Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 27

Lily pojawiła się koło numeru czwartego przy Privet Drive i odkryła, że dom stoi w płomieniach. Na ich tle dojrzała sylwetkę rechoczącej Śmierciożerczyni, która przyglądała się pożarowi. Jej twarz skrywała maska, ale Lily wiedziała kto to jest.

Alecto Carrow podziwiała wyczarowaną przez siebie Szatańską Pożogę, która przybrała kształt kobry i owijała się wokół mugolskiego domu. Za kilka chwil budynek i wszystko co się w nim znajduje, będzie nie do odratowania. Wtedy jej zadanie będzie zakończone.

Uznała, że to była udana noc. Odkryła informacje o Narcyzie i Potter, za które Czarny Pan z pewnością hojnie ją wynagrodzi. Jej pozycja w Wewnętrznym Kręgu umocni się. Lucjusz zostanie upokorzony przez zdradę żony i stanie się jeszcze bardziej zależny od niej. Chociaż nie był tak hojnie obdarzony jak jej poprzedni kochankowie, okazał się bardziej skłonny do zaspokajania jej niecodziennych potrzeb seksualnych. Tak, sprawy układały się po jej myśli.

Na widok tej sceny Lily poczuła, jak wypełnia ją lodowata wściekłość. Gdzieś wewnątrz tego nienaturalnego piekła znajdowała się jej dawno niewidziana siostra, Tuney. Niespełna tydzień temu Lily stała pod drzwiami, które teraz trawił ogień, desperacko pragnąc pogodzić się z siostrą, nawet jeśli będzie musiała tolerować tego obrzydliwego prostaka, który był jej mężem. Jednak nie dotarła dalej niż do drzwi. Jej siostra potraktowała ją, jakby Lily była kimś obcym. W jej oczach nie pojawił się nawet cień rozpoznania. Czy gwałtowne zachowanie Lily tamtego dnia rzeczywiście przecięło wszelkie więzy z siostrą? Tuney była ostatnim elementem wiążącym Lily z jej zmarłymi rodzicami. A teraz była kimś zupełnie obcym.

Już to powodowało ból serca, ale widok płonącego domu siostry był dla Lily jeszcze gorszy. Czy Tuney uznawała ich pokrewieństwo czy nie, nie było dla Lily istotne. To była jej siostra i musiała ją uratować. To było coś więcej niż pragnienie. To była konieczność, jak oddychanie.

- Vonda – zawołała Lily znacznie cichszym i spokojniejszym tonem, niż cisnął jej się na usta.

- Tak, pani? – skrzatka pojawiła się z pyknięciem. Zrobiła wielkie oczy widząc płonący budynek i owiniętego wokół niego ognistego węża.

- Odciągnę węża. Kiedy to zrobię, teleportuj się do domu i zabierz moją siostrę do mojego syna – poleciła zdecydowanie Lily.

- Tak, pani.

- Dobrze, a teraz schowaj się, zanim ta kobieta cię zobaczy.

Vonda ukryła się w cieniu tuż przed tym, jak Śmierciożerczyni obróciła się, żeby spojrzeć na Lily z okrutnym uśmiechem skrytym pod jej maską. Lily warknęła spod własnej maski. Nie miało znaczenia, że nie widzi twarzy Carrow. Świetnie zapamiętała jej zapach ze Świętego Munga. Nawet jeśli tej suce uda się uciec, a ich drogi skrzyżują się ponownie, Lily będzie w stanie skończyć, co zaczęła. Nie żeby planowała pozwolić jej umknąć. Kobieta wiedziała o Cissy i nie było opcji, żeby pozwolić jej na powrót z tą informacją do wężogębego skurwiela.

Lily rzuciła zaklęcie Patronusa Żywiołów, który przybrał formę kryształu. Anielska łania zaszarżowała na Carrow. Zgodnie z oczekiwaniami Lily, Alecto poleciła płonącej kobrze zaatakować kryształową łanię. W połowie drogi do Śmierciożerczyni kobra połknęła łanię w całości. Alecto spojrzała kpiąco na Lily, ale ta uśmiechnęła się pogardliwie i ujawniła swoje prawdziwe zamiary. Zaczynając od żołądka, ognista kobra zaczęła się zmieniać w kryształ, aż cały wąż stał się solidną materią. Lily uderzyła w niego zaklęciem wysadzającym. Tysiące odłamków posypały się na Carrow. Śmierciożerczyni uniosła tarczę, a Lily zawołała do swojej skrzatki:

- TERAZ, VONDO!

Dało się słychać pyknięcie.

- Sprytnie, Huncwotko, ale nie sądzę, żeby dało się ją jeszcze ocalić – zadrwiła Carrow zza maski. Dźwięk wydawany przez tę okropną kobietę sprawił, że Lily zebrało się na wymioty, jak zawsze zresztą.

- Ciebie też, suko! – głos Lily niósł tyle wrogości i jadu, że nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do jedynego możliwego rozstrzygnięcia tej konfrontacji.

- Już od dawna nie miałam okazję do porządnej walki. Nie zawiedź mnie, Huncwotko. Twoje działania w Świętym Mungu były po prostu żenujące.

- Nic się nie martw, będzie jak za dawnych dobrych czasów. Oczywiście nie masz teraz za sobą całej rozmnażającej się między sobą rodziny, żeby mogła cię wesprzeć.

- Hipokrytko! Przecież miałaś ochronę. Kręciłaś swoją dupą tak, że Snape i Potter dyszeli za tobą jak za suką z cieczką. Snape groził każdemu, kto choć spojrzał na ciebie spode łba. Dał jasno do zrozumienia, że jesteś nietykalna. A ty nie miałaś nawet na tyle honoru, żeby dać mu się w podziękowaniu porządnie wyruchać. I kto tu jest zimną, wyrachowaną suką? – zadrwiła Alecto, okrążając Lily.

- Nigdy go o to nie prosiłam. Nie oczekuję, że ktoś z twoim poziomem inteligencji będzie to w stanie pojąć, ale on był wtedy moim najlepszym przyjacielem. A to się właśnie robi dla przyjaciół – odgryzła się Lily, dotrzymując kroku Carrow. – Ciekawi mnie czemu jeszcze nikt nie zareagował na ten pożar?

- Mugole są jak owce. Każ im błagać, będą błagać. Każ im umrzeć, oni umrą. Każ im spać, będą spali jak zabici. Nawet tego nie potrzebuję – machnęła różdżką i jej maska opadła, ujawniając uśmiechniętą twarz Alecto. – Gdzie ja skończyłam? A, tak, Snape w końcu zmęczył się próbami dobrania się do twoich szlamowatych majtek i odrzucił cię jak ulicznego śmiecia, którym w rzeczy samej jesteś. A wtedy złapałaś się Pottera i jego Huncwotów, żeby cię chronili. Przynajmniej on sobie poruchał za swoje wysiłki. A może pozwoliłaś wszystkim się wydymać?

- Wiem, że ty uwielbiasz rozkładać swoje nogi przed każdym, kto cię zechce, ale ja mam swoje standardy. Nie moja wina, że Sevy wolał ładne dziewczyny – odparowała Lily. Wszyscy wiedzieli, ze Alecto miała ochotę na Snape'a, ale ten nigdy nie miał na nią ochoty. Nawet kiedy przyjaźń Lily i Severusa się rozpadła, Alecto nie potrafiła zwrócić na siebie uwagi Snape'a. To doprowadziło do wielu konfliktów między kobietami.

- GIŃ, SUKO! – ryknęła Alecto, posyłając w stronę Lily klątwę Cruciatus.

- Widzę, że prawda w oczy kole? – zakpiła Lily, odsuwając się z drogi zaklęcia i w tym samym płynnym ruchu odpowiedziała zaklęciem tnącym. Alecto nie spodziewała się tak szybkiej reakcji i ledwo zdążyła unieść własną tarczę. Lily, korzystając z przewagi, posłała na nią lawinę niskoenergetycznych zaklęć. Nie mogły przełamać tarczy Carrow, ale nie to było ich zadaniem. Zmusiły Śmierciożerczynię do utrzymywania tarczy i stopniowego osłabiania swoich rezerw magicznych. Alecto spodziewała się mocniejszych klątw, więc używała więcej mocy do zasilenia tarczy. Lily użyła jej ignorancji, by zmniejszyć dystans między nimi. Pamiętała reakcję Carrow na swoją formę animagiczną i wydała z siebie ryk lwicy. Po ich poprzednich starciach zdawała sobie sprawę, że ta walka jest w równym stopniu psychologiczna jak magiczna.

Na początku odniosło to zamierzony efekt. Carrow ogarnął strach, a jej tarcza się zachwiała. Jednak kiedy przedostało się przez nią zaklęcie żądlące, otrząsnęła się. Zrozumiała, do czego zmierza Potter. Siłą Alecto była walka na dystans, podczas gdy Lily znana była z tego, że lubiła walczyć na małą odległość. Wtedy mogła wykorzystać swoją szybkość i zwinność. Jak mangusta przeciwko kobrze. Tuż poza zasięgiem, gotowa uderzyć w chwili dekoncentracji. Większość Śmierciożerców zabijało z daleka i nie byli gotowi na taki styl walki. Wielu doświadczonych weteranów stało się jej ofiarą w ostatniej wojnie. Jednak Carrow nie będzie jedną z nich. Wysłała Zaklęcie Expulso w ziemię pod nogami Lily. Jeśli nie może trafić jej bezpośrednio, może zaklęcie obszarowe sprawdzi się lepiej.


- Gin… Gin… Gin… obudź się.

Harry delikatnie potrząsnął śpiącą pięknością, która aktualnie korzystała z jego piersi w charakterze poduszki. Nie żeby miał coś przeciwko, uwielbiał uczucie jej miękkiego ciała, przyciskającego się do niego. A jeśli przekręciłaby się jeszcze trochę w lewo, odkryłaby jak bardzo mu się to podobało.

Spędzili dobrą godzinę, budując jej mentalne bariery, a potem Harry zaproponował, żeby odprężyli się przy mugolskim filmie. Pokazał jej mugolski wynalazek zwany odtwarzaczem DVD. Jej tato byłby zachwycony takim prezentem na Boże Narodzenie… a fakt, że doprowadziłoby to jej mamę do szału był miłym bonusem. Zapytał na jaki film miałaby ochotę, a ona z zaskoczeniem zorientowała się jak wiele różnych gatunków i filmów Harry ma w swojej kolekcji. Zasugerowała komedię, a Harry zaproponował na początek klasyk – Blues Brothers.

Nie bardzo rozumiała czemu nazywali się Blues Brothers, skoro nosili tylko czerń*. Nie pojmowała też czemu Harry uznał to za tak cholernie zabawne. Miała właśnie cisnąć w niego klątwą, kiedy przestał, powiedział jej, że jest niesamowita i porządnie pocałował. Pocałunek poprawił nieco jej nastrój… no dobra, mocno poprawił jej nastrój. Położyli się wtuleni w siebie na kanapie i oglądali film. Ginny było ciepło i czuła się taka bezpieczna w jego ramionach. Nie była gotowa się do tego przyznać nawet przed sobą, ale czuła się jakby była w domu, jakby to było jej miejsce. Trochę przeraziła ją ta myśl, ale szybko uleciała z jej głowy, ustępując przed odprężeniem, które jej zapewniał. Zanim się obejrzała, zapadła w sen.

- Mmmm… nieee… wygodnie… nie zmusisz mnie… - wymamrotała, wtulając się mocniej w jego pierś. – Mmm… miło i ciepło… - dodała z pełnym zadowolenia uśmiechem. Harry również się uśmiechnął. Trudno było znaleźć lukę w jej rozumowaniu. Nie żeby specjalnie jej szukał.

- Nie żebym miał coś przeciwko, żebyś spędziła ze mną noc, wręcz przeciwnie, ale jeśli nie obudzisz się jutro w swoim łóżku, wieści szybko się rozejdą.

- Szlaaaag – jęknęła Ginny, unosząc odrobinę głowę, żeby na niego spojrzeć. – Może po prostu powiemy im, żeby się odwalili?

- Kuszące, ale nie pozwolę, żeby ktoś kalał twoje dobre imię – odpowiedział delikatnie Harry, odgarniając kilka niesfornych kosmyków z jej twarzy. Ginny upajała się tym prostym, lecz pełnym uczuć gestem. – Nawet jeśli tym kimś jestem ja.

- Masz pojęcie, jak bardzo cię teraz pragnę? – spytała ze spojrzeniem, którego nigdy wcześniej u niej nie widział. Jej źrenice wyglądały, jakby pulsowały. – Jak bardzo chcę zerwać z ciebie ubrania i cię posiąść? – kontynuowała, łapiąc go za potylicę i przyciągając jego głowę bliżej do siebie. Jej oddech połaskotał jego szyję, a z jej dziąseł wyłoniły się kły. – Jak bardzo chcę, żebyś ty mnie posiadł?

W jej umyśle Furia niemal wyła.

- Chyba czuję twoje podniecenie – odparł ochryple Harry.

- Chodzi o to, że… wiem że jestem w tym nowa, ale nawet ja wiem, że moje zwierzę ma z tym dużo wspólnego. Czujesz to, prawda?

- Tak, Cień reagował na ciebie silnie od samego początku. Nawet zanim rozgryzłem to, kim jesteś – odpowiedział jej szczerze. Poprzedniego dnia musiał skupić całą siłę woli, żeby nie zabrać jej cnoty w kuchni. – Domyślam się, że reagował na twoją formę animagiczną, a nie na ciebie.

Ginny dobrała słowa bardzo ostrożnie. Skradała się wokół bardzo wrażliwego i mocno wstydliwego tematu. Powie mu, kiedy nie będzie już dłużej w rui, może kiedy po raz pierwszy będą się kochać na jej warunkach. Wiedziała, że tego pragnie. Śniła o tym pierwszej nocy po ich spotkaniu, jeszcze zanim jej wewnętrzna bestia zaryczała.

- Chcę, żeby to było między nami, nie między Furią i Cieniem – pokazała kciukiem na niego, potem na nią, żeby to podkreślić. – Powiedz mi proszę, że to rozumiesz.

Harry popatrzył na nią pytająco. Było w tym coś więcej, niż mu mówiła. Trochę go irytowało, że utrzymywała coś przed nim w tajemnicy, jeśli miał być szczery. Nie ufała mu, a to bolało dużo bardziej niż byłby skłonny przyznać. Miał właśnie poddać się gniewowi, ale z jego pamięci napłynęły słowa jego mamy: „Może powinieneś spróbować współczucia i zrozumienia, z odrobiną szacunku, mój synu".

Westchnął ciężko. Jego mama oczywiście miała rację, jak zawsze. Po wszystkim co Ginny przeszła w życiu, oczywistym było, że będzie jej ciężko komukolwiek zaufać. Na pewno zechce go jeszcze przetestować. W ten sposób będzie się mogła nauczyć, że może mu ufać, więc zniesie to dla niej.

- Tak, rozumiem, ale nie jestem głupi i zdaję sobie sprawę, że jest w tym coś więcej. Poczekam, aż będziesz gotowa, żeby wyjawić mi całą historię, ale jedno ci teraz powiem: nasze formy animagiczne to fizyczne reprezentacje nas samych. Tak, są bardzo pierwotne, ale nie manipulują. Mają nas prowadzić, nie kontrolować.

- Ale czuję się, jakby Furia mnie kontrolowała. Myślisz, że to między nami postępowałoby tak szybko, gdyby Cień nie chciał tak bardzo posiąść Furii? – Ginny zakryła usta, kiedy tylko wypowiedziała te słowa. Tak bardzo chciała dowieść swego, że wyrwało jej się za dużo. Przez kilka sekund Harry patrzył na nią zmieszany, ale w końcu dotarło do niego co ją dręczy.

- Aaaa – odezwał się w końcu. Ginny szybko odwróciła wzrok, a na twarz uderzył jej rumieniec. Chciała wstać i oddalić się od niego, ale on na to nie pozwolił i przyciskał ją mocno do siebie. – Nie będę nawet sugerował, że rozumiem przez co przechodzi w tej chwili twoje ciało i umysł. Musiałaś się oswoić z naprawdę wieloma rzeczami jak na kilka pierwszych dni związku. Chcę, wręcz potrzebuję to zrozumieć, ale wiem, że nie jesteś gotowa o tym rozmawiać. Nie zasłużyłem jeszcze na pełne zaufanie z twojej strony.

- Ufam ci, Harry. Na miłość Merlina, przecież zasnęłam w twoich ramionach. Byłam przy tobie kompletnie bezbronna. Jeśli to nie jest zaufanie, to nie wiem co nim jest.

- Jest różnica, między zaufaniem, że ktoś cię nie skrzywdzi, a zaufaniem, że ktoś nie złamie ci serca.

- Harry… - zaczęła, ale przerwał jej.

- Nie krytykuję cię. Za jakiś czas do tego dojdziemy. Mogę poczekać, bo jesteś tego warta i nie chodzi tu o Cienia, który chce być z Furią. To ja.

- Dzięki, to znaczy dla mnie więcej niż się domyślasz, ale nie zaczynaj mnie traktować jak jakiejś zakonnicy.

Ginny lubiła fizyczną stronę ich związku i nie chciała, żeby jej wyznanie to zmieniło. Kiedy już nie będzie w rui, a on będzie dalej czuł to samo, wtedy będzie w pełni gotowa, żeby mu się oddać.

- Może jakąś sprośną zakonnicę? Myślę, że by mi się spodobało – stwierdził Harry unosząc kilka razy brwi w górę i w dół. Wywróciła oczami i uderzyła go lekko w ramię.

- Dupek – parsknęła śmiechem. Uwielbiała, że potrafi znaleźć coś zabawnego nawet w najbardziej poważnej sytuacji.

- Flirciara.

Słysząc jego słowa, Ginny przekręciła się, by znaleźć się na nim. Znów miała to spojrzenie.

- Ja ci pokażę flirciarę, Potter! – warknęła Ginny, ale zanim zdążyła zrealizować swoją groźbę, na środku pokoju pojawiła się Vonda z dymiącym ciałem.


Narcyza i Zgredek przybyli pod sierociniec przy Dziewiątej Ulicy i odkryli, że zniknęła duża część wschodniej ściany. Pomiędzy gruzami leżały ciała, głównie dzieci. Wbiegli do budynku, który okazał się dormitorium. Sprawdzili poległych, ale Adama nie było wśród nich.

- Ilu było z nim, Zgredku? – spytała Narcyza, gdy pospiesznie przemierzali ścieżkę naznaczoną zniszczeniem. Na szczęście tylko kilkoro dzieci zginęło w pierwszej eksplozji. Reszta najwyraźniej uciekła.

- Tylko były pan, moja pani – odparł Zgredek, który musiał biec, żeby dotrzymać jej kroku. Od czasu do czasu napotykali dziecko, które zostało zabite podczas ucieczki. Narcyza robiła co w jej mocy, żeby odepchnąć od siebie wściekłość i niepokój. Nie pomoże Adamowi i pozostałym, jeśli nie będzie potrafiła nad sobą zapanować.

- Z reguły jest znacznie bardziej metodyczny i subtelniejszy. Azkaban musiał wywrzeć na niego mocniejszy wpływ niż nam się wydawało. Nad sierocińcem nie było Mrocznego Znaku. Z jakiegokolwiek powodu tu przybył, nie robi tego na rozkaz Czarnego Pana. Musimy wydostać stąd Adama. Wątpię, żeby ktoś inny się pojawił, ale nie warto ryzykować – powiedziała, przestępując nad kolejnym ciałem dziecka, które opuściło ten świat zdecydowanie za wcześnie.

- Zgredek czuje Adama, pani, ale coś go blokuje i nie może do niego dotrzeć – zameldował skrzat, spuszczając głowę ze wstydem. Zawiódł swoją panią. Narcyza pogłaskała czubek jego głowy, żeby pokazać mu, że nie jest na niego zła. Zgredek uniósł pełne nadziei spojrzenie.

Rose powiedziała jej, że Adam nie jest tym, na co wygląda.

- Zgredku, chłopiec jest pewnie przerażony. Zapewne poszedł gdzieś, gdzie czuje się bezpieczny. Obserwowałeś go. Gdzie on się czuje bezpieczny? – spytała i zobaczyła, jak coś przychodzi mu do głowy. Zgredek zaczął podskakiwać z radości.

- Dzisiaj przyszła Gruba Wiedźma. Adam ukrył się w ogrodzie, kiedy ona krzyczała na panie w biurze, moja pani.

- Brawo, mój mały sprytny skrzacie! Idź do ogrodu, zabierz Adama do domu i opiekuj się nim, póki nie wrócę – powiedziała mu Narcyza z uśmiechem. Spochmurniał, kiedy usłyszał rozkazy swojej pani.

- Zgredek nie chce zostawiać pani samej z byłym panem. Zgredek nie chce, żeby on znowu panią skrzywdził. Proszę nie zmuszać Zgredka – błagał ją lojalny skrzat. Aż do tego momentu Narcyza nie zdawała sobie sprawy, jak droga stała jej się ta istota. Przez wiele lat pozostawał jej jedynym powiernikiem. To on ją leczył, kiedy Lucjusz się nad nią znęcał. W pozbawionej uczuć i samotnej egzystencji Narcyzy, Zgredek zawsze był przy niej, kiedy go potrzebowała. Narcyza przyklęknęła, żeby ich oczy znalazły się na tym samym poziomie.

- Dziękuję za wszystko co dla mnie zrobiłeś. Jesteś najwspanialszym skrzatem domowym jakiego mogłabym sobie życzyć, ale to coś, co muszę zrobić sama. Jeśli kiedykolwiek mam się od niego naprawdę uwolnić, muszę stawić mu czoła bez wsparcia.. Trzeba go zatrzymać, nim zamorduje kolejne niewinne dzieci – powiedziała mu, żartobliwie wykręcając jego uszy. To gest, który często wykonywała, gdy widziała, że skrzat jest smutny. Oczy Zgredka wezbrały łzami. Potem cmoknęła go w czoło. Zgredek był kompletnie zszokowany. Nigdy nie słyszał, żeby czarownica okazała tyle współczucia komukolwiek z jego gatunku. Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka drżącą ręką. Wypłynęło z niej różowe światło, które wkrótce objęło ją i całe jej ciało.

- Zobaczymy się później – powiedziała Narcyza, gdy światło wreszcie zniknęło. Skinął jej stanowczo głową, trochę uspokojony, że zapewnił swojej pani najsilniejszą ochronę, jaką może dać związany ze swoim właścicielem skrzat. Narcyza mrugnęła do niego i rozdzielili się. Każde z nich miało swoje zadanie.


Amelia Bones przybyła do Świętego Munga z Alastorem Moodym przy boku. Z reguły nie wzywano jej w środku nocy, żeby odpowiedziała na zgłoszenie o niepokojach. Ten obowiązek najczęściej spadał na jednego z jej Starszych Aurorów. Jednak atak w Świętym Mungu nie był typowym wezwaniem. Dzięki Merlinowi na niebie nie unosił się Mroczny Znak, ale obecność Alastora Moody'ego oznaczała, że Albus Dumbledore również niedługo się pojawi.

Moody był dobrze znanym członkiem Zakonu Feniksa, a jego lojalność wobec przywódcy Zakonu osiągnęła poziom ślepego oddania. Amelia świetnie wiedziała, że ten mężczyzna zabija na zlecenie Dumbledore'a. Niestety wiedzieć o czymś było czymś zupełnie innym niż udowodnić to. Niezależnie jednak od jego źle ulokowanej lojalności, stary mężczyzna był świetnym aurorem. Byłaby idiotką, gdyby nie wykorzystywała jego talentów. Używała go w charakterze instruktora, ale niedawne wydarzenia sprawiły, że powołała go z powrotem do aktywnej służby.

Główne lobby okazało się zawalone łóżkami i pacjentami, którzy bezcelowo wędrowali tam i z powrotem. Sama obecność Moody'ego wystarczyła, żeby usunęli jej się z drogi. Udało jej się dotrzeć do wind bez konieczności odpowiadania na głupie pytania.

- Melduj – poleciła, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi windy.

- Otrzymaliśmy patronusa od uzdrowiciela z nocnej zmiany, że z czwartego piętra dochodzą odgłosy bitwy. Potem łóżka i ludzie zaczęli się pojawiać w lobby – powiedział Moody swoim typowych szorstkim głosem. Przybył na miejsce w tym samym czasie co ona. Czy ta kobieta uważała, że wie o czymś, czego ona nie wie?

- Myślałam, że to coś to magiczne oko, a ty jesteś doświadczonym aurorem? – zganiła go Amelia, jakby usłyszała jego myśli. Burknął coś, przewracając zdrowym okiem i spojrzał na górne piętra swoim magicznym.

- Wygląda na to, że walka się skończyła, ale nie spodoba ci się to, co zobaczysz – powiedział, gdy winda się zatrzymała. Drzwi stanęły otworem i Amelia musiała się z nim zgodzić. Ani trochę jej się to nie podobało. Oddział leżał w ruinie, wszędzie widniały ślady ognia, poza tym zniszczony sprzęt medyczny, połamane łóżka i okaleczone ciała… a właściwie części ciał.

Powstrzymując mdłości Amelia ruszyła w stronę jedynej dwójki żywych ludzi, którzy znajdowali się na tym piętrze, nim ona przybyła. Na łóżku siedziała Huncwotka w masce sokoła. Moody starał się ją przeniknąć swoim magicznym okiem, po czym warknął z frustracją, kiedy okazało się, że nie jest w stanie. Nie podobało mu się ile swobody Minister Magii przyznał tym Huncwotom. Jak dla niego to byli tylko cywile. Zatrzyma tę kobietę, póki nie przybędzie Dumbledore, a wtedy zacznie się prawdziwe przesłuchanie.

Obok Huncwotki znajdował się młody rudowłosy mężczyzna. Jego rysy twarzy sugerowały, że jest spokrewniony z rodziną Weasleyów. Bandażował ramię kobiety szatami, na których widniało sporo nadpalonych miejsc.

- Czy zechce mi koś powiedzieć, co tu się dzisiaj wydarzyło? – spytała autorytatywnie Amelia, dając znać wszystkim w pomieszczeniu, zwłaszcza niechętnemu aurorowi za jej plecami, że to ona tutaj rządzi. To jednak nie powstrzymało mężczyzny przed dorzuceniem swoich trzech sykli.

- Zostaliście ostrzeżeni, żeby nie nadużywać zaufania, które okazało wam Ministerstw – warknął Moody. Kobieta cisnęła swoją różdżką w jego magiczne oko tak szybko, że ledwo zdołał ją chwycić.

- Dawaj, sprawdź ją, ty napuszony dupku. Jeśli znajdziesz choć jedno zaklęcie lub klątwę, które mogło to spowodować, to proszę bardzo, aresztuj mnie – zganiła go Andromeda. Rudowłosy mężczyzna rzucił „dobry tekst" i kontynuował swoją pracę.

- Nie myśl, że tego nie zrobię – zagroził Moody i oddalił się z różdżką.

- Muszę wiedzieć co się tu stało – powtórzyła Amelia. Korzystając z tego, że Alastor był zajęty, planowała się dokopać do sedna sprawy.

- Alecto Carrow w swoich szatach Śmierciożerczyni przybyła tu, żeby zabić tę biedną kobietę, która tam leży. Jak może pani zobaczyć, udało jej się. Moja drużyna przyszła ją uratować. Kiedy Śmierciożerczyni zorientowała się, że tu jesteśmy, zaczęła ciskać każdą klątwę, jaka jej przyszła do głowy, niszcząc oddział, żeby utrzymać nas z dala od niej. Szpon zaczęła z nią walczyć, a Nala usiłowała uratować tyle osób, ile się da. Ja próbowałam dotrzeć do Rose Lancaster, ale efektem było tylko to – powiedziała Andromeda, wskazując na uszkodzone ramię.

- Rozumiem. Ilu Śmierciożerców tu było?

- Tylko Carrow.

- A gdzie reszta pani ludzi?

- Carrow upuściła listę – odparła Adromeda, wręczając Amelii skrawek pergaminu. Wszystkie imiona na liście były wykreślone poza ostatnim. Petunia Dursley. Amelia gwałtownie uniosła głowę.

- Nala udała się ratować siostrę. Otrzymaliśmy też informację, że Lucjusz Malfoy atakuje mugolski sierociniec i Szpon ruszyła go powstrzymać – wyjaśniła Andromeda.

- Czysta – warknął Moody, odrzucając różdżkę. – To wyjaśnij mi coś, trzech Huncwotów i nie powstrzymaliście jednego Śmierciożercy?

- Ja tu zadaję pytania, Alastorze – usadziła go Amelia. Potem z powrotem spojrzała na Huncwotkę. – Auror Moody co prawda jest chamski, ale jego uwaga jest słuszna.

- Przyznaję, to nie była nasza najlepsza robota, ale starałyśmy się ocalić życia. To trochę ograniczało nasze możliwości na zamkniętej przestrzeni. Udało nam się utrzymać walkę tylko na tym piętrze.

- Te biedne skubańce powiedziałby ci, że zjebałyście sprawę, skarbie.

- Hej, Cyklopie! Słyszałem, że na dole w lobby jest pełno skubańców, którzy by się z tobą nie zgodzili!

- Dzięki za pomoc, Charlesie, ale on ma rację. Jeśli od razu zaatakowałybyśmy ją i spróbowały zabić, może więcej osób przeżyłoby tę noc.

- Wie pani kim jestem?

- Widziałam cię na jednym czy dwóch meczach quidditcha. Zdziwiło mnie, że nie przeszedłeś na zawodowstwo.

- Smoki zawsze były moją pierwszą miłością – odparł z uśmiechem.

- Charlie, co ty tu robisz? – spytał Artur Weasley, wchodząc na salę. – Myślałem, że jesteś w Rumunii?

- O to samo można by zapytać ciebie, Arturze – wtrąciła się Amelia, zaskoczona jego widokiem.

- Wygląda na to, że byłem w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, kiedy przybyło wezwanie pomocy.

- Odpowiadając na twoje pytanie, przyszedłem z innym opiekunem smoków, który jest opatrywany na oddziale poparzeń – rzekł Charlie. – Usłyszałem bitwę i przyszedłem sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Kiedy tu dotarłem, było już po wszystkim. Tylko ona została, więc pomogłem jej siąść na łóżku i zacząłem pracować nad jej ramieniem.

- Madam Bones, odpowiem na wszystkie pytania, ale mugolski sierociniec jest atakowany przez Śmierciożerców – wtrąciła się Andromeda. – Moja… jeden z członków mojej drużyny udał się samotnie, by ich zatrzymać. Mogłaby pani wysłać tam jakieś wsparcie?

- Chciałabym, ale nie mamy wolnych ludzi. Rozplątywanie tego bałaganu potrwa całą noc. Obawiam się, że mugole są w tej chwili zbyt odległym priorytetem – Amelia zerknęła na Charliego. – Jednak jeśli cywilny obywatel zechce zostawić swoje wspomnienie tego, co tu się dzisiaj działo, nie mogę go powtrzymać przed posłuchaniem głosu sumienia, prawda? – spytała z uśmiechem. Dwie sekundy później Charlie wręczył jej to, czego potrzebowała.

- Dobrze, jeśli mogę was na chwile przeprosić, jest pewien wścibski dyrektor, któremu wydaje się, że może wchodzić na moje miejsce zbrodni – powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Łatwo się było domyślić, że Albusowi Dumbledore nie spodoba się ta rozmowa. – Moody, idziesz ze mną! – warknęła Amelia, nim stary auror zdążył się odezwać.


Kiedy Vonda przybyła ze swoim ładunkiem, Harry i Ginny natychmiast zerwali się z kanapy. Ginny błyskawicznie polała wodą te fragmenty ubrania Vondy, które się tliły. Jej lewą nogę pokrywały poparzenia drugiego stopnia. Ginny od razu zajęła się jej ranami za pomocą zaklęcia, którego nauczył ją jej brat Charlie.

Harry zajął się dymiącą kobietą na podłodze. Ucieszył się, że jej włosy są jasne, a nie rude. To oznaczało, że kobietą nie jest jego mama. Była potwornie poparzona na całym ciele, a fragmenty pościeli przywarły do jej ciała. Szybko wylewitował ciało i przeniósł kobietę na stół kuchenny. Otworzył pojemnik pełen eliksirów i maści i wyjął te, które jego zdaniem mogły najlepiej pomóc biednej kobiecie.

- Kurwa! Kurwa! Kurwa! – zaklął Harry, kiedy pojawiły się rezultaty rzuconego przez niego zaklęcia diagnostycznego. Nałożył ciemnoniebieską pastę na kawałek materiału i zaaplikował ją na poparzone ciało. Ginny i utykająca skrzatka weszły do kuchni. Harry poruszał się tak szybko, że aż się rozmywał w ich oczach. Ginny domyślała się, że korzysta z szybkości Cienia.

- Jak bardzo z nią źle? – spytała Ginny, powtarzając jego czynności po drugiej stronie stołu. W krótkim czasie pokryli całość poparzonej skóry.

- Tylko połowa jej lewego płuca funkcjonuje, a prawe jest zniszczone tak, że moje umiejętności nie mogą nic na to poradzić. Utrzymuję ją magicznie nieprzytomną i udało mi się zapobiec wstrząsowi. Co u ciebie, Vonda? – spytał Harry, mierzwiąc sobie włosy. To jego matka była rodzinnym uzdrowicielem, wiedział, że ta sytuacja go przerasta.

- Lady Ginny zajęła się moją nogą, panie. Musisz ją uratować. Pani nie może teraz stracić swojej siostry.

- To mnie przerasta, Vondo. Nie wiem na… czy ty ją nazwałaś siostrą mojej mamy? – spytał gwałtownie Harry, wbijając spojrzenie w skrzatkę. Vonda skinęła głową. – To moja ciotka Tuney?

Kolejne skinienie głową. Harry pobladł i zatoczył się, jakby uderzył go jakiś niewidzialny obiekt.

- Harry? – spytała Ginny, ale ten ledwo ją usłyszał. Po ruchu jego źrenic domyśliła się, że pogrążył się w myślach.

- GDZIE MOJA MAMA!? – ryknął Harry na Vondę. Po raz pierwszy odkąd go znała, Ginny usłyszała strach w jego głosie. Vonda skłoniła głowę i pokiwała nią na boki, gdy uniosła wzrok, miła łzy w oczach.

- Pani walczy z tą, która uczyniła to jej siostrze.

- Kto z nią jest?

- Pani Lily sama walczy ze Śmierciożerczynią.

- Ni chuja! Zabieraj mnie do niej, natychmiast! – rozkazał Harry, zbliżając się groźnie do małej istoty. Vonda odstąpiła przerażona. Nigdy wcześniej nie widziała Lorda Pottera ogarniętego taką wściekłością. Ginny szybko obeszła stół i stanęła między tą dwójką.

- Nie, Harry, nie możesz.

- Tylko patrz – odparł, patrząc przez nią. Złapała jego twarz w dłonie, by zmusić go do spojrzenia jej w oczy. Uczynił to bardzo niechętnie.

- Twoja ciotka potrzebuje cię bardziej. Twoja mama to genialna i twarda czarownica. Powiedziała Vondzie, żeby przyprowadziła twoją ciotkę do ciebie. To jest zadanie, które ci powierzyła, chce, żebyś uratował jej siostrę. Jesteś Lordem, a członek twojego Rodu leży na tym stole. Bądź mężczyzną, jakiego znamy ja i twoja mama.

- Nie mogę jej stracić. Nie zniósł bym… - wyznał, a Ginny poczuła, jak drżą mu ręce. Widziała, że ledwo się trzyma. Nigdy wcześniej nie zorientowała się, jak bardzo jest opiekuńczy wobec swojej mamy. Przytuliła go mocno, a on zacisnął pięści na tyle jej koszulki, próbując odzyskać nad sobą panowanie.

- Twoja mama jest twoją opoką, łapię. Pokaż, że wierzysz w nią tak samo, jak ona w ciebie – wyszeptała mu na ucho. Poczuła, jak jego ciało uspokaja się, gdy dotarły do niego jej słowa. Harry wypuścił drżący oddech, a jego wola się zachwiała.

- Niech cię szlag.

- Wiesz, że mam rację.

- Nie wiem czy mogę ją uratować.

- To zabierzemy ją do kogoś, kto potrafi.

- Święty Mungo?

- Nie, musimy zabrać ją do najlepszego. Nie ty jeden masz znajomości, Harry. Bierzemy ją do Pokoju Życzeń.


- Który z was to Adam? – warknął pogardliwie Lucjusz, celując różdżką w trójkę kulących się ze strachu dzieci. – To jego szukam. Oddajcie mi go, a pozwolę reszcie odejść. Jeśli mi odmówicie, zabiję was wszystkich.

Lucjusz kłamał. Zamierzał wszystkich pozabijać. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi potrząsnął głową.

- Niech tak będzie Avada Kedaaaaa! – Lucjusz wrzasnął, padł za kolana i chwycił się za krocze. Czuł się, jakby na jego klejnotach powoli zaciskało się jakieś pnącze. Upuścił różdżkę. Wytrzeszczonymi oczami podążył za pomarańczowym zaklęciem do źródła. Do pokoju weszła czarownica w szkarłatnych szatach i masce sowy. Musiała być jednym z tych przeklętych Huncwotów, przed którymi go ostrzegano. Powiedziała dzieciom, żeby uciekały, a one pospiesznie pomknęły na dziedziniec.

- No proszę, Lucjuszu, wylądowałeś na kolanach. Pasuje to do ciebie.

- Wypuść mnie kobieto – błagał. Miał wrażenie, że oczy zaraz wyskoczą mu z orbit.

- A gdzie w tym sprawiedliwość? Od lat na to zasługujesz. Po twoim piskliwym głosiku widzę, że cieszy cię zaklęcie, które moja przyjaciółka wymyśliła kilka lat temu dla takich szumowin jak ty. Nie do końca Cruciatus, ale i tak efektywne, nie sądzisz? Co mówiłeś? Przykro mi, ale nie słyszę cię przez to całe jęczenie – zadrwiła Narcyza, siadając spokojnie na pobliskiej ławce. Założyła nogę na nogę. Usłyszała odległe pyknięcie i wiedziała, że Adam jest bezpieczny. Rozproszyła zaklęcie i zniszczyła jego różdżkę zaklęciem eksplozji.

- Ta różdżka była w mojej rodzinie wiele pokoleń – zawył Lucjusz.

- W takim razie dobrze, że na tobie się skończy. Ród Malfoyów wreszcie upadnie.

- Mój syn będzie kontynuował moje dziedzictwo.

- Nie, jeśli będę miała w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia. Jeśli spróbujesz sięgnąć po tę różdżkę w bucie potraktuję cię znowu zaklęciem jajcomiazgi!

- Skąd… NARCYZA!

- No proszę, rozgryzłeś to. Gdybyś był chociaż w połowie tak kompetentny w łóżku… ale co mnie to, teraz to problem Carrow, nie sądzisz?

- Ty zdradziecka suko!

- Uznam to za komplement. A teraz powiedz mi jak ty się w to wszystko wplątałeś i czemu przyszedłeś po Adama?

Lucjusz postanowił wyznać prawdę. Potrzebował czasu, żeby dojść do siebie po zaklęciu, którym go potraktowała. Nie nosił już zapasowej różdżki w bucie, ale ona nie musiała o tym wiedzieć. Powiedział jej wszystko co wiedział o tej operacji, łącznie z tym, co ujawniła mu Alecto. Czekał, aż nadejdzie odpowiedni moment, wtedy uderzy. Okazało się, że nastąpiło to, gdy ujawnił wszystko co uczyniła Umbridge.

- Suka! – krzyknęła Narcyza, zrywając się z miejsca. Korzystając z okazji Lucjusz wyszarpnął swoją ukrytą różdżkę i posłał zaklęcie łamiących kości w jej nogę. Narcyza odskoczyła i odpowiedziała zaklęciem Flagrante w jego lewy bark. Jego szaty zajęły się ogniem, ale zdołał błyskawicznie zdusić płomień.

- Sprytnie, zmieniłeś miejsce – powiedziała mu Narcyza, przyjmując postawę pojedynkową.

- Nie pamiętam, żebyś była taka szybka – odparł Lucjusz. Wstał, uniósł różdżkę i oddał jej formalny pojedynkowy salut.

- Lata udawania na coś się przydały – odgryzła się Narcyza, odpowiadając tym samym gestem. Zdjęła maskę, żeby jej były mąż mógł zobaczyć zdecydowanie w jej oczach. On odpowiedział tym samym. To koniec. Oboje o tym wiedzieli.

- Ostatnie tango? – spytał Lucjusz. Wycie mugolskich syren przybliżało się.

- Myślałam, że nigdy nie spytasz.

Zbyt długo czekała na tę chwilę. Spodziewała się, że poczuje strach albo ekscytację, ale niespodziewanie poczuła się, jakby miała zabrać się za jakiś uciążliwy obowiązek. Ostatnia powinność wobec niej, Draco, Adama i pozostałych ofiar tego człowieka.

Lucjusz przesunął stopy, a ona od razu wiedziała, że zaraz wyśle w jej stronę zaklęcie śmierci. Znała jego gesty, atuty i słabości. Musiała zgrać to w czasie idealnie. Wstrzymała oddech, żeby dać mu złudne wrażenie dominacji. Czemu? Bo była lepszą Ślizgonką niż on. Kiedy rzuci zaklęcie, światło klątwy sprawi, że Narcyza zniknie z jego pola widzenia na ułamek sekundy. Więcej czasu nie potrzebowała.

- Avada Kedavra! – krzyknął Lucjusz, a Narcyza teleportowała się tuż za niego. Chwyciła go za głowę i szarpnięciem odchyliła do tyłu, wbijając kolano w jego nerkę. Potem wskoczyła na jego łydki. Jej waga obaliła z impetem mężczyznę na kolana. Krzyknął z bólu wywołanego uderzeniem o ziemię. Odsunęła się odrobinę i kopnęła go z półobrotu w podstawę czaszki, tak jak nauczyła ją Lily. Jego głowa odskoczyła do przodu, a twarz wpasowała się w twarde podłoże z głuchym łomotem.

Lucjusz miał nad nią przewagę z różdżką, ale brak mu było zdolności w walce wręcz. Głupio uważał, że to poniżej godności Lorda zniżać się do takich rzeczy. No cóż, jego krótkowzroczność zadziałała teraz na jej korzyść. Narcyza roześmiała się krótko, widząc pozycję, w jakiej się znalazł. Twarz wbita w chodnik, a tyłek sterczał ku niebiosom. Trudno byłoby się oprzeć tak kuszącemu celowi. Narcyza wymierzyła szybki, ale bardzo satysfakcjonujący kopniak. Nie miała pojęcia jakim cudem zdołał utrzymać różdżkę w rękach, ale nie zamierzała pozwolić mu jej użyć. Przetoczyła go stopą, a drugą stopą przycisnęła dłoń, która zaciskała się na różdżce. Lucjusz był półprzytomny. Zakręciła stopą, którą stała na jego dłoni, żeby ból pomógł mu się skupić.

- Założę się, że się tego nie spodziewałeś, co? Kobieta właśnie skopała dupsko wielkiemu Lucjuszowi Malfoyowi. Och, to przecież nieludzkie – kpiła Narcyza. Sięgnęła w fałdy szaty i wyciągnęła mugolski pistolet. – Naprawdę myślałeś, że uczynię ci honor i pozwolę umrzeć jak czarodziejowi? Nie. Twój pan i cały czarodziejski świat dowie się, że zginąłeś jak mugol. Pomyślą nawet, że mugol to zrobił. Zabawne jak często karma i ironia kroczą ręka w rękę.

- Rzuć broń! – zawołało kilku mugolskich policjantów, celując do niej z pistoletów. Narcyza rozejrzała się. Była otoczona, a wszyscy celowali w nią.

- Wygląda na to, że jednak przeżyję – zaśmiał się Lucjusz. Jego dobry humor wyparował, kiedy ujrzał uśmiech na jej twarzy i błysk w jej oczach. Po chwili wpakowała mu kulkę między oczy.


Alecto miała nadzieję, że kiedy opadnie pył, ujrzy na ulicy martwą Lily Potter. Widziała jednak pustą ulicę, a w jej biodro trafiło zaklęcie tnące. Zawirowała i ujrzała Potter stojącą obok latarni. Zanim zdążyła wycelować, kobieta znów ukryła się w cieniu. Jednak nie powstrzymało to Carrow od posłania Bombardy w tamtym kierunku.

Alecto przyłożyła czubek różdżki do jezdni i wyczarowała mur wokół siebie. Posłuży jej za tymczasową ochronę, póki się nie uzdrowi. Zabrała się za to i właśnie kończyła, kiedy dosłyszała zbliżające się kroki.

- Naprawdę tego nie przemyślałaś, Carrow. Pamiętasz chyba, że mój mąż był Mistrzem Transmutacji. Jakbyś była barankiem prowadzonym na rzeź – powiedziała Lily. Chodziła wokół muru, stukając w niego raz na jakiś czas różdżką. Carrow słyszała wiele opowieści o wyczynach Jamesa Pottera na zamkniętych przestrzeniach. Mawiano, że potrafi zmienić gołe ściany w broń. Dotarło do niej, że miejsce w którym stoi mogło stać się jej trumną. Deportowała się w chwili, kiedy wewnątrz ścian wyrosły setki kolców. Ledwo uniknęła poszatkowania. Jej ucieczka tylko w połowie okazała się sukcesem. Uderzyła w barierę, która odrzuciła ją z powrotem na ulicę kilka metrów dalej.

- Ups, czy to moje dzieło? Myślałaś, że możesz próbować zabić moją siostrę i ujdzie ci to na sucho? Powinnam cię zabić, kiedy miałam okazję – drwiła Lily, skradając się do ofiary. Przemawiała przez nią natura jej formy animagicznej. Nala podpowiadała jej, żeby zabić tę kobietę w Świętym Mungu, ale moralność Lily okazała się silniejsza. To kosztowało życie Rose Lancaster i wiele innych osób. Jednak zagrożenie życia jej siostry sprawiło, że jej racjonalny umysł skapitulował przed pierwotnymi instynktami. Kiedy lwica poluje, nie zabija z okrucieństwem. Jest cicha, metodyczna i często sprawia, że jej ofiara staje się bezbronna ze strachu. Lily potrafiła to wszystko i dużo więcej.

- Widzę, że wreszcie zaczęłaś myśleć – zakpiła Alecto, wstając niezgrabnie z różdżką wycelowaną w Lily.

- Moja siostra zabrana, mugole bezpieczni w łóżkach, nie masz gdzie uciekać, więc zostałyśmy tylko my dwie i zaległa sprawiedliwość – drażniła się z nią Lily, wstępując w krąg światła. Płomienie z płonącego domu jej siostry odbiły się w jej oczach i kłach drapieżnika. Nala zaryczała, a Alecto zadygotała. – Mój instynkt matki dyktował moje działania w Świętym Mungu, ale dość już tego. Pozbędę się ciebie, morderczyni.

- Niech tak będzie – zgodziła się Alecto, zbierając się w sobie. Kobieta stojąca przed nią była osobą, której Carrow nienawidziła najbardziej w swoim całym życiu. Lily zbliżyła się i uderzyła zaklęciem pękających jelit. Sama uniknęła rzuconego w nią Expulso i kontynuowała. Alecto odskoczyła w prawo, ale bez wdzięku, który demonstrowała Lily.

Carrow transmutowała odłamki ścian w dwa wielkie wilki i poleciła im zaatakować Lily. Reducto zajęło się jednym, ale drugi skoczył. Lily szybko przetoczyła się w tył i użyła pędu wyczarowanej bestii przeciwko niej. Uniosła nogę i przepchnęła nad sobą wilka, nim ten zdążył na nią opaść. Ten przewrócił się i potoczył w dół ulicy. Lily zniszczyła go Bombardą, ignorując ból w lewym ramieniu. Zanim zdołała uzdrowić rany, które pazury wilka wyrwały w jej barku, musiała się przetoczyć, by uniknąć Cruciatusa.

Lily przywołała Lumos Solem tuż przed Śmierciożerczynią. Carrow musiała osłonić oczy przez jasnym światłem, żeby nie oślepnąć. Lily skorzystała z przewagi i zbliżyła się do wroga. Alecto, widząc co się dzieje, wyczarowała wokół siebie pierścień ognia. Nie spowolniła jednak Lily nawet odrobinę. Huncwotka rzuciła Partis Temporus i przeskoczyła przez stworzoną przez nie przerwę w płomieniach.

Przetoczyła się pod klątwą, która ucięłaby jej głowę i użyła swojego pędu, by z całej siły uderzyć Alecto w przeponę. Kobieta stęknęła, a całe powietrze uciekło jej z płuc. Oczy wyszły jej z orbit. Zwaliła się na bok i desperacko usiłowała złapać oddech. Lily złapała za nadgarstek ręki, w której Carrow trzymała różdżkę. Kopnęła w pachę, wybijając ramię ze stawu, a różdżka wypadła z bezwładnej dłoni.

- Mummafacashus! – krzyknęła Lily, a szaty Carrow zacisnęły się mocno wokół kobiety. Lily odwróciła ją na plecy i spojrzała w dół z obrzydzeniem. Dumna niegdyś Śmierciożerczyni leżała piszcząc żałośnie. Wiedziała, że nadchodzi jej kres. – I co, Carrow? Jak to jest być bezbronną? Wiedząc, że twoje bezwartościowe życie spoczywa w rękach mugolaczki? Słyszałam, że w piekle jest pięknie o tej porze roku.

Lily wycelowała różdżką w serce Alecto, a z jej oczu wyzierała lwica pragnąca zakończyć łowy.

- NIE! Czekaj, jest więcej warta żywa niż martwa – krzyknął na nią Syriusz. Popatrzyła na chrzestnego jej syna z niedowierzaniem. – Ta suka wie, kto jest odpowiedzialny za odebranie córki twojej siostrze. Chcieli sprzedać ją w niewolę.

- Emma jest już bezpieczna – odparła Lily, spoglądając na Carrow.

- Ale inni nie są, skarbie. Czy ona zasługuje na śmierć? Pewnie, kurna, nic nie ucieszy mnie bardziej. Ale musimy dorwać ich wszystkich. Handlarzy, kupców, całe to zdeprawowane społeczeństwo, a poza tym ona jest członkiem jego Wewnętrznego Kręgu. Pozwól mi popracować nad jej umysłem moją magią. Możemy skończyć tę wojnę dużo wcześniej i uratować wiele istnień – powiedział jej Syriusz, odsuwając jej rękę. Pocałował ją w skroń i przytulił. – Twoja siostrzenica cię potrzebuje. Idź do niej. Ja zajmę się tą tutaj.


Słowniczek:

Blues Brothers – może znaczyć zarówno „Bluesowi Bracia" jak „Niebiescy Bracia".


W następnym rozdziale:
- Charlie przybywa na odsiecz
- Emma i Lily rozmawiają z Petunią
- Amelia kontra Dumbledore


Od tłumacza: Dzięki za wszystkie Wasze komentarze, "lajki" i słowa poparcia. Dzięki takim czytelnikom jak Wy chce mi się kontynuować pracę. Już prawie dobiliśmy do 400 komentarzy, a "Powrót Huncwotów" jest dodawany do ulubionych równie często jak "To oznacza wojnę". Tak więc dzięki wielkie i proszę o jeszcze :)