Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 23
- No, nie każ nam czekać! Powiedz, Hellcat! – zawołał sfrustrowany Harry. Dramatyczna pauza Daphne doprowadzała go do szału. Wyglądało na to, że Ginny zaraz odgryzie sobie dolną wargę, a on miał pewne plany wobec tych pełnych usteczek.
- Cieniu, nie masz absolutnie żadnego wyczucia dramaturgii, ale skoro się upierasz, to wam powiem… eee, o czym to mówiliśmy? – zażartowała Daphne. Ginny krzyknęła głośno z nerwów. Najwyraźniej nie chciała zostać Iskierką. Harry wyciągnął rękę w geście, jakby dusił niewidzialnego człowieka.
- Co ty robisz? – spytała Daphne zdziwiona jego zachowaniem.
- Używam Mocy, żeby cię udusić. A na co ci to wygląda? – spytał Harry takim tonem, jakby to było oczywiste.
- Mocy? – spytały chórem obie dziewczyny.
- Dość tego! Robimy pieprzoną noc filmową, bo mam dość wyjaśniania wszystkiego – Harry uniósł ręce w zdenerwowaniu. Kiedy wciąż patrzyły na niego bez zrozumienia dodał: - Zrobimy popcorn, przyniesiemy nachosy, poobrzucamy się jedzeniem, a potem moja mama uziemi mnie za narobienie bajzlu. Spodoba wam się.
- Skarbie, podoba mi się twój tok myślenia. Mówiłam ci to ostatnio? – spytała Ginny z zadowoleniem wypisanym na jej uroczej twarzyczce.
- Aż dziwne, że nie zaproponował walki na poduszki – dorzuciła Daphne, udając obrażoną.
- Takiej w bieliźnie? Niezły pomysł. Wiedziałem, że na coś się przydasz, Daph – odparował Harry, mrugając do niej.
- Co za napalony skubaniec! – Daphne podzieliła się z Ginny swoimi przemyśleniami, potrząsając głową.
- Witaj w moim świecie – odparła Ginny, wywracając oczami w stronę swojego chłopaka. Potem powtórzyła ruch duszenia, który on wykonał wcześniej, w odpowiedzi na to Harry posłał jej całusa. – Z drugiej strony wyglądałby uroczo w czerwonych stringach, kabaretkach i szpilkach – dodała Ginny ze złośliwym uśmiechem.
- Nie, nie! Nie chcę o tym myśleć! Sio! – krzyknęła Daphne, zaciskając powieki i masując swoje skronie. Harry nie był pewien, czy powinien się obrazić czy jednak nie. A poza tym to i tak się nigdy nie zdarzy.
- Może jednak nieeee – odpowiedział Harry, udając Doktora Zło*. Dziewczyny popatrzyły na niego pytająco, ale i tak zaczęły się śmiać. Domyśliły się, że to jedna z tych mugolskich rzeczy, które muszą zaakceptować i wkrótce atmosfera w pokoju znacznie się ociepliła. Żadne z nich nie mogło nad sobą zapanować, wreszcie udało się to Daphne.
- Furia Niebios. W skrócie Furia – powiedziała Daphne, patrząc na Ginny. Rudowłosa dziewczyna przestała się śmiać, wyprostowała się i popatrzyła na nią zdumiona.
- Naprawdę? – tylko tyle zdołała z siebie wydusić. Harry popatrzył na Ginny, na Daphne i znów na Ginny. Daphne kiwała z aprobatą głową. Ginny przesłała jej bezgłośne podziękowania.
- Jak rozumiem kryje się za tym jakaś historia? – spytał w końcu Harry, a obie młode kobiety skinęły głowami, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- To celtycka legenda, którą mama kiedyś mi opowiadała – powiedziała Daphne, odrywając w końcu spojrzenie od przyjaciółki. – Opowiada o potężnym wampirze władającym swoją ziemią. Raz na sto lat brał młodą dziewicę na kochankę, w zamian zabijał tylko tylu ludzi, ile potrzebował, żeby przeżyć. Najczęściej byli to wędrowcy, którzy przemierzali te ziemie, więc mieszkańcy niespecjalnie się tym przejmowali. Wysyłał swoje sługi, by zabrali dziewicę, która mu się spodobała. Kiedy przybywali, by zabrać łup swojego pana, nikt z wieśniaków nie protestował. Rodzice dobrowolnie oddawali córki, bojąc się tego co może się wydarzyć, gdyby się sprzeciwili.
- Dziewczęta z wioski wychowywano tak, by wierzyły, że to wielki zaszczyt i ich obowiązek wobec społeczności. Większość dziewic akceptowała swój los. Oczywiście, niektóre się sprzeciwiały, ale w końcu wszystkie szły. Wszystkie oprócz jednej. Powiadają, że miała włosy niczym ogień i taką samą siłę woli. Kiedy po nią przyszli, walczyła z cała mocą. Powiadają, że jedynym, który przyszedł jej z pomocą, był wędrowny łotrzyk. Walczyli, póki nie pokonali wszystkich sług wampira. Według legendy zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale w końcu legendy zawsze tak mówią.
- Zawsze uwielbiałam tę część – Ginny przejęła narrację. – Jak możesz sobie wyobrazić, wampir nie był zachwycony, delikatnie mówiąc. Następnego dnia wysłał więcej sług, ale i oni zostali zabici przez młodych kochanków. I tak dalej i tak dalej, aż do dnia, kiedy wreszcie przegrali.
- Starszy wioski podstępem napoił łotrzyka eliksirem, który uśpił go na trzy dni. Dziewica została zawleczona siłą do wampira, zdradzona przez swoich ludzi dla dobra wioski. Choć walczyła z wampirem do końca, uległa i została przemieniona. Kiedy łotrzyk się przebudził, dziewica od dwóch dni spoczywała w ziemi. Płakał nad jej grobem podczas szalejącej burzy i nie chciał stamtąd odejść.
- O wschodzie słońca odszukał starszego wioski i zabił go bez wahania. Łotrzyk ostrzegł wieśniaków, że jeśli ktoś spróbuje pogrzebać ciało, podzieli los zdrajcy. Potem udał się do najbliższej gospody i czekał, aż jego ukochana wstanie z grobu. Kiedy to się stało, wampir na nią czekał. Rozkazał jej zabić tego, kogo najbardziej kochała, by jej dusza stała się przeklęta na wieki. Wyruszyła więc na poszukiwanie swojego ukochanego i odnalazła okaleczone zwłoki zdrajcy leżące na ulicy. Roześmiała się na widok zmasakrowanego ciała i ruszyła śladem krwi, który doprowadził ją do ukochanego.
Ginny przerwała, żeby złapać oddech, więc Daphne kontynuowała:
- Nie powiedziała słowa. Wyciągnęła jedynie rękę, a on ujął ją bez chwili wahania. Powiodła go do jego pokoju. Powiadają, że to jej miłość do niego pozwoliła jej przemóc żądzę krwi. Tej nocy kochała się z nim pierwszy i ostatni raz. Tuż przed świtem opuścili pokój i wyszli na ulicę. Ze swojego zacienionego powozu wampir patrzył, jak para oczekuje na poranne słońce. Razem z wieśniakami widział, jak kobieta zmieniła się w pył w ramionach ukochanego.
- Wampir znał mroczną magię. Przywołał jej popioły do siebie, a potem jego powóz popędził w stronę zamku. Łotrzyk podążył za nimi, ale nim dotarł do zamku minął cały dzień i cała noc. Kiedy słońce wzeszło, by rozpocząć ostatni dzień jego życia, łotrzyk samotnie zaatakował zamek wampira. Zaszlachtował wszystkich służących i czekał, aż mroczny stwór się przebudzi. Kiedy to się stało, wampir nie był sam, bowiem u jego boku znajdowała się ukochana łotrzyka. Zabiła już wcześniej swoich rodziców i na zawsze straciła duszę, a przynajmniej tak wydawało się wampirowi.
- Łotrzyk bez wahania odrzucił miecz i nadstawił szyję swojej ukochanej. Już chciała się w nią wgryźć, ale powstrzymała się w ostatniej chwili i powiedziała mu, że nawet śmierć nie potrafiła zniszczyć jej miłości do niego. On odpowiedział, żeby wypiła jego krew, bo wtedy na zawsze pozostaną razem. Spełniła jego życzenie, wysysając z niego nie tylko krew, ale i duszę. Gdy połączyli się duszą i ciałem, podniosła miecz swojego martwego kochanka i zaatakowała wampira.
- Bitwa trwała przez godzinę, a w brutalnej walce zniszczeniu uległa duża część zamku. Na zewnątrz szalała burza. Wieśniacy zrozumieli swoje błędy i przybyli wesprzeć łotrzyka. Stali się światkami tragicznego losu kochanków. Wampir usiłował umknąć z na wpół zniszczonej wieży. Zeskoczył z niej i próbował zmienić się w nietoperza. Dziewica skoczyła za nim i pogrążyła miecz kochanka w plecach potwora. Część ostrza wyszła z piersi wampira i wtedy uderzyła w nią błyskawica.
- Żadnego z nich nie widziano nigdy więcej. Jedynym dowodem, że się to wydarzyło, był miecz łotrzyka, który spadł na ziemię. Skąpała go krew wampira, której w żaden sposób nie dało się zmyć. Burza nabrała nowego życia, jakby wampir i dziewczyna kontynuowali swoją walkę na niebie. W zamek trafiała błyskawica za błyskawicą, aż pozostały z niego tylko ruiny. Od tego dnia dziewicę zwano Furią Niebios. Ginny, kiedy spojrzałam w oczy twojej formy animagicznej, to właśnie zobaczyłam. Powiedz mi, myliłam się, czy trafiłam w sedno?
Zapadła głucha cisza, a Daphne czekała na odpowiedź. Podobieństwa były zbyt liczne, by zrzucić to wszystko na zbieg okoliczności. Wampirzy Lord domagający się swojej ofiary, starszy wioski poświęca ją dla większego dobra, wieśniacy ślepo wierzący w to co im powiedziano. To wystarczyło, by Ginny poczuła mdłości. Harry ujął Ginny za rękę, żeby ją uspokoić. Popatrzyła mu w oczy i zrozumiała, że on prędzej umrze, niż pozwoli, by się to powtórzyło.
- Powiedziałabym, że trafiłaś w dziesiątkę – wyznała Ginny, zbierając siłę, żeby spojrzeć Daphne w oczy. – Aż ciarki przechodzą, kiedy to robisz. Cieszę się, że jesteś po naszej stronie.
Harry słyszał już wcześniej te historię, ale z nieco innym tłem i mniejszą ilością szczegółów. Jeśli miał rację, Krwawy Miecz mógł istnieć naprawdę, a nie tylko w legendzie. Jego mama zawsze powtarzała, że każda legenda oparta jest na faktach.
- Furia… podoba mi się. Gin, pamiętaj, że jesteśmy kowalami swojego losu – powiedział Harry, ściskając delikatnie jej dłoń dla podkreślenia swoich słów. Uśmiechnęła się do niego słabo.
Daphne czasami nie znosiła trafności swoich domysłów. Na razie nie musiała wiedzieć co dokładnie tam zaszło. Z czasem zasłuży na ich zaufanie.
- Ginny, będziesz miała swoje szczęśliwe zakończenie – zapewniła z przekonaniem Daphne.
Ginny wyciągnęła ku nowej przyjaciółce drugą dłoń. Blondynka ujęła ją bez wahania. Harry złapał Daphne za drugą rękę dopełniając Triquetrę*. Celtycka triada miała wiele znaczeń. Dla jednych oznaczała ciało, umysł i ducha, inni widzieli w niej moc, intelekt i miłość, a w pewnych kręgach postrzegano ją jako stwórcę, niszczyciela i podtrzymującego. Jednak nie miało to znaczenia. Harry, Ginny i Daphne w pewnym stopniu pasowali do wszystkich tych określeń.
- Furia, Cień i Hellcat. Podoba mi się. Groźnie brzmi – stwierdziła Ginny.
- Nie, Cień, Furia i Hellcat brzmi lepiej – zaoponował Harry.
- Ale dlaczego niby wy dwoje macie być na początku. Ja wolę Hellcat i jej dwa przydupasy – uznała Daphne, po czym cała trójka wybuchnęła śmiechem. Pyknięcie uświadomiło Harry'emu, że nie są już dłużej sami. Chwilę później do pokoju weszli Fred i Hesta w męskich ślizgońskich mundurkach. Hesta nie traciła czasu i natychmiast pozbyła się niechcianej odzieży. Na szczęście miała na tyle dobrego smaku, żeby ubrać pod spód swoje normalne ubrania.
- Jak wam poszło i gdzie jest George? – spytał Harry. Fred zarumienił się po czubki uszu i zaczął niepewnie pocierać kark. Hesta uśmiechnęła się, pokazując wszystkie zęby, co zaniepokoiło nawet kogoś tak zaznajomionego z goblinami jak Harry.
- George poszedł odprowadzić Angelinę. Wiecie, ona przyjechała tylko na jeden dzień. Jutro grają w Paryżu. A co do tego małego figla, który mieliśmy wyciąć. Wiecie… no więc tak… eeee…
- Harry Jamesie Potterze! Do czego ty chciałeś nakłonić moich braci? – Ginny posłała mu spojrzenie, od którego przeszły mu ciarki po plecach. Wzruszył ramionami z miną niewiniątka, ale ona nawet na moment nie dała się oszukać.
- Przestań cykorować i powiedz mu wreszcie – poleciła Hesta swojemu nowemu kochankowi, dając mu solidnego klapsa w pośladek. Tak solidnego, że aż uniosło go na palce, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. Ginny wydawała się rozbawiona tą sytuacją, Daphne wyglądała na wstrząśniętą. Harry nie był pewien, czy to dlatego, że nigdy nie widziała goblina kobiety, czy dlatego, że zorientowała się, że Fred i Hesta są kochankami.
- Wszystko zaczęło się tak jak zaplanowaliśmy. Razem z tą tu zieloną kusicielką zabraliśmy eliksir wielosokowy i zajęliśmy nasze pozycje w schowku na miotły na korytarzu na czwartym piętrze – rozpoczął Fred.
- Zwariowaliście? To najbardziej uczęszczana komórka na miotły w szkole. Terry Boot i Fay Dunbar niedługo przyczepią tabliczkę ze swoimi imionami na tych cholernych drzwiach. A ona jest największą plotkarą w szkole. Co ty sobie myślałeś, żeby ich tam wysyłać, Harry? – spytała z niedowierzaniem Daphne. Harry powinien o tym wszystkim wiedzieć. Na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech, który zapewnił ją, że jednak wiedział. Potem popatrzył na Freda i Hestę.
- I co dalej?
- Tak jak zasugerowałeś wzięliśmy eliksir zanim skończyła się lekcja. Przepraszam Harry ale nie mogłem tego zrobić. Wiedziałem, że to Hesta, ale mimo wszystko wyglądała jak Crabbe – powiedział Fred.
- Tak, marudził jak mała dziewczynka, więc wzięłam sprawy we własne ręce – dodała Hesta, wywracając oczami.
- I to zupełnie dosłownie, że tak się wyrażę.
- Nie słyszałam, żeby się skarżył – stwierdziła Hesta, patrząc na niego znacząco.
- Żaden facet nie będzie się skarżył, kiedy dziewczyna robi coś takiego.
- A chcesz, żebym to kiedyś powtórzyła?
- Tak.
- To przestań marudzić. Stój tu i ładnie się uśmiechaj. Mamusia o wszystko zadba.
Fred chciał się odgryźć, ale Harry zagwizdał, przyciągając uwagę wszystkich zebranych w pokoju.
- Jeśli dobrze was rozumiem, to kiedy Boot i Dunbar otworzyli drzwi zostali zaszczyceni widokiem Crabbe'a, który robił Goyle'owi dobrze ręką? Spytał Harry.
Hesta mrugnęła do niego, a Fred zaczerwienił się po czubki uszu i patrzył wszędzie, byle nie na siostrę. Ginny gwałtownie wciągnęła powietrze, a Daphne znów zaczęła masować sobie skronie. Wyglądało na to, że próbuje pozbyć się z głowy kolejnego niepożądanego obrazu. Wtedy właśnie wkroczył George.
- Co przegapiłem? – spytał.
- Wygląda na to, że dzięki Fredowi i Heście Crabbe i Goyle zarobili na ksywki Goofy i Druto – powiedział mu Harry.
- Goofy i Dłuto?
- Druto, przez „r". Postaraj się nadążać, skarbie – zażartowała Daphne, widząc zmieszanie George'a. Wygląda na to, że pozbyła się niechcianego wyobrażenia szybciej niż poprzednim razem. Dopiero wtedy George ją rozpoznał. Daphne bała się, że rudzielec wejdzie w pełny tryb gryfoński i wyzwie ją od nasienia zła czy czegoś równie durnego. On jednak tylko się do niej uśmiechnął, patrząc w taki sposób, że zarumieniła się lekko.
- Takie już mam szczęście, że zmienili mundurki dziewcząt zaraz po tym, jak skończyliśmy szkołę – George mówił do brata, ale nie spuszczał oczu z Daphne.
- Angelinie chyba nie spodobałoby się, że podrywasz inne dziewczyny, George – powiedziała Ginny, celując w brata różdżką. Daphne przeszła dzisiaj naprawdę dużo i na pewno nie potrzebowała kolejnego idioty śliniącego się na jej widok. Jednak gdyby popatrzyła na Daphne, zauważyłaby na twarzy przyjaciółki uśmiech, który sugerował, że blondynka nie ma nic przeciwko.
- Powiem ci, że mamy bardzo otwarty związek. Ona skupia się na karierze i dużo podróżuje. Żadne z nas nie chciałoby mieć żalu do drugiego za parę lat z powodu… straconych okazji – wyjaśnił George, a Ginny ze zrozumieniem pokiwała głową. – Poza tym jedynie podziwiałem, a nie podrywałem. To różnica.
- Dobrze, w takim razie wszystko ustalone. Hesto, chciałbym, żebyś dała to Gryfkowi, on będzie wiedział co dalej – rzekł Harry, podając goblince zapieczętowany zwój.
Potem wręczył bliźniakom po fiolce i kluczu od skrytki.
- Potrzebuję, żeby Crabbe'a i Goyle'a zobaczono w Gringotcie, jak opróżniają swoje skrytki. Postarajcie się przy tym wyglądać na zdenerwowanych. Potem idźcie do sklepu ze sprzętem do quidditcha i kupcie dwa modele tej Błyskawicy, która dopiero co wyszła. Potem odlećcie z Ulicy Pokątnej, robiąc z tego wielkie przedstawienie – polecił Harry.
Wtedy do Daphne dotarło o co chodzi. Nie musieli ukrywać, że Crabbe i Goyle byli martwi, ani tego jak zginęli. Plotki w Hogwarcie były jak artykuły Rity Skeeter. Wymagały jedynie ziarna prawdy i mnóstwa wyobraźni. Jeszcze zanim zjedzą kolację pojawi się tyle teorii, że nikt już nie dojdzie do prawdy.
- On naprawdę jest geniuszem zła - powiedziała z podziwem Daphne, zwracając się do Ginny. – Nigdy bym tego nie wymyśliła, a jestem Ślizgonką.
Dzięki swemu pochodzeniu Narcyza Black, bo tak teraz nazywała się ta kobieta, nauczyła się korzyści płynących z cierpliwości. Była dumna, że opanowała tę sztukę, która przyniosła jej liczne benefity. Jednak nawet ten talent mógł się wyczerpać i właśnie była na granicy.
Odnalezienie Rose Lancaster nie było bardzo skomplikowane. Nudne, owszem, ale niezbyt trudne dla czarownicy jej kalibru. Biedna kobieta przeżyła potężne załamanie nerwowe wkrótce po odejściu z sierocińca na Dziewiątej Ulicy. Nieszczęsny mugol, będący jej mężem od przeszło czterdziestu lat za nic nie potrafił sobie przypomnieć, by kiedykolwiek się żenił, nawet widząc masę zdjęć potwierdzających ten fakt u siebie w domu. Jego rodzina wzięła to pewnie za Alzheimera, ale Narcyza wiedziała co to było. Ktokolwiek za tym stał był dobry, ale nie wziął pod uwagę, że czarownicą, która przyjdzie szukać tej kobiety, będzie córka Rodu Blacków.
Mężczyzna nie miał żadnych osłon mentalnych, a zaklęcie nałożone na jego umysł można było określić co najwyżej jako żałosne. Ktokolwiek je rzucił, nie spodziewał się, że ktokolwiek rozgryzie sprawę, nie miał wprawy w takich zaklęciach albo był po prostu słaby magicznie. Niezależnie od przyczyny, Narcyza bez trudu zwróciła mężczyźnie wspomnienia ponad czterdziestu lat spędzonych z żoną. Żałowała tylko, że nie może zrobić więcej. Przecież była czarownicą, na miłość Merlina!
Nie oczekiwała jednak, jak lekko zrobiło się jej na duszy, kiedy spojrzała w oczy mężczyzny i zobaczyła w nich, jak do jego umysłu wracają wspomnienia. Nie oczekiwała też łez, które wezbrały w jej oczach, gdy mężczyzna dziękował jej za ten dar. Ci mugole byli dziwni, ale nie uważała już, by poznanie ich bliżej było takim zły pomysłem.
Wyglądało na to, że złoczyńcy postanowili ukryć Rose na widoku. Najpierw udała się do szpitala, w którym, jak powiedział jej mąż, powinna przebywać. Potem nadziała się na mugoli i ich cholerne zasady prywatności. Potrzebowała wniknąć w kilka umysłów, by dowiedzieć się, gdzie przeniesiono panią Lancaster. Po kolejnych siedmiu szpitalach i niezliczonych przeszukanych umysłach wiedziała już, że Rose trafiła nigdzie indziej, jak do Świętego Munga. Ci ludzie naprawdę zaczynali ją wkurzać.
Narcyza postanowiła zaryzykować i wjechała na czwarte piętro. Poszła prosto na Oddział Janusa Thickeya. Tam na krześle, wyglądając przez okno, siedziała Rose Lancaster. Kiedy zbliżyła się do kobiety, podeszła do niej starsza uzdrowicielka.
- Dzień dobry, nazywam się uzdrowiciel Osborn. Czy jest pani przyjaciółką Rose?
- Obawiam się, że nigdy wcześniej jej nie spotkałam. Ale ona jest moim ostatnim tropem. Miałam nadzieję, że pomoże mi znaleźć rodziców małej dziewczynki – Narcyza czuła, że szczerość posłuży jej najlepiej. Najwyraźniej Lily odcisnęła na niej mocniejsze piętno niż jej się wydawało. Oczywiście ministerialny dokument, który przedstawiła Głównej Uzdrowiciel oznajmiał, że ma status aurora, zresztą jak wszyscy inni Huncwoci, dzięki staraniom Syriusza. To powinno przezwyciężyć wszystkie kłody, jakie uzdrowicielka zechce jej rzucić pod nogi. Czasami biurokracja to dobra rzecz, jeśli umie jej się odpowiednio używać.
- To szkoda, bo obawiam się, że biedna Rose nie zdoła pomóc już nikomu – odparła uzdrowiciel Osborn ze smutkiem.
- Co jej się stało?
- Jeden z moich praktykantów rozpoznał ją na wizycie studyjnej w mugolskim szpitalu. Przeniesiono ją tutaj. Wygląda na to, że wielokrotnie na przestrzeni kilku lat czyszczono jej pamięć.
- Wie pani ile razy?
- Szacujemy, że około dwudziestu. Nikt nie da rady dojść do siebie po czymś takim. Obawiam się, że kobieta, którą niegdyś była, odeszła. Przykro mi, moja droga, ale nie sądzę, żeby Rose miała pomóc pani w odnalezieniu rodziców tej dziewczynki.
- Czy ma pani coś przeciw, żeby przy niej chwilę posiedziała?
- Pewnie, że nie, nieczęsto miewa gości.
- Ale miewa? Nie ma pani przypadkiem ich listy?
- Nie poddaje się pani za łatwo?
- Nie mam takiego zwyczaju.
- Zaraz wrócę – powiedziała uzdrowiciel Osborn i zostawiła Narcyzę z Rose Lancaster. Ta usiadła obok kobiety spoglądającej za okno z kamienną twarzą. Ujęła starszą kobietę za rękę. Miała nadzieję, że ludzki kontakt wytworzy jakąś iskrę. Nic z tego.
- Witaj, Rose. Nie znasz mnie, ale chciałam ci powiedzieć, że spotkałam dzisiaj twojego męża.
Szukała śladów zrozumienia, ale nie znalazła. Naciskała dalej:
- Bardzo za tobą tęskni.
Dalej brak odpowiedzi, może czas zmienić taktykę.
- Rozmawiałam z Adamem.
Oczy Rose drgnęły na moment, ale zaraz znów zanurzyła się we własnym świecie. Przez te wszystkie lata opiekowała się dziećmi, które nie były jej. Ale może na jakimś poziomie jednak były? Instynktu macierzyńskiego nie mogli ci odebrać.
- To dobry chłopak. Wiem co mu zrobili.
Dolna warga kobiety zadrgała.
- Emma trafiła do Hogwartu. Są tam ludzie, którzy o nią dbają.
Czy to był uśmiech?
- Muszę znaleźć jej rodziców.
Rose na ułamek sekundy zmarszczyła brwi i znowu nic. Praktykant przeszedł obok i Narcyza poczuła na sobie jego wzrok. Powstrzymała się przed rzuceniem mu złowrogiego spojrzenia. Udało jej się, ale oni nie musieli o tym wiedzieć. Wyciągnęła różdżkę i bezgłośnie rzuciła zaklęcie zapewniające prywatność.
- Jeśli ich znajdę, może będę mogła pomóc Emmie i Adamowi. Oni powinni być przyjaciółmi.
Rose skinęła lekko głową. To nie był zbieg okoliczności. Na zmienionej przez zaklęcie maskujące twarzy Narcyzy pojawił się uśmiech.
- Kobieta kot im to odebrała, prawda?
Rose powoli zamknęła oczy i ponownie je otworzyła. Narcyza zaczynała przeczuwać, że z kobietą nie było tak źle, jak by się mogło wydawać. Po cichu aktywowała zaklęcie wykrywające magię. Na obrączkę Rose nałożono silne zaklęcie ochronne. Ktoś z rodziców charłaczki, lub nawet oboje, byli w Slytherinie. Zanim zdołała to potwierdzić, uzdrowiciel Osborn wróciła z rejestrem wizyt. Wręczyła go Narcyzie i powiedziała, że musi zrobi obchód. Wystarczyło jednak, że Narcyza zerknęła do rejestru i wiedziała już wszystko. Kilkoro gości najwyraźniej miało ten sam charakter pisma. Wyglądało na to, że dr D. Knot stała się panią D. Knot. Chyba właśnie znalazłam pseudonim kobiety kota.
Narcyza wyjęła kieszonkowe lusterko, żeby sprawdzić makijaż i dyskretnie zlustrować salę. Tak jak przewidywała, praktykant nieustannie się jej przyglądał. Robił to zbyt ostentacyjnie, by być jednym z nich. Raczej płacono mu lub grożono, żeby miał Rose na oku. Będzie musiała wyczyścić mu pamięć zanim wyjdzie.
- Rose, wiem, że ciągle cię obserwują. Wrócę, kiedy sen zamknie ich oczy. Córki Rodu Blacków nigdy się nie poddają – wyszeptała Narcyza do ucha kobiety, przytulając ją. Nie poczuła złożonego kawałka pergaminu, który został jej włożony do kieszeni szaty. Musiała porozmawiać z Lily i Andy. O północy wyciągną stąd tę kobietę.
Artur Weasley właśnie wrócił z lunchu, który zjadł ze swoim synem Billem. To było bardzo oświecające przeżycie, by nie użyć mocniejszych słów. Spotkanie Zakonu, na które poszedł poprzedniego wieczoru, okazało się kompletnym marnotrawstwem czasu. Chyba że jego celem było doprowadzenie jego żony do szału. W takim razie zakończyło się pełnym sukcesem.
Złośliwe komentarze Augusty Longbottom na temat rzekomej zdrady Ginny wobec jej kochanego Neville'a tylko dolewały oliwy do ognia. Stara kobieta niemal wprost powiedziała, że Ginny nie będzie nikim więcej niż dostarczycielką rozrywki w domu Longbottomów, jeśli Augusta będzie miała w tej sprawie coś do powiedzenia. Artur świetnie wiedział jak niektóre Szlachetne Rody prowadzą interesy. Konkubiny były często dodawane jako tak zwane bonusy do układów. Oczywiście Neville z całych sił odgrywał śmiertelnie urażonego chłopaka. Molly błagała go, żeby dał Ginny jeszcze jedną szansę. Przysięgała, że uwolni córkę od niemoralnego wpływu Pottera, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi.
Artur musiał niemal siłą powstrzymać Molly przed oskarżeniem syna Lily o użycie Zaklęcia Niewybaczalnego w celu kontrolowania Ginny. Oskarżenie Lorda o taki czyn bez dowodów sprowadziłoby straszliwe konsekwencje na ich rodzinę. Spotkał Lily Potter tylko raz, ale poważnie wątpił, czy wychowałaby syna na osobę zdolną do czegoś takiego. Powiedział to na głos w obecności swojej żony, co sprawiło, że spędził noc na kanapie. Nie żeby miał coś przeciwko, niespecjalnie przepadał za swoją żoną, kiedy zaczynała wpadać w histerię, co ostatnio zdarzało się coraz częściej.
Ciągle kochał swoją żonę tak samo jak dawno temu, kiedy był nastolatkiem, w którym szalały hormony, ale bywało, że testowała granice jego cierpliwości. Była dobrą żoną i kochającą matką. Nigdy w to nie wątpił, ale miała swoje… problemy.
Pozwolił jej nosić spodnie w tym związku, jak to mówią, bo najwyraźniej czuła potrzebę kontroli. Po tym co przeszła w życiu, oddanie tego w zamian za jej spokój ducha wydawało mu się nieznaczną ceną. Teraz jednak widział, że zrównoważone partnerstwo byłoby chyba lepszym modelem.
Molly, przy całym jej uporze przy swoim zdaniu i determinacji była, z braku lepszego terminu, owcą podążającą za przewodnikiem i szła za Dumbledorem bez cienia wahania. Była szczerym człowiekiem i w swojej naiwności wierzyła, że takimi są też Dumbledore i Longbottomowie. Jednak praca Artura w Ministerstwie pozbawiła go złudzeń już wiele lat temu.
Jego wiara w Dumbledore'a zaczęła się chwiać chyba wtedy, kiedy starzec pozwolił wymknąć się spod kontroli sytuacji na pierwszym roku Ginny. Czarodziej tak mądry i doświadczony powinien się domyślić na podstawie dostępnych poszlak, że bazyliszek jest na wolności. Dług Życia Ginny wobec Neville'a zawsze wydawał mu się niewłaściwy. On i Molly byli tak oszołomieni tego wieczoru, kiedy Ginny została im zwrócona, że nie pomyśleli o kwestionowaniu słów dyrektora. Artur po prostu cieszył się, że Ginny w ogóle żyje. Przyjęli wersję Dumbledore'a bez wahania. A przez te wszystkie lata, gdy tylko chciał się nad tym zastanowić, sprawa wylatywała mu z myśli. Po pewnym czasie zaakceptował ten fakt.
Kiedy został powiadomiony, że Ginny została pojmana przez socjopatyczną zastępczynię Sami-Wiecie-Kogo, by zrozumiale wkurzony, ale kiedy Dumbledore powiedział mu, że Ginny stała się ofiarą wojny, jego wiara w starca rozwiała się jak dym. Zawiódł swoją córkę i w żalu osunął się w mrok.
Z depresji wyciągnął go Remus Lupin. W tajemnicy powiedział Arturowi, że Ginny została uratowana i znajduje się w bardzo bezpiecznym miejscu. Remus zapewnił go, że jego córka wróci do domu za tydzień, ale Artur nie zamierzał wierzyć na słowo już nikomu więcej. Nie odpuszczał, póki Remus nie powiedział mu, że Kwiatek Jamesa pilnuje jego córki. Artur wiedział o kim Remus mówi i wiedział, że kobieta będzie chronić Ginny z narażeniem własnego życia, jeśli zajdzie taka potrzeba. Od tego dnia Remus Lupin zyskał jego zaufanie, a Lily Potter dozgonną wdzięczność.
Kiedy Artur przeczytał artykuł w porannym „Proroku Codziennym", umówił się z Billem na lunch, żeby usłyszeć cała historię. Poznał przy okazji damę Billa i musiał przyznać, że jego syn ma świetny gust. Była bardzo piękna i, jak przekonał się na swoje nieszczęście, nie bała się bronić swojej opinii. Artur zaczął wypytywać o intencje Lorda Pottera wobec jego córki. Może i jego słowa były nieco oskarżycielskie, nie był pewien. W odpowiedzi dostał drinkiem w twarz i usłyszał gwałtowną tyradę po francusku pod swoim adresem, której niestety nie zrozumiał. Kiedy dziewczyna wyszła rozzłoszczona, Bill poinformował ojca, że Fleur i Harry są przyjaciółmi z dzieciństwa. Artur dowiedział się też od Billa, że jest winny młodemu Lordowi gorące podziękowanie. Kiedy otworzył drzwi swojego biura i ujrzał czekającą na niego Molly, wiedział, że sytuacja zrobiła się jeszcze gorsza.
- Syriuszu, byłeś dzisiaj strasznie cichy na lunchu. Chciałbyś o czymś porozmawiać? – spytała Lily, gdy wracała z Syriuszem do swojej klasy. Kiedy nie dał znaku, że ją w ogóle słyszy, wzięła go za rękę i przytuliła się do jego ramienia, kładąc mu głowę na barku. – Wiesz, że wyciągnę to z ciebie prędzej czy później, Kundelku. No dawaj, podrapię cię za uszkami – zażartowała Lily i usłyszała śmiech w odpowiedzi, ale zdecydowanie za krótki. – Podrapię cię nawet po brzuchu – dodała, ale on ledwo zareagował. Uznała, że czas wytoczyć ciężką artylerię. – Pokażę ci cycki.
To powinno wystarczyć.
- Naprawdę? – Syriusz obrócił głowę tak szybko, że prawie skręcił sobie kark.
- Nie, sprawdzałam tylko, czy mnie słuchasz – zachichotała Lily.
- Nienawidzę, kiedy tak robisz – warknął Syriusz. Lily wyciągnęła rękę i żartobliwie podrapała go za uchem.
- Mężczyźni to proste stworzenia. Obiecaj pokazać im cycki i masz ich niesłabnącą uwagę – powiedziała tonem, jakby mówiła do psa. – Wyobraź sobie do czego mogłabym cię skłonić, gdybym zaoferowała nałożenie stroju niegrzecznej kowbojki i striptiz – Lily uniosła brwi i posłała mu uśmiech, który mógłby stopić lodowiec.
- W skórzanych spodniach i z ostrogami? – spytał z nadzieją Syriusz.
- I w niczym innym – zażartowała Lily, mrugając do niego.
- Wiedziałbym, że blefujesz – odparł Syriusz. Nie zamierzał dać się złapać na to drugi raz.
- A czy ja blefuję? – spytała znacząco Lily.
- Serio?
- Nie.
- Aaaargh! Czemu ja się z tobą przyjaźnię?
- Bo uwielbiasz, kiedy się nad tobą znęcam – wyjaśniła Lily, trącając go biodrem.
Syriusz zaczął się śmiać, bo wiedział, że kobieta ma rację. Zawsze wiedziała, jak przebić się przez jego humory. Gdyby nie była jego kotwicą, zapewne zmieniłby się w zgorzkniałego człowieka jak Snape. Trącił ją biodrem w odpowiedzi i ruszyli dalej korytarzem, a Lily znów złożyła głowę na jego ramieniu.
- Masz dzisiaj dobry humor. Po tym wyjcu, którego dostał Harry, spodziewałbym się paskudnego nastroju u ciebie.
- Właściwie od lat nie czułam się tak dobrze i zawdzięczam to Molly Weasley – wyznała Lily z szerokim uśmiechem.
- Jasna cholera! Poszłaś jej szukać, prawda?
- A myślałeś, że zostawię tak tego wyjca?
- Raczej nie – odparł Syriusz ze śmiechem. – Ale nie zabiłaś jej, prawda?
- Nie, jedynie wylałam na nią szesnaście lat tamowanych emocji, co właściwie sprawiło mi dużą ulgę, choć był moment, kiedy chciałam jej zrobić krzywdę. Mogłam powiedzieć kilka rzeczy, z których nie jestem do końca dumna, ale ona zasugerowała kilka paskudnych rzeczy o tobie i o mnie. Wygląda na to, że nie powiedziałeś mi w pełni co napisała o mnie ta suka Skeeter.
- Nie licz, że cię za to przeproszę. Miałaś wtedy wystarczająco dużo na głowie. Nie potrzebowałaś do kompletu wysłuchiwać tych kłamstw, które płodziła na twój temat.
- Złe były? Ile Harry wie? – spytała Lily, choć była pewna, że nie chce znać odpowiedzi.
- Bardzo złe. A gdyby Harry wiedział, Skeeter byłaby już martwa. Lils, minęło szesnaście lat. Wydawałoby się, że ludzie powinni o tym zapomnieć albo połapać się, że to nic nie warte gówno. To zresztą był jeden z powodów, dlaczego przycisnęliśmy tę wiedźmę i przejęliśmy nad nią kontrolę.
- Wciąż są ludzie, którzy ślepo uwierzą we wszystko, co ona napisze, jakby sam Merlin im to objawił – stwierdziła Lily głosem ociekającym niechęcią.
- I dobrze. Wykorzystamy to.
- Nie zmieniaj tematu. Jeśli nie liczyć seksu, byłeś dla mnie równie dobrym mężem, a dla Harry'ego równie dobrym ojcem, jakim mógłby być James. Wiem, że ciągle się z tobą drażnię, ale jestem ci wdzięczna, że nigdy nas nie zostawiłeś.
- I nigdy nie zostawię. Ty i Harry jesteście moją rodziną – Syriusz stanął i spojrzał na nią z naciskiem.
- Widziałam zeszłego wieczoru patronusa ponuraka biegnącego przez Błonia. Dość wymowne, nie sądzisz? Dalej ją kochasz?
- Dokładnie tak, jak ty kochasz Jamesa.
- Jest żoną innego.
- Najpierw była moja i czy ci się to podoba czy nie, zawsze będzie. Jak głupiec myślałem, że jeśli prześpię się z wystarczająco wieloma kobietami, wypalę tę uwięź na jakiej mnie trzyma. Wiem teraz, że to się nigdy nie stanie. Rozmawiałem z nią dzisiaj zaledwie przez pięć minut i… Zresztą kogo ja usiłuję oszukać. Owinęła mnie sobie wokół palca w minutę. Musiałem użyć całej samokontroli, żeby nie wskoczyć za nią w Fiuu.
- CO? Była tu? A więc to jej zapach czuję na tobie. Lepiej nie zbliżaj się do Daphne Greengrass. Jest animagiem i jeśli wyczuje na tobie swoją matkę… no cóż, to raczej nie będzie miła rozmowa.
- Wie już, że Gaby i ja byliśmy kochankami.
- Powiedziałeś jej?
- Wydobyła to ze mnie podstępem. Mała, sprytna czarownica, cała matka.
- I przepadłeś?
- Taaa, już po mnie – Syriusz wzruszył ramionami. Lily podeszłą do niego, jakby chciała go uściskać. Kiedy pochylił się, żeby ją przytulić, Lily uderzyła go w potylicę.
- Au! A to za co?
- Bo jesteś idiotą.
- A mogłabyś konkretnie?
- Jak dla mnie masz dwa wyjścia. Możesz odpuścić. Będzie ciężko, ale się da. Możesz też ją złapać i nigdy nie puszczać. Twój wybór – powiedziała ostro Lily.
- Ty mnie jeszcze zachęcasz?
- Szesnaście lat temu rzuciłabym w ciebie klątwą, jeśli chociaż byś o tym pomyślał, ale jestem już inną kobietą, tak samo zresztą jak Greengrass, a ty innym facetem. Życie sprawia, że zmienia się pogląd na wiele rzeczy. Wysłuchaj kobiety, która nie ma miłości swojego życia do ogrzewania jej łóżka w nocy. Gdyby James żył i tylko magia stała między nami, wyrzekłabym się jej w mgnieniu oka.
- Lils, to trochę bardziej skomplikowane.
- To rozplącz to, Kundelku. Od kiedy to istnieją problemy, których wasza dwójka nie może rozwikłać? Miała szesnaście lat, żeby o tym myśleć. Użyła Fiuu w twoim biurze z jakiegoś powodu. Myślę, że powinieneś przynajmniej wysłuchać co ona ma do powiedzenia. A potem wspólnie zdecydujcie co będzie najlepsze dla was obojga. Albo nawet siądźcie we trójkę i jak dorośli ludzie ustalcie co będzie najlepsze dla wszystkich.
- Jesteś niesamowitą kobietą, Lily. Bez ciebie bym się pogubił – wyznał. Wiedziała po tonie jego głosu o czym mówi. Ujęła jego twarz w dłonie i spojrzała na niego czule.
- Nawzajem – powiedziała, z trudem panując nad swoim głosem. – Ale jeśli zobaczysz szansę, skorzystaj z niej. Nie martw się mną i Harrym, tylko korzystaj.
Słowniczek
Doktor Zło – główny czarny charakter w serii filmów o Austinie Powersie.
Triquetra – symbol w wierzeniach wikkańskich, oznaczający, że wszystko co zrobisz wróci do ciebie z potrójną siłą.
Od autora: Celtycka legenda o Furii Niebios nie istnieje. Oparłem tę historię na opowiadaniu, które wymyśliłem w liceum o krwawej walce między wampirem i duchem. Nigdy jej nie spisałem, więc istnieje tylko w mojej pokręconej wyobraźni.
W następnym rozdziale:
- Neville skarży się Dumbledore'owi
- Artur i Molly
- Lily wyciąga rękę do Draco
- Emma poznaje Fleur
