Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 24

- Co to, do cholery, ma być? – ryknął Neville na Dumbledore'a, ciskając energicznie egzemplarz „Proroka Codziennego" na biurko starego czarodzieja. Dyrektora nie zaskoczyła reakcja Neville'a na te wieści. Wiedział, że sam jest częściowo odpowiedzialny za żenujące zachowanie chłopca, ale większość winy leżała po stronie jego paskudnej babki. Wielka szkoda, że nie było jej z synem tej nocy, kiedy Tom złożył im wizytę. Mała zmienna, której nie wziął pod uwagę, gdy pozwolił Pettigrewowi odkryć lokalizację schronienia Longbottomów. To przeoczenie stało się od tego dnia cierniem w jego boku.

Popełnił błąd wysyłając Hagrida po chłopca. Miał nadzieję, że potężne rozmiary mężczyzny wystarczą, żeby odstraszyć każdego, kto mógłby sprawić kłopoty. Jednak Hagrid nie okazał się godnym przeciwnikiem dla Augusty Longbottom. Kobieta porwała wnuka do świetnie strzeżonego Dworu Longbottomów. Nim zdołał wreszcie załatwić sobie u niej audiencję, starucha podjęła kroki prawne, by upewnić się, że Albus nigdy nie będzie miał kontroli nad chłopakiem, zwłaszcza jeśli ją spotkałby nagły koniec.

Kobieta nie była głupia i miała wiele koneksji w Wizengamocie. Jej umysł był tak samo sprawny jak wiele lat temu i potrafiła rozgrywać polityczne gierki znacznie lepiej niż on. Jeśli nawet podejrzewała, że Dumbledore ma coś wspólnego ze śmiercią jej syna i synowej, nie dała tego po sobie poznać. Został zmuszony, by grać w jej grę, jeśli chciał mieć jakąkolwiek kontrolę nad życiem chłopca. Augusta wiedziała, że trzyma Albusa za jaja i nie zamierzała go puszczać w przewidywalnej przyszłości.

Nie była ślepa i zdawała sobie sprawę z wad Neville'a. Chłopak dysponował co najwyżej przeciętną mocą magiczną i brakowało mu motywacji, by poprawić swoja znajomość zaklęć. Jeśli coś układało się nie po jego myśli, poddawał się i oczekiwał, że inni zrobią wszystko za niego. To niestety wynikało głównie z tych wszystkich lat, kiedy każde jego życzenie było natychmiast spełniane, a w związku z tym praca stanowiła dla chłopaka całkowicie nieznaną ideę. Choć Dumbledore nauczył chłopca kilku efektownych zaklęć, żeby olśnić masy, Augusta wiedziała, że jej wnuk jest szkolony do jednej roli – baranka ofiarnego.

Jednak nim ten dzień nadejdzie, pracowała niestrudzenie, by upewnić się, że dziedzictwo Longbottomów przetrwa. Dziewczyna Weasleyów nada się na klacz rozpłodową, ale Augusta planowała znaleźć arystokratyczną dziewczynę czystej krwi, która przejęłaby tytuły i obowiązki kolejnej Lady Longbottom. Gdyby dowiedziała się o tajnym testamencie, do podpisania którego nakłonił Neville'a Dumbledore, padłaby martwa na zawał.

- Potter i Weasley ratują kilka pieprzonych goblinów i dostają Order Merlina! Ja zniszczyłem Voldemorta, kiedy miałem rok i gówno dostałem! Gdzie jest mój Order Merlina?! – marudzenie Neville'a było dla starca jak zgrzyt kredy po tablicy. Gdyby chłopak nie był mu tak bardzo potrzebny, wyrzuciłby go z biura za jego bezczelność tu i teraz. Niestety go potrzebował, więc musiał się teraz uporać z jego dramatyzowaniem.

Niezależnie od tego, jak bardzo Albus pragnął nawrzeszczeć na chłopaka, wiedział, że kiedy Neville wpada w taki humorek, jest to strata czasu, energii i magii. Musiał pozwolić rozpieszczonemu chłopakowi na atak histerii. Już wiele lat temu nauczył się nie zwracać na nie uwagi. Udawał, że słucha, nawet kiwał głową w odpowiedzi i udzielał nieprecyzyjnych werbalnych odpowiedzi. Jeśli Neville'owi wydawało się, że ktoś przykłada wagę do jego słów, był zadowolony. Kiedy już się wygada, i dopiero wtedy, Neville będzie gotowy wysłuchać co dyrektor ma mu do powiedzenia. Tak więc Dumbledore wyciszył bezsensowne bełkotanie Neville'a i pogrążył się w rozmyślaniach na temat wszystkiego, czego dowiedział się o Lordzie Harrym Potterze.

Młodzieniec zyskał znaczącą siłę w Wizengamocie w stosunkowo krótkim czasie. Pogłoski głosiły, że on i Black przepychają kilka aktów prawnych, które na wiele lat zmienią porządek rzeczy w czarodziejskim świecie. Po tym co stało się poprzedniego dnia na Ulicy Pokątnej, Potter właściwie zapewnił, że sukkuby zostaną przeklasyfikowane na magiczne stworzenia i otrzymają wszystkie wiążące się z tym przywileje. Jeśli jego źródła w Gringocie się nie myliły, chłopak miał na swoje rozkazy Goblińską Armię. Wyglądało na to, że Lily i Syriusz powiedzieli mu wszystko na temat przepowiedni. Dumbledore wciąż jednak nie wiedział, ile dokładnie powiedziała mu Ginny Weasley. Opiekuńczość, którą młody Lord okazywał dziewczynie, wskazywała, że nie odmalowała Neville'a i Dumbledore'a w korzystnych barwach.

Starzec wiedział, że Potter zdradził dzieciakom ze szkoły wystarczająco dużo, by niektórzy zaczęli się zastanawiać nad swoją lojalnością. Wewnętrzny krąg Neville'a zwrócił się przeciwko niemu i traktował Pottera, jakby znali go całe życie. A biorąc pod uwagę ich historię, nie stanowili zbyt ufnej grupy. Mocno go intrygowało, jakim sposobem chłopak tak szybko pozyskał ich lojalność. Hermiona odmówiła rozmowy z Ginny w imieniu Neville'a. Nie pomogło nawet grożenie jej statusowi Prefekt Naczelnej. Potter zdołał nawet obejść nadopiekuńczość Rona. Albus tracił kontrolę nad własną szkołą i ani trochę mu się to nie podobało. Dla kogoś takiego jak Albus Dumbledore kontrola była wszystkim.

Dziki, zwierzęcy ryk, który Potter wydał z siebie poprzedniego wieczoru sugerował, że jest animagiem, prawdopodobnie jakimś dużym kotem. Dość przewidywalne, biorąc pod uwagę, że także jego ojciec i ojciec chrzestny opanowali tę gałąź magii. Wyglądało też na to, że zdołała zaprzyjaźnić się z pierwszoroczną metamorfomag. To mogła być droga do uzyskania jakiejś kontroli nad chłopakiem. Jeśli Albus się nie mylił, dziewczynka była sierotą. Będzie musiał to sprawdzić później. Może jeśli każe auror Lupin uczyć dziewczynkę, kobieta zdoła się zaprzyjaźnić z chłopakiem. Powiedziała mu, że spotkała młodego Lorda Pottera jedynie kilka razy i odniosła wrażenie, że nie jest do niej przyjaźnie nastawiony. Może nie aprobował jej małżeństwa z Remusem, a może pragnął jej dla siebie. Nietrudno to sobie wyobrazić w przypadku chłopaka, który miał okazję zakosztować rozkoszy z sukkubami.

Jeśli dodać do tego nieufną naturę panny Weasley, mogło to stanowić okazję do stworzenia rozłamu między nimi. Jeśli Tonks zdołałaby uwieść Pottera, a Ginny stałaby się tego świadkiem, na pewno uciekłaby prosto w nadstawione ramiona Neville'a. To posłużyłoby też do rozerwania więzi, które najwyraźniej stworzył z pozostałymi uczniami. Jednak przekonanie pani Lupin do tego planu mogło okazać się trudne. Albus miał nadzieję, że nie będzie musiał się przy tym uciekać do bardziej nieetycznych praktyk, by upewnić się, że kobieta wykona jego rozkazy.

Był jednak pewny, że jego największą szansą na kontrolę nad Potterem była Lily. Rano Albus złożył wizytę Ricie Skeeter, żeby sprawdzić, czy byłaby skłonna kontynuować swoje dawne działania związane z prezentacją publicznego wizerunku Lily. Jednak dziennikarka wprost mu odmówiła. Powiedziała, że nie napisze złego słowa o Lady Potter. Kiedy to usłyszał, przypomniało mu się, że Skeeter pisała o chłopaku i Lordzie Blacku w samych superlatywach. Wyglądało na to, że Potter już do niej dotarł.

Nie miał najmniejszych wątpliwości, że to o młodym Lordzie mówiła przepowiednia. Nie widział jeszcze miarodajnej próbki mocy chłopaka, ale był gotów się założyć, że jest znacznie większa niż Neville'a. Musiał przejąć kontrolę nad chłopakiem tak szybko, jak to możliwe. Należy się jak najszybciej uporać z tą nieznaną zmienną.

- I co? – spytał Neville bardzo rozdrażnionym tonem. Albus zamrugał kilka razy, by wyrwać się z zamyślenia.

- Co i co?

- I co, zmusi pan Ministra, żeby dał mi Order Merlina czy nie?

- Neville'u, Minister Scrimgeour coraz mocniej odcina się ode mnie i Zakonu Feniksa. Wygląda na to, że nie podoba mu się, że blokuję jego próby wykorzystania cię dla jego własnych politycznych korzyści.

- Jeśli dostanę za to Order Merlina, to niech mnie wykorzystuje. W końcu tak się gra w tę grę. Babcia zawsze powtarzała, że nie ma pan talentu do polityki.

- Uważam, że on chciałby od ciebie czegoś więcej niż uściśnięcia mu dłoni przed obiektywem. Wszystko ma swoją cenę. Powinieneś o tym pamiętać – ostrzegł go Dumbledore. Neville zrozumiał przekaz tego komunikatu. Nie daj się złapać z ręką w nocniku.

- Jakoś w przypadku Pottera to działa, czemu ze mną miałoby być inaczej?

- Jeśli rzeczywiście chcesz się pogodzić z panną Weasley, raczej nie powinieneś kraść jej chwały w sobotę. Pokorne przeprosiny i gratulacje mogą lepiej posłużyć twojemu celowi.

Neville spojrzał na starca, jakby ten oszalał. Dumbledore westchnął i potrząsnął głową.

- Nie musisz w to wierzyć, jedynie to powiedz. Pamiętaj, że podstęp może być potężnym narzędziem, dzięki któremu nakłonisz innych, by robili to, czego chcesz.

- Nieważne.

- Zaplanowałeś już spotkanie GD? Chciałbym zobaczyć jakie postępy zrobiła moja Gwardia przez wakacje – powiedział Albus z lekkim rozbawieniem.

- Eee… noo… wie pan… rozesłałem wici, ale nikt chyba nie jest zainteresowany spotkaniem – odpowiedział nerwowo Neville. – Potter za tym stoi. Na pewno – dodał pospiesznie, żeby odwrócić od siebie spojrzenie dyrektora pełne dezaprobaty i przygany.

- Nikt?

- Kilka osób połknęło haczyk, głównie groupies, ale nikt, kto miałby prawdziwy talent.

- Jeśli tylko tyle masz do powiedzenia, to powinieneś już stąd iść – odprawił go Albus, masując skronie.

- A co z moim Orderem Merlina?

- WON!


- CO ZROBIŁAŚ?! – wrzasnął Artur na swoją żonę i huknął pięścią w biurko. Molly podskoczyła mimo woli. Mogła policzyć na palcach jednej ręki wszystkie sytuacje, kiedy jej mąż odezwał się do niej podniesionym głosem. Artur Weasley był generalnie bardzo opanowanym mężczyzną. Niełatwo wywołać jego gniew. Oczywiście miewał takie momenty, jak każdy, w większości wywołane przez Lucjusza Malfoya. Jednak w tej chwili posyłał swojej żonie wściekłe, pełne dezaprobaty spojrzenie przez całą szerokość swojego gabinetu.

Kiedy Molly przeczytała artykuł w Proroku Codziennym, postanowiła pójść na Ulicę Pokątną, żeby na własne oczy zobaczyć dokonane tam zniszczenia. By usprawnić odbudowę, wezwane zostały brygady budowlane krasnoludów. Sklepy zostały otwarte, a dziura w ulicy, którą podobno trolle usiłowały umknąć z dziećmi, została zaplombowana. Niemniej jednak wciąż można było dostrzec ślady krwi na głównej ulicy, a także na ścianach i w bocznych zaułkach. Myśl o tym, że niektóre jej dzieci były tu w trakcie ataku, wywołała u niej lodowaty dreszcz.

Dowiedziała się od Toma, oberżysty w Dziurawym Kotle, że krasnoludy winne były przysługę Lordowi Potterowi, który zwołał je, żeby pomogły w odbudowie. Dwie kobiety rozmawiały o tym, jak ten sam Lord ustanowił specjalny fundusz, żeby pomóc rodzinom najbardziej poszkodowanym w ataku. Za jego przykładem wiele szanowanych rodzin dokonywało wpłat do funduszu. Wiedząc to wszystko, pożałowała bardzo wyjca, którego wysłała młodemu człowiekowi. Była sobą wręcz zniesmaczona.

Pozwoliła, żeby jej zraniona duma przemogła zdrowy rozsądek. Przyjęła słowa Dumbledore'a i Longbottom jak prawdę objawioną. Nie dała młodemu człowiekowi szansy na obronę. Widać było wyraźnie, że powinna była. Zaczynała czuć się jak obca w jej własnym ciele i jej własnym życiu.

Jej starcie z Lily Potter było zbyt publiczne. Nie mogła liczyć, że wieści nie dotrą do jej męża. Wiedziała, że lepiej, żeby usłyszał wszystko od niej, niż tych plotkarskich suk w Ministerstwie.

- Przepraszam, Arturze, nie pomyślałam. Augusta strasznie mnie zagotowała zeszłego wieczoru. Zamierzam natychmiast wysłać mu przeprosiny.

- Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę w jakiej sytuacji postawiłaś naszą rodzinę? Lord Potter mógłby zażądać mojej natychmiastowej egzekucji, gdyby tak mu się spodobało. I zapewniam cię, że nie miałbym mu tego za złe. Powinnaś wiedzieć, ze nie wolno w ten sposób oskarżać Lorda.

- Uważam, że jeśli miałby takie zamiary, jego matka rzuciłaby mi to w dzisiaj rano w twarz.

- Rozmawiałaś dzisiaj z Lily Potter? – spytał Artur. Wziął głęboki wdech, szykując się na odpowiedź, której tak naprawdę nie pragnął poznać.

- Nie rozmawiałam. Raczej krzyczałam, wrzeszczałam i ciskałam klątwami. Wspaniała kobieta – głos Molly ociekał sarkazmem. Jej mąż nie okazał w najmniejszym stopniu, by uznawał jej komentarze za zabawne.

- Dziwisz jej się?

- Ona mnie zaatakowała! Powinieneś słyszeć co mi nagadała!

- Nie bez powodu!

- Powinnam wiedzieć, że weźmiesz jej stronę!

- Nie próbuj mnie wmanewrować w poczucie winy, Molly! Wiesz co zrobiłaś źle i Lily miała pełne prawo, żeby cię wyzwać. Zrobiłabyś na jej miejscu to samo i świetnie o tym wiesz.

- No pewnie, piękna Lily Potter nigdy nie robi nic złego! Wszyscy czarodzieje padają jej do stóp i całują ziemię, po której stąpa! Myślałam, że jesteś lepszy, Arturze! Ona sprawiła, że nawet moi właśni synowie odwrócili się do mnie plecami!

- O czym ty teraz do cholery mówisz?

- Powiedziała, że właściwie nazwałam Ginny dziwką, a Fred i George ją usłyszeli. Zatrzasnęli mi drzwi przed nosem – Molly opadła na najbliższe krzesło i zaczęła szaleńczo łkać. Artur zbierał się w sobie przez kilka minut. Normalnie jego pierwszym odruchem byłoby pocieszenie żony, ale w tej chwili nie miał na to ochoty. Usiadł za biurkiem i czekał, aż Molly się uspokoi. Nie pojmował czemu postrzegała Lily jako zagrożenie.

- Molly, posłuchaj mnie bardzo uważnie. Chcę, żebyś mi powiedziała o wszystkim co się dzisiaj wydarzyło, o każdym szczególe, który ci przyjdzie do głowy. Możesz to zrobić? – spytał Artur spokojnym i wyrozumiałym tonem, a przynajmniej takim tonem starał się mówić. Molly skinęła głową i zaczęła opowiadać o swojej kłótni z Lily Potter. Mniej więcej w połowie opowieści wstał i zaczął krążyć po biurze, ale nie odzywał się, ani żeby zganić, ani żeby pochwalić.

Kiedy skończyła, spodziewała się, że będzie dalej na nią krzyczał. Szczerze mówiąc nie miałaby mu tego za złe. Kiedy opowiadała tę historię ze swojego punktu widzenia aż ją mdliło na wspomnienie niektórych rzeczy, które mówiła o Lily. Nie chciałaby takiego życia dla najgorszego wroga. Molly pamiętała rozpacz w głosie Lily, gdy kobieta opisywała jej swoje życie. Nikt nie potrafi udawać takiego bólu. W trakcie zajścia nie dopuszczała tych słów do siebie, ale teraz zamknęły jej serce w stalowym uścisku. Nie potrafiłaby odpowiednio przekazać swoich przeprosin.

- Idź do domu, Molly – powiedział beznamiętnie Artur.

- Słu… słucham? – spytała Molly, wstając. Artur już wkładał kurtkę.

- Powiedziałem: idź do domu. Muszę oficjalnie przeprosić Lorda i Lady Potter. Potem muszę sprawdzić, czy zdołam naprawić zniszczone przez ciebie relacje z naszymi dziećmi. Nie wiem ile to potrwa, więc nie czekaj na mnie.

Zamknął biuro i wyszedł na korytarz. Molly zauważyła, że nie czekał na nią, nie próbował jej też pocałować na do widzenia.


Draco siedział z tyłu klasy Zaklęć zastanawiając się, czemu musi znosić upokorzenie w postaci szlamowatej nauczycielki. Jakby mało w tym hańby, ta kobieta była też Lady. To znaczyło, że nie mógł jej okazać takiego braku szacunku, jak temu prostakowi Hagridowi. Nie chroniła go już tarcza Szlachetnego Rodu, która mogłaby przyjąć na siebie konsekwencje słów, które padały z jego ust. Snape zapowiedział też całemu domowi, że mają jej okazywać najwyższy szacunek w każdej sytuacji. Widać było ewidentnie, że ich opiekun domu miał ochotę zakosztować rozkoszy, które mogło dać jej ciało. Szlama czy nie, była bardzo pociągającą kobietą. Musiał przyznać, że nie miałby nic przeciwko zaliczeniu jej, choćby po to, żeby rzucić to w twarz jej synowi.

Ten tak zwany Lord dopadł go dziś rano. Z naciskiem powiedział, że jeśli Draco zbliży się choćby na sto kroków do tej małej metamorfomagicznej suki, Potter kopnie go w dupę tak, że but wejdzie mu aż po kolano. Malfoy miał niejasne przeczucie, że Potter traktuje tę groźbę dość dosłownie.

Nie miał ochoty antagonizować Pottera. Zdawał sobie sprawę, że nie może liczyć już na grożenie Crabbem i Goylem, gdy zrobi się niebezpiecznie. Tak samo jak na groźbę interwencji jego ojca, która wcześniej sprawiała, że inni uczniowie uciekali przed nim w panice. Nowy Lord Black ograbił go z jego prawowitego tytułu i rodzinnej fortuny jednym płynnym ruchem. Pozostała mu tylko jego osobista skrytka i Dwór Malfoyów. Nie pozwolono mu nawet zatrzymać jednego skrzata domowego do doglądania posiadłości. Ten człowiek uważał, że Draco powinien to robić sam.

Wszystko zaczęło się sypać, kiedy pod koniec poprzedniego roku szkolnego próbował zabić Dumbledore'a. Czarny Pan i tak był niezadowolony z jego rodziny po porażce jego ojca w Departamencie Tajemnic rok wcześniej. Jego ciotka Bella jako jedyna uniknęła gniewu Czarnego Pana i to tylko dlatego, że pojmała zdrajczynię krwi. Po śmierci matki związał się mocniej ze swoją ciotką. Choć ciała Narcyzy Malfoy nigdy nie znaleziono, zniknęła tej samej nocy, kiedy jego kuzynka-mieszaniec i przeklęta Bestia Cienia zaatakowali dom jego ciotki. Bella była przekonana, że jej siostra przybyła na pomoc i została zabita przez bestię.

Ostatnimi czasy coraz częściej myślał o mamie. Z przyjemnością przypominał sobie jak pocieszała go, kiedy był bardzo mały, zawsze wtedy, kiedy jego ojca nie było w pobliżu. Wtedy nie potrafił tak do końca zrozumieć jak inną kobietą stawała się jego matka w obecności jego ojca. To była tylko kwestia czasu nim ojciec odkrył jej dwoistość. Powiedział jej, że jest zbyt łagodna, by stać się porządnym Śmierciożercą. Ponadto nie chciał, by jej delikatność odbiła się na Draco. Czas, który spędzała w towarzystwie syna i wpływ, który na niego wywierała, były zawsze dokładnie monitorowane. Gdyby nie starannie sformułowane klauzule kontraktu małżeńskiego rodziców, jego ojciec na pewno uwarunkowałby psychicznie jego matkę, by zmienić jej nastawienie. Poprzestał jednak na ganieniu jej, kiedykolwiek w pobliżu znajdował się Draco. Po pewnym czasie chłopak zaczął postrzegać mamę oczami swojego ojca, ale czasami tęsknił za jej delikatnym głosem, który słyszał, gdy potrzebował pociechy albo kołysanką, która odpędzała koszmary. Naprawdę by mu się to teraz przydało.

- Panie Malfoy, czy mógłby pan stanąć przed klasą? – spytała Lily.

To była jej ostatnia lekcja tego dnia. Zauważyła, że chłopak ledwo zdążył na lekcję. Poruszał się powoli i z wysiłkiem. Kilka razy w czasie lekcji krzywił się z bólu, ale dobrze to maskował. Domyślała się, że bez gróźb ze strony Crabbe'a i Goyle'a Draco doświadcza fizycznej zemsty. Wyglądało na to, że wybrał swoją dumę i nie udał się po pomoc do Skrzydła Szpitalnego. Jej instynkt macierzyński nakazywał jej uleczenie go, mimo różnych historii o jego czynach, które słyszała. Był synem Cissy. Jakże mogłaby zostawić go bez pomocy? Oczywiście nie było opcji, żeby zaakceptował pomoc od szlamy, biorąc pod uwagę jego radykalne poglądy na czystość krwi. Dlatego zamierzała go zmusić. Przecież nie mógł jej już bardziej znienawidzić. Draco powoli podniósł się z miejsca. Nie miała pojęcia czy ociągał się z powodu bólu czy niechęci do wykonywania poleceń szlamy.

- Tak, pani profesor – rzucił przez zaciśnięte zęby. W jego oczach odbijała się niechęć do Lily. Był o kilka centymetrów wyższy i próbował użyć tej przewagi, żeby ją onieśmielić. Lily spokojnie odpowiedziała na jego wściekłe spojrzenie i przez dobrą minutę patrzyli sobie w ciszy w oczy. W końcu to Draco jako pierwszy odwrócił wzrok.

- Cieszę się, że to ustaliliśmy – powiedziała Lily na tyle cicho, że tylko Draco mógł ją usłyszeć. Wygrała tę bitwę.

- Proszę się obrócić twarzą do klasy – poinstruowała. Kiedy to zrobił, zdjęła jego szatę tak delikatnie jak mogła bez ujawniania reszcie klasy jego urazów. – Dziękuję, że zgłosił się pan na ochotnika – dodała, rzucając jego szatę na swoje biurko. Draco nie wiedział co sądzić o jej zachowaniu. Lily stanęła obok niego i zwróciła się do klasy:

- Dzisiaj będziemy omawiać zaklęcia uzdrawiające. Pan Malfoy zgodził się łaskawie, by zostać dzisiaj moim asystentem tudzież ofiarą – dodała z mrugnięciem, co wywołało salwę śmiechu, głównie ze strony Gryfonów. – Teraz rzucę zaklęcie maskujące na mojego uroczego asystenta, tak że będzie wyglądał, jakby został zaatakowany. Potem pokażę, jak odpowiednio wyleczyć te obrażenia.

Lily stanęła przed Draco, żeby klasa nie zorientowała się, że nie tyle rzuca zaklęcia maskujące, co rozprasza te, które rzucił na siebie Draco. Kiedy odstąpiła od niego, chłopak miał podbite oko, rozbitą dolną wargę, kilka rozcięć na twarzy i oparzenia na ramieniu. Kilka dziewcząt gwałtownie wciągnęło powietrze.

- Większość tych urazów można by wyleczyć zaklęciem Episkey, ale jeśli tyczyłoby się to każdej kontuzji, nie potrzebowalibyśmy Świętego Munga, prawda? Jeśli te urazy zostałyby wywołane przez klątwę lub zaklęcie, potrzeba do ich wyleczenia zaklęcia, które ma nieco więcej mocy. Zaklęcie Brekeonus zostało zaprojektowane specjalnie, by naprawiać zniszczenia wywołane przez klątwę kościołoma. Więc jeśli pan Malfoy miałby dwa złamane żebra, naprawilibyśmy je tak.

Lily leczyła jego urazy jeden po drugim, demonstrując kilka zaklęć diagnostycznych i uzdrawiających. Po dwudziestu minutach wszystkie kontuzje zostały uzdrowione, a lekcja się skończyła. Draco dopiero w połowie drogi do drzwi przypomniał sobie, że jego szata została na biurku nauczycielki. Poczekał, aż klasa wyjdzie i dopiero wtedy wrócił do Sali. Lily spotkała się z nim w połowie drogi z jego szatą w ręku.

- To nic nie zmienia, pani profesor. Dalej jesteśmy wrogami – zaznaczył Draco, gdy ubrał szatę i wcisnął do kieszeni dłonie zaciśnięte w pięści.

- Zdaję sobie z tego sprawę, panie Malfoy. Jeśli spotkamy się na polu bitwy, nie okażę panu litości – odpowiedziała, jakby stwierdzała coś oczywistego.

- I proszę się jej nie spodziewać z mojej strony – odparował. Dopiero wtedy zorientował się, że coś znajduje się w jego kieszeni. Wyciągnął słoik błękitnej maści.

- Co to jest, do cholery? – spytał, patrząc na miksturę.

- Stosowane trzy razy dziennie przyspiesza gojenie się ran – poinformowała go Lily z lekkim rozbawieniem. Draco otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Zamiast tego po prostu skinął głową. Lily stwierdziła, że na nic lepszego nie może liczyć, więc odwzajemniła gest. Draco odwrócił się, by odejść, ale coś zatrzymało go przy drzwiach.

- Dziękuję, że pozwoliła mi pani zachować godność – powiedział z wysiłkiem. W końcu była Lady i jego honor nakazywał jej podziękować.

- Nie ma za co, panie Malfoy – odparła Lady Potter, domyślając się, ile kosztowały go te słowa. Jednak mądrze postanowiła zachować tę myśl dla siebie. Nie było sensu podważać postępów, które dziś poczyniła. Po chwili już go nie było, ale miała nadzieję, że jej dobroć zasiała w nim ziarno. Czas pokaże.


Emma jeszcze nigdy w życiu nie była tak zmęczona. Spotkała się z Tonks w tym sekretnym miejscu, gdy jej klasa skończyła lekcje na ten dzień. Tonks opowiedziała jej dokładnie czym jest i jak je i im podobnych postrzega czarodziejski świat. Poznała wszystkie swoje prawa zgodnie z ustawodawstwem stanowionym przez Ministerstwo. Tonks ostrzegła ją, że wiele osób będzie próbowało ją wykorzystać i ostrzegła przed istniejącym podziemnym rynkiem niewolników, który mógłby ją wziąć na cel.

Tonks była wobec niej brutalnie szczera. Emmie nie podobało się wiele rzeczy, które usłyszała od swojej nowej siostry, ale była wdzięczna, że nie traktują jej, jakby była za mała, żeby to wiedzieć. Starsza metamorfomag powiedziała dziewczynce, że musi wiedzieć w co wchodzi i znać wszystkie dobre i złe strony. Zapewniła ją też, że Siostry zawsze będą ją wspierać. Organizacja miała większe wpływy w Ministerstwie, niż zdawali sobie z tego sprawę jej wrogowie czy nawet sam Minister. Miło, ze Tonks pozwoliła Emmie dokonać wyboru, ale nietrudno było podjąć decyzję. Nie bez powodu była Gryfonką. Potem Tonks poddała ją serii testów, które miały ocenić jakie posiada umiejętności i nad jakimi obszarami należy się przede wszystkim skupić. W ciągu pół godziny dotarła do granic swoich możliwości, a nawet je przekroczyła.

Teraz leżała na podłodze na plecach i usiłowała złapać oddech. Biały gołąb wleciał do pokoju i wylądował u jej boku. Przez kilka sekund się jej przyglądał, a potem zagruchał delikatnie. Emma wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać ptaka, ale wówczas zamienił się on w przepiękną blondwłosą kobietę. Uśmiechnęła się do leżącej Emmy i wyciągnęła rękę, by pomóc jej wstać.

- Cześć, muzisz być Emma. Ja naziwam się Fleur Delacour, ale możesz mi mówić Promiczek. Złiszałam, że tehaz jesteś jedną z Zióstr – Fleur pomogła Emmie wstać i mrugnęła do niej.

- Co? Ty też jesteś jedną z Sióstr, ale nie jesteś metamorfomagiem?

- Siostry to nie tylko my, Emmo. To też Wile, Syreny, Trytonki, a już niedługo także sukkuby – wyjaśniła Tonks.

- Chhonimy się nawzajim. W ilości siła, nie?

- Dobra, łapię, ale skąd wiedziałaś, że jestem Siostrą? – spytała ciągle zmieszana Emma.

- Mój małi bhaciszek bahdzo cię chwalił.

- Mały braciszek? – spytała nic nie rozumiejąca Emma.

- Tak, jesteśmy tu wszyscy jedną wielką szczęśliwą rodziną – rzuciła stojąca za nią Tonks. – Ej, to chyba znaczy, że jesteś moją bratanicą, co Promyczku? – zażartowała.

- Tak, ale wyglądam lepiej od ciotki – odgryzła się Fleur, zarzucając włosami dla efektu. Teraz to Tonks wywróciła oczami. Emma patrzyła to na jedną to na drugą, rozumiejąc jeszcze mniej niż przed chwilą.

- Nie przejmuj się, Emmo. To taka nasza mała zabawa. A mały braciszek to Harry.

- A, łapię, nie jesteście spokrewnieni, ale i tak jesteście jakby rodziną.

- Dokładni – potwierdziła Fleur, dotykając lekko kryształ, który Harry ofiarował Emmie.

- Co cię tu sprowadza, Fleur? – spytała Tonks, podchodząc do blondynki.

- Arri pomyślał, że trzeba zhobić jej test dzidzictwa, żebi zobaczyć, czy ma phawo do jakiejś skhytki w Grinocie – odparła Fleur, jakby to był drobiazg. Tonks rozumiała, że tak nie jest, ale to dobra przykrywka.

- Tłumaczenie: Harry chce otworzyć dla mnie skrytkę, a dzięki temu będę mogła zachować swoją dumę i nie czuć się wobec niego zobowiązana – stwierdziła domyślnie Emma, krzyżując ręce na piersi. Zaskoczenie na twarzach Fleur i Tonks powiedział dziewczynce, że się nie myliła. Czy też raczej Daphne się nie myliła.

- Jak się tego domyśliłaś? – spytała Tonks.

- Znalazłam naprawdę genialną przyjaciółkę, a ona zasugerowała, że Harry zrobi coś takiego – odparła Emma z szerokim uśmiechem.

- Czy twoja nowa przyjaciółka zasugerowała coś jeszcze? – dopytywała Tonks, zachwycona, że Emma najwyraźniej wszystko dobrze przyjęła. Prawdę mówiąc było w tym coś jeszcze, ale dziewczynka nie musiała o tym wiedzieć, póki nie będą pewni.

- Tak, powiedziała, żeby mu na to pozwolić. Ufam Harry'emu. Nigdy nie zrobiłby mi krzywdy. Potrzebujecie mojej krwi albo czegoś takiego, prawda?

- Dwi fiolki khwi – potwierdziła Fleur. Jedną mieli przetestować mugolskim sposobem, drugą magicznym.

- Myślałam, że wystarczy, żebym upuściła kilka kropel krwi na pergamin?

- Dokumenty nie mogą opuszczać Gringotta. Fleur pracuje w Gringotcie, więc może poświadczyć za prawdziwość próbek krwi – wyjaśniła Tonks. Emma jedynie wzruszyła ramionami i stała spokojnie, kiedy Fleur pobierała próbki. Zajęło to tylko minutę i blondynka ruszyła z powrotem do Gringotta, ale najpierw wymieniły z Tonks spojrzenie, którego Emma nie potrafiła zinterpretować.

Tonks przeprowadzała Emmę przez pewne ćwiczenia, które pomogą jej osiągnąć lepszą kontrolę, kiedy do sali weszli Harry, Ginny i Daphne. Obie młode kobiety wyglądały na zdumione rozmiarem pomieszczenia i tym, że nawet nie zdawały sobie sprawy z jego istnienia. Harry ruszył w stronę Tonks i Emmy. Dziewczynka podbiegła do niego, skoczyła na niego, objęła ramionami i wcisnęła mu bardzo wilgotny pocałunek na policzek. Ginny i Daphne uznały to za bardzo zabawne.

- Patrz, Furio, zostałaś zastąpiona – zakpiła Daphne.

- Och, moje złamane serce, jak ja to przeżyję? – dorzuciła Ginny pełnym dramaturgii głosem. Harry tylko parsknął śmiechem. Nie zamierzał się o to obrażać.

- A to za co, Szczeniaczku? – spytał, odstawiając Emmę.

- Tak po prostu – odpowiedziała dziewczynka i pomknęła w podskokach do Ginny i Daphne. Najwyraźniej uznała, ze więcej wyjaśnień mu nie trzeba. W połowie drogi Emma pokazała dwóm młodym kobietom swój mały palec, sygnalizując gdzie owinęła sobie Harry'ego.

- Fleur właśnie wyszła z próbkami krwi – poinformowała Tonks Harry'ego, gdy do niej podszedł. – Wygląda na to, że dobrze sobie radzisz z kobietami – kontynuowała żartobliwie.

- Zazdrosna?

- Proszę cię, jakbyś mógł mi dogodzić nawet w swój najlepszy dzień – odparowała, machając lekceważąco ręką.

- Sukkuby, moja droga. Sukkuby. Liczba mnoga.

- A to widzisz? – spytała Tonks, pokazując mu środkowy palec. – To liczba pojedyncza, palancie.

- Ej, nie obrażaj się, to ty uczyniłaś mnie tym, czym jestem.

- Wiesz, wolałam cię wtedy, jak robiło ci się ciasno w spodniach kiedy tylko oblizywałam usta.

- Ej! Ciągle zmieniałaś rozmiar cycków. Nie można robić czegoś takiego napalonemu piętnastolatkowi. Mogłem się przez to nabawić nieodwracalnego urazu. Mogłaś chociaż go pocałować, żeby przestało boleć.

Tonks sapnęła, a Harry poklepał ją po policzku.

- Mam cię! – zawołał triumfalnie. Tonks spojrzała spode łba, wyobrażając sobie, jak daje mu w dziób, zmazując ten uśmieszek z jego twarzy. Patrzyli na siebie wilkiem jeszcze kilka chwil, w końcu Tonks nie mogła się już dłużej powstrzymać i parsknęła śmiechem. Harry jej zawtórował. Po chwili musieli podtrzymywać się nawzajem, żeby nie paść na ziemię. Pozostałe dziewczyny stały z boku i komentowały dziwne relacje między tą dwójką.

- Nie skrzywdź jej, dobra? Dużo przeszła – ostrzegła go Tonks, gdy nieco doszła do siebie i spojrzała przez ramię na Ginny. – Ma spore problemy z zaufaniem, więc bądź cierpliwy.

- Chyba mnie znasz, Nimfuś. Poza tym mama już mi dzisiaj palnęła to kazanie. Wspomniała o moich jajach i najwyższej wieży z raz, może dwa. Nie zamierzam tego spieprzyć.

- No dobra, a co to za blond Ślizgonka?

- Przyjaciółka. Ma mój szacunek i zaufanie.

- Wiem, że to u ciebie rzadkie, więc zaufam twojemu osądowi.

- Dzięki, to dużo dla mnie znaczy.

- Uważaj na siebie, skarbie. Nie chcę, żeby ktoś cię skrzywdził – dodała Tonks, ujmując jego twarz w dłonie. Docenił gest i mrugnął do niej.

- Skoro już to ustaliliśmy to co możesz mi powiedzieć o Emmie?

- Poziom jej mocy jest znacznie wyższy niż powinien być u kogoś w jej wieku, ale jej kontrola nad sobą jest na poziomie niemowlaka. Nic dziwnego, skoro do tej pory nie miała formalnego treningu. Jest naturalnym mimikiem. Chyba robi to instynktownie. Pewnie nawet o tym nie myśli, więc trudno to uznać za kontrolę. Kiedy Fleur pobierała jej krew nie była podobna do ciebie ani do Lily, więc miejmy nadzieję, że jutro się wszystkiego dowiemy.

- Dalej nie rozumiem o co chodzi z jej poziomem mocy. Myślałem, że trzeba go budować przez dłuższy czas.

- Sam powiedziałeś, że miała w jakiś sposób związaną magię. Ciało metamorfomaga jest zawsze trochę płynne. Więzy rzadko nas powstrzymują, nawet runy nie są w 100% skuteczne, ale mogą nam bardzo utrudnić dostęp do mocy i jej kontrolę.

- Coś jakby życie w pełnej zbroi.

- No pewnie, czemu o tym nie pomyślałam? To by wyjaśniało, czemu jest taka silna i tak pozbawiona finezji. Musiała pracować trzy razy ciężej nawet na najprostszy efekt.

- No dobra, to już wyjaśniliśmy, ale z tą mimikrą? Słyszałem, że bycie mimikiem wymaga długiego i ciężkiego treningu?

- Powiedziałabym, że wynika to z tego samego źródła co twoja hybrydowa forma. Nikt nigdy nie powiedział jej, że tak się nie da.


- Hej, Nala – powiedziała Narcyza, wychodząc z kominka Lily.

- Siadaj, Szponie. Zaraz do ciebie przyjdę – rzuciła Lily przez ramię, przygotowując herbatę. Narcyza wysłała jej wcześniej sowę z informacją, że przyjdzie. Kiedy Lily kończyła, Narcyza rozglądała się po jej biurze. Tak jej się spieszyło poprzedniego dnia, że zapomniała choćby rzucić okiem. Lily zawsze lubiła proste, ale eleganckie dekoracje. Ciepłe, delikatne kolory pokrywały ściany i sprawiały, że człowiek się odprężał.

Gdy przeglądała kolekcję zdjęć na biurku mimo woli poczuła ukłucie zazdrości. W tych zdjęciach widziała życie Lily. Część wykonano przed śmiercią Jimmy'ego, część już po. Harry i Syriusz, chłopcy Lily, jak o nich mówiła, uśmiechali się do niej wraz z Lily z różnych zakątków świata. Wieża Eiffela, Wielki Mur Chiński, Sfinks i inne cuda mugolskiego świata przewijały się w tle. Choć Narcyza chciałaby podróżować po świecie, nie tego zazdrościła Lily. Przy całym żalu, który cała trójka chowała w sercu, znali też miłość i radość, które odbijały się na ich promiennych twarzach.

Rodzinne zdjęcia Narcyzy, choć zawsze szlachetne i doskonałe, były też zimne i puste. Kiedy na nie patrzyła, nie czuła radości w sercu. U jej boku znajdował się jej mąż o kamiennej twarzy, którego nienawidziła oraz jej zamknięty w sobie syn, który zawsze wyglądał na wkurzonego, że musi brać udział w tak bezcelowym rytuale. Choć ona zawsze uśmiechała się na zdjęciach, jej oczy pozostawały poważne.

Odepchnęła na bok te czarne myśli, gdy dostrzegła zdjęcie, na którym znajdowali się ona i Draco. Wtedy po raz pierwszy i ostatni spotkały się, by Draco i Harry mogli się razem pobawić. Jakże wtedy pragnęła, żeby chłopcy mogli dorastać jako przyjaciele. Cała czwórka siedziała na kocu na przepięknych błoniach otaczających Dwór Potterów. Lily trzymała Draco i robiła mu malinkę na brzuchu, a chłopiec szaleńczo chichotał. Narcyza i Harry siedzieli naprzeciwko nich i pocierali się nosami. Jimmy zrobił zdjęcie, a Syriusz wywołał zaklętą kopię, na której Lily miała zmienioną twarz dla wszystkich poza Narcyzą. Dzięki temu mogła mieć u siebie to zdęcie, a Lucjusz niczego się nie domyślał.

- Cissy, wszystko w porządku? – spytała Lily, nalewając herbaty. Narcyza odłożyła zdjęcie na miejsce i posłała przyjaciółce słaby uśmiech.

- Musiałam zostawić wszystko, kiedy uciekałam z Dworu Malfoyów – powiedziała, wskazując na zdjęcie, które właśnie odłożyła.

- To jedno z moich ulubionych. Zrobić ci kopię?

- Tak, bardzo bym chciała. Ale tym razem niczego nie zmieniaj. Mam już dość ukrywania naszej przyjaźni.

- Chyba już niedługo nie będziemy musiały tego robić, jeśli cię to pocieszy.

- Na razie będzie musiało wystarczyć. Masz ochotę na sekretną misję o północy i żadnych pytań?

- A dokąd?

- To było pytanie.

- Przepraszam. Wiesz przecież, że zawsze możesz na mnie liczyć.

- Wystarczy, że staniesz na czatach, kiedy razem z Andy coś wydobędziemy.

- I tyle? Miałam nadzieję na trochę więcej akcji. W każdym razie przyjdę przez Fiuu o wpół do. Może być?

- Jasne! Przy okazji, wiesz do czego używa się tej runy? – spytała Narcyza, wręczając Lily kartkę, którą Rose wsunęła jej do kieszeni. Lily poniosła ją i przyglądała jej się kilka chwil.

- Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mogę zapytać nauczycielki Starożytnych Runów czy wie co to jest. A jeśli nie jest ludzka, to najpewniej Harry będzie coś wiedział.

- Byłoby super. To pewnie nic takiego, ale może okazać się niezmiernie ważne.

- Coś jeszcze?

- Tak. Jak myślisz, byłabym dobrą mamą?

Skąd mi to przyszło do głowy, do cholery?

- Już jesteś mamą – odpowiedziała Lily, najwyraźniej tak samo zdumiona tym pytaniem jak Narcyza.

- Naprawdę nie wiem co mnie opętało, żeby zadać takie pytanie. Zapomnij o tym – Narcyza starała się to zbagatelizować.

- Nie, nie. Z jakiegoś powodu spytałaś – zaoponowała Lily. Wyglądało na to, że jej przyjaciółka nie zamierza odpuścić.

- Chodzi o to, że jak patrzę na te zdjęcia to wasza czwórka wygląda na taką szczęśliwą. Harry to niesamowity młody człowiek. Nawet po tym wszystkim co przeszedł wciąż jest pełen miłości i radości.

- Wiem, że nie miałaś nic do powiedzenia w kwestii wychowania Draco, ale myślę, że byłabyś świetną mamą.

Słowa Lily wywołały na twarzy Narcyzy uśmiech, jakiego przyjaciółka nigdy wcześniej u niej nie widziała.

- O ty wiedźmo, jesteś w ciąży? – zażartowała Lily.

- Ty dupku! – krzyknęła Narcyza, ciskając w nią herbatnikiem. – Żyję w celibacie tak jak i ty, choć nie z wyboru. Jakby się nad tym zastanowić to przydałoby mi się porządne bzykanko. Wiesz, że wczoraj mi je zaproponowano? To był śmiały młodzieniec, szczerze mówiąc całkiem apetyczny i z tego co słyszałam, bardzo uzdolniony w tym względzie – dodała, unosząc sugestywnie brwi.

- No to na co czekasz, dziewczyno? Dosiądź tego ogiera i wróć do akcji! – zachęciła Lily, która nie wiedziała, kim jest ów tajemniczy młodzieniec. Narcyza z najwyższym wysiłkiem utrzymała powagę.

- Jest wystarczająco młody, żeby być moim synem.

Och, Lily, gdybyś wiedziała.

- Świetnie, w takim razie oboje jesteście w szczytowej formie seksualnej. Wytrzymałość młodego mężczyzny może dać mnóstwo radości, Cissy.

- Skoro mam już twoje pozwolenie, nadam tej sprawie najwyższy priorytet. A skoro jesteśmy przy powrocie do akcji, nie sądzisz, że najwyższy czas, żebyś ty też coś z tym zrobiła?

- Cissy – Lily ostrzegawczo pogroziła palcem.

- Nie tym tonem, Lily. W przeciwieństwie do twojego syna i mojego kuzyna, ja się ciebie nie boję – odparła Narcyza. – Jimmy chciałby, żebyś żyła dalej i świetnie o tym wiesz. Chciałby, żebyś znalazła szczęście.

- Wiem, wiem, wiem… Po prostu… - Lily nie potrafiła znaleźć właściwych słów. Jej przyjaciółka sięgnęła nad stołem i złapała ją za rękę.

- Zastanów się nad tym, dobrze? – poprosiła Narcyza, gdy Lily na nią spojrzała.

- Dobrze – odpowiedziała pokonana. Narcyza skinęła głową. Na razie odpuści ten temat.

- To przejdźmy do najnowszej plotki – powiedziała Cissy radośnie.

- Sądząc po nagłej zmianie tematu, to twoje nagłe zainteresowanie twoim macierzyńskim potencjałem jest tabu?

- Zauważyłaś?

- Zauważyłam. To co z tą plotką?

- Wygląda na to, że pewne dwie wściekłe rudowłose kobiety potężnie się pokłóciły dzisiaj rano na ulicy w Hogsmeade. Niestety nie polała się krew, ale z tego co słyszałam, dały niezłe przedstawienie – zażartowała Narcyza. Lily opuściła głowę na stół i jęknęła.

- Jutro to wszystko będzie w Proroku Codziennym, prawda? – spytała Lily zza zasłony rudych włosów.

- Zapewne. Weasley musiała cię czymś zdrowo wkurzyć. Taki publiczny wybuch to zupełnie do ciebie niepodobne.

- Miała czelność wysłać Harry'emu wyjca – Lily uniosła gwałtownie głowę, a w jej oczach płonął ogień. Narcyza otrzymała kolejne potwierdzenie, jak niebezpiecznie jest zadzierać z jej lwiątkiem.

- Nikogo nie oskarżam, ale że znam Harry'ego na tyle dobrze, muszę zapytać czy na to zasłużył?

- Zdecydowanie nie – zabrzmiało z otwartych drzwi biura Lily.

Obie kobiety odwróciły się gwałtownie w kierunku głosu. W drzwiach stał Artur Weasley we własnej osobie.


W następnym rozdziale:
- Lily, Artur i Cissy
- Harry wyjaśnia Ginny swoje relacje z Tonks
- spotkanie dawnych członków GD