Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 30

- O ja… znaczy… ja cię… ciociu Lily! Ten pokój jest gigantyczny – zawołała Emma, rozglądając się oczami wielkości spodków od filiżanek po swojej nowej sypialni. To jest miejsce, w którym będzie mieszkała, kiedy nie będzie w szkole? Dalej nie mogła tego ogarnąć, po prostu za dużo tego na nią spadło. Ten pokój był mniej więcej wielkości tego, który w Hogwarcie dzieliła z pięcioma innymi dziewczynami. Pomalowany na ciepłe, zapraszające kolory sprawiał, że czuła się tu rozluźniona. Pod jedną ścianą stała elegancka komoda z toaletką. Pod drugą biurko z regałem na książki. Miała nawet własną łazienkę przynależną do tego pokoju. Potem zobaczyła garderobę i opadła jej szczęka. Spojrzała pytająco na Lily. Ciocia wzruszyła ramionami i skinęła głową. Zaśmiała się, kiedy usłyszała pełen zachwytu pisk, który wkrótce dobiegł z małego pomieszczenia. Zgadywała, że jej syn zaczął już rozpieszczanie Emmy.

- Wyrosnę z nich na długo zanim zdołam wszystkie założyć – stwierdziła Emma. Wyszła z garderoby ze szczęką wciąż w okolicach podłogi.

- Ale i tak zrobisz co w twojej mocy? – zachichotała Lily, zamykając buzię siostrzenicy.

- No pewnie – odparła Emma, wywracając oczami. Lily objęła ramiona siostrzenicy i skierowała ją ku spersonalizowanemu kufrowi stojącemu w nogach łóżka.

- Harry nie należy do najsubtelniejszych, co? – spytała, a Emma aż wstrzymała oddech widząc na kufrze napis „EMMA POTTER".

- Naprawdę? – spytała zszokowana. Tego się nie spodziewała w najśmielszych snach.

- Jeśli tego zechcesz, kochanie. Nie miałam jeszcze czasu porozmawiać o tym z tobą. Jest wiele korzyści z posiadania nazwiska jednego ze Szlachetnych Rodów, ale wynikają z tego również pewne zobowiązania. Jeśli nie będziesz tego chciała, całkowicie zrozumiem – zapewniła ją Lily. Nie chciała, żeby Emma czuła się zmuszona, nawet jeśli sama bardzo chciała, żeby dziewczynka przyjęła nazwisko Potter. Emma była już jednak świadomą osobą i Lily nie chciała jej stawiać przed faktem dokonanym.

- I tak uważam już Harry'ego za mojego brata. Poza tym mój biologiczny ojciec i brat są dla mnie tak martwi jak ja dla nich. Mama to przewidziała, a ja nie znam nikogo kto lepiej nauczyłby mnie jak być kobietą niż ty, ciociu Lily – odpowiedziała Emma z niezachwianą pewnością w głosie.

- Czyli się zgadzasz? – spytała Lily z promiennym uśmiechem. Emma pokiwała głową i mocno przytuliła się do cioci. Stały tak przez dłuższą chwilę. Emma złożyła głowę na piersi Lily, a jej ciocia oparła policzek na czubku jej głowy. Formowały więź, która powinna zadzierzgnąć się już dawno. W końcu Lily uniosła twarz Emmy, żeby spojrzeć jej w oczy.

- Pamiętamy o przeszłości, ale nie rozpamiętujemy jej. Możemy nie być kobietami Rodu Potterów z krwi, ale jesteśmy z ducha. Nie tylko wybieramy nasze przeznaczenie, ale same sprawiamy, że się spełnia. A dlaczego?

- Bo jesteśmy kobietami Rodu Potterów i powiesimy za jaja z najwyższej wieży każdego, kto powie inaczej – odpowiedziała Emma z dumą, przekonaniem i odrobiną tupetu. Lily wybuchnęła śmiechem. Przynajmniej miała jakiś wpływ na Emmę.

- W porządku, mam parę rzeczy, którymi musze się zająć. Zostawię cię tutaj, żebyś się mogła urządzić. Jak skończysz, przyjdź na dół, zrobimy obiad. Cissy, Charlie i Adam powinni przyjść do tego czasu – powiedziała Lily, idąc do drzwi. Emma zanotowała w pamięci, że zobaczy się z Adamem, a sposób, w jaki jej ciocia wypowiedziała to imię, sprawił, że przypomniała sobie ich rozmowę przy gorącej czekoladzie. Chłopak był taką samą ofiara jak ona, ale naprawdę trudno było jej zapomnieć jak się nad nią znęcał. Wstydziła się jednak tego, co prawie mu zrobiła i obiecała sobie, że da mu szansę.

- Jasne, ciociu Lils – odpowiedziała, używając zdrobnienia nadanego jej przez Syriusza. Lily spojrzała na Emmę i mrugnęła z aprobatą, po czym wyszła z pokoju. Emma przyjrzała się wygodnemu łożu z baldachimem i zaczęła się zastanawiać jak wysoko może na nim podskoczyć.

- To łóżko jest super! – usłyszała Lily. Z uśmiechem pokręciła głową i zeszła po schodach. Kiedy weszła do salonu, Remus właśnie wychodził z kominka.

- Jak poszło? – spytała Lily z nadzieją.

- Dora wydobyła z Umbridge wystarczająco, żeby uruchomić Prawo Satysfakcji. Właśnie w tej chwili jej dom i skrytka są konfiskowane. Jednak nawet ci, których dzisiaj nie dopadniemy, nie będą mogli czuć się bezpiecznie. Podejrzewam, że Minister wykorzysta wiedzę zdobytą podczas konfiskaty dla własnych politycznych korzyści – wyjaśnił jej Remus. Cieszył się, że może przekazać starej przyjaciółce tak dobre wieści.

- Tak jak i my, jeśli będzie potrzeba.

- W sobotę będzie już Emmą Potter z nazwiska, krwi i magii. Minister był bardzo pomocny w tej sprawie. Podejrzewam, że kiedyś będzie chciał odebrać przysługę, ale jak na razie wszystko układa się po naszej myśli – powiedział Remus z uśmiechem, który nie objął jego oczu. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Podejrzewała jaka jest tego przyczyna, ale wolała, żeby sam jej o tym powiedział. Oczywiście to nie znaczyło, że nie mogła go pchnąć we właściwym kierunku.

- Miałam się wziąć za robienie obiadu. Zachcesz dotrzymać mi towarzystwa? – spytała Lily, ujmując go pod ramię i delikatnie wiodąc w stronę kuchni. Remus uśmiechnął się, słysząc jej subtelne i delikatne polecenie. Takiej kobiecie jest się posłusznym, choć cały czas wydaje ci się, że to był twój pomysł. Tym razem w uśmiechu rozbłysły także jego oczy. Nachylił się i delikatnie cmoknął ją w policzek.

Postanowił jej powiedzieć. Rady Lily zawsze do niego docierały, kiedy wszystko inne zawodziło. Nigdy jej tak naprawdę za to nie podziękował, ale planował wkrótce to naprawić. Nie chciał nawet myśleć gdzie on, Syriusz i Harry by skończyli, gdyby nie ta kobieta, która wiodła ich przez życie.

Tak więc rozmawiali, przygotowując wspólnie obiad. Lily odkryła już dawno, że kiedy chłopcy byli czymś zajęci, znacznie łatwiej było im się otworzyć i potrafili rozważyć każdą udzieloną im radę. Opowiedziała mu jak pracuje umysł i serce kobiety w ciąży, w której organizmie szaleją hormony. Wyjaśniła, że pierwsza miłość zawsze zajmuje wyjątkowe miejsce w sercu kobiety, ale Tonks wybrała właśnie jego nie bez powodu. Potrzebowała po prostu czasu, żeby ogarnąć tą całą sprawę z Narcyzą i Charliem. Nim Emma do nich dołączyła, poczuł się znacznie lepiej.

- Mogę pomóc, ciociu Lils? – spytała Emma, gdy została już przedstawiona nowemu wujkowi Lunatykowi.

- Pewnie że tak, kochanie – rzuciła Lily przez ramię. Poleciła dziewczynce, żeby poszła do ogrodu po świeże warzywa. Emma wzięła koszyk, dopytała jak dokładnie tam trafić i ruszyła. Zobaczyła boisko do quidditcha i aż westchnęła. Chłopcy w jej klasie o niczym innym nie gadali. Harry obiecał, że nauczy ją latać. Zaczęła się zastanawiać gdzie się podziewa jej nowy brat i co porabia. Miała nadzieję, że nie wpakował się w zbyt duże tarapaty. Kiedy zabrała się do roboty w ogrodzie, zaczęła zastanawiać się jak mogłaby mu się odwdzięczyć za wszystko co do tej pory zrobił.

- EEEEEEMIIIIIIII! – dosłyszała nagle okrzyk. Wstała, żeby sprawdzić co robi taki hałas. Zobaczyła Adama, który pędził w jej stronę z rozłożonymi rękami i szaleństwem w oczach. Stanęła szeroko na nogach i przygotowała się na najgorsze.

Adam objął ją i okręcił wokół siebie z taką energią, że jej stopy oderwały się od ziemi. Zawartość jej koszyka pofrunęła na wszystkie strony. Kiedy przestał się kręcić, Adam zaczął podskakiwać, nie wypuszczając jej z mocnego uścisku i nieustannie powtarzając „Emmi". Najpierw kręciło jej się w głowie, ale teraz chwyciły ją mdłości. Na szczęście przestał, zanim zwróciła na niego śniadanie.

-Couciebie?Straszniezatobątęskniłem!Atytęskniłaś?Lubisznowąszkołę?Poznałaśnowychprzyjaciół?Naprawdęnaprawdęzatobą…

Słowa wylatywały z ust Adama w takim tempie, że nie potrafiła stwierdzić gdzie się kończy jedno pytanie, a gdzie zaczyna następne. Powiedzieli jej, że ma umysł sześciolatka, ale aż do tej chwili w to nie wierzyła. Bała się, że jeśli go nie powtrzyma, jego głowa wybuchnie.

- Czekaj… Czekaj… CZEKAJ! Dobrze, a teraz oddychaj… dobrze – poleciła mu Emma głosem, który, jak miała nadzieję, brzmiał autorytatywnie. Adam robił jak mu kazała, ale dalej podskakiwał. – Siadaj! – rozkazała, a on klapnął pośladkami dokładnie na tym miejscu, które pokazała palcem. To było dla niej strasznie dziwne. Zamknęła oczy i poświęciła chwilę, żeby się skupić. To był chłopiec, którego poznała, kiedy po raz pierwszy przybyła do sierocińca, nie ten, który się nad nią znęcał. Kontynuowanie nienawiści byłoby z jej strony strasznie małostkowe. Jej ciocia miała rację. Trzeba pogodzić się z przeszłością i budować przyszłość.

- Adam! Musisz się uspokoić. Mamy cały dzień, żeby ponownie się poznać. A teraz może pomożesz mi pozbierać te warzywa, które porozrzucałeś wszędzie wokoło? Ciocia Lily robi obiad, a ja obiecałam jej pomóc – powiedziała mu, uśmiechając się do niego.

- Mogę też? Będę grzeczny, słowo – poprosił Adam, zbierając porozrzucane warzywa na czworakach. Nucił wesołą melodię, której nie słyszała od lat.

- Pewnie że tak. Acha, nazywam się teraz Emma Potter. Wreszcie mam rodzinę! – teraz to Emma podskakiwała z ekscytacją. Adam zerwał się i dołączył do niej.

- Ja też! Pani Black zapytała czy chcę z nią mieszkać. Myślisz, że powinienem mówić do niej „mamo"?

- Założę się, że jej się spodoba. Adam Black? Tak, to do ciebie pasuje – Emma żartobliwie zwichrzyła mu włosy.

- Emma Potter? No, podoba mi się.


- Patrząc na to miejsce… - zaczął Fred.

- Trudno się domyślić… - kontynuował George.

- Że to był dom…

- Psychopatycznej morderczyni – zakończyli chórem, rozglądając się po Posiadłości Carrowów. Harry zerknął przez ramię, gdy się zbliżali, a potem znowu wbił wzrok w niebo.

- Chłopaki, przynieśliście swoją magiczną torbę? – spytał spokojnie Harry, który wciąż większość uwagi poświęcał niebu. Bracia zerknęli w górę, żeby sprawdzić co tak go przyciągało, ale kiedy nic nie zobaczyli, jedynie wzruszyli ramionami.

- Pewnie, gdzie mamy się rozstawić? – spytał Fred i zaczął okrążać Harry'ego, żeby znaleźć się przed nim. Ten jednak złapał go za ramię i szarpnął w tył.

- Uwierz mi, nie chcesz tam stanąć – ostrzegł. Fred i George spojrzeli na ziemię i zobaczyli, że grunt marszczy się jak powierzchnia wody. – To tylko zabezpieczenie, czasami pudłuję – wyjaśnił, unosząc brwi.

- Ej, co to jest? – spytał George, kiedy dojrzał, że coś spada z nieba.

- Właściwie kto, ale czy można to coś uznać za rozumną istotę? – zadumał się Harry, a bracia zrobili krok w tył. Harry machnął różdżką i obiekt zatrzymał się dosłownie centymetry od portalu międzywymiarowego. Zielona na twarzy Dolores Umbridge wisiała do góry nogami ciasno oplątana własnymi szatami i wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć.

- Litości… Już nie… Miej przyzwoitość – błagała Umbridge ochrypłym głosem. Harry opadł na kolano, chwycił ją za włosy i przyciągnął do siebie. Na jego twarzy odbijało się wiele emocji, ale litość do nich nie należała.

- Czy okazałaś litość tym wszystkim uczniom, którym kazałaś wycinać te głupie słowo w ich ciele? Nie sądzę. Ukradłaś córkę mojej ciotce, a mojej kuzynce dzieciństwo! Wysłałaś zabójczynię, żeby zamordowała jedyną siostrę mojej mamy. Wiedziałaś, że Emma jest z nami spokrewniona i za jej pośrednictwem chciałaś kraść z naszych skrytek! CHCIAŁAŚ ZROBIĆ Z EMMY JAKĄŚ CHOLERNĄ SEKSUALNĄ NIEWOLNICĘ! ROZLEWAŁAŚ KREW MOJEGO RODU RAZ ZA RAZEM! MYŚLISZ SOBIE, ŻE MOŻESZ POWIEDZIEĆ „UPS, SORKI" I TAK SOBIE PO PROSTU PÓJŚĆ, SUKO?! – ryknął Harry, obnażając zwierzęce kły.

Odsunął się od niej i rzucił na nią Zaklęcie Bąblogłowego. Rozproszył zaklęcie lewitacyjne i pozwolił jej wpaść w międzywymiarowy portal trzy razy, nim wreszcie zatrzymał ten niekończący się spadek. W samą porę, bo nabierała naprawdę imponującej prędkości.

- No to jest obrzydliwe – skomentował Fred, widząc resztki czegoś, co musiało być śniadaniem kobiety, które wypełniały bąbel od środka.

- Ale genialne – dodał ze śmiechem George. Harry rozproszył Zaklęcie Bąblogłowego. Twarz i włosy Dolores pokrywały rzygowiny. Fred i George się cofnęli, bo bali się, że od tego smrodu sami zwrócą śniadanie. Duncan pojawił się z pyknięciem u boku Harry'ego i wręczył mu bardzo oficjalnie wyglądający dokument. Młody czarodziej przeczytał go i uśmiechnął się szeroko. Kiedy jego oczy spoczęły na Umbridge, nie było tam nawet cienia czegoś, co można by było pomylić ze współczuciem. Kiedy przemówił, jego słowa i głos były lodowate.

- Ja, Harry James Potter, Głowa Starożytnego i Szlachetnego Rodu Potterów, mając pełną autoryzacją Ministerstwa Magii niniejszym ogłaszam wyrok na Dolores Jane Umbridge za jej zbrodnie przeciwko Rodowi Potterów.

- Nie – zapiszczała Umbridge. Potrząsała głową w nadziei, że obudzi się z tego koszmaru. Jak to się mogło jej przytrafiać? Jakim cudem wszystko się tak rozleciało? Nie tak miało się to zakończyć. Czy cała jej lojalne służba Ministerstwu nic nie znaczyła?

- Fred i George Weasley są obecni w trakcie wydawania wyroku. Czy zgadzacie się służyć jako świadkowie wydania wyroku na tę zbrodniarkę? – spytał Harry oschłym, formalnym tonem, który promieniował władzą należną jego pozycji społecznej.

- Zgadzamy się – powiedzieli chórem.

- Dolores Jane Umbridge, zostałaś uznana winną uprowadzenia nieletnich, maltretowania, torturowania, wymuszenia, oszustwa, usiłowania zabójstwa i próby sprzedania w niewolę niewinnego dziecka. Pragnęłaś niewolnika, więc niewolnikiem zostaniesz. Skazuję się na dożywotni pobyt w goblińskich Kopalniach Digoran. Niech twój kres nie nastąpi w pokoju, bo nań nie zasłużyłaś. Duncan, zabieraj tą kreaturę z moich oczu.

- Tak, mój panie, z ogromną przyjemnością – odpowiedział Duncan z ukłonem. Spojrzał na swojego pana z miną oznaczającą, że James Potter byłby dumny z syna. Złapał Umbridge i zniknął z pyknięciem.

- Stary, przypomnij mi, żebym cię nigdy nie wkurzał – zażartował Fred.

- Jestem wam jeszcze winny rewanż za dwugodzinny wykład, który wasz ojciec zafundował mi wczoraj wieczorem… starzy – odparł Harry, unosząc brew. Fred i George z miną niewiniątek błyskawicznie wskazali na siebie nawzajem jako jedynego winnego całego zamieszania. Harry potrząsnął głową i parsknął śmiechem. Wręczył im mapę terenu, na której zaznaczone były miejsca, w których powinny znaleźć się odpowiednie ich produkty.

- Mam kilka spraw do załatwienia, a potem chcę sprawdzić co z mamą i Emmą. Powinienem być z powrotem za godzinę albo dwie. Postarajcie się nie zdemolować wszystkiego jak mnie nie będzie – powiedział im Harry. Fred i George zasalutowali dwoma palcami. Harry odwzajemnił salut, skoczył na marszczącą się część trawnika i zniknął.

- Naprawdę musimy go poprosić, żeby nas tego nauczył – powiedział z aprobatą Fred. Jego brat pokiwał głową i ruszyli, żeby zająć się pułapkami. Ci handlarze niewolników mieli przed sobą najgorszy wieczór w życiu.


Ginny nie poszła na obiad, bo Harry powiedział jej, że ma dla niej niespodziankę. Teraz chodziła niespokojnie sama po Gnieździe Huncwotów. Z niecierpliwością czekała na wieści o tym, co stało się z Umbridge. Mieli tak mało czasu na przygotowania przed pojawieniem się tej okropnej kobiety. Musiała też powiedzieć mu, że McGonagall jest po ich stronie. Ale przede wszystkim chciała wiedzieć, że nic mu się nie stało. Bardzo tego potrzebowała, delikatnie mówiąc.

Poczuła, jak znajome silne ramię obejmuje ją w talii i przyciska do twardej, muskularnej piersi. Ciepły, podniecający oddech prześliznął się po jej odsłoniętej szyi, a po jej kręgosłupie przeszedł dreszcz, gdy jego miękkie usta przesunęły się po jej wrażliwej skórze aż po płatek ucha, który delikatnie przygryzł. Jej ręka uniosła się odruchowo, objęła go za szyję i przyciągnęła bliżej. Jęknęła, pragnąc, by ta chwila trwała wiecznie.

- Tęskniłaś? – spytał Harry tym ochrypłym szeptem, który sprawiał, że uginały się pod nią kolana. A według niego to ona gra nie fair. Pyskaty Dupek.

- Cicho Neville, Harry może cię usłyszeć – zażartowała. Harry okręcił ją, złapał dwiema rękami i przycisnął do siebie. W jego oczach pojawił się drapieżnik, a jego kły na moment zalśniły w ustach, nim odzyskał nad sobą kontrolę. Potem zmrużył oczy.

- Zapłacisz za to, Flirciaro – zagroził żartobliwie.

- Oooo! Czy to znaczy, że dostanę klapsa? – zadrwiła wyzywająco. Plask! – Auć, to było retoryczne pytanie, dupku – zganiła go z udawanym oburzeniem. Jednak prawdę mówiąc trochę jej się to spodobało. Uderzył ją na tyle delikatnie, by jedynie odrobinę zapiekło, a taka stymulacja zdecydowanie wzmogła jej podniecenie. Ale w sumie ostatnimi czasy wszystko tak na nią działało. Cholerna ruja!

- Wiesz, Nimfuś powiedziała mi dzisiaj to samo – powiedział Harry, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.

- A co zrobiłeś? – spytała Ginny, unosząc brew. Znała to spojrzenie. Nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Kiedy celowo unikał kontaktu wzrokowego, a jego uśmiech jeszcze się poszerzył, jej obawy zostały potwierdzone. – HARRY JAMESIE POTTERZE! – krzyknęła Ginny, udając Lily najlepiej jak potrafiła i z satysfakcją odnotowała, jak podskoczył.

- Ej, to było naprawdę paskudne. Naprawdę nie chciałbym, żebyś zaczęła udawać moją mamę.

- Czekam – Ginny skrzyżowała ramiona na piersi i zaczęła teatralnie uderzać stopą w podłogę. Jasne było, że nie zamierza odpuścić tematu. Harry wywrócił oczami i wymamrotał „Cholerne rudzielce".

- Tak jakby sprawiłem, że Umbridge zesrała się w majtki – wyznał Harry i czekał na naganę albo westchnienie rozczarowania, którymi potraktowałaby go mama. Zamiast tego usłyszał szaleńczy śmiech. Ginny zgięła się w pół i ciężko łapała powietrze w przerwach pomiędzy wybuchami śmiechu.

- Powiedz mi… że masz… wspomnienie – zdołała wydobyć z siebie Ginny. Harry z uśmiechem wyciągnął fiolkę i wręczył swojej dziewczynie.

- Nie krępuj się, pokaż wszystkim Huncwotom – zasugerował. Ginny wciąż nie mogła opanować śmiechu, więc jedynie uniosła kciuk w odpowiedzi. Dopiero po dłuższej chwili doszła do siebie.

- Powiesz mi czemu naprawdę tu jesteś? – spytała po kilku minutach i dojrzała jakiś błysk w jego oku, ale szybko zastąpił go chytry uśmieszek.

- Następne dwa dni będą nico szalone. Po prostu chciałem cię zobaczyć zanim będę się musiał z tym wszystkim uporać. Poza tym chciałem ci podziękować – dodał jeszcze po chwili.

- Za co?

- Za utrzymanie mnie wczoraj wieczorem przy zdrowych zmysłach i za to, że pomogłaś zdobyć kilka dodatkowych minut, żeby mama i Emma mogły się pożegnać. Za… wszystko.

Ginny przysunęła się do niego. Zaplotła ręce na jego szyi i ściągnęła go w dół, aż ich nosy praktycznie się stykały. Spojrzała mu w oczy i dojrzała, że jego bariery zniknęły. Wpuszczał ją całkowicie.

- Nie ma za co – szepnęła i pocałowała go delikatnie. Potem odsunęła się i kontynuowała. – Ale to nie wszystko prawda?

Jej oczy świdrowały i wiedział, że nie może już dłużej unikać tematu. Wziął niezbędny oddech, żeby się skupić.

- Idziemy po nich dzisiaj wieczorem – powiedział jej, a ona poczuła ukłucie strachu. Wiedziała, że jest do tego świetnie wyszkolony i że to coś, co musi zrobić. Jeśli miałby nie iść, mógłby równie dobrze nie oddychać. To była część jego osobowości i jedna z rzeczy, które w nim uwielbiała. Ale też jedna z tych, które sprawiały, że koszmarnie się o niego bała.

- Będzie ciężko, prawda? – spytała Ginny, nie mogąc całkowicie zamaskować przerażenia, które czuła. Jej serce zaczęło szaleńczo walić i to nie w ten przyjemny sposób, który z reguły był z nim powiązany.

- Wiesz, że w bitwie nie ma gwarancji, ale tym razem pracujemy z aurorami. Więc powinno pójść jak po maśle – próbował ją uspokoić Harry. Widział, jak przez jej głowę przelatują setki różnych scenariuszy. Jej oczy wrzeszczały, by nie szedł, ale wiedział, że jej seksowne usteczka nigdy go o to nie poproszą. Rozumiała go.

- Nie szalej i… - Ginny urwała, nim powiedziała, żeby do niej wrócił. Nie tego teraz potrzebował. Zamiast tego postanowiła dać mu powód, żeby wrócił cały i zdrowy. Przyciągnęła jego przystojną twarz do siebie i pocałowała go w sposób, który przekazał wszystko to, czego nie mogła ubrać w słowa. Odwzajemnił gest z taką samą namiętnością. Gdy poczuła co jej przekazuje, łza spłynęła z jej oka. Otarła ją dyskretnie zanim się od siebie odsunęli.


- Mój Pan mnie wzywał? – spytała uzdrowiciel Daumaz, klękając u stóp Voldemorta. Wezwanie na prywatne spotkanie z Czarnym Panem nigdy nie było dobrym znakiem. Artykuł w Proroku Codziennym o zamordowaniu biednego Lucjusza przez mugoli narobił wielu szkód ich szlachetnej sprawie. Wystarczająco źle, że mieszańce i szlamy ciskały klątwy na znanych zwolenników Czarnego Pana, gdy tylko ci pojawili się publicznie, ale członek Wewnętrznego Kręgu, którego zabito bez honoru czarodziejskiej śmierci to już skandal. Ostatnimi czasy sprawa Czarnego Pana otrzymała w oczach opinii publicznej zbyt wiele ciosów. Wkrótce musiała nastąpić demonstracja siły.

- Tak Jordan, chcę raportu o stanie zdrowia Belli – polecił Voldemort swoim chrypiącym głosem, który jak zwykle wywołał u niej nieprzyjemny dreszcz. Odetchnęła z ulgą, bo uśmiechnęło się do niej szczęście. Mogła dać mu dobre wieści.

- Z przyjemnością informuję, że do końca tygodnia będzie gotowa do pełnego powrotu do służby, mój Panie – oznajmiła, przechwalając się swoimi niezwykłymi umiejętnościami. Powstrzymała się przed sugestią, żeby sam sprawdził Bellatrix. Wiedziano powszechnie, że relacje między nim i Lestrange są bardzo intymne. Voldemort musiał czytać jej w myślach, bo jego kolejne pytanie dotyczyło dokładnie tego.

- Bardziej interesuje mnie jej zdolność do poczęcia i donoszenia do terminu zdrowego dziecka, koniecznie chłopca.

Uzdrowiciel Daumaz zrobiła wielkie oczy. Ciężko przełknęła ślinę nim odpowiedziała:

- Mój Panie, nie zdawałam sobie sprawy, że chciałbyś począć dziecko z Bellatrix – powiedziała wstrząśnięta i natychmiast pożałowała poczynionego założenia. Oczy jej Czarnego Pana zlodowaciały i ciął ją jednym ruchem palca wskazującego. Krzyknęła głośno, gdy prawa część jej szaty została rozerwana, a krew z jej piersi splamiła materiał. – Wybacz, mój panie, zapomniałam się – błagała, ściskając ranę.

- Jeśli jeszcze raz nie odpowiesz na moje pytanie, będziesz miała drugi do pary – zasyczał, ale uśmiechnął się. Ta kobieta w ogóle nie potrafiła ukrywać swojego strachu.

- Tak, mój Panie! Na pewno jest zdolna do poczęcia. Jednak jej brzuch otrzymał ciężkie obrażenia od klątwy, którą uderzył ją Potter. Ciąża byłaby teraz bardzo niewskazana i może okazać się śmiertelna dla matki i dziecka – odpowiedziała i modliła się, by nie cisnął jej bardziej. Po chwili wrzasnęła i złapała za krwawiącą lewą pierś. Voldemort zarechotał, rozbawiony swoim czynem.

- Masz czas do końca tygodnia, żeby rozwiązać ten problem, Daumaz. Bella pocznie syna czystej krwi. Jeśli ci się uda, przywrócę twoje piersi do wcześniejszego stanu. Jeśli mnie zawiedziesz żaden mężczyzna już nigdy na ciebie nie spojrzy – Voldemort czuł, że jego ultimatum daje jej odpowiednią motywację do realizacji zadania, które jej przydzielił.

- Twa wola jest dla mnie rozkazem, mój Panie – wyjęczała uzdrowiciel Daumaz.

- Nie wątpię. A teraz zniknij mi z oczu zanim zachlapiesz moją podłogę – warknął, odprawiając ją. Wolałby, żeby to Narcyza stała się matką tego dziecka. To uwolniłoby Bellę do innych zadań. Była tylko dwójka czarownic czystej krwi wywodzących się z Rodu Blacków, które uważał za godne podjęcia się zadania odzyskania tytułu lorda Blacka.

Owszem, Draco miał krew Blacków w swoich żyłach, ale był tylko połową równania, nieprawdaż? Potrzebował, żeby dziecko miało w sobie krew jeszcze jednego ze Szlachetnych Rodów. Obecnych Lordów oczywiście się wyeliminuje. Bella, jako matka dziecka i dzięki swojemu statusowi krwi, będzie miała kontrolę nad Rodami i wszystkimi ich głosami. Będzie zdecydowanie lepszą Lady, niż kobieta piastująca teraz jej stanowisko, nie żeby wobec niej brakowało mu planów.

- Ta... tak, mój Panie – odpowiedziała i pospiesznie ruszyła ku drzwiom. Po drodze minął ją mężczyzna z martwymi, śnieżnobiałymi oczami i pasującymi do nich włosami. Oblizał usta, widząc jej stan i przeciągnął leniwie dwoma palcami po jej piersi, żeby zebrać słodki, ciepły nektar. Zadygotała od jego dotyku i umknęła z pomieszczenia.

- Mniam – powiedział Białooki, kiedy starannie zlizał każdą drobinę krwi z palców. Voldemort warknął, widząc ten brak szacunku. Gdyby nie kontakty tej istoty w podziemnym świecie torturowałby go z przyjemnością. – Minęło wiele lat odkąd skosztowałem krwi czarownicy.

- Kassarze, żądam okazania większego szacunku. Obyś miał to, czego potrzebuję – wysyczał Voldemort. Należało przypomnieć wampirowi z kim ma do czynienia. Wysłał w jego stronę bezróżdżkowe zaklęcie wysadzające. W jednej sekundzie stał tam wampir, a w następnej znalazł się przed nim jeden ze Śmierciożerców z wyrazem absolutnego przerażenia na twarzy. Jego pierś eksplodowała od mocy zaklęcia.

Voldemort źle ocenił wampira. Złapanie w mgnieniu oka jednego z jego ludzi z drugiego końca sali i użycie go jako żywej tarczy wymagało naprawdę nieprzeciętnych zdolności, nawet jak na dojrzałego wampira. Ten musiał naprawdę być bardzo stary.

- Mała rada, pisklaku, dbaj o swoje zabawki. Ta się zepsuła – zakpił Kassar z Voldemorta w jego własnej Sali Tronowej. Odrzucił pozostałości Śmierciożercy na bok, jak szmacianą lalkę. – Sojusz to nie to samo co służba, chłopcze. Dobrze by było, gdybyś to zapamiętał. Na prawdziwy szacunek trzeba zasłużyć, a ty mojego nie masz. Możesz być nieśmiertelny, czarodzieju, ale ja też taki jestem. Pożyj stulecie albo dwa, wtedy porozmawiamy.

- Przyjmuję, ale byłoby mądrze zważać na moją siłę, Lordzie Kassarze. Może nie mam tak wielu lat, ale nadrabiam to czystą mocą – Voldmort postanowił uciec się do dyplomacji, ale i tak pogroził wampirowi. Na razie potrzebował wsparcia ich klanu. Kiedy Brytania znajdzie się pod jego kontrolą, pokaże wampirom gdzie jest ich miejsce w jego nowym świecie.

- Możesz być nieśmiertelny, Lordzie Voldemort, ale twe ciało jest kruche jak każdego człowieka. Ale nie czas i miejsce na to. Mamy kwestię do omówienia. Wysłanie tylko jednego z twego Wewnętrznego Kręgu, żeby zdobył krew Pradawnego było działaniem głupca. To, że zabił dwóch z mojego klanu, by cel ten osiągnąć, było działaniem idioty – Kessar zaznaczył, że wieczność w kalekim ciele była naprawdę długim czasem. Voldemort uznawał w nim równego partnera, więc mogli przejść do negocjacji.

- Gdzie on jest?

- Użyliśmy go do zasilenia naszego klanu, zgodnie z traktatem, który z nami podpisałeś. Jeśli chcesz swojego skarbu, żądam kolejnego ciała, by przywrócić liczebność mojego klanu do poprzedniej wartości.

- Zakładam, że masz kogoś konkretnego na myśli? – spytał zaciekawiony, ale i zatroskany Voldemort.

- Słusznie zakładasz. Bez lęku, osobnik, którego żądam nie jest jednym z twoich, ale jedno z twoich posiada tego, którego pragnę.


Kiedy Hellcat i Furia wkroczyły do Zakazanego Lasu, nad Błonia Hogwartu zaczął nadciągać zmierzch. Po spotkaniu Huncwotów obie uznały, że Ginny musi poświęcić więcej czasu na zrozumienie i wczucie się w Furię. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że musiała utrzymywać Furię z dala od Cienia, przynajmniej póki była w rui. Hellcat była najbardziej naturalnym wyborem na asystentkę. Poza tym odciągnie to jej uwagę od tego co Harry i kilkoro członków jej rodziny robiło tego wieczoru.

Fred i George jej nie zaskoczyli, ale teraz w to wszystko wmieszał się jeszcze Charlie. Nie wiedziała nawet, że wrócił do kraju. Kiedy odkryła, że Cissy, którą Harry nazywał ciocią, uwolniła umysł jej ojca, była przeszczęśliwa. Zaraz potem poczuła czystą, nieokiełznaną nienawiść do Dumbledore'a. Lista przestępstw tego mężczyzny wobec jej rodziny robiła się coraz dłuższa.

Jednak przy wszystkich zbrodniach starca wobec jej rodziny, wciąż była pewna, że jego przewiny wobec Harry'ego są znacznie poważniejsze. Podzieliła się tymi przemyśleniami z Daphne, która w zamian ujawniła swoje spostrzeżenia. Doszły do wniosku, że Harry ukrywał przed nimi to, co najgorsze. Nie ze złośliwości czy braku zaufania, ale po prostu były to rzeczy zbyt intymne, by właściwie wyrazić je słowami. Kiedy będzie gotowy, powie jej. Do tego dnia musiała zachować cierpliwość.

- Dziewczyno, jesteś w Zakazanym Lesie – syknęła Daphne pod postacią rysia. – Skup się, albo staniesz się zwierzyną, nie łowcą.

Ginny otrząsnęła się z dręczących ją myśli. Były tu z określonego powodu, a przy odrobinie szczęścia przestanie zastanawiać się nad kwestiami, nad którymi nie ma żadnej kontroli.

- Przepraszam, Hellcat. Poprawię się.

- Przeprosiny nie utrzymają nas tu przy życiu. Też się o niego martwię, ale musimy się skupić na tu i teraz. Dzisiaj mamy pełnię. Nie martw się, będziemy trzymać się z daleka od ich terytorium, ale od czasu do czasu wędrują po lesie, więc nie trać koncentracji – skarciła Daphne, co dla niewprawionego oka musiało wyglądać komicznie, bo furia była jakieś sześć razy większa niż Hellcat.

- Wilkołaki mają tu swoje własne terytorium? – zdziwiła się Ginny, jednak w myślach się zganiła. Jak często myślała o tym , co znajduje się poza jej małym światem? To był typowy problem całego czarodziejskiego świata. Nic dziwnego, że Tom zdołał przyciągnąć do swojego boku tak wiele stworzeń. Większość czarodziejów nie była tak zła jak Tom, ale musieli pozbyć się swojej arogancji nim będzie za późno.

- Wszystkie stworzenia żyjące w lesie mają swoje terytorium. Pokój jest tu utrzymywany dzięki delikatnej równowadze, więc okaż szacunek wszystkim istotom, na jakie się natkniemy. Mają tu swoje własne społeczeństwo i prawa. Jesteśmy tu gośćmi, a jedno stworzenie w mgnieniu oka może stać się stadem.

- Łapię, po prostu nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Ale to ma sens. Hermiona miała rację, powinniśmy zwracać większą uwagę na inne magiczne stworzenia.

- Tak, w tym ma rację, ale powinna przestać je dopasowywać do swoich wyobrażeń, a zamiast tego posłuchać co mają do powiedzenia. Niezależnie od jej intencji skrzaty domowe niespecjalnie za nią przepadają.

- Nie musisz mi tego mówić, ale powodzenia, jeśli chcesz jej to uświadomić.

Hellcat aż za dobrze widziała o czym mówi Furia, ale to był problem na inny dzień. Zaniedbywały cel, dla którego przybyły do Zakazanego Lasu.

Przez następną godzinę Daphne uczyła Ginny tajników tropienia, łowów i skradania się. W międzyczasie Ginny dostrajała się do Furii i vice versa. Ten intymny proces miał doprowadzić ją do masy zaskakujących odkryć o samej sobie i ukształtować ją na sposób, którego nie była w stanie przewidzieć. Niektóre odkrycia będą dobre, inne niekoniecznie, ale takie jest życia. Musiała rozpoznać i zaakceptować swoją pierwotną osobowość.

Mama Daphne powiedziała jej, że trzymanie bestii w klatce sprawia tylko, że staje się bardziej zła i skora do mordowania. Musiała nad nią zapanować. Potwór w jej wnętrzu, jak go czasem nazywała, był źródłem ogromnej mocy, której doświadczyć w swym życiu mogło niewielu czarodziejów i czarownic. Oczywiście miała rację, jak zwykle i Daphne chciała pomóc Ginny w osiągnięciu jej pełnego potencjału. Biorąc pod uwagę formę Furii, było to wręcz niezbędne. Potencjał Burzowego Jaguara jako formy animagicznej był wprost niezmierzony. Crabbe dowiedział się o tym boleśnie, a to tylko cień tego, co mogła zrobić niewyćwiczona. Kiedy Ginny w pełni opanuje Furię, poziom jej mocy stanie się kolosalny. Czy Ginny będzie to w stanie osiągnąć, czas pokaże. Jak na razie Hellcat musiała prowadzić ją po właściwej ścieżce.

Poprowadziła Furię do zbiornika wodnego, który przez stworzenia zamieszkujące Zakazany Las uznawany był za terytorium neutralne. Potem kazała Ginny zidentyfikować i zapamiętać wszystkie zapachy, na jakie się natknęły. Tymczasem Hellcat stanęła wyprężona na straży.

- Co to za zapach, Hellcat? Jest taki czysty i uspokajający – spytała Furia, po zapoznaniu się ze 112 różnymi zapachami. Ten był bardzo silny. Oceniła, że zostawiono go maksymalnie dwie godziny wcześniej. Stworzenie musiało odejść tuż zanim się pojawiły. Daphne zeszła z gałęzi i porządnie powąchała.

- A niech mnie, mamy dzisiaj szczęście! To zapach jednorożca. To piękne stworzenia. No to możemy popracować się nad skradaniem i polowanie,

- Nie chcę go zabijać! Jak możesz coś takiego proponować?! – Furia warknęła rozwścieczona propozycją Hellcat. Ryś potrząsnął łbem.

- Co? Nie! Nie o to mi chodzi, Ginny. To płochliwe stworzenia i mają niezwykle czułe zmysły. To będzie dla ciebie dobry trening.

- Przepraszam, chyba mnie trochę poniosło.

- W porządku, mogłam się lepiej wyrazić. Idź za śladem, ale tak cicho, jak to tylko możliwe.

Furia odkryła, że to trudniejsze niż jej się wydawało. Musiała utrzymywać ekscytację na wodzy, żeby nie popędzić za jednorożcem. Musiała też uważać na czym staje i przy okazji utrzymywać ciało w równowadze. Nie było sensu w przyciąganiu uwagi innych drapieżników. Kilka razy natknęła się na zapach, który okazywał się silniejszy od jednorożca. Gubiła go wtedy na kilka minut, ale zawsze udawało się go jej odnaleźć. Po czterdziestu minutach nadziała się na niesamowicie paskudny zapach, ale jednocześnie dziwnie znajomy. Był też trzeci, który napełniał ją niepokojem.

- Ble, ten jest okropny. Przypomina mi o tamtym dniu w Gringocie – poskarżyła się Furia. Hellcat podeszła do niej i również niuchnęła. Potem potrząsnęła głową, usiłując pozbyć się smrodu z nozdrzy.

- Szczur, zdecydowanie był tu śmierdzący szczur, ale nie był sam. Tyle wiem na pewno. Poza tym człowiek, tak samo paskudny jak szczur. A to co? Pająk. Nie, Akromantula. Poprawka, w chuj dużo Akromantul. Bardzo, bardzo, bardzo, cholernie niedobrze!

- Chyba zaczynasz gadać jak Harry – zażartowała Ginny, w nadziei na rozładowanie atmosfery, ale zawiodła spektakularnie.

- Mamy większy problem niż to czy podłapałam co barwniejsze słownictwo Harry'ego! – warknęła Daphne.

- Jak rozumiem to nie ich terytorium?

- Inwazja na cudzą ziemię to wypowiedzenie wojny. Skoro robią to tak bezczelnie, muszą mieć potężnych przyjaciół.

- Szlag! Wybrały swoją stronę, a my obie chyba wiemy czyja to strona.

- Czekaj, powiedziałaś, że wyczułaś ten smród w Gringocie? Gdzie i kiedy dokładnie to wyczułaś? – spytała Daphne, a jej bystry umysł pracował na najwyższych obrotach. Crabbe i Goyle śmierdzieli tak samo, gdy zaczynali szkołę. Uznała wtedy, że to kiepska woda kolońska. Ginny najwyraźniej doszła do tego samego wniosku.

- Banda Tyłkogłowego tak cuchnie. Tak samo jak ci dwaj idioci, których zdjęłyśmy wczoraj.

- To znaczy, że Akromantule wykonują rozkazy. Pytanie tylko jakie dokładnie.

- Wygląda na to, że czas zacząć mój trening zwiadowcy – oznajmiła stanowczo Ginny.


W następnym rozdziale:
- aukcja dla handlarzy niewolników
- niespodziewani goście
- co Śmierciożercy robią w Zakazanym Lesie?