Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 32

Pansy Parkinson wyśliznęła się z łóżka Snape'a tak cicho jak tylko zdołała. Stłumiła dreszcz, kiedy jej bosa stopa dotknęła zimnej kamiennej podłogi. Pomogło jej szybkie zaklęcie ogrzewające. Nie chciała, żeby mężczyzna się teraz obudził. Przeszła na palcach przez pokój, gdzie za fałszywą „Historią Hogwartu" spoczywało pudełko z pamiątkami. Pansy potrząsnęła głową, wyciągając maskujący wolumin. Jaki szanujący się czarodziej czystej krwi dałby się złapać na czytaniu tej książki?

To żałosne dzieło zostało napisane przez szlamy dla szlam, w nadziei na wyedukowanie tych odpadów czarodziejskiego świata. Stanowiła obiekt kpin między prawdziwymi czarownicami i czarodziejami. A to sprawiało, że Granger stawała się ostateczną puentą tego żartu. Ta puszczalska prefekt naczelna traktowała to jak świętą księgę. Najmądrzejsza czarownica na roku. Gówno prawda. Nie potrafi nawet ustawić prostego zaklęcia ciszy. Ta idiotka nawet cytowała tę książkę młodszym uczniom. Głupia dziewczyna naprawdę pokładała zbyt wielką wiarę w słowo pisane. Pansy podejrzewała, że jeśli w książce byłoby napisane, że Dumbledore ma ogon, ta walnięta szlama zajrzałaby mu pod szatę.

Pudełko leżało dokładnie tam, gdzie jej powiedziano. Wewnątrz znajdowała się kobieca szczotka do włosów, na której pozostało sporo ciemnorudych pukli. Zabrała tylko dwa, nie musiała być chciwa. Włosy były tak długie, że mogła pociąć je na mniejsze kawałki, żeby starczyły jej na dłużej. Im później Snape zorientuje się w jej kradzieży, tym lepiej. Pansy cicho i szybko odłożyła pudełko na miejsce. Uśmiechnęła się triumfalnie, gdy pomyślała jak prosta okazała się jej pierwsza prawdziwa misja. Nie trać koncentracji, dziewczyno, za porażkę nie dostaniesz nagrody, powiedziała sobie w myśli, zerkając szybko, żeby upewnić się, że nauczyciel Eliksirów wciąż śpi. Dłuższą chwilę zajęło jej odszukanie wszystkich ubrań z zeszłego wieczoru. Ogarnięty pożądaniem Snape dosłownie zdarł je z niej. Kiedy je zebrała, wyśliznęła się do łazienki, żeby naprawić poszarpaną bluzkę i przyodziała się bez zwłoki.

Kiedy już się ubrała, poświęciła chwilę, żeby dobrze przyjrzeć się swojemu odbiciu w lustrze. Zniknęły już wszystkie ślady Eliksiru Wielosokowego, który sprawił, że wyglądała jak szlamowata nauczycielka Eliksirów. Przybieranie postaci tej obleśnej suki było dla niej obrzydliwe, ale rozkazów się nie kwestionuje. Co prawda miało to swoje zalety. Widziała, jak męska populacja zamku śliniła się na jej widok, kiedy mijała ich w klasie czy na korytarzu. W następny weekend w Hogsmeade będzie musiała się umówić na sesję zdjęciową dla Playmaga albo CKM – Czarownic, o Których Marzysz. Już widziała te okładki: Sprośna Lady pokazuje wszystko. Oczywiście dopiero po tym, jak wyciągnie okup za zdjęcia od Pottera i Blacka. Powiedzieli jej, że ma być kreatywna w niszczeniu reputacji Potter, więc nie widziała powodu, by nie napełnić przy okazji swojej skrytki. Włosy Lily Potter zarobią dla niej masę złota.

Widać to było choćby po jej opiekunie domu, do którego poprzedniego wieczoru straciła cały szacunek. Musiał się zakraść do domu Potterów, kiedy zaczęli się ukrywać i ukradł szczotkę i pewnie jeszcze kilka par jej majtek. Wczoraj wszyscy gadali jak to mugolska siostra Potter została zabita. Wystarczyło, że zapukała do drzwi Snape'a i powiedziała mu z żałosną miną, że go potrzebuje. Musiał pragnąć jej naprawdę od dawna, bo rzucił się na nią jak wyposzczony kundel na sukę z cieczką. Zwyobracał pożyczone ciało nauczycielki Eliksirów i nieustannie wyznawał jej swoją nieskończoną miłość.

Powiedziano jej, że sam Czarny Pan polecił jej odkryć, komu Snape jest prawdziwie lojalny. Dowiedziała się, że w przeszłości jej nauczyciel znajdował się pod silnym wpływem Potter. Pogłoski krążące po Domu Slytherina głosiły, że lubi rude. Stwierdziła, że ten dawny wpływ zmienił się w pełnowymiarową obsesję. Stąd właśnie Pansy wiedziała, gdzie schował szczotkę. Jej starsza siostra powiedziała jej kiedyś, że zaliczyła jeden z egzaminów z Eliksirów tylko dzięki temu, że wzięła Wielosokowy i przeleciała Snape'a. Miał wymazać jej pamięć, ale ona złożyła Magiczną Przysięgę, że nikomu nie powie o tym jego fetyszu i odda mu się, kiedy będzie czuł ponowną potrzebę. Głupi, napalony facet. Każda ślizgońska czarownica wiedziała, że sednem Magicznej Przysięgi było jej odpowiednie sformułowanie. I to my jesteśmy niby słabszą płcią.

Jako kochanek bez wątpienia dał jej więcej niż inni chłopcy, z którymi się dotąd przespała. Na szczycie namiętności stał się nader otwarty i odpowiedział na wszystkie pytania, które mu zadała. Wszystkie jego najskrytsze sekrety należały do niej i mogła z nimi zrobić co jej się podobało. Wystarczyło, że Pansy zwinęła włos z szaty Potter, gdy pewna Puchonka zadała nauczycielce pytanie na korytarzu. A jej zdolność do naśladowania głosów niewątpliwie pomogła. Dzięki temu i jej elastycznej moralności była idealną kandydatką do tej misji. Wciąż jeszcze istniała szansa, że Snape obudzi się, zanim ona się ewakuuje. Wyczarowała fiolkę i wypełniła ją wspomnieniem ostatniej nocy. Potem ukryła ją w miejscu, do którego mógłby dotrzeć tylko, jeśli przeszukiwałby ją naprawdę dokładnie.

Nie zamierzała tego spieprzyć jak Draco. Spojrzała w dół na swoje nagie przedramię i delikatnie przesunęła opuszkiem palca po miejscu, w którym niedługo będzie miała swój Mroczny Znak. Zakończyła etap pierwszy. Miała już wystarczająco dużo włosów Potter, żeby zacząć etap drugi. Zajrzała do pokoju. Snape wciąż spał. Zaklęcie ciszy zamaskowało jej wyjście z komnaty nauczyciela Eliksirów. Kiedy znalazła się bezpiecznie na zewnątrz wybuchnęła śmiechem. Następne spotkanie Potter i Snape'a powinno być ciekawie. Zdrajca dostałby za swoje, gdyby szlama zrealizowałaby groźbę, którą tak chętnie rzucała.

Pansy znała teraz słabość Snape'a, a ta wiedza da jaj mnóstwo siły. Tak czy inaczej pomoże jej zgromadzić moc niezbędną, żeby awansować w szeregach Czarnego Pana, aż stanie się najmłodszym członkiem Wewnętrznego Kręgu w historii. Oczywiście nie łudziła się, że zdoła tego dokonać sama. Potrzebowała partnera z chytrym umysłem, dobrą znajomością klątw i jajami, żeby nie bać się ich użyć. A żeby zapewnić sobie, że nie zostanie zdradzona, potrzebowała kogoś, kto posmakował tak łask, jak wściekłości Czarnego Pana. Kogoś zdesperowanego.


Wschodzące słońce oświetliło pogrążonego w myślach Draco Malfoya. Witał świt na Wieży Astronomicznej, jak czynił to każdego dnia, odkąd usłyszał, że jego matka zaginęła. Na początku nie wiedział czemu to robi. Jakaś dziwna potrzeba wyciągała go z łózka i wiodła na to miejsce. Znajdował się tam sam na sam ze swoimi myślami i mógł się cieszyć pięknym widokiem. Dawało mu to poczucie spokoju.

Po pewnym czasie zaczął używać tych chwil, by uporządkować swoje myśli, ambicje i metody na ich zrealizowanie. Często jego myśli zmierzały w stronę matki. Pozostało mu tak niewiele wspomnień po niej. Początkowo uważał, że to ona tak zdecydowała, ale kiedy jego ojca wysłano do Azkabanu, a ciotka Bella zaczęła uczyć go Oklumencji, zrozumiał, że przyczyna jest inna. W swojej pamięci odnalazł puste obszary, ewidentny ślad po wymazywaniu pamięci. Luki zaczęły się, kiedy Draco rozpoczął swój trening, a zakończyły się, kiedy Lucjusz trafił do więzienia. Nawet Gryfon zdołałby się domyślić, kto był głównym podejrzanym.

Jego ojciec mówił tak źle o matce, że Draco często zastanawiał się, czemu po prostu nie wyrzucił jej z domu. Jednak wszystko stało się jasne, kiedy dowiedział się, że jego matka nie została wydziedziczona jak ciotka Bella. Skrytki Blacków i głos w Wizengamocie stanowił dość przekonujące argumenty dla dalszego trzymania tej kobiety. Ojciec powtarzał wielokrotnie, że poza dziedzicem, nie miał wielkiego pożytku ze swojej żony. Była zbyt miła i tolerancyjna wobec gorszych od niej. Ta kobieta nawet prosiła skrzaty domowe, żeby wykonywały swoje obowiązki. Prosiła, nie rozkazywała! Lucjusz nie chciał, żeby jej naiwne poglądy zepsuły Draco. Wówczas chłopak bez cienia wątpliwości wierzył ojcu. W końcu mężczyzna miał na celu to co najlepsze dla syna, prawda?

Teraz nie miało to znaczenia, skoro już nie żył. I to zabity przez mugoli. To by było na tyle jego rzekomej wyższości czystej krwi. Nawet nie umarł jak czarodziej. Nazwisko i honor Malfoyów, którego tak często używał, żeby usprawiedliwić swoje czyny, było warte mniej niż odchody trolli. Nawet wnuki Draco będą cierpiały naznaczone stygmatem porażki jego ojca. O ile w ogóle przeżyje na tyle długo, żeby doczekać się dzieci. Jeśli ostatnie parę dni miało być jakąś wskazówką, to mocno w to wątpił. Crabbe i Goyle mogli być idiotami, ale przynajmniej trzymali jego wrogów z daleka.

Teraz wystarczyło, żeby skręcił za róg, a ktoś uderzał w niego klątwą. Nie żeby nie mógł tego przewidzieć. Draco nie miał w sobie tyle arogancji, żeby uważać, że nie zasłużył. Zaskoczyło go jednak, że nikt w jego własnym domu nie kiwnął palcem, żeby mu pomóc. Czy naprawdę aż tak nienawidzono go w szkole? Jedyną pomoc otrzymał z rąk cholernej szlamy. Nie do końca wiedział co w związku z tym czuje. Początkowo czuł się urażony i ucierpiała jego duma. Profesor Potter go uleczyła i zdołała wsunąć mu do szaty uzdrawiającą maść tak, że się nie zorientował. Dzięki temu pozwoliła mu zachować godność, więc miał u niej dług.

Normalnie to by wystarczyło, żeby ją znienawidził, nawet pomijając jej brudną krew. Jednak coraz trudniej było mu to z siebie wykrzesać. Zamiast kpić z nieszczęść wroga, jak on by postąpił, kobieta okazała mu współczucie. Trudno byłoby mu sobie przypomnieć, kiedy doświadczył czegoś podobnego od kogoś innego, jeśli w ogóle mu się to przydarzyło. W co sobie Potter pogrywała? Co spodziewała się za to uzyskać? Powiedział jej, niemal wprost, że jeśli spotkają się na polu bitwy to nie zawaha się jej zabić, a ona odwzajemniła mu się tym samym. A jednak w jej oczach nie ujrzał wrogości. Mówiła, jakby omawiali pogodę czy coś w tym stylu. Przyznawała punkty każdemu uczniowi, który na to zasłużył i nie odbierała ich z bzdurnych powodów, jak robił to Snape. Nie potrafił jej rozgryźć i naprawdę zaczynało mu to działać na nerwy.

Kiedy jego matkę uznano za zmarłą, naprawdę zbliżył się do swojej ciotki Belli. Opowiadała mu historie o jego mamie, których nigdy wcześniej nie pozwolono mu poznać. W wakacje postanowił przejrzeć rzeczy osobiste mamy. Chciał lepiej zrozumieć jaką kobietą była. Wtedy właśnie znalazł zdjęcie, które teraz trzymał w dłoni. Różniło się bardzo od innych zdjęć, które znajdowały się w domu. Na tym jego matka się śmiała, ale tak naprawdę przyciągały go jej oczy. Wypełniało je szczęście. Na fotografii znajdowała się ona, Draco oraz jakaś kobieta i jej dziecko. Wyglądał, jakby miał około roku. Cała czwórka siedziała na kocu na trawie i wyglądało na to, że bawią się znakomicie.

Draco dokładnie przyglądał się zdjęciu, rozmyślając co stało się z tą roześmianą kobietą. Chciał ją pamiętać. Draco przypomniał sobie wszystko, czego nauczyła go ciotka i zanurzył się w otchłani własnego umysłu. Gdzieś tam była, po prostu musiał do niej dotrzeć. Wchodził coraz głębiej. Znajdzie to. Ciotka Bella mówiła, że jej siostra była chytra i często chowała rzeczy na widoku. Doprowadzało to jego dziadków do szału. Postanowił wycofać się niemal zupełnie i odprężyć. Zaśmiał się. To przecież nie mogło być takie proste? Na samym wierzchu odkrył wspomnienie oznaczone jako „czekolada". Nie znosił czekolady, więc co tam robiło to wspomnienie? Ale gdyby ktoś zaatakował jego umysł pewnie nie zwróciłby na to większej uwagi. Był tylko jeden sposób, żeby się przekonać i Draco otworzył wspomnienie.

Leżał na łóżku. Było ciemno. Jego mama szła na palcach do jego łózka, ciągle w koszuli nocnej. Poparzyła na niego z miłością w oczach i przyłożyła palec do ust. Instynktownie wiedział, że znaczy to, że ma być cicho. To był ich czas, a jeśli tato by się dowiedział, byłby zły. Był straszny, kiedy był zły i czasami krzywdził mamę.

Wyciągnęła go z łóżka i przemknęli się na strych. Tam usiadł jej na kolanach, a ona otuliła go kocem. Delikatnie nuciła piosenkę, kiedy czekali na początek. Niebo zaczęło powoli rozjaśniać się w miejscu, gdzie wkrótce wzejdzie słońce. Zawsze lubił tą część. Patrzyli na wschód słońca, tak jak każdego ranka. Skończyło się zdecydowanie za szybko. Mama pocałowała go w czubek głowy, żeby powiedzieć, że zaraz będą musieli iść. Przytuliła go mocno. Potem poczuł czubek jej różdżki na skroni.

- Skarbie, dzisiaj zaczniesz swój formalny trening. Boję się, że dziś mamy okazję to zrobić po raz ostatni na długi, długi czas. Nie wiem co Lucjusz dla ciebie przygotował, ale boję się, że zmusi cię, żebyś mnie zapomniał. Ochronię to wspomnienie i schowam je w twoim umyśle w takim miejscu, żeby tylko Black potrafił to znaleźć. Chcę, żebyś wiedział, że bardzo cię kocham. Nigdy nie przestanę, do końca mojego życia. On nie może ci tego odebrać… nigdy. Chcę, żebyś pamiętał, że za każdym razem kiedy widzisz wschód słońca, ja mówię, że cię kocham, mój najdroższy chłopcze. Dla mnie jesteś słodszy niż czekolada – wyszeptała mu do ucha Narcyza, nim wszystko zaczęło świecić.

Draco gwałtownie otworzył oczy i ujrzał świecące na niego słońce. Na wspomnienie słów mamy na jego twarz wpłynął uśmiech. W rzadkim momencie słabości Draco opuścił swoje bariery i wyszeptał jak bardzo kocha mamę. Nigdy się nie dowiedział, że wiele kilometrów dalej kobieta, która go urodziła, robiła dokładnie to samo. Obok niej znajdował się chłopiec nie z jej krwi, ale w jej sercu był jej synem. W ciszy modliła się o dzień, w którym obaj jej chłopcy będą mogli być z nią, by wspólnie obejrzeć wschód słońca.


Syriusz właśnie kończył lekcję, kiedy Ginny Weasley weszła do jego klasy i rzuciła mu kątem oka groźne spojrzenie. Bez słowa pomaszerowała do jego biura i trzasnęła za sobą drzwiami. Zauważył, że trzymała w ręce egzemplarz „Proroka Codziennego". Wiedział co nadchodzi. Kiedy poskładali Harry'ego do kupy, Syriusz niemal dosłownie wepchnął Lily do gardła Eliksir Usypiający i złożył małą wizytę Ricie Skeeter. Nie była zachwycona, że wyrwał ją z łózka, ale rozchmurzyła się, gdy Syriusz rzucił jej na pożarcie świetny temat. Dostała tylko te informacje, które chcieli ujawnić. Kogo trzeba pochwalić, a kogo trzeba ukrzyżować. Dziennikarka zrobiła niezłą robotę, ale każdy kto był w sprawę w jakiś sposób zaangażowany potrafił czytać między wierszami. Ginny Weasley zaliczała się do tych ludzi.

- Ta dziewczyna jest szalona – powiedział czwartoroczniak do kolegi, gdy pospiesznie opuszczali klasę. Syriusz musiał się zgodzić. Większość rudzielców była. A z tego co mówił James na tym polegał ich urok. Całkiem przyjemny ból, niemniej jednak ból. Syriusz wiedział to z doświadczenia. Na szczęście on wolał blondynki. Kiedy klasa opustoszała, westchnął ponuro i poczłapał do biura.

Miał jakieś dziesięć minut do następnej lekcji. Lubił spędzać przerwy w samotności, by, jak to mawiał, naładować akumulatory. Widział jednak, że teraz nie ma na to szans. Zamknął drzwi do gabinetu i zajął swoje miejsce za biurkiem. Ginny zamknęła je magią i poprawiła zaklęciem ciszy. To nigdy nie jest dobry znak.

- Bułka z masłem! Bułka z jebanym masłem! Tak mi powiedział! – wrzasnęła Ginny na swojego nauczyciela obrony i rzuciła energicznie gazetę na jego biurko. Większość ludzi trochę by się odsunęła, ale nie po raz pierwszy rudowłosa czarownica się na niego wydzierała. – PIERDOLONE WAMPIRY! Wiem, że to rozwodniona wersja tego, co się naprawdę stało. A teraz powiedz mi co naprawdę się stało i czemu nie mogę się z nim skontaktować? – jej głos załamał się na końcu zdania.

- Po pierwsze muszę powiedzieć, że to niezwykle imponujące zaklęcia niewerbalne, więc dwadzieścia punktów dla Gryffindoru. Po drugie ty najlepiej powinnaś wiedzieć, że w życiu nie ma żadnych gwarancji. Możesz się szykować ile chcesz, ale prawo Murphy'ego i tak ugryzie cię w tyłek w najmniej spodziewanym momencie. Najlepsze co możemy zrobić, to dostosować się do sytuacji i, miejmy nadzieję, przetrwać – odparł delikatnie Syriusz. Opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała załamać się na jego oczach, ale niewiedza ją dobijała.

- Jak bardzo źle? – spytała załamana. Syriusz poczuł, jak pęka mu serce i przypomniał sobie, że niewiedza może być znacznie bardziej przerażająca niż prawda. Miała trzy godziny odkąd przybył „Prorok Codzienny" i jej wyobraźnia pewnie przerobiła już wszystkie najgorsze scenariusze.

- Naprawdę myślisz, że bym się tu znajdował, gdyby było tak źle jak myślisz? – spytał Syriusz, a Ginny gwałtownie uniosła głowę z nadzieją w oczach. – Nie będę cię okłamywał. Zrobiło się wczoraj paskudnie, właściwie niewiele paskudniej mogłoby być. Pewnie zdążyłaś już zobaczyć co potrafi zrobi Szczeniaczek, żeby chronić tych, na których mu zależy.

Ginny zamknęła oczy i pokiwała głową. Wzięła drżący oddech, uniosła powieki i skinęła głową, zachęcając Syriusza, żeby kontynuował.

- To czego nie ma w gazecie to fakt, że przywódca wampirów był Pradawnym.

Ginny gwałtownie wciągnęła powietrze i zakryła usta dłońmi.

- Chciał przemienić Lily. Kiedy jej zagroził, nie było opcji, żeby Harry pozwolił mu przeżyć.

- Pradawny? – wyszeptała bardziej do siebie niż do Syriusza. Wyglądała w tej chwili na taką bezbronną. Syriusz chciał jej tego oszczędzić, przerwać, ale zmusił się do kontynuowania.

- Nie można stanąć twarzą w twarz z Pradawnym wampirem nie łamiąc reguł. Przyjął eliksir, który naładował go adrenaliną. Ona zwiększyła jego siłę, szybkość i wytrzymałość. Powinno się go brać w małych dawkach, bo bardzo obciąża serce. Szczeniaczek łyknął cała fiolkę.

- Jego serce? – spytała Ginny, a jej głos załamywał się od wysiłku trzymania emocji na wodzy. Tylko nie to, błagam, tylko nie to.

- Dzięki Merlinowi nie doszło do żadnych permanentnych obrażeń. Po prostu musi odpocząć i dojść do siebie, a znając jego mamę tak jak znam, nie wątpię, że to go właśnie czeka, czy mu się to podoba czy nie. Nie zdążyła nawet jeszcze na niego nawrzeszczeć. A uwierz mi, im dłużej będzie się szykować, tym gorzej dla niego. Sądząc po twojej minie, chciałabyś się przekonać, że jest cały na własne oczy?

Pokiwała z nadzieją głową.

- Niestety Lils trzyma go na kwarantannie w jego pokoju i obdarłaby mnie żywcem ze skóry, gdybym cię do niego przeszmuglował – powiedział jej Syirusz. Jednocześnie nakreślił coś na pergaminie. Były to dwa słowa „Kojec Szczeniaczka". Wskazał głową na swój kominek, jednocześnie usuwając zaklęcia, które umieściła na drzwiach jego gabinetu. Podbiegła do niego i pocałowała go w policzek, po czym popędziła do paleniska. Syriusz zamykał drzwi, kiedy usłyszał odgłos Fiuu. Wybacz Lils, ale jestem Huncwotem, a oni oboje tego potrzebują.

W pokoju Harry'ego w Dworze Potterów dwa regały rozsunęły się, ujawniając schowany za nimi ukryty kominek. W przeciwieństwie do tego jawnego po drugiej stronie sypialni, który Lily zamknęła, żeby jej syn nie czuł pokusy wymigania się od leżenia w łóżku, ten działał normalnie. O jego istnieniu wiedzieli tylko James i Syriusz. Stara Lady Potter lubiła uziemiać syna, kiedy narozrabiał. James i Syriusz, jak to Huncwoci, znaleźli sposób.

Harry zajął dawny dziecięcy pokój swojego ojca, żeby lepiej zrozumieć kim jest. Ginny wyszła z kominka, a regały zamknęły się za nią. Obejrzała się za siebie z uśmiechem, doceniając kreatywność włożoną w ten projekt. Przystosowanie się do ciemności zajęło jej oczom kilka sekund. Zasłony zostały zaciągnięte, zapewne żeby zasugerować Harry'emu, że powinien spać. Ujrzała swojego chłopaka leżącego na łóżku, przykrytego do połowy kocem. Lewe ramię miał obandażowane i przywiązane do tułowia. Ginny kiedyś pomagała tak opatrzeć Freda, więc wiedziała, że oznacza to wybity bark. Można było go wyleczyć magicznie, ale Ginny podejrzewała, że mama Harry'ego chce mu dać nauczkę. Tak jak jej mama Fredowi. Harry miał bandaże jeszcze w kilku innych miejscach, ale nie wyglądały na coś poważnego.

Wyglądał tak spokojnie, kiedy spał, prawie niewinnie, co niespecjalnie pasowało do Harry'ego. Był żywiołowy, figlarny, wkurzający, bezczelny, genialny, słodki, hojny i miał cholernie seksowny uśmiech. Dziewczyno, kompletnie straciłaś głowę.

- Twoje włosy są jak dziki ogień – dobiegł głos spoza niej. Ginny szybko odwróciła się i kucnęła. Wyszarpnęła różdżkę, gotowa rzucić klątwę na pierwszą rzecz, która się poruszy. Ujrzała tylko pusty pokój. Wciągnęła powietrze, a jej oczy wciąż poszukiwały ruchu w pomieszczeniu. Nasłuchiwała najlżejszego dźwięku, ale słyszała tylko spokojny oddech Harry'ego.

- Widzę też, że twój charakter do nich pasuje – zażartował pusty pokój. Zorientowała się jednak, że głos dobiega z pustego rogu pomieszczenia. Znajdowało się tam biurko, na którym stały zdjęcia. Zajrzała pod biurko. Jeśli ten szczur jakimś cudem się tu dostał, rozerwie pokój na strzępy, żeby go znaleźć. Jednak wszystkie jej zmysły mówiły jej, że przebywali tu tylko ona i Harry. Świetnie, teraz mam omamy słuchowe.

Opadła na krzesło i westchnęła z frustracją. Wydarzenia poprzedniego wieczoru sprawiały, że jej odbijało. Popatrzyła na ruchomą fotografię na biurku Harry'ego. Przedstawiała czterech chłopaków stojących w szeregu. Wyglądali na czternaście lat. Najniższy z nich, stojący najbardziej po prawej, zakrywał oczy jedną dłonią, a drugą pokazywał w lewo. Następny o piaskowoblond włosach był najwyższy z całej czwórki. Jedną dłonią zakrywał usta, drugą również wskazywał w lewo. Trzeci miał szare oczy i kruczoczarne włosy. Jedną dłonią zakrywał ucho. Drugim ramieniem przykrywał drugie ucho w taki sposób, by pokazywać w lewo. Na końcu stał chłopak z rozczochranymi czarnymi włosami i okularami, a na jego twarzy widniał uśmiech, który świetnie znała.

- A więc tak wyglądałby Harry, gdyby nosił okulary. Uroczo – stwierdziła Ginny, przyglądając się dokładnie zdjęciu. Czy on do mnie mrugnął? Niemożliwe. Przyciągnęła fotografię bliżej, żeby upewnić się, że to nie jej wyobraźnia.

- Bu! – powiedział chłopak na zdjęciu. Zaskoczona Ginny aż spadła z krzesła i wylądowała bezceremonialnie na tyłku. Zdjęcie wylądowało tuż obok, a chłopak wybuchnął szaleńczym śmiechem. – Super! – zdołał wydusić między kolejnymi napadami wesołości. Ginny patrzyła na niego kilka sekund ze złością, ale w końcu też się zaśmiała. Nieźle ją zrobił.

- A ja myślałam, że ma to po profesorze Blacku – stwierdziła z humorem.

- Obawiam się że tak. I to razem z pociągiem do rudowłosych – odparł James, mrugając do niej.

- Więc mówisz, ze interesuje się mną tylko z powodu moich włosów? – spytała wyzywająco Ginny, unosząc brew.

- Nie, ale założę się, że są wśród dziesięciu najważniejszych powodów – odparował James, unosząc brwi w górę i w dół.

- Wezmę to pod uwagę. Tak w ogóle jestem Ginny Weasley.

- James Potter, do usług, moja droga. A może powinienem ci mówić „Flirciaro"?

- Tylko on może mnie tak nazywać – ostrzegła Ginny, celując w niego różdżką. Postać na zdjęciu uniosła ręce w geście kapitulacji. Widząc, że zrozumiał jej punkt widzenia, odłożyła broń.

- Ostra jesteś, co? – spytał James, znów do niej mrugając. Ginny wywróciła oczami. Jak Lily z nim wytrzymywała? Jeśli przypominał choć trochę Harry'ego, a była pewna że tak jest, mogli się tak przekomarzać parę godzin, więc postanowiła zmienić temat.

- Jak on się czuje… Ale tak naprawdę?

- Potrzebuje po prostu odpoczynku, ale twoja wizyta może być dokładnie tym, co zaleciłby uzdrowiciel. Tylko nie szalej i nie rób z nim nic wymagającego wysiłku. Nawrzeszczeć na niego za jego lekkomyślność możesz jutro – doradził James głosem, który jak Ginny się wydawało, był naśladownictwem surowego tonu Lily, pokiwała głową ze zrozumieniem. Potem przechyliła głowę na bok z błyskiem w oku.

- Czyli szybkie bzykanko nie wchodzi w grę? – spytała ze śmiałym uśmiechem. Oczy Jamesa prawie wyskoczyły z orbit, a Ginny pękała ze śmiechu na dywanie, pokazując na niego palcem.

- Mam cię! To było bezcenne!

- Słusznie. Byłabyś niezłym Huncwotem.

- Już jestem. Znają mnie jako Furię – odparła Ginny, promieniejąc z dumy. James świsnął przeciągle z aprobatą.

Ginny podniosła się z podłogi i odstawiła zdjęcia na swoje miejsce. Zaczęła porównywać jak wyglądali wtedy profesorowie Lupin i Black w porównaniu z teraźniejszością. Dopiero wtedy dobrze przyjrzała się znajomemu czwartemu chłopakowi z fotografii.

- Kim jest ten niski chłopak na końcu? – spytała Jamesa i dostrzegła zakłopotanie w jego wzroku.

- To Peter, a co?

- Peter Pettigrew?

- Tak.

- Widziałam go wczoraj wieczorem w Zakazanym Lesie. Jest Śmierciożercą – powiedziała mu Ginny. James się skrzywił i opuścił głowę. Nagle połączył te fakty, które Harry mu powiedział z tymi, które celowo pominął. – To on was zdradził?

- Zawsze miałem nadzieję, że wydarli z niego tę informację siłą. Że nigdy by nas nie zdradził po tym, co razem przeszliśmy – w głosie Jamesa dominował smutek i żal. Ginny aż za dobrze znała ból, który powodowała zdrada kogoś zaufanego. James się otrząsnął i znów na nią spojrzał. – A co robiliście wieczorem w Zakazanym Lesie?

- Moja przyjaciółka pomagała mi trenować w formie animagicznej. Nadziałyśmy się na niego i jeszcze jednego Śmierciożercę. Razem z dwoma setkami Akromantul szykowali się do przeprowadzenia rytuału na ciężarnym jednorożcu.

- O rany, muszę usłyszeć tę historię – powiedział James, a Ginny usadowiła się na krześle.

Opowiedziała mu wszystko, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Szczerze mówiąc musiała to z siebie wyrzucić. Gdyby powiedziała Hermionie, zarobiłaby trzygodzinny wykład na temat tego, czemu w ogóle nie powinna się znaleźć w Zakazanym Lesie. Powiedzenie Jamesowi było czymś zupełnie innym. Słuchał uważnie, nigdy nie przerywał i nie osądzał jej działań. Jeśli już to był pod wrażeniem ich działań. Jeśli już komentował, to zawsze pozytywnie, czasem wręcz z zazdrością. Kiedy skończyła opowiadać, miała wrażenie, że znają się od lat.

- Na lewe jajo Merlina, Jaguar Burzowy to rewelacja! Oczywiście teraz nie możesz nawrzeszczeć na mojego chłopaka za bycie śmiałym i lekkomyślnym – powiedział. Ginny chciała zaoponować, ale powstrzymała się. Opuściła ramiona, ale i tak posłała mu jadowite spojrzenie. Dobry jest, kurczę.

- To by mnie uczyniło hipokrytką?

- Zrobiłaś co musiałaś, tak jak on. Tacy oboje jesteście.

- Cwaniak – odcięła się Ginny. Zmrużyła oczy, ale uśmiechnęła się do niego. Najkrótszy wykład, jaki w życiu otrzymała, ale jaki konkretny. Nawet się nie zorientowała nim było za późno.

- Jestem Huncwotem. Ale chyba zająłem ci już zbyt wiele czasu. Nie zwiałaś z lekcji, żeby pogadać ze mną, poza tym chłopak patrzy na nas już dziesięć minut z tym durnym uśmiechem – powiedział jej James. Mrugnął do niej i wskazał na łóżko. Obróciła się gwałtownie w tamtą stronę. Harry siedział z zadowolonym uśmiechem. Ginny zastanawiała się jak długo siedział i słuchał ich rozmowy. Odsunęła się od biurka i położyła fotografię frontem do blatu. To była prywatna sprawa między nimi dwojgiem.

Harry otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale powstrzymało go jej ostrzegawcze spojrzenie. Ona chciała prowadzić, a on zamierzał jej na to pozwolić. Stała w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co chce mu przekazać. Powoli na jej twarz wpłynął uśmiech, gdy zdecydowała wreszcie jak chce dalej postąpić. Wzięła głęboki wdech, zebrała cała swoją Gryfońską odwagę i zdjęła buty. Harry zrobił wielkie oczy, kiedy jej szkolna szata opadła na podłogę. Zrobiła kolejny krok naprzód i powoli zdjęła koszulę. Uśmiechnęła się, kiedy Harry nieświadomie oblizał wargi. Rzuciła ją gdzieś za siebie. Koronkowy, szmaragdowy stanik okrywał jej piersi unoszące i opadające się w nieco przyspieszonym oddechu. Tylko to zdradzało jak bardzo się denerwowała. Powoli zbliżyła się do skraju jego łóżka. Gdzieś po drodze wyszła ze spódniczki. Oczy Harry'ego prześliznęły się po jej pięknej twarzy przez jej zachęcającą, delikatną szyję. Potem piersi, skryte pod stanikiem koloru jego oczu i jej płaski brzuch. Ogarnął wzrokiem krągłość jej bioder i pasujące do stanika figi. Na końcu jego oczy spoczęły na jej kształtnych nogach.

Zaledwie kilka dni temu widział ją nagą, ale wówczas był to przypadek. Tym razem oboje robili to świadomie. Powoli jego oczy powędrowały w górę jej apetycznego ciała, aż znów napotkał jej spojrzenie. Ginny z rozbawieniem czekała, aż nacieszy się jej widokiem. Wyszczerzył się do niej, ani trochę nie speszony. Ginny poklepała policzek w geście zwycięstwa. Harry skinął głową, uznając jej sukces.

Powoli wczołgała się na łózko, a każdym ruchem celowo się z nim drażniła. Zatrzymała się, kiedy jego ciepły oddech wywołał mrowienie na jej wargach. Jej kolana spoczęły po obu stronach jego bioder. Przesunęła się lekko, aż jej pośladki spoczęły na jego kolanach. Oddzielał ich tylko koc. Ginny czuła, że skupiła na sobie jego całkowitą uwagę. Harry spróbował ją pocałować, ale z uśmiechem odsunęła się, aż usiadła wyprostowana. Sięgnął niezabandażowaną ręką, żeby jej dotknąć, ale ona ujęła ją w obie dłonie i spojrzała na niego stanowczo. Chciał jej dotknąć, poczuć jej ciało pod palcami. Desperacko potrzebował poczuć tę więź. Odgarnęła lok swoich włosów za ucho i przykazała mu spojrzeniem, by nie tracił cierpliwości. Potwierdził, zamykając na moment oczy. Podziękowała mu pełnym wdzięczności uśmiechem.

Ginny przeciągnęła ustami po opuszkach jego palców a potem poprowadziła jego dłoń do swojej odsłoniętej szyi. Poczuł jej puls, a ich spojrzenia się spotkały. Jej palce spoczęły na jego pulsie i zrozumiał, że ma na myśli życie. Poprowadziła jego dłoń w dół szyi, przez mostek, do doliny między jej piersiami, gdzie wyczuł jej bijące serce. Jej dłoń delikatnie prześliznęła się nad jego serce, aż włosy stanęły mu dęba. Wiedział, że to oznacza miłość. Łza spłynęła po jej policzku, gdy wzięła obie przyłożone do serc dłonie i przycisnęła je do siebie.

Ginny kochała, szanowała i podziwiała mamę Harry'ego, ale nie chciała jej życia. Nie chciała spędzić kolejnych szesnastu lat na patrzeniu w zdjęcia i wspomnieniach. Pragnęła gorącego ciała jej mężczyzny w łóżku obok niej. By mogli się śmiać, płakać, kłócić i kochać póki słońce nie wzejdzie. Wiedziała, że w tej wojnie stanął w pierwszej linii. Wiedziała, że jest samolubna, ale miała to gdzieś. Pragnęła mieć wszystko. Czy nie zasłużyła? Czy nie musieli znieść wystarczająco wiele gówna? A inni?

Harry skinął głową, jakby wiedział co ona myśli. Widziała zrozumienie w jego oczach. Przyciągnął jej dłoń do siebie i ucałował. Wiedziała, że nie może jej obiecać szczęśliwego zakończenia, którego z taką desperacją pragnęła, ale że poruszy niebo i ziemię, żeby to osiągnąć. Nachyliła się i pocałowała także jego dłoń. Bezgłośnie obiecali sobie walczyć o coś więcej niż tylko siebie. O swoją przyszłość.

Ginny zeszła z niego i wśliznęła się pod przykrycie. Przerzuciła przez niego jedną nogę, a rękę oparła na jego torsie, tak, żeby nie urazić żadnej rany. Oparła policzek na jego nagiej piersi i wciągnęła mocno powietrze. Po jej twarzy popłynęło więcej łez, ale uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nie obchodziło jej co podpowiada jej logika. Była w domu, jej serce czuło się jak w domu. Harry pocałował ją w czubek głowy i przyciągnął ją do siebie zdrowym ramieniem. Nie zauważyła łzy, która uciekła z kącika jego ust, ale i tak poczuła jego miłość. Nawet jeśli nie powiedzieli tych słów na głos, oboje znali prawdę w swoich sercach i to im wystarczało.


Od autora: Wiem, że czasami przesadzam, ale kto chciały czytać nudną scenę walki? Próbowałem coś nowego z tą cichą rozmowa Harry'ego i Ginny. Chciałem, żeby porozumieli się tylko tylko językiem ciała.


W następnym rozdziale:
- Pansy prosi Draco o pomoc
- Tonks vs. Dumbledore