Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 31
- To aukcja czy pieprzony bankiet?! – warknął cicho Charlie do Narcyzy. Właśnie uścisnął dłoń czarodzieja, choć decydowanie wolałby skręcić jego stary, kruchy kark. Pod stopami starego pierdziela czołgała się istota, która wyglądała na piętnastoletnią wilę. Miedzanowłosa dziewczyna, odziana w niewiele więcej niż niewolniczą obroża i przepaska biodrowa, wbijała wzrok w podłogę. Sądząc po bliznach na spodzie jej obnażonych stóp, została wytresowana jako małe dziecko.
Narcyza uśmiechnęła się pod zaklęciem maskującym, dzięki któremu wyglądała jak Alecto Carrow. Pocieszało ją, że dla niego to tak samo okropne jak dla niej. Cissy nienawidziła tego, że zna te żałosne imitacje czarodziejów. Od zawsze nienawidziła tego grzesznego rodzaju czystej krwi. Lucjusz tylko dwukrotnie zaciągnął ją na jedno z tych przeklętych zgromadzeń, ale wiedziała, że dzieje się tu więcej niż tylko handel ciałem.
- Niezależnie od tego jak bardzo to dla mnie obrzydliwe, musimy zachować cierpliwość, przystojniaku. Zaskoczyłoby cię jak wiele politycznych i biznesowych umów jest zawieranych przy okazji takich wydarzeń. Jak myślisz, po co przyprowadzili swoje zwierzątka? – spytała Cissy, wskazując scenę rozgrywającą się na ich oczach. Miedzianowłosa piękność wciąż wbijała oczy w ziemię, a podstarzała czarownica przyglądała jej się pożądliwie.
- To Nadia Clover – powiedziała Narcyza. – Jest dostarczycielką rzadkich składników eliksirów z Konga. W biznesie należy do najbardziej chytrych, ale jak widzisz ma pewne… słabości. Angus Moramer właśnie próbuje wykorzystać jej fetysz na punkcie młodych, pięknych wili do zabezpieczenia sobie dostępu do rynku guźca Tebo.
Na oczach Charliego Moramer pstryknął palcami, a dziewczyna wstała i zaprezentowała się do inspekcji. Clover okrążyła biedną dziewczynę kilka razy, oglądając jej ciało. Skinęła potakująco w stronę Angusa. Ten pstryknął dwukrotnie palcami, a niewolnica się pochyliła. Jej właściciel wyciągnął kontrakt z szat, położył na jej plecach i podpisał go. Nadia wręczył mu mała sakiewkę złota, po czym dodała swoje nazwisko do umowy. Pergamin rozjarzył się na kilka sekund, sygnalizując zmianę własności. Moramer wręczył Clover smycz, która była przyczepiona do obroży wokół szyi niewolnicy. Nadia odeszła z pełnym zadowolenia uśmieszkiem, podczas gdy jej nowy nabytek czołgał się za nią po ziemi.
- Czy on właśnie sprzedał tą biedną dziewczynę? – Charlie nawet nie próbował ukryć swojej wściekłości i obrzydzenia. Narcyza ujęła jego twarz w dłonie i mocno przekręciła, tak żeby spojrzał jej w oczy.
- Musisz utrzymywać na tej twojej przystojnej twarzy tak obojętny wyraz jak tylko potrafisz, mój kochanku, inaczej nas wydasz – skarciła go. – A odpowiadając na twoje pytanie: tak. Niewolnicy często są dorzucani do kontraktów, jako swego rodzaju premia. Clover najprawdopodobniej zabiera ją do osobnego pomieszczenia, gdzie przeprowadzi rytuał dominacji, który całkowicie zwiąże wilę z jej nową panią.
- To nieludzkie – warknął Charlie, zaciskając pięści. Kiedy Narcyza syknęła, zorientował się, że wciąż trzyma ją za rękę. Szybko rozluźnił chwyt i szepnął: - Przepraszam.
- Dla mnie to też obrzydliwe. Pamiętaj, że dziewczyna nie opuści tego miejsca z tą paskudną kobietą – przypomniała mu Narcyza. Zanim zacznie się właściwa aukcja, niewolnicy mieli zostać przeniesieni do zabezpieczonego pokoju dla ich bezpieczeństwa. Biorąc pod uwagę ich ślepą lojalność wobec właścicieli, Harry pozbawi ich przytomności, a następnie jako Cień przetransportuje poza obręb osłon otaczających posiadłość. Stamtąd Klan Desory zabierze ich drogą powietrzną w bezpieczne miejsce, gdzie pozostaną, póki nie odzyskają całkowitej kontroli nad swoimi umysłami. Lud Sashy miał spore zdolności na tym polu. Wiele osób ich gatunku cierpiało z powodu tego samego losu, więc traktowały całą sprawę bardzo osobiście. Nie spoczną, póki nie osiągną celu.
Fred i George mieli patrolować teren zakameleonowani i na swoich nowo zakupionych Błyskawicach. Ich zadaniem było zdjęcie każdego, kto będzie próbował uciec, gdy zacznie się walka. Charlie i Narcyza pod zaklęciami maskującymi zajmowali miejsce w Sali Balowej, a na samym jej środku na podwyższeniu znajdowała się Tonks, by każdy mógł ją oglądać. Doprawiony szampan, który pili goście, otępi ich umysł i spowolni reakcję, jeśli postanowią walczyć. Wszystko dzięki specjalnemu wywarowi opracowanemu przez Lily.
Andy zaczaiła się na prawym balkonie, skryta pod peleryną niewidką Jamesa na skutek nalegań Teda i Syriusza. Jej specjalnością były zaklęcia dalekiego zasięgu i dysponowała niesamowitą celnością. Na szczęście Syriusz pożyczył pelerynę od Jamesa nim Dumbledore zdołał dostać ją w swoje łapy. Przez te wszystkie lata wielokrotnie ocaliła im życie.
Fleur zajęła pozycję na lewym balkonie, a Syriusz, Lily, Ted i Artur obstawiali główne wejście. Wszystkie możliwe drogi ucieczki zostaną odcięte, gdy tylko zacznie się aukcja. Madam Bones zapewniła kilku aurorów pracujących w Sali Balowej pod przykrywką. Tonks pracowała z nimi wszystkimi i za każdego ręczyła osobiście. Spora liczba aurorów i czarodziejów z Brygad Uderzeniowych czekała w Punktach Fiuu w Ministerstwie, gotowa udzielić wsparcia na rozkaz. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, operacja będzie bułką z masłem.
Hellcat i Furia podążały za zapachem, aż dotarły do dużej polany. Zmieniły się z powrotem w ludzi i zaczaiły się za pniem wielkiego drzewa. Małą grupkę jednorożców otaczało stado na oko około dwustu Akromantul. Ich rozmiar wahał się od normalnych kilkucentymetrowych pająków po półtora metra wysokości. Było ich zbyt wiele, żeby zdjąć je w tradycyjny sposób. Nawet w ich formach animagicznych zostaną w końcu przytłoczone czystą liczebnością.
- Musimy coś zrobić – szepnęła Ginny do Daphne.
- A co proponujesz? Atak obszarowy narazi jednorożce, więc odpada – odparła szeptem Daphne, nie odrywając oczu od rozgrywającej się przed nimi sceny.
- Możemy wyczarować ścianę ognia, żeby je chronić, a może przy okazji zabijemy parę Akromantul. Jedynym problemem jest to, że możemy przy okazji podpalić cały las – zasugerowała Ginny najciszej jak mogła.
Zanim zdołały sformułować sensowny plan, pająki zaczęły się rozstępować. Potem Śmierciożerca przyprowadził jednorożca za kolczasty łańcuch, obwiązany wokół jego szyi. Czyste, łagodne zwierzę podążało za nim bez wahania. Na końcu kroczył kolejny Śmierciożerca. Kiedy minęli pająki, jeden ze Śmierciożerców wydał rozkaz i pająki natychmiast wypełniły przerwę. Najwyraźniej był Władcą Bestii i jego należało się pozbyć w pierwszej kolejności.
Czy im się to podobało czy nie, cała sytuacja przekraczał ich możliwości i obie o tym wiedziały. Zostały zmuszone do poprzestania na obserwacji i zbieraniu informacji. Choć, niestety, przypieczętowało to los biednego jednorożca, Furia nie traciła nadziei, że zdołają ocalić resztę stada.
- Co mieliśmy zebrać od tego stworzenia? – spytał ten, który kontrolował pająki. Sądząc po tonie jego głosu nie był zachwycony obecnym zadaniem.
- Czyżbym słyszał niechęć w twoim głosie, Macnair? – spytał drugi oskarżycielsko. Był niższy o dobre trzydzieści centymetrów. Jego zaokrąglone kształty sugerowały, że od dłuższego czasu nie przegapił posiłku. Było w nim coś takiego co drażniło Ginny. Nie potrafiła tego jednak dokładnie określić. Zaczęła się zastanawiać czy to nie był jeden z tych, którzy ją torturowali. Wypchnęła jednak te myśli z głowy i skupiła się na bieżącym problemie.
- Zapamiętaj moje słowa, Peterze. Zabicie tego zwierzęcia przeklnie nas w tym życiu i następnym – ostrzegł Macnair. Cała wiedza, którą zgromadził przez lata studiując magiczne stworzenia sprawiła, że jego umysł wrzeszczał w panice, usiłując powstrzymać ich przed zrobieniem tego, co zamierzali.
- Wolę to od wściekłości Bellatrix i Czarnego Pana, Waldenie – odparł Pettigrew, rzucając zaklęcie krępujące. Liny oplotły pękatego jednorożca. Walczył szaleńczo, by się uwolnić, a jego rżenie odbijało się w Lesie głośnym echem. Pozostałe jednorożce wspięły się na tylne nogi i również głośno zarżały.
Hellcat wysilała cały swój logiczny, ślizgoński umysł, żeby nie ruszyć do natychmiastowego ataku. Tylko raz zdołała się zbliżyć do jednego z tych płochliwych stworzeń, żeby go dotknąć. Tego dnia jej duszę wypełniło czyste, niezmącone szczęście. Wszystko, czym przytłaczało ją życie, zostało odrzucone, jakby nic nie znaczyło. Nie mogłaby spojrzeć w lustro, gdyby nic nie zrobiła. Jej bystry umysł pracował na najwyższych obrotach, usiłując znaleźć rozwiązanie.
- Słusznie. W takim razie plotki są prawdziwe? – spytał partnera Macnair. Mężczyzna zesztywniał na chwilę, ale zaraz podjął z powrotem pracę.
- Jakie plotki? – udał ignorancję Pettigrew, wyczarowując duży pojemnik obok odsłoniętego brzucha jednorożce.
- Że… ona z tym gada… flirtuje z tym czymś? – w jego głosie wyraźnie zabrzmiało obrzydzenie. Dreszcz przeszedł mu po plecach, gdy wyobraził sobie cała sytuację.
- Obawiam się, że tak – odpowiedział Pettgrew i wyciągnął długi, zakrzywiony, ceremonialny sztylet.
Dawno temu nauczył się nie kwestionować unikalnego szaleństwa Bellatrix, które ocierało się o geniusz. Otrzymała zadanie niemożliwe do realizacji. On jednak miał szaleńczą nadzieję, że jej się powiedzie. Bowiem jeśli jej starania okażą się owocne, on odzyska Jamesa. A za to mógł nadstawić drugi policzek, gdy go obrażała i się nad nim pastwiła. Wykona absolutnie każdy przeklęty rytuał, którego ona zażąda, jeśli oznaczać to będzie, że odzyska swojego przyjaciela.
- Staje się coraz bardziej szalona, prawda?
- Ale w tym szaleństwie jest najgenialniejsza, Waldenie. Jeśli ktoś temu podoła, to tylko ona. Nie ma granic magii czy moralności, których by nie przekroczyła, żeby osiągnąć swój cel. Nawet jeśli będzie to od niej wymagało, żeby posiąść swojego siostrzeńca, a potem wybebeszyć go w chwili orgazmu, zrobi to bez wahania i obaj to wiemy.
- Dzięki za tą obrzydliwą sugestię, Pettigrew. Może już z tym kończmy. Jeśli centaury usłyszą rżenie jednorożców, może się zrobić bardzo niemiło – Macnair odkaszlnął, powstrzymując odruch wymiotny. Daphne i Ginny z ukrycia zgodziły się z nim. To było paskudne.
- Furio, ten jednorożec jest w ciąży – szepnęła Daphne. Ginny przyjrzała się i dostrzegła, że niski mężczyzna przysuwa się bliżej do niewinnego stworzenia. Wyciągnęła różdżkę, ale Daphne przycisnęła ją do drzewa, którego używały jako osłony.
- Musimy coś zrobić – zaprotestowała Ginny.
- Jeśli zrobimy to po gryfońsku, zginiemy razem ze stadem – syknęła Daphne. Po chwili Ginny zrozumiała, że przyjaciółka ma rację. Przeszło setka Akromantul, dwóch w pełni wyszkolonych Śmierciożerców i Zakazany Las pełen paskudztw, które mogą pojawić się w każdej chwili. Tak, gryfoński sposób prawdopodobnie nie należał do najlepszych opcji.
- W porządku, spróbujmy po ślizgońsku. Jakieś pomysły? – syknęła Ginny w odpowiedzi. Daphne zmrużyła oczy, niepewna czy przyjąć to jako komplement czy obelgę.
- Jedynym co jestem w stanie wymyślić i co przestraszyłoby te pająki jest Bazyliszek. Mogę być Ślizgonką, ale nie mam ochoty na spotkanie dzisiaj z jednym z nich, dziękuję bardzo – stwierdziła sarkastycznie Daphne. Nie zaskoczyło ją, że Furia spojrzała na nią morderczym wzrokiem, ale gdy nagle jej oczy się rozszerzyły, Daphne mocno się zdziwiła. Ginny zerknęła przez ramię na pniak, który leżał kilka kroków od nich. Kiedy spojrzała znów na Daphne, miała uśmiech od ucha do ucha.
- Co?
- Hellcat, właśnie coś wymyśliłam.
Już po raz piąty blondwłosy czarodziej z blizną na policzku okrążył Tonks, która przybrała postać czternastoletniej Emmy. Zdecydowali się na ten wiek, żeby klientów pociągało jej dojrzewające ciało, a jednocześnie jej dziewictwo było wciąż wiarygodne. Odziana była zgodnie z tradycją takich wydarzeń, co znaczyło, że miała na sobie niewiele więcej niż niewolniczą obrożę. Na początku Tonks myślała, że to jakiś chory żart ze strony jej ciotki. Dopiero gdy ujrzała pozostałych niewolników zrozumiała, że jej ciotka zrobiła tyle ile się dało, nie ujawniając jednocześnie, że to pułapka.
Jednak teraz ta myśl nie przyniosła jej pociechy. Czuła się naga pod pożądliwymi spojrzeniami gości Narcyzy. Zawsze wydawało jej się, że ma w sobie sporo z ekshibicjonistki, ale teraz pragnęła jedynie zeskrobać z ciała pięć warstw skóry, zwinąć się w kłębek i rozpłakać. W tej chwili nie wchodziło to w grę. Była świetnie wyszkoloną auror, która miała robotę do wykonania.
- Dasz radę, kochanie – usłyszała głos Remusa w ukrytym mugolskim odbiorniku. Słuchawkę miała w uchu. Skłoniła głowę, żeby włosy opadły jej na twarz. Nie chciała, żeby ktokolwiek ujrzał jej uśmiech. Jej mąż zawsze zdawał się wiedzieć kiedy potrzebowała jego wsparcia. W jej sercu wezbrała miłość do niego i jego bezpośredniej postawy. – Jesteś silna. Pamiętaj czemu to robisz – kontynuował Remus. Przemówił do niej po raz pierwszy tego dnia, a ona aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tęskni za jego głosem. Ostatniego wieczoru zachowała się jak kompletna idiotka i zdała sobie sprawę, że jest winna przeprosiny kilku osobom.
Miała właśnie wyszeptać podziękowania, kiedy brutalna dłoń chwyciła jej lewą pierś. Uniosła gwałtownie głowę i ujrzała mężczyznę po pięćdziesiątce, który szczerzył się do niej. Wiedziała, że jeśli zacznie walczyć i spuści staremu pierdzielowi łomot, jej przykrywka zostanie zrujnowana. Na szczęście nie musiała tego zrobić. Ręka mężczyzny została gwałtownie oderwana od jej ciała przez wściekłego Charlesa Weasleya. Mężczyzna wrzasnął, gdy jego ramię zostało wykręcone do granic wytrzymałości. Otworzył szeroko oczy, gdy Charlie wyszeptał mu coś na ucho. Tonks przypomniała sobie te wszystkie sytuacje, gdy rudzielec powstrzymywał niechcianą uwagę tych wszystkich chłopaków, którzy chcieli z nią chodzić tylko dla jej metamorfomagicznych zdolności.
- Carrow! Zabieraj swojego nowego zwierzaka ze mnie! – wrzasnął mężczyzna, przyciągając uwagę wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu.
- Puść go – poleciła Narcyza Charliemu. Zrobił jak mu kazała, ale na pożegnanie jeszcze raz wykręcił mężczyźnie rękę. Ten cofnął się kilka kroków i zaczął ruszać ramieniem, żeby sprawdzić, czy nic nie zostało uszkodzone. Narcyza stanęła między nim i Charliem.
- Nie powinnaś go wpuszczać do domu, jeśli nie jest do tego wytresowany, Alecto. Nie życzę sobie takich obelg – warknął. Narcyza popatrzyła z rozbawieniem na Charliego, a potem odwróciła się, unosząc brew.
- Wolę jak są niewytresowani, mam wtedy znacznie lepszą zabawę. Niemniej jednak poleciłam mu chronić moje aktywa. Wiktorze, czy poprosiłeś o pozwolenie na testowanie towaru? – spytała, krzyżując ramiona na piersi.
- Nie, ale… - zaczął, ale przerwała mu kolejnym pytaniem.
- Czy zapłaciłeś za niszczenie mojej własności? – warknęła Cissy.
- Nie, ale…
- Atak na moją własność to atak na mnie. Okazujesz mi brak szacunku w moim własnym domu i spodziewasz się, że zostawię to bez odpowiedzi? – zakończyła, a wielu zgromadzonych zgodziło się z nią. Mężczyzna rozejrzał się i ujrzał spojrzenia pełne przygany. To mogło zaszkodzić jego randze w czarodziejskim społeczeństwie.
- Proszę o wybaczenie, pani. To się więcej nie zdarzy. Proszę o przyjęcie mojego skromnego daru jako rekompensaty za me zachowanie – powiedział, próbując zatrzeć złe wrażenie. Wyciągnął ku niej mała sakiewkę ze złotem. Narcyza wskazała Charliemu, żeby ją przejął. Zrobił to z przyjemnością i szerokim uśmiechem na twarzy. Kiedy ponownie stanął u boku Narcyzy, jeden z gości zaczął niespiesznie klaskać, przyciągając uwagę zgromadzonych.
- Brawo, brawo… Świetnie rozegrane, pani Carrow – powiedział jej białowłosy wampir, wychodząc z cienia.
- Proszę o wybaczenie, ale ma pan nade mną przewagę. Czy miałam przyjemność pana poznać? – spytała ostrożnie Narcyza. Mężczyzny nie było na liście zaproszonych.
- Proszę pozwolić, że się przedstawię. Jestem Lord Augustus Petrova Kassar – rzekł, składając Narcyzie wymyślny ukłon. Charlie parsknął cicho i wywrócił oczami. Kiedy Kassar uniósł wzrok, spojrzał Narcyzie prosto w oczy. Wstrzymała oddech, a jej myśli zaczęły zwalniać. Jego spojrzenie ją przyciągało. Nagle poczuła podniecenie i nie wiedziała skąd się to bierze. Jej oddech stał się cięższy i poczuła, jak jej serce przyspiesza. Jej umysł zalały skandalizujące obrazy aktów między kobietą i mężczyzną. Nawet nie wiedziała, że coś takiego jest fizycznie możliwe. Jej najmroczniejsze, upokarzające fetysze usiłowały się wyrwać na zewnątrz. Potrzeba, by się upokorzyć stała się wręcz nie do zniesienia. Zadziałał trening i w jej głowie rozbrzmiały dzwonki alarmowe, ale zignorowała je. Była kobietą, więc miała swoje potrzeby i, na Merlina, dzisiaj je zaspokoi.
Narcyza podeszła do niego uwodzicielskim krokiem, odsuwając na bok głowę, by odsłonić szyję. Jej odsłonięta tętnica przywoływała wampira. Dłoń z perfekcyjnym manicure przesunęła się po jego piersi, wyczuwając jego twarde, muskularne ciało. Druga dłoń gładziła jego kark, a potem przyciągnęła jego głowę do swojej szyi.
- Czy chcesz, żebym była twoją kurwą? – wyszeptała ochryple Narcyza. Kassar oblizał wargi. Skryte w cieniu żółte ślepia patrzyły z wściekłością, ale nikt tego nie spostrzegł.
- Tak – rozkazał. Jej dłonie powędrowały na południe. Kassar uśmiechnął się zwycięsko. Mrugnął do Charliego, a kły wyłoniły się z jego dziąseł. Nagle poczuł, jak coś ostrego i twardego wbija mu się w pępek, jednocześnie druga dłoń chwyciła go mocno za włosy.
- To gówno może działać na mugolki, ale nie na czarownice o silnym umyśle. Nie jesteś na tyle szybki, żeby uniknąć mojej klątwy z tak bliska, wampirze – warknęła mu na ucho Narcyza.
- Ponownie, świetnie rozegrane. Proszę o wybaczenie mojej obrazy. Pragnąłem jedynie panią przetestować – odrzekł sztywno. Narcyza puściła go i cofnęła się. Znała pożądliwą naturę wampirów i ich silne pragnienie krwi osób z magicznym rdzeniem. Tym razem to Charlie mrugnął do Kassara. Narcyza również się cofnęła, aż wpadła na Charliego.
- To było seksowne – szepnął jej na ucho. Uśmiechnęła się uwodzicielsko i sięgnęła dłonią w tył. Nie kłamał.
- Czuję, że ci się podobało. Masz przed sobą kolejną długą noc, kochanku, ale na razie mamy sprawę do skończenia – odpowiedziała mu szeptem. Potem znów zwróciła się do Lorda Kassara. – Czego chcesz?
- Dziewczynki, oczywiście.
Czuł, że kobieta nie jest Śmierciożerczynią, a dziecko, które próbowała sprzedać, posiada dwa bijące serca. Nie miało to dla niego znaczenia. Był tu dla jej zdolności, nie jej dziewictwa. Co do czarownicy przed nim, chciałby mieć ją za kochankę, ale ta ruda po drugiej stronie sali też się nada. A jako że czarownica przed nim nie była Śmierciożerczynią, miał z głowy Voldemorta i nie musiał grać czysto.
- W takim razie sugeruję, żebyś złożył najwyższą ofertę. Nie oczekiwałeś chyba, że ci ją oddam?
- Oddasz? Nie, nie, nie. Ja sobie ją ZABIORĘ! – uśmiechnął się z kłami na wierzchu. Strzelił palcami i nagle znikąd pojawiły się kolejne wampiry w czarnych pelerynach. Większość gości nie zwracała na nich uwagi. Wszystkie oczy były wpatrzone w rozgrywającą się na środku scenę.
- Posłuchaj, wampirze. Ta dziewczyna będzie moja, więc może się… - słowa blondwłosego czarodzieja przerwało poziome machnięcie ręki Kassara. Krew z otwartej tętnicy spłynęła po jego eleganckiej, jedwabnej koszuli.
- Marco, Izabela, wyzwólcie wasze siostry! Reszta niech zabija te niewolnicze ścierwa! – krzyknął Kassar, nie spuszczając wzroku z Tonks. I zaczęło się.
Bellatrx powiedziała Peterowi, żeby przyprowadził jej ciężarną samicę jednorożca z Zakazanego Lasu. Spędziła dziesięć godzin odcyfrowując starożytny egipski wolumin i odkryła rytuał, który może pozwolić jej na realizację celu. Wymagał nienarodzonego jednorożca, jak również wód płodowych jego matki. To oznaczało, że płód musiał zostać wycięty wprost z matczynego brzucha. Macnair miał rację, ten czyn zapewne przeklnie Petera w tym życiu i w następnym. Z drugiej strony stał się przeklęty odkąd zdradził najlepszego przyjaciela. James nigdy nie miał umrzeć.
Peter błagał Czarnego Pana, żeby oszczędził życie Jamesa. Zapewniał go, że zamordowanie Lorda czystej krwi jedynie osłabi ich pozycję w czarodziejskiej społeczności. Voldemort wiedział, że James jest silny i cieszy się szacunkiem. Można było go przeciągnąć na ich stronę, gdy tylko usunie się z jego życia tych, którzy wywierali na niego negatywny wpływ.
Snape zażądał życia Lily Potter, ale Peter był pewien, że mężczyźnie zależy tylko na ciele tej szlamy. Voldemort to rozumiał. Jej brudna krew nie zmieniała faktu, że pozostawała bardzo atrakcyjną kobietą. Snape okazał się wartościowym sługą, więc Czarny Pan mógł sobie pozwolić na hojność i pozwolić mu się zabawić, ale najpierw musiał ją odpowiednio uwarunkować. Nie wątpił, że będzie się przy tym świetnie bawił.
Zrobienie z żony Pottera kurwy jego wroga i usunięcie ze świata jego nieczystego syna-mieszańca powinno wystarczyć, żeby James przejrzał wszystkie kłamstwa, jakie sączył mu do ucha przez całe życie Syriusz Black. To że on był zdrajcą swojej klasy i Rodu nie oznaczało, że taki sam musi być Potter.
Voldemort wysłuchał prośby Petera i pozostawił nieprzytomnego Jamesa na podłodze. Mógł być brutalny, ale Potter wciąż żył. Po jakimś czasie rany by się zagoiły. Z pomocą Petera James znalazłby porządną czarownicę czystej krwi, z którą mógłby założyć rodzinę, ale James jak zwykle złamał zasady. Był odważnym, lojalnym i szlachetnym mężczyzną, więc oddał życie za swoją bezwartościową rodzinę.
A teraz Peter otrzymał szansę, żeby odzyskać swojego przyjaciela i oddałby własną duszę, jeśli to niezbędne, żeby osiągnąć ten cel. Miał właśnie rozpocząć rytuał, kiedy wiatr się zmienił i poczuł znajomy zapach. Oznaczał najmłodsze dziecko z rodziny zdrajców krwi. Tych, u których krył się jako zwierzątko domowe, nim jego Pan powrócił do pełni mocy. Jeśli dobrze pamiętał, Czarny Pan miał wobec niej plany, o ile oczywiście pozostawała nieskalana. Jeśli zdoła mu ją dostarczyć, na pewno wzmocni to jego pozycję w Wewnętrznym Kręgu. Peter wstał i wziął głęboki wdech. Dziewczyna była blisko.
- Lestrange będzie musiała sama wykonać rytuał. Nie jesteśmy sami – ostrzegł Macnaira i rzucił awaryjny świstoklik na związanego jednorożca. Niewinne zwierzę zniknęło. Jego partner zerknął na niego pytająco, w odpowiedzi Pettigrew dotknął nosa. Więcej wyjaśnień nie trzeba było.
- Przeszukać teren! – polecił Władca Bestii i kilka średnich rozmiarów Akromantul rozbiegło się na wszystkie strony. Skinął Pettigrewowi, a animag odchrząknął i zrobił krok naprzód.
- Ginewro Weasley! Dziecko, nie ma potrzeby się chować. Wiemy, że tam jesteś. To tylko kwestia czasu, nim nasi ośmionodzy przyjaciele cię znajdą – zawołał do niej. Ginny zaniepokoiła się, że tak szybko ją odkryli. Równie zdumiona Daphne spojrzała pytająco na przyjaciółkę. Żadna z nich nie miała pojęcia jakim cudem wiedzieli, że to właśnie Ginny.
Rudowłosa dziewczyna zamknęła oczy i skupiła się na wspomnieniu, do którego nigdy nie chciała wracać, choć często to robiła. Nie wróci do nich. Wolała umrzeć, niż znowu wpaść w ich łapy. Kiedy otworzyła oczy, zabłysła w nich determinacja, która przypomniała Daphne, dlaczego Ginny trafiła do Gryffindoru. Jednak nie tylko to przykuło jej uwagę. Patrzyły na nią pulsujące ślepia Furii. Ginny sięgała po moc jaguara burzowego.
- Powiedziało się A… - zaczęła Ginny.
- Trzeba powiedzieć B – uzupełniła Daphne.
- Dora! – wrzasnął Remus.
Odrzucił nadajnik i popędził w stronę kominka. Amelia w ostatniej chwili zdołała go unieruchomić. Mimo że Remus został skrępowany, wilk w jego wnętrzu walczył, żeby wyrwać się na wolność. Jego oczy rzucały szalone błyski, a potrzeba chronienia żony przeważyła nad logicznym umysłem. Choć nie przemienił się i pozostawał pod wpływem Wywaru Tojadowego, wilkołak usiłował przebić się na powierzchnię. Amelia nie miała wyboru. Użyła mugolskiego chwytu, żeby pozbawić go przytomności. Jeśli raporty, które miała na temat Lorda Kassara mówiły prawdę, mieli naprawdę mało czasu, nim cała sytuacja zmieni się w krwawą jatkę.
- Zamykamy teren! Nikt nie może wejść ani wyjść, póki nie uruchomimy protokołu wampirzego. Grupa Uderzeniowa Omega, macie trzy minuty na dotarcie na pozycje! – poleciła Madam Bones przez komunikator.
Lord Kassar nie przypominał innych wampirów. Walczył o swoją wolność u boku Spartakusa i został ukrzyżowany, gdy ich starania zawiodły. Jedynie garść osób wiedziała, że nie został przemieniony, ale modlił się do Thuflthy, Bogini Zemsty. Jego modlitwy zostały wysłuchane, choć nie do końca tak, jak pragnął.
Dziewięćdziesiąt procent jego klanu stanowili niewolnicy, których przez lata wyzwalał. Miał plan, a to czyniło go znacznie bardziej niebezpiecznym niż zwykłego wampira. Amelia wiedziała o jego traktacie z Voldemortem, ale myślała na tyle trzeźwo, że zdawała sobie sprawę z jego prawdziwych zamiarów. Spodziewała się jednak, że ruszy do akcji dopiero po wojnie, gdy opadnie kurz, a siły zwycięzcy będą zdziesiątkowane i zmęczone walką. Jeśli teraz wykonywał swój ruch, oznaczało to, że nie planuje pozostawić nikogo przy życiu.
Kiedy spędza się dużo czasu ze smokami, wyrabia się świetny refleks. Charlie nie był pod tym względem wyjątkiem. Jednym płynnym ruchem przesunął Tonks za siebie i wypalił Immobulus w Kassara. Zaklęcie objęła jego i dwa postępujące za nim młodsze wampiry. Przyboczni zostali pojmani mocą zaklęcia, jednak Kassar wciąż postępował do przodu, choć nieco wolniej. W najlepszym razie wydostanie się z zasięgu zaklęcia w ciągu minuty.
- Wynoście się obie! To go nie powstrzyma zbyt długo! – krzyknął Charlie, nie zdejmując oczu z celu. Ciotka i siostrzenica wywróciły równocześnie oczami, słysząc jego rycerską, a jednocześnie głupią prośbę i jednocześnie sapnęły: „Faceci".
Tonks rzuciła zaklęcie tnące w szyję krwiopijcy, a Narcyza wywołała przeszło dwumetrową ścianę ognia wokół całej trójki. Wobec zaklęcia Charliego, klątwa Tonks przesuwała się bardzo wolno i Kassar zdołał jej uniknąć. Jeden z wampirów za nim nie miał tyle szczęścia. Jego odcięta głowa wisząca w powietrzu obok wciąż nieruchomego ciała przedstawiała bardzo dziwny widok. Ściana ognia Narcyzy wyeliminowała zagrożenie ze strony szybkości Kssara. Oczywiście mógł nad nią przeskoczyć, ale w powietrzu będzie narażony na atak. Nie było to wiele, ale dawało im czas, żeby wymyślić coś sensownego.
Poza ścianą płomieni panował niewiarygodny chaos. Wampiry Kassara wychodziły z cienia i atakowały wszystko co się rusza. Trójka aurorów walczyła plecami do siebie w formacji trójkąta. Artur próbował przebić się do Fleur i ledwo zdołał uniknąć Zaklęcia Śmierci ciśniętego niezbyt celnie w stronę jednego z wampirów przez rozhisteryzowaną czarownicę. Dość bezcelowy manewr, biorąc pod uwagę, że ich wrogowie już nie żyli. Ted działał podobnie jak Artur, zbliżając się do miejsca, w którym, jak wiedział, ukrywała się jego żona. Wampiry słynęły ze świetnego węchu, więc nie zamierzał powierzać jej życia pelerynie niewidce.
- Klątwy są za wolne, żeby trafić, a te co trafiają nie zadają wystarczających obrażeń! – krzyknął Syriusz w stronę Lily, blokując kolejne szalone zaklęcie jednego z handlarzy niewolników. Przez tą panikę ktoś w końcu zginie.
- Robią więcej krzywdy sobie nawzajem niż tym pieprzonym krwiopijcom! – warknęła Lily, zdegustowana głupotą tych tak zwanych czarownic i czarodziejów.
- Wiesz jakie to seksowne, kiedy przeklinasz podczas walki? – zażartował Łapa, a jego Reducto zniszczyło statuę obok wampira, który właśnie się pożywiał. Stwór tak się zatracił z żądzy krwi, że nie przerwał nawet na moment. Niezbyt zaskakujące, biorąc pod uwagę jak nieodpartą pokusę krew stanowiła dla wampirów. Tylko ci najstarsi mieli jakąkolwiek kontrolę nad potrzebą pożywiania. To było jednym z powodów zasadniczego podejścia Ministerstwa do regulacji na temat wampirów.
- Nie pyskuj, albo następną klątwą dostaniesz w dupę – ostrzegła Lily z półuśmiechem. Jej Confringo trafiło wampira, który usiłował wskoczyć Arturowi na plecy.
- Wiedziałem, że w głębi serca masz różne dziwne fetysze. Potrzebujesz tylko właściwej… AU!
- A nie mówiłam?
- Tak, skarbie, już się zamykam.
- Dobry piesek. Później posmyram cię po brzuchu. Teraz musimy ich spowolnić albo przyspieszyć siebie.
Spojrzeli na siebie, po czym krzyknęli chórem:
- SREBRO!
Nie zabije wampirów, ale osłabi i spowolni je na tyle, żeby umożliwić ich zabicie. Sięgnęli do szat partnera i wyciągnęli mugolską broń palną naładowaną pobłogosławionymi srebrnymi kulami. Dzięki Merlinowi za obsesję Syriusza na punkcie tego starego serialu „The Lone Ranger".* Jeśli to przeżyjemy, będę o tym wysłuchiwała do końca życia.
Używając swojego wspomnienia Ginny transmutowała masywny pniak w niemal sześciometrowego bazyliszka. Wyglądał dokładnie jak potwór z Komnaty Tajemnic, tylko był nieco mniejszy. Daphne się zakameleonowała. Miała kontrolować ich śmiały blef z ukrycia. Ginny, jak prawdziwa Gryfonka, wyprostowała się z dumą i wyszła z kryjówki.
- Co my tu mamy? Dwóch butolizów Tomusia w moim lesie, polujących na magiczne stworzenia bez mojego pozwolenia. No, no, no, to bardzo niegrzecznie z waszej strony. Wasza kara będzie sroga – zagroziła Ginny, Schyliła głowę na tyle, żeby jej oczy skryły się w cieniu, ale jednocześnie umożliwiła im zobaczenie lśniącej w nich mocy. Daphne powiedziała, żeby niczego nie zdradzała. Jeśli dojdą do niewłaściwych wniosków, powinna to wykorzystać, a nie korygować. Żeby ten manewr zadziałał, musiała wyglądać, jakby cały czas miała wszystko pod kontrolą. Żeby nabrali do niej szacunku, musiała zachowywać się jak Bellatrix Lestrange we własnej osobie.
- Jak śmiesz drwić z imienia Czarnego Pana! – ryknął Macnair i wysłał w jej stronę zabarwioną na żółto klątwę. Ginny leniwie strzeliła palcami, a Daphne bezgłośnie odbiła je na pobliskie drzewo. Wywołało to małą eksplozję, w efekcie odpadło kilka gałęzi. Obaj Śmierciożercy spojrzeli po sobie niepewnie. To nie ta sama dziewczyna, która pod ostrzem Bellatrix błagała o śmierć.
- To mój las, matkojebcy. I będę kpiła z kogo mi się podoba – rzuciła niedbale Ginny, oglądając paznokcie, jakby nie byli godni jej uwagi. Nagle jej spokój zastąpiła niechęć, gdy warknęła: - To wy naruszacie spokój tego miejsca, nie ja.
- Muszę powiedzieć, Ginewro, że zmieniłaś się od czasu, gdy się ostatni raz widzieliśmy. Zawsze byłaś moim ulubionym Weasleyem – powiedział Pettigrew, w nadziei, że zacznie dłuższą rozmowę, która da czas Akromantulom na otoczenie jej. – Czy mam zakładać, że wreszcie porzuciłaś błędne wierzenia twojej rodziny? Czy wreszcie postanowiłaś zająć należne ci miejsce w świecie, jako czarownica czystej krwi?
Ginny zorientowała się, że mężczyzna cuchnie jak szczur. Musiał ją wyczuć, co oznaczało, że on także jest animagiem. Jeśli ją zaskoczyło, kiedy doszła do tego kim jest, nie okazała tego po sobie. Wszystko dzięki szkoleniu Daphne.
- Ron zawsze się zastanawiał, co się z tobą stało, Parszywku. Zawsze myślałam, że Krzywołap cię pożarł. A teraz wiszę Fredowi galeona. Jak się nad tym zastanowię, to zawsze jakimś cudem byłeś w łazience, kiedy się kąpałam – warknęła Ginny, ale potrzebowała całej siły woli, żeby nie zadygotać z obrzydzenia.
- Niestety musiałem odejść właśnie wtedy, kiedy oglądanie ciebie zaczęło się robić naprawdę ciekawe – zakpił Pettigrew, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją. Ginny nie okazywała żadnych uczuć, choć zbierało jej się na mdłości.
- Chyba wystarczy tych uprzejmości, szczurze. Gdzie wysłałeś tego ciężarnego jednorożca?
- Nic się nie bój, dziecko, wkrótce zobaczysz co z niego zostało, tak samo jak Bellatrix. Zobaczymy jak długo będziesz taka pyskata, kiedy Lestrange znów się tobą zajmie – kpił Macnair, oczekując, że dziewczyna się rozpłacze. Jednak w odpowiedzi zobaczył błysk w jej oczach, a powietrze wokół niej zaczęło trzeszczeć od nagromadzonych ładunków elektrycznych.
Daphne zorientowała się, że liczba otaczających ich Akromantul się potroiła. Nie panikowała. To była część ich planu. Poza tym dzięki temu odciągnęły je od stada jednorożców. W oddali słyszała huk jakiegoś innego stada w ruchu, najprawdopodobniej w odpowiedzi na hałas, który czyniły uwięzione jednorożce. Nie była tylko pewna, czy to dobrze czy źle. Miałą nadzieję, że to centaury, ale jeśli wziąć pod uwagę ich ostatnie nastawienie do ludzi, mogło się zrobić nieprzyjemnie.
- Akromantule! Pozwólcie jednorożcom odejść, a wybaczę wam wasz niewłaściwy osąd i pozwolę zachować terytorium. Jeśli odmówicie, pozwolę mojemu zwierzątku odebrać wasze terytorium i wasze życie! – krzyknęła rozkazująco Ginny. Musiała je wyeliminować tak szybko, jak tylko się dało. Największe z pająków podeszły tuż przed nią.
- Jak śmiesz grozić naszemu życiu i naszemu terytorium, człowieku?! To ty zginiesz tej nocy. Teraz mamy potężnych przyjaciół. Nasz czas chowania się w cieniu dobiegł końca! – zagroził przywódca, a krąg pająków zacisnął się wokół samotnej dziewczyny w pokazie siły.
- Ja też mam – odparła Ginny ze złowieszczym uśmiechem, który zawstydziłby nawet Lestrange. – Choć do mnie, moje zwierzątko – syknęła w mowie węży.
Na ten znak Daphne powinna zadziałać, ale zawahała się. Nie oczekiwała, że Ginny naprawdę będzie znała mowę węży. Na szczęście Śmierciożercy i Akromantule również. Wszystkich to zaskoczyło. Daphne jako pierwsza odzyskała zimną krew. Po chwili ich wrogowie zobaczyli sześciometrowego bazyliszka, który wyłonił się jakby znikąd i zwinął u stóp Weasley. Uniósł łeb, a dziewczyna z uczuciem pogłaskała go po głowie. Obaj Śmierciożercy zrobili krok w tył. Jednak reakcja Akromantuli okazała się gwałtowniejsza i znacznie lepsza niż Daphne przewidywała.
- BAZYLISZEK! – wrzasnęło chórem tych kilka, które potrafiły mówić, a potem umknęły przed stworem, którego bały się ponad wszystkie inne. W ciągu kilku sekund w okolicy nie było już żadnego pająka. Uwolnione stado jednorożców rozbiegło się, poza jednym osobnikiem, który trzymał się na granicy pola widzenia. Ginny syknęła coś na pokaz do swojego zwierzątka, a ono pokiwało łbem.
- I zostało tylko dwóch – zadrwiła triumfalnie Ginny. – Chyba ciebie potorturuję najpierw za to, że podglądałeś mnie jak byłam dzieckiem, zboku.
Peter zaczął dygotać ze strachu, ale Walden dostrzegł, że wąż do tej pory nie otworzył oczu.
- Pettigrew, szybko! Oczy! – wrzasnął Macnair, wydobywając różdżkę. Jeśli miał zginąć, zrobi to w walce. Jego partner podążył za jego przykładem i wypalił Reducto w jego lewe oko, podczas gdy Macnair zaatakował prawe. Daphne ustawiła osłonę, żeby ochronić Ginny, gdy łeb fałszywego bazyliszka eksplodował. Kiedy opadł pył, obaj zwolennicy Voldemorta zorientowali się z wściekłością, że dali się nabrać. Ginny niewinnie wzruszyła ramionami, zachichotała i ukryła się, by nie dać się trafić ciskanymi przez nich klątwami.
- Nie obrażajcie się tylko dlatego, że byliście tak głupi, że daliście się nabrać! – krzyknęła ze swojej kryjówki.
- Suko! Cały czas udawałaś! – ryknął Walden, zbliżając się w ją stronę.
- Jakby czarownice robiły co innego w twoim łóżku! – odkrzyknęła Ginny.
Harry właśnie odesłał ostatniego niewolnika, kiedy usłyszał odgłos eksplozji dobiegający z posiadłości. Tego nie było w planie. Aukcja nie mogła się jeszcze skończyć. Nie spodziewał się, żeby wszyscy poddali się bez walki, ale to było przegięcie. Jedną z wad jego hybrydowej formy była niemożność noszenia słuchawki komunikatora. Zmienił się z powrotem w człowieka i aktywował urządzenie.
- Lunatyku! Co tam się do cholery stało? – wrzasnął Harry do mikrofonu, nieco głośniej niż zamierzał. Ku jego zaskoczeniu nie odpowiedziała Amelia Bones, a nie Remus.
- Czas najwyższy, żebyś się zameldował! Raport, Cieniu! – warknęła takim tonem, że prawie stanął na baczność. Szybko się otrząsnął i odpowiedział:
- Wszyscy niewolnicy bezpiecznie wysłani w drogę. Musiałem się sfutrzyć, żeby to osiągnąć, a komunikator nie pasuje mi do ogona. Gdzie Lunatyk i czemu nie przerzuciłaś się na bezkofeinową? – wyrzucił z siebie Harry, nie przerywając biegu. Prawie dotarł do granicy osłon.
- Kiedy wampiry przyszły po jego żonę, dostał szału. Musiałam go związać i wepchnąć mu eliksir uspokajający do gardła. Jest dużo silniejszy niż na to wygląda. Złamałam cholerny paznokieć. Poza tym…
- CIENIU, RATUJ MOJĄ ŻONĘ! NIE DAJ IM JEJ ZABRAĆ! – Harry usłyszał Remusa przekrzykującego Madam Bones.
- Nie zmuszaj mnie, żeby ci znowu przywaliła. Nie obchodzi mnie czy wziąłeś dzisiaj eliksir czy nie. Nie pozwolę ci narażać naszej misji!
- Lunatyku, będę jej bronił do ostatniego tchu, ale muszę wiedzieć z czym walczę – zapewnił Harry, po czym zwrócił się bezpośrednio do Madam Bones: - Co się stało? Mówiłaś coś o wampirach?
- Lord Kassar postanowił wpaść na imprezę, chociaż nikt go nie zapraszał i przyprowadził kilku przyjaciół. Mam raporty, że jest wodzem klanu wampirów, który sprzymierzył się z Voldemortem. Mój wywiad ma niepotwierdzone informacje, jakoby walczył u boku Spartakusa, nim go przemieniono. To by oznaczało, że jest Pradawnym.
- Tak, jest szybki jak błyskawica i ma skórę twardości stali.
- I jest ambitny. Powoli, ale skutecznie zwiększa liczebność swojego klanu. Teraz chce mieć metamorfomag. Jest tam cała masa bogatych i dobrze ustosunkowanych ludzi. Nie muszę ci chyba mówić co to znaczy. Kilka minut temu straciliśmy łączność. Mam batalion aurorów i uderzeniówki w gotowości, ale nie wyślę ich na ślepo. Wejdź tam, zbierz informację, wyjdź i złóż raport. Jasne?
- Tam jest moja rodzina. Niczego nie obiecuję – odparł Harry, korzystając z tylnych drzwi, który wbudował w osłony. Sięgnął do swojego prochowca ze skóry bazyliszka i przywołał eliksir, który stworzyli wspólnie z dziadkiem Horacym. Został zaprojektowany, żeby wzmóc wydzielanie adrenaliny, a tym samym poprawić szybkość, siłę i wytrzymałość. Miał nadzieję, że w połączeniu z i tak podwyższonymi możliwościami Cienia, da mu to szansę na nawiązanie walki z pradawnym wampirem.. Mała dawka powinna wystarczyć, ale nie chciał ryzykować, że moc wyczerpie się w kluczowym momencie. Opróżnił fiolkę jednym łykiem i zmienił się w Cienia.
Po drodze dojrzał licznych gości owiniętych ciasno własnymi szatami. Z frontowych drzwi wypadł czarodziej, pędzący ile sił w nogach. Nagle nadleciał tłuczek i obalił go na ziemię. Usłyszał raczej niż zobaczył, jak ktoś przelatuje obok niego na miotle z ogromną prędkością. Błysk światła pofrunął w stronę obalonego mężczyzny. Po chwili także jego oplotły szaty. Wygląda na to, że bliźniacy korzystają ze swoich umiejętności.
Kiedy wszedł do budynku znalazł się w obliczu kompletnego chaosu. Klątwy latały na wszystkie strony. Ciała zabitych z zakrwawionymi szyjami zaścielały podłogi. Dojrzał wampira, który skoczył na uciekającą w panice czarownicę. W połowie drogi dostał zaklęciem tnącym, w efekcie dosłownie stracił głowę. Usłyszał ogień z broni palnej, dobiegający z sali balowej. Zwalczył instynkt, który nakazywał mu popędzić na pomoc własnej rodzinie. Wiedział, że Amelia ma rację i najlepsze dla wszystkich będzie, jeśli będą funkcjonowali jako drużyna.
Używając cieni przemieszczał się z pokoju do pokoju, przeszukując je i zbierając informacje. Najcięższe walki trwały w sali balowej. Wszyscy Huncwoci i pozostający przy życiu aurorzy stali za kręgiem płomieni i skutecznie bronili się przed klanem wampirów. Napastnicy na razie zadowalali się zabijaniem handlarzy niewolników. Mała grupa tych ludzi skupiła się razem dla osłony, ale nie potrafili współpracować, choć od tego zależało ich życie. Wiedział, że nie minie wiele casu nim krwiopijcy w komplecie opadną jego rodzinę. Cień wyszedł z zasięgu osłon i zameldował co widział Remusowi i Madam Bones.
- Szczeniaczku, mamy tylko jedną szansę, więc słuchaj uważnie – zaczął Remus. Całe szczęście, że Eliksir Uspokajający na niego podziałał.
Grupa drzew o kilka centymetrów od twarzy Ginny została wysadzona przez klątwę. Usłyszała trzask nad głową. Szybko odskoczyła spod spadającej gałęzi i ukryła się za kolejnym drzewem, unikając zielonej klątwy. Odpowiedziała ogniem, ale zatrzymała ją tarcza wroga. Gdzieś w gąszczu zaryczał dziki kot, przyciągając uwagę Śmierciożerców. Dzięki, Daphne!
Skorzystała z okazji i transformowała się w Furię. W tej postaci znacznie lepiej szło jej umykanie między drzewami, żeby zwiększyć nieco niezbędny dystans między nią i wrogiem. Usłyszała kilka kolejnych ryków Hellcat, które wydawały się rozbrzmiewać wszędzie wokół nich. Ginny natychmiast zrozumiała, jaki jest cel jej przyjaciółki. Butolizy nie wiedziały co ani w jakiej liczbie kryje się w lesie. Blef i oszustwo, czasem opłaca się trzymać ze Ślizgonami.
- Nienawidzę kotów – warknął Pettigrew, a jego oczy niespokojnie przeczesywały okolicę w poszukiwaniu drapieżników. To mogło okazać się tylko kolejną sztuczką, ale wolał się nie zakładać, gdy stawką było jego życie. Sądząc po tym, jak rozglądał się Macnair, pewnie myślał podobnie. W oddali usłyszeli wycie wilkołaka. To rozstrzygnęło ich dylemat.
- Co prawda chciałbym zaciągnąć tę sukę do naszego Pana, ale wykonaliśmy już nasze zadanie. Pewnie byłoby najlepiej, gdybyśmy nawet nie wspominali, że ją dzisiaj widzieliśmy – zasugerował Macnair wracając na polanę. Peter skinął głową, jego kolega miał rację. Nie miał ochoty na wycieczkę do Jamy.
- Wracajmy do bazy. Trudno mi sobie wyobrazić co Lestrange może teraz robić temu biednemu jednorożcowi – odparł Peter i zdeportował się. Tuż za nim podążył Macnair. Furia i Hellcat odczekały chwilę, żeby upewnić się, że to nie sztuczka, po czym wyszły na polanę.
- O co tu do cholery chodziło? – spytała Furia. Rozbrzmiało kolejne wycie wilkołaka, tym razem znacznie bliżej.
- Nie wiem, ale później się nad tym pogłowimy. Na razie zabierajmy tyłki do Hogwartu.
Obie wiedziały, że dalsze pozostawanie w Zakazanym Lesie równa się kuszeniu losu.
Harry przeprowadził przez osłony Drużynę Uderzeniową Omega, która zajęła swoje pozycje na zewnątrz posiadłości. Każdy z nich miał pełne wyposażenie przeciwko wampirom. Amelia wiedziała, że wiele różnych mrocznych stworzeń sprzymierzy się z Voldemortem, więc wymyśliła drużyny, z których każda była specjalnie wytrenowała i wyekwipowana, żeby walczyć z konkretnym gatunkiem. Drużyna Echo była wyszkolona przeciwko dementorom, a Lunar oczywiście przeciw likantropom. Fred i George już kombinowali jak można by ulepszyć ich aktualny sprzęt.
W Sali Balowej Kassar patrzył z wściekłością na jedynych ludzi, którzy pozostali przy życiu. Ukryli się bezpieczni za ognistą ścianą. Przy każdej próbie przebicia się tracił kolejnych członków swojego Klanu. Ta mała, dobrze wyszkolona grupa pozbawiła go już połowy jego ludzi. A co gorsza niewolnicy, których przybyli uwolnić, zniknęli z terenu posiadłości. Pozostała tylko metamorfomag, ale ona była oszustką. Nie niedoświadczone dziecko, ale dojrzała kobieta, w której wzrastało dziecko. Okazała się ślepo im oddana. W swoim czasie, przemieniona, będzie tak lojalna wobec swojego nowego Klanu. Bez względu na wszystko nie zamierzał odejść bez niej.
Nagle jeden z jego ludzi wyleciał z cienia i przefrunął przez pokój. Jego prawa ręka została potwornie okaleczona, a na twarzy widniały głębokie ślady pazurów. Wkrótce podążył za nim kolejny, z drugiej strony pomieszczenia, jeszcze bardziej zmasakrowany. Obaj to tylko pisklaki, z marnym stuleciem doświadczenia. Z cieni wyleciało kolejnych pięciu. Ostatnią okazała się Izabella. Miałą czterysta pięćdziesiąt lat i sądząc po jej poszarpanych ubraniach przynajmniej stanęła twarzą w twarz z napastnikiem.
- Ma… Marco nie żyje. Ten stwór urwał mu głowę. Pró… bowałam go zabić – wyszeptała do swojego stwórcy. Ten nachylił się, żeby zbadać jej urazy. Widział Śmierciożerców z podobnymi ranami. Teraz już wiedział co je wywołało i że kontrolowali to ci handlarze niewolników. Wyglądało na to, że stwór był kolejnym niewolnikiem, a jeśli los się do nich uśmiechnie, stanie się potężnym dodatkiem do jego Klanu.
- Znajdźcie kogoś z bijącym sercem, ona musi się pożywić! – krzyknął przez ramię. – Odpoczywaj Izzy, zobaczysz wschód kolejnego księżyca, przysięgam – mówił do niej cicho, gładząc jej policzek. Zawsze była jego ulubienicą i jedną z nielicznych, którzy znali jego sekrety. Łkająca Nadia Clover została zaciągnięta do Izabelli. Wampir wgryzła się w najbliższą kończynę i zaczęła osuszać kobietę. Kassar wstał i zwrócił się do tych za ognistą ścianą.
- Czy to wy kontrolujecie Bestię Cienia? – spytał, ale nie doczekał się odpowiedzi. Rozmawiali między sobą, a z powodu jakiejś magii nie potrafił usłyszeć ich słów. Po czymś, co wyglądało na ostry spór między dwojgiem z nich, ta z włosami koloru szalejącego ognia wystąpiła naprzód.
- Tak.
- Jak śmiecie zniewalać tak wspaniałe stworzenie?! Jesteście wrzodem, który trzeba wypalić ze świata.
- Mój s… - warknęła Lily, ale opanowała się i odetchnęła głęboko. – Cień może czynić co zechce. To, że nas broni, powinien pokazać ci, że nie jesteśmy tymi, za których nas bierzesz. Ta noc okazała się wystarczająco tragiczna. Nie ma potrzeby ciągnąć tego dalej.
Prawie się wygadała. Modliła się, żeby Kassar się nie zorientował. Postanowili, że to ona przemówi w ich imieniu, a pozwoliła, żeby jej instynkt macierzyński wziął górę nad rozsądkiem. Musieli grać na czas, żeby pozwolić na coś, co Amelia z Remusem na pewno zaplanowali.
- A więc imię Bestii Cienia brzmi Cień. Gdzie reszta niewolników?
- W bezpiecznym miejscu, gdzie ich umysły zostaną wyzwolone, a ich życie wróci do nich. Nie jesteśmy handlarzami niewolników. Przygotowaliśmy tu na nich pułapkę, ale wy się wtrąciliście i ją zepsuliście.
Nala usiłowała go przekonać. Wciąż mogło się to zakończyć bez tragedii. Mieli podobne cele, nawet jeśli diametralnie inne metody. Zauważyła w jego oczach błysk zrozumienia i nawet pewną dozę szacunku. Powoli pokręcił głową, rozważając to, co usłyszał. Ta, którą nazywał Izabellą wstała całkowicie uzdrowiona i otarła krew z ust.
- Augustusie, czy ona mówi prawdę?
- Tak, jej serce bije cały czas jednym rytmem.
- A więc ujawniliśmy się niepotrzebnie.
- Nie powiedziałbym tego, Izzy. Zraniliśmy Śmiertelnie Niewolniczy Krąg. Po dzisiejszej nocy ci, którzy wciąż żyją, ukryją się gdzieś daleko w obawie przed naszym gniewem. Nauczyliśmy się, że czarodzieje nie są całkowicie przeżarci zepsuciem. Szkoda. Nie będę czerpał z tego radości – rzekł z żalem Kassar. Nie było odwrotu. Skoro się na nich pożywili, czarodzieje będą ich ścigali bez litości. Nie miało znaczenia, że ich sprawa była słuszna. Augustus musiał chronić swój klan, a ta czarownica miała stać się środkiem do tego celu.
Kassar sięgnął przez magiczne płomienie, nie zważając na powodowany przez nie ból, oplótł rękę wokół gardła Lily i przeciągnął ją na swoją stronę. Miał dwa tysiące lat doświadczenia, więc otoczył ją drugą ręką tak, żeby przycisnąć jej ramiona do ciała. Żaden człowiek nie posiadał takiej siły, żeby przełamać ten uścisk. Odsunął jej głowę na bok, eksponując aortę. Mogłaby poczuć jego oddech, gdyby wciąż oddychał. Syriusz teleportował się za Kassara i przyłożył mu do gardła srebrny sztylet, który opalił ciało i upuścił krwi. Kassar zignorował to, jak nauczył się na gladiatorskich arenach ćwiczebnych.
- Jeśli ona umrze, ty umrzesz wraz z nią – zagroził Syriusz. – Wypuść ją, a zyskasz lojalność i wdzięczność Rodu Blacków.
Izabella zaatakowała Syriusza od tyłu, ale niewidzialna bariera rzuciła ją na drugi koniec sali. Warknęła i ruszyła do ataku, ale powstrzymało ją spojrzenie Kassara.
Opadała ściana płomieni. Wszelkie bronie i różdżki zostały uniesione. Przed grupą stał Lord Harry James Potter. Imponujący pokaz lojalności, ale nie to przyciągnęło uwagę Kassara, a to, co trzymał zamiast różdżki. W jego dłoniach spoczywały dwa półksiężycowe Księżycowe Ostrza. Jedynymi, którzy używali takie broni, była matriarchini klanu sukkubów albo Obrońca jej klanu. Pamiętał, że dotarły do niego pogłoski, jakby jedna z nich mianowała Obrońcą czarodzieja, który zabił bazyliszka. Dziwnie wyglądająca szata mężczyzny została prawdopodobnie wykonana ze skóry bestii. Czuł też, że rękojeści broni nie wykonano z kości słoniowej. To oznaczało, że za pomocą tych ostrzy może rzucać zaklęcia. Zgodnie z tradycją ostrza pobłogosławiła krew tak matriarchini jak Obrońcy. Niewiele broni się imało Kassara, ale nie miał wątpliwości, że te w dłoniach Pottera mogą go zabić.
- Wszędzie poznam ten zapach. To on zabił Marco – powiedział Izabella, a Kasar uśmiechnął się i spojrzał taksująco na wojownika stojącego przed nim.
- A więc to ty? – spytał Kassar, a Harry skinął głową. Zacisnął mocniej dłoń na szyi Lily, a palec zakończony pazurem prześliznął się po jej aorcie. – A więc, Obrońco, co mi oddasz za życie twojej matki?
- Przetrwanie twojego Klanu – odparł Harry przez zaciśnięte zęby. Lily zamknęła oczy, nie mogąc sobie wybaczyć, że się zdradziła. Znała Syriusza i swojego syna na tyle, żeby wiedzieć, że jest tylko jeden sposób na zakończenie tego. Nagle poczuła, jak coś się w nią wbija i wiedziała, jak z tego skorzystać. Czas wziąć sprawy we własne ręce.
- No już, chłopcy, nie potrzeba tu nam zawodów kto potrafi dalej nasikać. Na pewno możemy dojść do porozumienia korzystnego dla obu stron – powiedziała. Zaczęła ocierać się pośladkami o wampira i poczuła natychmiastową pozytywną reakcję. – Wiem, że twój gatunek lubi naszą krew i potrafię być bardzo… chętna – zagruchała z psotnym uśmiechem, patrząc na Kassara przez ramię. Wampir rozluźnił nieco uścisk. Szukał w jej oczach śladów podstępu, ale ich nie odkrył. Nie powinien próbować poprzedniego dnia krwi czarownicy. Ale to był tylko łyczek, na pewno nie wpływał w żaden sposób na jego osąd sytuacji.
- Mamo, nie parz mu w oczy!
- Cicho, mamusia tu pracuje – zganiła go Lily. Jej dłoń powoli gładziła ramię Kassara, a ten poczuł, jak po raz pierwszy od przeszło stulecia włosy stają mu dęba. Harry stał wstrząśnięty i zniesmaczony zachowaniem swojej matki, póki nie dostrzegł jej lakieru na paznokciach. Tej nocy była pełnia, więc oczywiście zabezpieczyła się na każdą ewentualność. Przez lata mama wspierała go, nawet kiedy nie zgadzała się z jego decyzjami. Czas podążyć za tym przykładem. Musiał odegrać swoją rolę, jeśli to miało zadziałać.
- Mamo, co ty wyrabiasz?! – wrzasnął z obrzydzeniem Harry, w rzeczywistości jednak grał w jej grę. Syriusz zorientował się po subtelnej zmianie tonu jego głosu przy słowie „wyrabiasz", że coś się dzieje. Puścił Kassara i cofnął się, również udając obrzydzenie.
- Nie patrzcie tak na mnie, chłopcy. Sporo czasu minęło, a kobieta ma swoje potrzeby i pragnienia. Wydaje mi się, że mężczyzna żyjący na świecie od dwóch tysięcy lat będzie wiedział jak je spełnić – powiedziała, ocierając się o niego mocniej i wydając z siebie dodatkowo gardłowy jęk. Jej uwolniona ręka przesuwała się po dłoni zaciśniętej na jej gardle. Kassar był wstrząśnięty, ale wyraźnie podniecony. Nawet nie próbował jej kusić jak innych czarownic. Istniało prawdopodobieństwo, że ta kobieta rozgrywa go, tak jak poprzednia, ale to nie zmniejszyło jego rosnącego pragnienia, by ją posiąść. Lily czuła, że nie przekonała go do końca, więc postanowiła podbić stawkę.
- Obiecaj mi, że się nie zestarzeję, że na zawsze zostanę młoda – zamruczała namiętnym tonem, w którym pobrzmiewały nutki niepewności.
- A z tobą w moim klanie będę mógł wymusić odpowiednie zachowanie na tych dwóch – stwierdził Kassar. Znał próżność kobiet i często ją wykorzystywał. Tym razem było inaczej. Czuł niekontrolowaną potrzebę chronienia jej, na równi z potrzebą posiadania.
- Oczywiście – westchnęła.
- W takim razie tak, będziesz zawsze młoda i piękna. Muszę cię ostrzec, że mam już partnerkę, ale zawsze znajdzie się miejsce dla kolejnej.
Wściekły syk Izabelli powiedział Lily, kim jest partnerka. Kobiety zmierzyły się wyzywającymi spojrzeniami. Teraz ramiona Kassara raczej ją przytulały niż krępowały. Podobało mu się uczucie kontaktu z jej ciepłym ciałem i on również zaczął ją pieścić. Lily jęknęła głośno i przeciągle, żeby nakarmić jego ego.
- O ile będzie pamiętała kto tu jest główną suką! – warknęła Izabella z drugiej części sali, pokazując kły. Lily wtuliła się bliżej w Kassara z przewrotnym uśmiechem. Nikt poza Harrym nie zauważył, że jej dłoń wygląda coraz bardziej jak jej formy hybrydowej, tyle tylko, że pazury były srebrne.
- Jak na razie – rzuciła Lily. Mrugnęła wyzywająco i posłała jej całusa. Izabella rzuciła się przez salę w nadstawionymi kłami i pazurami. Kassara zaskoczyła jej reakcja. Rybka połknęła haczyk.
Lily przeciągnęła swoją ręką o srebrnych pazurach po wierzchu jego dłoni, przecinając ścięgna. Używając zaskakującego i paskudnego chwytu, którego nauczył ją Syriusz, posłała napalonego idiotę prosto w jego zazdrosną partnerkę. Zderzyli się w powietrzu. Izabella runęła na plecy, ale Kassar wylądował na nogach. Popatrzył oskarżycielsko na Lily, ale ta tylko wywróciła oczami. Kretyn.
Harry rzucił się na niego. Obaj przelecieli przez międzywymiarowy portal i wylądowali na trawniku na zewnątrz. Gdy tylko światło księżyca padło na ostrza Harry'ego, zaczęły świecić. Skrzyżował je ze sobą i obu przeciwników otoczyła potężna kopuła. Na moment ujął oba ostrza jedną dłonią i sięgnął do swojego prochowca. Wyciągnął stamtąd tarczę i miecz gladiatora, które rzucił Kassarowi. Kiedy pradawny wampir je uniósł, zorientował się, że są najlepszej jakości.
- Otoczyć kopułę! Tutaj się to kończy! – krzyknęła Amelia do Drużyny Omega. Kilka zaklęć uderzyło w stworzoną przez Harry'ego kopułę, dodając do jej mocy. Kassar rozejrzał się, doceniając ironię sytuacji. Srebro płynęło w jego żyłach, obniżając jego możliwości do poziomu chłopaka. Stali sami, ale otaczali ich widzowie. Jego ludzie walczyli o swoje życie gdzieś niedaleko.
- Spartakus na pewno zaśmiewa się gdzieś w zaświatach – stwierdził Kassar, powoli kręcąc głową. – Znów jestem tam gdzie zaczynałem: na arenie.
- Chcesz, żebym wyleczył ci rękę zanim zaczniemy?
- Już się uleczyła – odparł, pokazując Harry'emu wierzch dłoni. – Muszę ci przyznać, Potter, jesteś człowiekiem honoru. W innej sytuacji… - urwał.
- Tak, w innej sytuacji – zgodził się Harry dokładnie go rozumiejąc. Przyjął pozycję z jednym ostrzem celującym w Kassara, a drugim za plecami. Jego przeciwnik również stanął w gotowości.
- Zabiję cię, a potem twój syn będzie moją suką! – warknęła Izabella na Lily, rzucając nią na ścianę. Wszędzie wokół nich Huncwoci walczyli z Klanem Kassara. Czarodziej kontra wampir, pazury i kły kontra różdżki i broń, szybkość i siła kontra magia w walce o przetrwanie, w której wszystkie chwyty dozwolone.
Syriusz usiłował się przebić do Lily, ale został zaatakowany przez dwa wampiry. Fleur została zaatakowana od tyłu. Zanim mroczny stwór zatopił kły w jej szyi, uniosła różdżkę i wepchnęła wrogowi do gardła. Zaklęciem bombardy dosłownie odstrzeliła mu głowę. Chwilę przed tym nim wampir zdołał skoczyć na Artura, patriarcha klanu Weasleyów teleportował się za wroga i zdjął go Incendio.
Tonks odsunęła się w bok i kantem dłoni uderzyła w szczękę nacierającego wampira. Jego pazury minęły ją o centymetry. Pęd jego ataku miał ją zabić, jednak Tonks użyła go, żeby skręcić mu kark. Ręce wampira opadły bezużytecznie po bokach. Tonks ucięła mu głowę i ruszyła dalej.
Charlie i Narcyza walczyli wspólnie pod drzewem. Zaklęcie Smoczego Oddechu Charliego zdjęło jednego, a Confringo Narcyzy zajęło się drugim. Trzeci miał na tyle rozsądku, żeby umknąć.
Lily uderzyła Izabellę czołem w nos, kiedy ta chciała ją ugryźć. Oczy wampira zamgliły się. Cofnęła się, a z jej nosa popłynęła krew. Lily wykorzystała chwilę i chlasnęła pazurami przez brzuch Izabelli. Wampir instynktownie uniosła dłoń, żeby się chronić. Kiedy ją odsunęła, ujrzała krew. Rozwścieczona skoczyła na Huncwotkę. Lily uniknęła ataku i uderzyła od tyłu w podudzie. Wampir szaleńczo machnęła ręką, a Lily złapała jej nadgarstek. Rudowłosa kobieta zablokowała ramię przeciwniczki, uderzyła przedramieniem w łokieć wampira i wyłamała go ze stawu. Kopnięciem w plecy posłała partnerkę Kassara w ścianę.
- ŁAPY… Z DALEKA… OD MOJEGO… SYNA! – wrzasnęła Nala. Chwyciła ją za potylicę i raz za razem wbijała twarz w ścianę. Nala całkowicie przejęła kontrolę. Wyciągnęła głowę Izabelli z zakrwawionego otworu i odwróciła ją. Ostatnim widokiem w życiu wampira miała być hybrydowa postać lwicy, która uderzyła łapami w jej tułów. Pazury Lily wyrwały jej martwe, zimne serce. Nala odrzuciła głowę do tyłu, zaryczała, a potem odrzuciła Izabellę jak szmacianą lalkę.
To wystarczyło, żeby pozostałe wampiry umknęły. Jednak po drodze wpadły w ręce aurorów i grupy uderzeniowej. Huncwoci wyszli za nimi z normalnie wyglądającą Lily Potter na czele. Transformacja kosztowała ją wiele, fizycznie i mentalnie, więc Syriusz i Artur ją podtrzymywali. Cały czas jej oczy przeszukiwały otoczenie w poszukiwaniu jej syna. Odkryła, że walczy z Kassarem pod magiczną kopułą. Zignorowała własną potrzebę odpoczynku i znalazła siłę, by wyrwać się podpierającym ją mężczyznom i popędzić w stronę kopuły.
Wewnątrz ujrzała złączonych w walce Harry'ego i Kassara. Obaj krwawili z licznych nacięć. Harry wykonał salto w tył, by uchronić się od poziomego cięcia, które pozbawiłoby go głowy. Odpowiedział podwójnym uderzeniem w tarczę Kassara, na tyle silnym, żeby odepchnąć go w tył. Wymieniali masę ciosów, jednak żaden z nich nie zyskiwał przewagi nad drugim. Ich szybkość zauważalnie zmalała, gdy zaczęło dopadać ich zmęczenie.
Nigdy żaden przeciwnik nie wytrwał tak długo przeciwko Kassarowi. Potter byłby świetnym gladiatorem. Styl walki, niezbędny, by właściwie używać Księżycowych Ostrzy, był bardzo trudny i znany tylko sukkubom. Dobrze go nauczyły, ale była w nim słabość.
Kassar opadł na kolano, udając zmęczenie. Harry zaatakował, tak jak się spodziewał. Przesunął się w bok i uniósł tarczę pod lewe ramię Pottera, wybijając mu bark ze stawu, a krawędź tarczy wbił mu w pachę. Czarodziej upuścił ostrze, które trzymał w tej dłoni, ale zdołał uniknąć ciosu, który rozpłatał by mu kręgosłup.
Kassar wbił tarczę w Harry'ego, nim młodzieniec zdołał się podnieść. Bardziej doświadczony wojownik wybił ostrze z drugiej ręki wciąż oszołomionego atakiem wroga. Kassar cofnął się kilka kroków i obrzucił spojrzeniem klęczącego, prawie nieprzytomnego Harry'ego. Odrzucił na bok tarczę i dojrzał Lily, walącą pięściami w kopułę.
- Wygrałem, chłopcze. Zabiorę życie twoje i twojej matki – zadrwił.
Harry popatrzył na mamę. Ich oczy się spotkały i kobieta zrozumiała.
- NIEEE! – Lily wydała z siebie mrożący krew w żyłach wrzask, przepełniony matczyną rozpaczą. Tak się nie mogło skończyć. Harry użył magii, by przywołać do siebie jedno Księżycowe Ostrze. Wydał z siebie okrzyk bojowy i zaszarżował na Kassara z bronią nad głową. Były gladiator stanął w pozycji bojowej. W ostatniej chwili Harry przekręcił się, unikając pchnięcia przeznaczonego dla jego serca. Położył stopę na nodze Kassara. Wybił się i przekręcił w powietrzu. Używając tego pędu odciął wampirowi głowę zza jego pleców. Jego stopa i głowa Pradawnego uderzyły o trawę w tej samej chwili.
- OPUŚĆCIE TĄ PIEPRZONĄ OSŁONĘ! – ryknęła Lily. Amelia wydała polecenie i kopuła zniknęła. Lily upadła na twarz, ale po chwili zerwała się na nogi i popędziła ku synowi. Dotarła do niego w chwili, gdy ugięły się pod nim nogi.
- Nie mogę stracić także ciebie – zawołała, kołysząc w ramionach nieprzytomnego syna.
Słowniczek:
The Lone Ranger – „Samotny strażnik", serial z lat 50-tych XX w. oparty na starszym słuchowisku radiowym, o ile mi wiadomo nigdy nie pokazywany w Polsce. Opowiada o rewolwerowcu walczącym z bezprawiem na Dzikim Zachodzie. Na jego podstawie powstało sporo filmów, w tym wersja z 2013 r. z polskim tytułem „Jeździec znikąd".
Od autora: Księżycowe Ostrza, które ma Harry wyglądają tak, jak te, które na początku trzyma łotrzyk w grze Dragon Age 2. Zawsze uważałem je za zarąbiste.
W następnym rozdziale:
- Pansy Parkinson knuje
- rozterki Draco Malfoya
- Ginny odwiedza Dwór Potterów
