zadania, które jej wyznaczę.

- Tak, mój Panie. Żyję by służyć twej wielkości – odpowiedział Peter, odkładając książkę, którą czytał. Skłonił się, nie ośmielając się spojrzeć w twarz swojemu panu.

Bellatrix popatrzyła z niesmakiem na pulchnego mężczyznę. Jego ubrania pokrywał kurz i błoto. Na skórze miał kilka paskudnych rozcięć i siniaków. Powinien znaleźć się w rynsztoku, bo naprawdę był szczurem. Pettigrew uśmiechnął się do niej drwiąco i potrzebowała całej swojej samokontroli, by nie cisnąć w niego klątwą tu i teraz. Voldemort nie zwracał na nich uwagi. Okrążał stół, na którym spoczywało ciało przykryte starym, dziurawym prześcieradłem. Bellatrix widziała błysk w jego oku, niczym dziecka oglądającego stos prezentów bożonarodzeniowych.

- Czemu miałabym potrzebować kurwy, skoro pragniesz, bym stworzyła kolejnego inferiusa, mój Panie? – spytała Bellatrix, ale Voldemort jedynie potrząsnął głowę.

- Nie, Bello, inferiusów mam całą armię. To co zaplanowałem dla niego jest znacznie bardziej kreatywne i dlatego niezbędne mi są twoje umiejętności. Pozwól, że ci przedstawię… no cóż, to co zamierzamy stworzyć nie ma jeszcze nazwy. Jeśli ci się uda, pozwolę ci to nazwać. Na razie przedstawiam ci ponownie Lorda Jamesa Pottera – oznajmił Voldemort w tak teatralny sposób, że Gilderoy Lockhart byłby dumny. Ściągnął prześcieradło, ujawniając ciało.

Najwyraźniej nałożono na niego zaklęcie konserwujące, bo był w dobrym stanie jak na kogoś martwego od szesnastu lat. Gdyby miała zgadywać, stawiałaby na Remusa Lupina. Może i był wilkołakiem, ale nie czyniło go to mniej uzdolnionym czarodziejem.

- Co mam zrobić z tym martwym zdrajcą krwi? – spytała Lestrange, jakby podsunięto jej pod nos coś cuchnącego.

- Wszystko w swoim czasie, moja słodka Bello. Wszystko w swoim czasie. Na razie skup się na regeneracji tego ciała. Najważniejsze, żeby wszystkie organy funkcjonowały prawidłowo – jego ton wyraźnie sugerował, że porażka nie będzie tolerowana. Zauważyła, jak okręca na palcu pierścień, którego użyli, by sprowadzić go z powrotem. Potem wyszedł i zostawił Lestrange i Pettigrewa z martwym Lordem Potterem. Bellatrix wzięła głęboki oddech, żeby się skupić. Czuła, że długo nie zobaczy światła słonecznego. Obróciła się do Pettigrewa i warknęła:

- Zanim pójdziesz dymać tą nieszczęśliwą sukę, mam dla ciebie robotę. Przynieś mi pergamin i pióro, debilu. Załatwisz mi wszystko, co wypiszę ci na liście, albo sprawię, ze twoja malutka miotła zgnije i odpadnie – zagroziła Bellatrix. Szybko wrócił z tym, co mu przykazała. Pospiesznie wypisała rzeczy, które będą jej potrzebne na początek.

- Zmykaj, robaku! – wrzasnęła na niego. Wcisnęła mu pergamin do rąk, a mały szkodnik wybiegł z pokoju. Wiedźma zaczęła krążyć wokół obiektu swojej pracy, zadowolona, że pozbyła się szczura.

- No to Jimmy… Mogę ci mówić Jimmy? Chyba to teraz nie ma znaczenia, co? Nawet taki rozkładający się jesteś znacznie lepszym towarzyszem niż ten mały zdradziecki szczur, nie sądzisz?

Belatrix przerwała na moment, jakby spodziewała się odpowiedzi. Jednak panowała głucha cisza.

- Masz rację, Jimmy, masz rację. Będziemy się świetnie dogadywać. Tak długo jak będziesz pamiętał, kto tu jest dominującą suką. Wiem, że wy Potterowie lubicie egzotyczne rudowłose kobiety, ale każdą tradycję można złamać. Ja rozumiem, że wszyscy młodzi mężczyźni lubią pieprzyć wszystko co się rusza, ale żeby upaść tak nisko i poślubić jakąś zwyczajną szlamę? Trochę mnie rozczarowałeś.

Znowu cisza.

- Tak, na pewno pozwoliła ci na robienie wielu sprośnych rzeczy. Ale szlama nigdy nie może się umywać w sypialni do czarownicy czystej krwi.

- Jasne, że ci wybaczam. Jestem bardzo współczującą kobietą…

I tak Bellatrix kontynuowała swoją jednostronną rozmowę z martwym mężczyzną przez większość nocy.


Całą grupa podążyła za Harrym do dużego, pustego pomieszczenia. Po drugiej stronie pokoju stała wysoka szafa, której drzwi zabezpieczały setki run. Naokoło niej namalowano biały krąg. Hermiona domyśliła się, że to jakaś granica. Niedaleko znajdowała się duża myśloodsiewnia.

- Nie przekraczajcie białej linii. To osłona – ostrzegł ich Harry, podchodząc do szafy. Naciął kciuk i zaczął pospiesznie dotykać nim niektórych run. Te dotknięte przez jego krew jaśniały przez chwilę, po czym znikały. Ciche kliknięcie potwierdziło, że zamek został otwarty. Wielkie drzwi otworzyły się, ujawniając setki małych fiolek. Harry wyciągnął z kieszeni elegancki szklany pojemnik i dołożył go do masy podobnych fiolek.

Ginny natychmiast rozpoznała dzisiejszy dar Sashy. Poczuła ukłucie gniewu, ale natychmiast go odepchnęła. Tak jak powiedziała jej Lily, każdy miał jakąś przeszłość. Pożądania i namiętności mieli aż w nadmiarze. Jednak nawet po wszystkim co Harry dzisiaj powiedział i zrobił, Ginny wiedziała, że ich wzajemne zaufanie musi być budowane powoli, jeśli ma wytrzymać próbę czasu. To krucha rzecz, którą łatwo zniszczyć. A kiedy już zniknie, rzadko udaje się je odbudować. Nigdy nie uczynił nic, by mogła wątpić w jego intencje. Mogła nie rozumieć relacji między nim a Sashą, ale musiała je szanować, jeśli ich związek ma przetrwać. Zaufanie to ulica dwukierunkowa i dla niej był to pierwszy krok, by pozyskać je z jego strony. Tak więc na razie odpuści.

- No dobra, podejrzewam, że moglibyśmy wam to po prostu opowiedzieć, ale lepiej zobaczyć to na własne oczy. To myśloodsiewnia. Czy ktoś wie, do czego służy? – spytał ich Harry. Hermiona błyskawicznie podniosła rękę. Harry stłumił śmiech. – Hermiono, nie jesteśmy na lekcji. Jeśli znasz odpowiedź, po prostu krzyknij.

- Uwierz mi stary, nie chcesz słyszeć jej krzyków – ostrzegł go Ron. Zażenowana Hermiona zaczerwieniła się po czubki uszu. Parvati przyszła jej z odsieczą i uderzyła Rona dłonią w potylicę.

- Au! Nie to miałem na myśli!

- Ale i tak wyszło śmiesznie – Dean pękał ze śmiechu. Seamus potaknął. Dziewczęta patrzyły na nich ze złością. Harry domyślił się, że to o Hermionie gadali wczoraj wieczorem.

- Hermiono, to jedna z tych historii, które ludzie będą pamiętać. Musisz nauczyć się śmiać sama z siebie albo skończysz w kaftanie bezpieczeństwa. Więc pozwól, że powiem ci, że masz najbardziej imponujące płuca w tej szkole.

Na długie dziesięć sekund zapadła głucha cisza. Wszyscy czekali na reakcję Hermiony, która popatrzyła na Harry'ego zmrużonymi oczami.

- Jak ci się udało uzyskać takie nastroszone włosy? Naszczałeś do gniazdka elektrycznego? – spytała udawanie słodkim tonem. Harry jako pierwszy parsknął śmiechem.

- Dobre. Dajesz radę, dziewczyno – pochwalił ją Harry z szerokim uśmiechem. Hermiona dygnęła, a reszta nastolatków wybuchnęła śmiechem.

- Odpowiadając na twoje pytanie, wkładasz tam wspomnienia i możesz je obejrzeć z perspektywy trzeciej osoby – wtrąciła się Ginny. Chciała mieć to już z głowy.

- Tyle że ta jest nieco inna. Wyrzeźbione na niej runy nie są ludzkie. Powiedzmy, że to był prezent – Harry przerwał i zerknął na fiolkę, którą właśnie włożył do szafy – od bardzo wyjątkowego i niezrozumianego gatunku. Ta myśloodsiewnia wyświetla wspomnienia w tym pokoju. To bardzo przydatne podczas nauki.

- To wyjaśnia runy na ścianach – wtrąciła się Lavender.

- Pozwala też dostrzec to, co było poza zasięgiem wzroku osoby oferującej wspomnienie. Nie pytajcie mnie jak. Powiedziano mi, żebym nie zadawał pytań, tylko przyjął to do wiadomości.

- Tak więc teoretycznie mógłbyś oglądać w nieskończoność tę chwilę, kiedy przymierzałyśmy ciuchy dla własnej zboczonej przyjemności? – spytała Ginny.

- Teoretycznie tak, ale nie jestem takim człowiekiem, za jakiego mnie najwyraźniej uważasz – odparł urażony Harry.

- Oj, Harry, żartowałam. Wiem, że nigdy byś… TY DUPKU! – Ginny nagle zauważyła jego szeroki uśmiech i zorientowała się, że dała się nabrać.

- Jesteś taka urocza, kiedy zachwycasz się swoimi nowymi spodniami – roześmiał się Harry, po czym uskoczył przed klątwą. – Wygląda na to, że Flirciara potrafi dać, ale nie potrafi przyjąć – zakpił, o włos unikając kolejnego zaklęcia.

- Stój spokojnie i przyjmij to, na co zasłużyłeś, Potter! – wrzasnęła Ginny, posyłając kolejne trzy klątwy. Żadna z nich nie dotarła do celu.

- Stary, jak nauczyłeś się takich uników? – spytał Dean.

- Obrywając wiele razy – odparł Harry, nie zatrzymując się nawet na moment. Hermiona weszła w tryb Prefekt Naczelnej i weszła między parę.

- STARCZY! No naprawdę, zachowujecie się, jakby to była gra wstępna. Z tego co pamiętam przyszliśmy tu z konkretnego powodu – zganiła ich.

- Przepraszam, masz rację. No dobrze, uważam, że powinniście wiedzieć dlaczego zaryzykowaliście życie w Ministerstwie – powiedział Harry.

- Mówisz o przepowiedni? – spytała Parvati. – Nigdy nie powiedziano nam jej treści.

- Nie dziwię się. Te wspomnienia powiedzą wam więcej o mnie i o tym czemu nienawidzę starca.

Harry wrzucił do myśloodsiewni zawartość jednej z fiolek. Natychmiast znaleźli się w miejscu, które wyglądało na czyjś salon. Frontowe drzwi stanęły otworem i do środka wpadł chłopiec przebrany za Piotrusia Pana. Za nim podążał profesor Black w kostiumie Kapitana Haka.

- MAMO! PATRZ ILE ZEBRALIŚMY W TYM ROKU! MAMO! – krzyknął Harry w stronę zamkniętych drzwi. Wyglądał na sześć lub siedem lat. Uśmiech spełzł z jego twarzy i przyłożył ucho do drzwi. Słyszał dochodzący zza nich płacz. Odwrócił się i usiadł, ześlizgując się plecami po ścianie. Po jego twarzy spływały łzy, a rozpacz na jego twarzy poruszyła serca wszystkich dziewcząt. Na podłodze po drugiej stronie drzwi siedziała młoda Lily Potter. Wokół niej leżały rozrzucone zdjęcia, a ona ściskała w dłoniach starą gryfońską koszulkę do quidditcha, jakby od tego zależało jej życie. Na ubraniu widniała naszywka kapitana, a litery z tyłu formowały napis „POTTER".

- Dlaczego, Łapo? Dlaczego ona płacze w każde Halloween? – załkał Harry.

Syriusz popatrzył smutno na swojego chrześniaka. Miał nadzieję, że zanim wrócą do domu, Lily już się z tym upora. Ten dzień zawsze był dla niej ciężki, a on chciał trzymać Harry'ego z dala od tego tak długo, jak tylko mógł. Ale wyglądało na to, że z tym już koniec. Opadł na podłogę obok Harry'ego.

- Ona tęskni za twoim tatą, Szczeniaczku. Ale spokojnie, do rana będzie z nią dobrze.

- Nie jestem głupi. Powiedz mi – sapnął Harry.

Syriusz westchnął ciężko. Wiedział, że ten dzień nadejdzie prędzej czy później. Razem z Lily spędzili wiele długich nocy dyskutując o tej sprawie. Oboje zgodzili się, że kiedy zapyta, powiedzą mu wszystko. Nie zrobią mu tego, co Dumbledore zrobił im. Teraz nadeszła ta chwila, choć Syriusz chciał, żeby Harry mógł cieszyć się dzieciństwem jeszcze odrobinę dłużej.

- Chodzi o tego złego człowieka, Voldicośtam, prawda?

Po drugiej stronie drzwi Lily przestała płakać i zerknęła przez ramię. Szybko otarła łzy z twarzy i przybrała zdeterminowaną minę. Przyklęknęła i otworzyła drzwi. Opierający się o niej Syriusz i Harry upadli na plecy. Lily roześmiała się lekko i mocno przytuliła syna. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Tym razem to Syriusz ją otarł. Popatrzyła na niego i porozumieli się wzrokiem. Po dłuższej chwili z wahaniem skinęła głową.

- Kochanie, chciałabym, żebyś posłuchał bardzo uważnie tego co chcemy ci powiedzieć i nie zadawał żadnych pytań póki nie skończymy. Możesz mi to obiecać, skarbie? – spytała Lily, a Harry potakująco pokiwał głową. – Dobry chłopiec. Przede wszystkim pamiętaj, że ja i Łapa bardzo cię kochamy i nic z tego co się wydarzyło nie jest twoją winą. To wszystko wina dwóch starych, potężnych czarodziejów, którym wydaje się, że są bogami.

Lily przemawiała z ogniem, jakiego Syriusz nie widział u niej od lat. Opowiedziała synowi smutną historię o tym, jak jego ojciec ocalił ich oboje tej nocy. Potem razem z Syriuszem wyjaśniła sprawy związane z wojną, przepowiednią i jak to wszystko odnosi się do niego. Przez cały czas Lily przyciskała do siebie mocno Harry'ego, jakby bała się go wypuścić. Rozmawiali o ich życiu w ukryciu, a w końcu o zdradzie ich przyjaciela.

Ginny objęła siedemnastoletniego Harry'ego, który patrzył jak znika dzieciństwo jego młodszego odpowiednika. Przyciskała go do siebie tak mocno, jak Lily ściskała we wspomnieniu swojego małego synka.

- Tak mi przykro, kochanie – szepnęła z twarzą ukrytą na jego szyi. Harry uścisnął ją lekko w wyrazie wdzięczności, bo nie mógł wydobyć z siebie głosu. Stali tak, póki nie skończyło się wspomnienie. Wówczas wszyscy ponownie znaleźli się w niemal pustym pokoju. Harry wysunął się z jej objęć, odzyskał wspomnienie i zamknął w regale.

Hermiona chciała coś powiedzieć, ale Harry uniósł rękę, zanim słowa opuściły jej usta. Pokazał Ginny, by podeszła do myśloodsiewni. Młoda kobieta wzięła głęboki wdech i posłuchała.

- Nie wiem czy dam radę, kochanie…

- Oni muszę wiedzieć, co tak zwani dobrzy goście uczynili i jak daleko potrafi się posunąć nasz wróg.

- Nie chcę, żebyś to widział. Nie byłam tak dzielna, jak ci się wydaje. Bła… błagałam ją, żeby mnie zabiła.

- To niczego nie zmienia. Wzmacnia tylko moją chęć, żeby wybebeszyć te sukę za to, że cię w ogóle dotknęła – powiedział jej szczerze Harry. Wzięła go za rękę i odnalazła siłę, której potrzebowała.

- W porządku, ale nie zostanę tutaj. Nie chcę tego ponownie przeżywać i nie chcę, żebyś ty to widział. I tak wiesz już większość. Chcę, żebyś był blisko mnie… proszę.

- Dobrze, ale Ron musi zobaczyć co ci zrobiła Lestrange.

Potrząsnęła gwałtownie głową.

- Odłóż na moment wstyd i zastanów się nad tym. On musi zrozumieć jak ciężkie może się to wszystko stać. To wspomnienie jest najlepszym przykładem. Chciałbym, żeby tak nie było, ale oboje wiemy jaka jest prawda.

Ginny ukryła twarz na jego piersi i zebrała się w sobie. Nie podobało jej się to, ale widziała sens w tym, co mówił.

- W porządku, ale ostrzegam, że on nie przyjmie tego dobrze – ostrzegła go Ginny. Podeszła do myśloodsiewni i wzięła głęboki oddech. Skupiła się na wspomnieniu, które chciała im pokazać i wyciągnęła różdżkę. Złożyła wspomnienie w myśloodsiewni i gwałtownie ruszyła do drzwi, ciągnąc za sobą Harry'ego. Kiedy zatrzasnęły się za nimi drzwi, pokój się zmienił, a jej przyjaciele zobaczyli pierwsze wspomnienie. Przez kolejne czterdzieści minut jej brat i pozostali Gryfoni oglądali wszystko, co musiała znosić przez ostatnie lata. Dziennik, który ją opętał i wymuszone poddaństwo, oparte na kłamstwie. Te wszystkie sytuacje, kiedy była do czegoś zmuszana przez człowieka, którego uważali za filar sił dobra, jej pojmanie i tchórzostwo Neville'a. A potem nadeszło najgorsze wspomnienie z nich wszystkich.

Lestrange ujawniła, dlaczego przywódcy obu walczących stron jej potrzebują. Ron zaatakował wspomnienie oprawczyni jego siostry. Przeniknął przez obraz i musiał zaakceptować, że nie zdołał ochronić swojej młodszej siostry. Potem ujrzeli jej ocalenie i rekonwalescencję. Zobaczyli panterę, która ją chroniła i pilnowała.

Potem zobaczyli wydarzenia z poranka. Dumbledore'a, który próbował ją kontrolować i to, jak się broniła. Jej spotkanie z Dilys i to, co wydarzyło się w Gringocie.

Kiedy wyłonili się z pokoju z poważnymi twarzami, ujrzeli coś, czego się nie spodziewali. Ginny siedziała na kanapie, a na jej kolanach opierała się pantera. Uspokajający pomruk bestii koił jej nerwy, kiedy przesuwała palcami po jego futrze. Ostatni fragment układanki wskoczył na swoje miejsce.

Na widok Ginny Ron osunął się na podłogę i wrzasnął na całe gardło, wyrzucając z siebie wściekłość na to, co wycierpiała jego siostra i poczucie winy, które go pożerało. Odpowiadał za nią, był starszym bratem, a nawalił na całej linii. W ułamku sekundy Harry zmienił się z powrotem w człowieka, a rudowłosa błyskawica przeleciała przez pokój. Harry stanął pomiędzy Ronem i Hermioną. Pokazał wszystkim, by szli do kuchni. Hermiona niechętnie posłuchała. Wiedziała, że tylko Ginny może teraz pomóc jej chłopakowi.

- Mo… moja wina… zadanie… bra… brat – tylko to Ginny zdołała wyłowić pomiędzy szlochami. Pękło jej serce, gdy zrozumiała, że jej brat czuje się za nią tak odpowiedzialny, a jednocześnie zaczęła go kochać jeszcze mocniej.

- Nie, Ron! Nie waż się tym zadręczać. Kiedy to się stało byłeś dwunastoletnim chłopcem. Miałeś trzech starszych braci, którzy też tego nie zauważyli. Nie mogłeś nic zrobić.

- Po… powinienem zostać… z tobą… w Ministerstwie.

- Wtedy on poświęciłby Hermionę, żeby ocalić swoje żałosne dupsko. Oni by ją zabili, ale najpierw zgwałcili w każdy możliwy sposób. Nigdy byś sobie tego nie wybaczył.

- Jesteś moją… siostrą… powinienem…

- Pamiętaj co zawsze mówił Bill. To co doświadczamy, czyni nas silniejszymi. Wyciągnij wnioski ze złego i zmień to w dobre. Jestem kim jestem z powodu tego, co się wydarzyło. Lubię osobę, którą się stałam. Tak, wszystko po drodze było do bani, ale jednak tu jestem. Nie odpowiadasz za to, co się stało. Jeśli koniecznie musisz za coś odpokutować, to zrób to stojąc u mojego boku… i walcząc u mojego boku – powiedziała z naciskiem Ginny.

W drugim pomieszczeniu reszta nastolatków siedziała w milczeniu. Czuli się, jakby nagle przybyło im dwadzieścia lat. To Hermiona przerwała w końcu ciszę:

- Zostałeś z nią, cały ten czas. I uratowałeś jej życie. Nigdy nie będę ci w stanie się za to odwdzięczyć. Ona jest dla mnie jak siostra – wyksztusiła Prefekt Naczelna. Z trudem się opanowała. Harry uśmiechnął się do niej słabo. Drzwi stanęły otworem i Ginny pomogła swojemu bratu usiąść na najbliższym krześle. Trzymał się jej, jakby była liną ratunkową. Ginny przyciągnęła krzesło, żeby usiąść koło niego. Ron uniósł głowę, a w jego oczach płonął lodowaty gniew. Spojrzał w oczy Harry'emu, który natychmiast zrozumiał ten wzrok. Wysyłał tylko jeden komunikat. Zabijemy ich wszystkich. Harry odpowiedział bezgłośnym A żebyś wiedział. Niewypowiedziany pakt został zawarty.

- To co z tym zrobimy? – spytał Seamus. Oczy wszystkich zwróciły się na Harry'ego.

- Sens GD dobiegł końca. To czas, żeby Huncwoci wrócili do Hogwartu. Nie wystarczy nam sprawiedliwość i zakończenie tej wojny. Nie, my zmienimy czarodziejski świat, żeby to gówno nie wydarzyło się już nigdy więcej. To jak, pomożecie?

- POMOŻEMY!


Słowniczek:

Wyjść z szafy" – to nieprzetłumaczalny na polski idiom oznaczający ujawnienie się z orientacją homoseksualną. W tym przypadku użyte dosłowni słowa nabierają niezamierzonej dwuznaczności. Warto zauważyć, że to co my nazywamy garderobą, po angielsku nazywa się „walk-in closet" czyli „szafą, do której można wejść".


W następnym rozdziale:
- poranny trening z Ginny i Daphne
- Tonks przybywa do Hogwartu
- wyjec od Molly Weasley