Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 33

Artykuł w „Proroku" zadziałał dokładnie tak jak powinien, pomyślała Tonks, krocząc podczas patrolu korytarzem Hogwartu. Skeeter zatytułowała go „Krwawa Łaźnia w Posiadłości Carrowów". Tonks odmalowano jako altruistyczną bohaterkę, która nie szuka poklasku, lecz stawia na szali swoją karierę i życie, zamieniając się miejscami z sierotą i siostrzanym metamorfomagiem. Skeeter mogła trochę przegiąć, a jej parafrazy były nawet jak na nią nader kreatywne. Jednak efekty przeszły najśmielsze oczekiwania.

Huncowci byli wychwalani za wsparcie Ministerstwa w obaleniu Kręgu Niewolnictwa. Przyznano im zasługi nie tylko w pozbyciu się handlarzy, ale też w zniszczeniu niebezpiecznego szalonego klanu wampirów. Skeeter nie wymieniła nazwiska, ale napisała, że jeden z Huncwotów zadał przywódcy klanu decydujący cios Księżycowym Ostrzem. Niewielu zdawało sobie sprawę, że Księżycowe Ostrza to broń sukkubów oraz że wódz wampirzego klanu należał do Pradawnych.

Dziennikarka nie omieszkała zmieszać z błotem Dumbledore'a, który pozwolił Umbridge, znanej ze znęcania się nad nieletnimi, zabrać uczennicę z Hogwartu. Jej argumenty okazały się tak przekonujące, że nie skończyło się jeszcze śniadanie, gdy zaczęły przybywać wyjce. Niezłe przedstawienie. Szkoda, że Emma, Lily i Hary nie mogli tu być i się nim cieszyć.

Przyjaciele Emmy otoczyli Tonks, gdy tylko weszła do Wielkiej Sali i zasypali ją potokiem pytań, począwszy od „gdzie jest Emma?" po „kiedy wróci?". Wręczyła im liścik, który przekazała dla nich najnowsza latorośl rodu Potterów. Dzieciaki popędziły do stołu Gryffindoru, żeby go wspólnie przeczytać. Po minucie wrócili i cała grupą uściskali ją z taką energią, że miała problemy z oddychaniem. W przerwach między lekcjami każda z dziewcząt na liście przekazanej jej przez Greengrass podeszła do niej i podzieliła się swoją historią.

Jeszcze przed obiadem Dumbledore został wezwany przez Radę Nadzorczą. Skoro nie było go na terenie szkoły, Tonks mogła swobodnie rozmawiać z dziewczynami. Wybrała łazienkę Jęczącej Marty z oczywistych względów. Okazało się, że duch również niespecjalnie przepadał za Dumbledorem. Zapisała sobie w pamięci, żeby później z nią porozmawiać i zobaczyć jakie brudy może tu odkryć.

Rozmowy okazały się bardzo owocne. Wspomnienia zostały zebrane i wysłane do Madam Bones za pośrednictwem skrzata domowego Tonksów. Przy odrobinie szczęścia skończy swoją zmianę, zanim Dumbledore wróci. Udało jej się zebrać i prawie dotarła do granic szkoły, kiedy usłyszała grzmiący głos starego pierdziela, wzywającego ją do swojego gabinetu. Już w chwili, gdy weszła do biura, wiedziała, że nie są sami. Jej wzmocnione zmysły animaga powiedziały jej, że ex-auror Moody ukrywa się gdzieś w pomieszczeniu.

- Wzywał mnie pan, panie Dumbledore? – spytała Tonks, zakładając pukiel różowych włosów za ucho i ciągnąc dwukrotnie za małżowinę. Postronna osoba uznałaby to za tik nerwowy. Usta Dumbledore'a, skryte za białą brodą, rozciągnęły się w uśmiechu. Uznał, że kobieta się denerwuje, ale się mylił. Ten gest służył dwóm celom. Po pierwsze miał sprawić wrażenie, że Tonks bała się starego czarodzieja. Po drugie wezwać wsparcie. Każdy członek Rodu Blacków rozpoznawał to wezwanie o pomoc. Phineas Black opuścił swój zawieszony na ścianie portret, żeby porozmawiać z Lordem Blackiem.

- A tak, przepraszam, że musiałem cię zatrzymać. Na pewno wolałabyś wrócić do domu do swojego męża. Chciałbym tylko osobiście pogratulować ci uratowania Emmy Walker i ujawnienia złowrogiego spisku Dolores. Niestety Umbridge posiadała dokumenty, z których wynikało, że jest magicznym opiekunem dziewczynki. Niestety prawo związało w tej sprawie moje ręce – rzucił jej tą samą wymówkę, którą przez ostatnie cztery godziny próbował się usprawiedliwiać przed Radą Nadzorczą. Tonks wydawało się, że usłyszała jakiś żal w jego głosie, ale nauczyła się już, że jego słowa należy traktować z dużą ostrożnością.

- Owszem, poszczęściło nam się – odpowiedziała skromnie. Jeśli chciał tak grać, mogła zagrać razem z nim. Nawet jeśli nic innego jej to nie da, przynajmniej kupi jej czas do przybycia odsieczy.

- Co prawda twoja skromność stanowi cechę godną podziwu, jednak nie sądzę, żeby szczęście miało z tą kwestią wiele wspólnego, pani Lupin. Ośmielam się przypuszczać, że panna Weasley zgodziłaby się ze mną w tym temacie. Masz niezwykły dar przychodzenia z pomocą czarownicom w potrzebie. Ciekaw jestem jakim cudem zawsze wiesz, gdzie ta potrzeba następuje? – spytał Albus, jakby chodziło o zwykłą, lekką ciekawość, ale Tonks zdawała sobie sprawę, że prawda jest zupełnie inna. Jak to mawiali mugole, zarzucał przynętę, ale ona nie zamierzała połknąć haczyka.

- Te osoby nazywają się informatorami, a ich tożsamość nie powinna pana zajmować, dyrektorze. Chyba, że zapomniał pan, że jestem aurorem? – odparła Tonks głosem, który jak miała nadzieję, był dyplomatyczny. Usiłowała mu także przekazać, że nic z niej w tej sprawie nie wyciągnie. Zauważyła też, że Phineas wrócił w ramy swojego portretu i trzykrotnie pociągnął za brodę. To znaczyło, że za trzy minuty przybędzie wsparcie. No to jedziemy!

- Rozumiem – rzekł Albus sztywno. Wiedział, że z jej dziedzictwem próba wniknięcia do jej umysłu jest bezcelowa. Musiał uzyskać te informacje w jakiś inny sposób. W taki czy inny sposób Dumbledore zamierzał poznać te nazwiska jeszcze przed końcem dnia. Jeśli jego podejrzenia były słuszne, kobieta była w taki czy inny sposób powiązana z Huncwotami. Mogła nawet do nich należeć. A jeśli tak, to pani Lupin zapłaci cenę za swoją zdradę.

Jeśli to oni powiedzieli jej, gdzie więziona jest Ginny Weasley, mogli również stanowić część ekipy, która odbiła dziewczynę. Zawsze trudno mu było zrozumieć jakim cudem Tonks w pojedynkę przeniknęła do Dworu Lestrange'ów i ocaliła młodą Ginewrę. A to potwierdzałoby, że ta tajna grupa istnieje od dawna, a dopiero teraz postanowiła się ujawnić.

- Widzę dla ciebie świetlaną przyszłość wśród aurorów. A właściwie przewiduję, że pewnego dnia przejmiesz pozycję Madam Bones jako dyrektora Departamentu… oczywiście ze wsparciem właściwych przyjaciół – dodał gładko. A więc tak to chce rozegrać. Wisiała Lily galeona. No dobrze, chętnie się z nim zabawi.

- W moich żyłach płynie krew Blacków, dyrektorze. Wiem jak grać w tę grę. Czego moi przyjaciele by ode mnie wymagali?


Wyczerpana Bellatrix opadła na krzesło. Wymalowanie run na ciele Jamesa zajęło jej cała noc i pół dnia. Mogłaby oczywiście wziąć kogoś do pomocy i skrócić ten czas o połowę, jednak postanowiła tego nie robić. Jeśli uda jej się rzeczywiście pokonać śmierć, to ten zaszczyt ma przypaść jej i tylko jej. Zagarnie też nagrodę, która spoczywała na stole po jej lewej.

Kiedy Czarny Pan po raz pierwszy nakazał jej ożywić ciało Jamesa Pottera, potraktowała to jako wyzwanie. Potem dowiedziała się, że będzie musiała urodzić dziecko martwego mężczyzny. A dokładniej syna. Nowego i prawowitego Lorda Pottera, a nie jakiegoś bękarta półkrwi zrodzonego ze szlamowatej kurwy. Jako jego matka będzie miała wszelkie przywileje wynikające z tego tytułu, póki jej syn nie osiągnie pełnoletności, by go przejąć. A skoro jej kuzyn zdrajca krwi nie posiadał potomka z prawego łoża, będzie mogła zgarnąć także tytuł Lorda Blacka po jego zgonie. Skorzysta z mocy wszystkich sojuszy, na które tak ciężko pracowali.

Zanim do tego dojdzie, obecni Lordowie Black i Potter poniosą najbardziej okrutną i brutalną śmierć, jaką mogła sobie wyobrazić, a jej wyobraźnia w tej materii była bardzo kreatywna. A kiedy znikną jej obrońcy, Lily Potter poczuje pełną moc niczym nie ograniczonej pomsty, którą Belatrix na niej wywrze. Od samego myślenia o tym poczuła przyjemny dreszcz. Najpierw kompletnie zniszczy reputację tej kobiety w oczach Wizengamotu i opinii publicznej. Do tego zatrudniła już Pansy Parkinson. Dziewczyna była ambitna i posiadła taką samą pogardę dla ograniczeń nakładanych przez konformistów. Kiedy skończą ze szlamą, artykuły Skeeter wydadzą się jej niewinną ploteczką.

A kiedy Wizengamot ujrzy w Potter rozpustną kokietę, jaką w rzeczywistości była, żądania Bellatrix nie napotkają żadnego oporu. Lestrange odbierze Potter jej dom, złoto, a w końcu także jej obrzydliwe życie. Jednak wcześniej Bellatrix będzie miała przyjemność torturowania tej rudowłosej dziwki, aż zacznie błagać o śmierć, tak jak robiła to ta przeklęta dziewczyna Weasleyów. A potem pozwoli zająć się nią nowym rekrutom. To co zostanie wykorzysta na składnik do eliksiru. Severus dostanie prezent świąteczny. A ludzie mówią, że nie ma poczucia humoru.

Jednak wszystko zmieniło się, gdy zaczęła spędzać czas ze swoim Jamesem. Tak łatwo się z nim rozmawiało, a on nigdy jej nie krytykował i nie osądzał, jak robił to jej zmarły mąż. Nie wywracał oczami, gdy przychodziły jej do głowy genialne pomysły, wykraczające nieco poza granice ogólnie przyjętej etyki. Przyjmował ją taką, jaka była i nigdy nie naginał do swojej woli. Rozmawiał z nią, ale w tak prywatny sposób, że nie słyszał go nikt poza nią. Podejrzewała, że to dlatego, że jej umysł wyrwał się z okowów więżących wszystkich innych ludzi. Dzięki temu ich związek był dla nich jeszcze bardziej wyjątkowy. Nawet Czarny Pan nie potrafił jej tak zrozumieć i zaakceptować jak James. Sprawi, że wróci do życia jeszcze wspanialszy niż wcześniej. I będą razem, tak jak im to od zawsze przeznaczone. Bellatrix nie zamierzała pogodzić się z niczym innym.

Lestrange mogła czasami się łudzić, ale nie traciła realizmu. Jej ścieżka nie będzie łatwa i doskonale to wiedziała. Zdawała sobie sprawę, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że James który powróci wciąż będzie kochał tę okropną kobietę. Wierzyła jednak, że jej prawdziwa miłość skieruje go na właściwą ścieżkę. Czuła się w obowiązku wyrwać Jamesa z okowów, które nałożyła na niego tamta baba.

Musiała zadać sobie pytanie: jak zabić miłość? Odpowiedź nadeszła do niej znacznie szybciej niż oczekiwała. Musisz ujrzeć na własne oczy, jak obiekt twojego pożądania zdradza cię z twoim największym wrogiem. A potem dodać upokorzenia, kiedy legnie z kimś, kto podobno był twoim najlepszym przyjacielem. Jeśli James zabiłby po tym Syriusza, otrzymałaby piękną premię.

Miała wystarczająco krwi Pradawnego wampira, żeby zakończyć pierwszy etap rytuału. Nie pragnęła niczego więcej, jak naciągnąć na siebie koc i odpłynąć w długo odkładaną drzemkę. Jednak powstrzymała się pod wpływem rżenia dobiegającego z sąsiedniego pomieszczenia. Na początku była wściekła, że Glista nie ma na tyle jaj, żeby wykonać jedno proste zadanie. Czy naprawdę ona musiała robić wszystko sama? Jednak kiedy się nad tym zastanowiła, istniały pewne korzyści z posiadania żywego jednorożca.

Przy obecnym rozmiarze Jamesa będzie potrzebowała jeszcze wód płodowych przynajmniej dwóch dodatkowych ciężarnych jednorożców do drugiego etapu. Kreatywny i bardzo rygorystyczny Urok Wiążący będzie niezbędny, ale wyeliminuje konieczność łamania Dwunastego Magicznego Prawa Natury. Miesiąc w brzuchu jednorożca wypełni dwa wymogi jego zmartwychwstania. Bellatrix spojrzała na rytuał, który stworzyła i ponownie odczytała jego słowa:

UKOCHANA NIEŚMIERTELNOŚĆ
Krew Pradawanego, by ożywić ciało.
Czystość nienarodzonego, by naładować rdzeń.
Dusza Męczennika przywrócona Upadłemu.
Życiodajny nektar Błogosławionego, by wszystko to związać.
Prawdziwy Lord Potter ponownie powstanie.


Kiedy Draco szedł do Lochów Slytherinu, ktoś wciągnął go do klasy i rzucił plecami na drzwi. Zachłanne usta przycisnęły się do jego warg, a agresywny język go zaatakował. Paznokcie wpijały się w jego pierś i upuściłyby krwi, gdyby nie koszula. Niecierpliwa dłoń rozpięła rozporek i zanurkowała w poszukiwaniu swojego celu. Stanowczym, doświadczonym chwytem w ciągu kilku sekund postawiła jego sprzęt do pionu. W klasie panowały ciemności, ale nie potrzebował światła, żeby wiedzieć, że to nikt inny jak Pansy Parkinson. Nie po raz pierwszy porwała go do takiego tańca.

Świetnie znał jej upodobania w zakresie potrzeb cielesnych. Kiedy byli parą, balansowała na granicy nimfomanii. Nic więc dziwnego, że odszukała go, by zrealizować te potrzeby. Miała pewne fetysze, które wywołałyby ostracyzm towarzyski, gdyby inni czarodzieje czystej krwi się o tym dowiedzieli. On potrafił je realizować i dotrzymał jej sekretów, nawet kiedy ona się od niego odsunęła. Nie miał jej tego za złe, na jej miejscu postąpiłby tak samo. Nie żeby specjalnie mu na tym zależało. W ich związku nigdy nie chodziło o uczucie, raczej o strategię i pozory. Niemniej jednak jeśli chciała się porządnie pieprzyć, nie miał nic przeciwko.

Zaczęła schodzić w dół, mieszając pocałunki, paznokcie i okazjonalne ugryzienia. Delikatna mieszanka tych trzech doznań zawsze wzmagała w nim namiętność. Wiedział, że to słabość, ale w tej chwili nie obchodziło go to. Uklękła przed nim i nie tracąc czasu wzięła go do ust. Już po chwili przypomniał sobie, jaką miała w tym wprawę. Malfoy jęknął z rozkoszy, opierając potylicę o drzwi i ciesząc się jej niezwykłym przywiązaniem do detali. Czy to ona tak dobrze wiedziała co on lubi, a czego nie, czy raczej on przyzwyczaił się do niej? Czy w tej chwili miało to jakiekolwiek znaczenie? Powoli jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, w miarę jak Pansy doprowadzała go do szczytowania. Wiedział, że lubiła połykać z jakiegoś znanego tylko jej powodu, ale preferowała, żeby najpierw ją ostrzegł. Kiedy pierwszym razem tego nie zrobił, część wystrzeliła jej nosem. Jasne, trochę go to rozbawiło, ale w jej mściwej naturze nie było nic śmiesznego. Raz mu wystarczyło. Sięgnął w dół i złapał jej włosy, żeby ją ostrzec, ale ich tekstura była niewłaściwa. Draco gwałtownie spojrzał w dół i ujrzał, że trzyma w dłoni ciemnorude włosy zamiast znajomych kruczoczarnych.

- CO JEST, KURWA?! – sapnął Draco. Chwycił mocno ogniste włosy i mocno szarpnął w tył. Kiedy wyskoczył z jej ciepłych ust usłyszał mokre pyknięcie. Nie potrafił ukryć szoku, kiedy ujrzał uśmiechającą się do niej chytrze Lily Potter. Wstała, zrobiła krok w tył i zawirowała, kołysząc się uwodzicielsko. Energicznie klepnęła się w pośladek i pokręciła tylną częścią ciała. Jego oczy mówiły mu, że stoi przed nim Lily Potter, ale wiedział bez cienia wątpliwości, że to zamaskowana Pansy Parkinson.

- Jestem niegrzeczną nauczycielką, ukarz mnie – zagruchała i nawet jej głos brzmiał jak profesor Potter. Jej przebranie nie było pozbawione wad, ale jeśli chciała się zabawić w odgrywanie ról, nie miał nic przeciwko. Uderzył ja wierzchem dłoni na tyle silnie, że upadła na podłogę, a z rozbitych ust zaczęła sączyć się krew.

- Nie martw się, szlamo, wiem jak ukarać takie obrzydliwe paskudztwo jak ty – warknął Draco.

Podniósł ją za włosy i pociągnął za sobą przez klasę. Przerzucił Potter przez biurko i zadarł jej spódniczkę na głowę. Zerwał z niej figi i wepchnął jej do ust. Potem zatrzymał się na moment i przyjrzał się krągłościom tyłka Lily Potter w świetle księżyca wpadającego przez okno. Potem uderzył ją w lewy pośladek na tyle mocno, by pozostawić czerwony odcisk dłoni, nawet jeśli tylko na kilka chwil.

Draco wiedział, że to co robi jest złe. Ta kobieta nie okazałą mu niczego poza dobrocią i szacunkiem. Zasłużyła na to samo z jego strony. Chwila! Skąd do cholery wzięła się ta myśl!? Potrząsnął głową, żeby się jej pozbyć. To nie była Potter tylko Parkinson, która właśnie takie zabawy lubiła. Jego rozterki zostały szybko zagłuszone, gdy w jego nastoletnie ciało uderzyła dawka hormonów wywołujących pożądanie. Przez następne pół godziny grali w jej grę, a Draco wiedział, że jakaś jego część się tym cieszyła. Odczuwał przyjemność, gdy miał kontrolę. Być może to jedyny element jego życia, kiedy ją posiadał.

- Parkinson, zechcesz mi powiedzieć jakim cudem stałaś się Potter? – spytał pomiędzy kolejnymi ciężkimi oddechami. Musiał wiedzieć co ona knuje, a poważnie wątpił, żeby sprowadzało się to tylko do zabawy. A jeśli tkwiło w tym coś więcej, musiał to wiedzieć. To niezbędne, żeby zdecydował jak to rozegrać. Nazwisko Malfoyów znaczyło tyle co kupa gówna. Wydziedziczony czy nie, pozostawał Blackiem. Powtarzał sobie, że robi to, żeby wkupić się w łaski Lorda Blacka. Jednak prawdę mówiąc wypełniało go poczucie winy, tak mu obce, jak wszechogarniające. Czy ta cholerna kobieta nałożyła na mnie urok, kiedy mnie leczyła?

- Skąd wiedziałeś? – spytała Pansy, niezdolna ukryć niepokoju.

- Ja pytałem pierwszy – odparł Draco. Nie zamierzał jej dać niczego za darmo, a ona powinna to wiedzieć.

- Dobrze! – warknęła sfrustrowana. Nigdy nie potrafiła oszukać Malfoya, a poza tym nie bez powodu go złapała. Myślała jednak, że sprośny seks nieco go zmiękczy. – Rozkazy. Najpierw miałam sprawdzić czy Snape jest lojalny. Potem zniszczyć reputację Potter. I jak mi idzie póki co?

- To zależy. Odkryłaś czy Snape jest lojalny?

Draco znał ją na tyle, by wiedzieć, że lubi się przechwalać. Zwłaszcza kiedy wydawało jej się, że wygrywa. Zamierzał wykorzystywać tę jej słabość tak długo, jak tylko zdoła. A niewerbalne zaklęcie przymusu, którym po kryjomu ją poczęstował, jeszcze nasiliło ten efekt.

- Powiem ci, że ten stary napalony zboczuch naprawdę ma na nią ochotę. Nawet ma jedną z jej szczotek do włosów. A jak myślisz, czego użyłam, żeby się nią dzisiaj stać?

Nawet pod wpływem zaklęcia Pansy zorientowała się, że powiedziała za dużo i na jej twarzy pojawił się niepokój.

- Wyluzuj Parkinson, to twój balet. Ale kiedy będziesz odbierać nagrodę, chcę udziału za swój wkład. Uwierz mi, nie chcesz popełnić tego samego błędu co ja. Będziesz potrzebowała obiektywnej opinii i pary oczu z tyłu głowy. Widziałaś co się tutaj dzieje. A może dalej masz mi za złe, że skasowałem cię za odzyskanie twojej różdżki?

- Nie, to akurat szanuję. Nie oczekiwałabym czegoś innego od Ślizgona. Nie powinniśmy lekceważyć Greengrass. Lord Black jasno pokazał, że nie wolno jej tknąć. Crabbe i Goyle wiele zapłacili za brak tej wiedzy.

- Więc też nie kupujesz tych pierdół z zakazaną miłością?

- Kurwa, proszę cię, pieprzyłam ich obu. Chyba bym zauważyła, gdyby w sekrecie woleli facetów. Zabić ich to jedno, ale tak kompletnie zniszczyć ich reputację… Pomyślałby kto, że stoi za tym Ślizgon – podsumowała Pansy. Nie powinni próbować gwałcić Greengrass, pomyślał Draco. Dobrze to ukrywała, ale on potrafił to przejrzeć.

Kiedy Draco zorientował się w prawdziwych zamiarach Crabbe'a, wysłał Blackowi anonimową informację. Nienawidził gwałcicieli. Zrobił w przeszłości wiele nagannych rzeczy, ale tej linii nigdy nie przekroczył. Wydawało mu się, że Crabbe i Goyle czegoś się nauczą, ale wyglądało na to, że w tej kwestii byli równie głupi jak co poniektórzy Gryfoni. Daphne na to nie zasłużyła i był zły, że dał im środki, by mogli ją zaatakować.

Lord Black im zagroził, a oni i tak ją zaatakowali. Zaczynał się zastanawiać, czy nie dostali w tej sprawie jakichś rozkazów z góry, żeby zrobić z niej odstraszający przykład. Wtedy niedoszły gwałt byłby tylko wisienką na torcie. Przeklął się w myślach, gdy zrozumiał, jakim był niedomyślnym idiotą. Przecież jej mama miała dostać Order Merlina za jej udział w bitwie na Ulicy Pokątnej. Wszystko trzymało się kupy. Nie była zdrajczynią krwi. Jeśli wierzyć Prorokowi Codziennemu, broniła jedynie swoich dzieci. Musiał pogadać z Daphne. Dziewczyna pewnie już to rozgryzła, ale dla własnego spokoju sumienia musiał ją ostrzec.

- Pytałam skąd wiesz, że to ja? – spytała Pansy, gdy zobaczyła, że Draco pogrążył się w rozmyślaniach. Wiedziała, że jest bystry i stanowił oczywisty wybór na partnera. Nie zamierzała mu ufać, więc potrzebowali znaleźć jakiś punkt równowagi, żeby to wyszło.

- Po pierwsze ta kobieta nie jest szmatą i ma za dużo szacunku do samej siebie, żeby robić to z uczniem. Po drugie przeleciałem cię wcześniej parę razy. Masz w tym zakresie charakterystyczne… pragnienia. Po trzecie i najważniejsze, nasza nauczycielka Zaklęć dobiega czterdziestki, a ta wersja wygląda jakby dopiero skończyła dwadzieścia lat – odpowiedział Draco. Ku jego zaskoczeniu zabrzmiało, jakby szanował tę kobietę. Mógł tam dorzucić jakąś szlamę dla niepoznaki. Miał nadzieję, że Parkinson się nie połapie.

- SZLAG! – zaklęła Pansy. – Magicznie zakonserwowane czy nie, to i tak stare włosy. Oczywiście, że Wielosokowy tak działa. Powinnam się zorientować.

Widać było wyraźnie, że potrzebuje Draco, żeby to wyszło. Jednak nie musiała mu tego mówić, jeszcze przyjdzie mu coś głupiego do głowy. Najlepiej gdyby pokazała się jako hojna, nie zdesperowana.

- Dobra, Draco, pozwolę ci zostać moim asystentem, ale nie powiem ci nic ponad to co musisz wiedzieć, póki nie upewnię się, że przy pierwszej okazji nie pchniesz mnie nożem w plecy, żeby samemu wyglądać lepiej – powiedziała mu z typowo ślizgońską podejrzliwością.

- Pamiętaj tylko, żeby uznać moje zasługi, tam gdzie powinnaś je uznać – zgodził się Malfoy. Będzie musiał tańczyć tak, jak ona zagra. W swoim czasie powie mu wszystko, a wtedy reguły gry się zmienią.

- W takim razie po pierwsze musimy zdobyć świeższe włosy. Ciągle mogę wykorzystać te, które mam, ale to może poczekać.

Pansy wiedziała o oszczerczej kampanii Skeeter wobec Potter sprzed lat, więc zdjęcia mogły pochodzić z dowolnego czasu. Nie była jeszcze gotowa na zrezygnowanie ze swojej potencjalnej kopalni złota.

- Będziemy musieli włamać się do jej biura.

- Dlaczego nie do pokoju? Mamy większą szansę na znalezienie włosów w miejscu, gdzie przebywa prywatnie.

- Już tego próbowałam. Zupełnie jakby tam nie mieszkała – sapnęła sfrustrowana Pansy. – Nic nie rozpakowała, żadnych zdjęć na ścianie, ciuchów w garderobie, a łazienka nieskazitelna.

- Ma kufer?

- Tak, kopało mnie przy każdej próbie otwarcie – odpowiedziała Pansy. W tym momencie przyszło jej do głowy, że Potter pewnie ma jeden z tych kufrów z wbudowanym mieszkaniem. To by wyjaśniało skąd zabezpieczenia na kufrze, a nie na drzwiach kwatery. – Sprytny jesteś Draco. A ja już myślałam, że jesteś tylko ładną buźką.

- W takim razie zostaje jej biuro. Pewnie chronią je osłony. Skoro tyle lat się ukrywali, pewnie teraz to dla nich druga natura.

Znów Pansy zaskoczyło jak wiele wie o nich Draco. Ten zauważył jej minę i dodał:

- Znaj swojego wroga.

To zadowoliło jej sceptyczną naturę.

- Kiedy pierwszy raz próbowałam wejść do jej biura, obaliło mnie na tyłek, ale chyba to rozgryzłam – powiedziała mu Pansy, gdy szli do gabinetu Lily Potter. Podeszła do drzwi i złapała za klamkę. Ku jej uldze obróciła się bez problemów. – Wiedziałam! Osłony są oparte na jej osobie. W tej postaci mogę wejść. Draco, lepiej weź mnie za rękę, jeśli chcesz iść ze mną – z emocji aż podskakiwała. Czysta Krew – Szlamy 1:0. Wyciągnęła dłoń do Draco. Ujął ją szybko i weszli przeszukać jej biuro.

- Mam jakieś dziesięć minut zanim skończy się działanie eliksiru, więc się streszczaj – ostrzegła Pansy nim zaczęli poszukiwanie. Po pięciu minutach wciąż nie mieli niczego pożytecznego. Draco miał właśnie otworzyć szufladę biurka, kiedy coś wpadło mu w oko. Na zdjęciu stojącym na półce jego mama bawiła się z zielonookim, czarnowłosym chłopcem. Naprzeciwko nich znajdowała się Lily Potter i całowała po brzuchu rocznego Draco. Roczny Malfoy chichotał jak głupi, a nastoletniemu cała krew odpłynęła z twarzy. Miał problem z oddychaniem. Wszystko co, jak mu się wydawało, wiedział o świecie, właśnie się waliło wokół niego. Tysiąc myśli przebiegało na raz przez jego głowę. Jedna prawda rozświetlała mrok zapadający w jego głowie. Lily Potter przyjaźniła się z jego mamą.


- CZEGO ODE MNIE CHCESZ?! – wrzasnęła Tonks na Dumbledore'a, a jej włosy przybrały kolor jej nabiegłej krwią twarzy. To powinno wystarczyć staremu czarodziejowi za ostrzeżenie, że posunął się za daleko w swoich pomysłach. Jednak jeśli przyszło mu to do głowy, zignorował to, albo uznał za mało istotne. Jak zwykle logiczna strona jego psychiki brała małą poprawkę, o ile w ogóle jakąś, na ludzki czynnik równania. Najczęściej uznawał, że branie pod uwagę kwestii moralnych to marnotrawstwo jego czasu, energii i mocy. Urodził się w innej epoce, nawet w innym stuleciu. Wartości jego pokolenia uważano za przebrzmiałe, a to pozostawiało u niego spory niesmak. On sam poświęcił tak wiele dla większego dobra. Miał nadzieję, że przykład, którym służył, zainspiruje innych do podobnego postępowania, ale najwyraźniej w tej generacji brakowało odpowiedniego poczucia obowiązku.

Neville stanowił świetny przykład nowego samolubnego, hedonistycznego i wykazującego ogromny brak szacunku pokolenia czarodziejów i czarownic. Chłopak miał do odegrania swoją rolę w zniszczeniu Voldemorta, niestety póki co musiał dogadzać temu beksie, póki nie spełni swojego zadania. Jego obecnym pragnieniem okazał się nie kto inny jak Ginewra Weasley. Obsesja chłopaka na punkcie tej dziewczyny zaczynała stanowić problem. Za kilka lat mogła nawet doprowadzić do tragedii, jeśli nic na tym polu nie ulegnie zmianie. Na szczęście powątpiewał czy Neville dożyje końca roku. Jednak zanim wykona swój obowiązek niezbędne było, by posiadł dziewczynę Weasleyów.

Choć fałszywy Kontrakt Długu Życia był w tej chwili bezwartościowy, Albus wiedział, że jeśli wszystkie strony podpiszą go dobrowolnie, nabierze wiążącej magicznej mocy. Augusta mogła nie znosić dziewczyny, ale wiedziała, że dziecko zapewni jej sojusz z rodziną Weasleyów. To, czego brakowało im w złocie i politycznych wpływach, nadrabiali liczebnością i czystą mocą magiczną. Jeśli dziewczyna przypominała matkę, mogła powić Neville'owi wiele dzieci, które uczynią rodzinę Longbottomów potężną. Dumbledore wiedział, że starucha negocjuje już kontrakty małżeńskie z kilkoma bardziej odpowiednimi dziewczynami czystej krwi. Pamiętał jak narzekała, że rodzina Greengrassów odrzuciła bez zastanowienia jej nader hojną ofertę. Plotka głosiła, jakoby Lady Greengrass domagała się Magicznej Przysięgi od jej narzeczonego, że żadne z ich dzieci nie zostanie zmuszone do zawarcia kontraktu małżeńskiego, nim go poślubiła.

Molly nie stanowiła problemu, niezmiernie ufna i łatwa do zmanipulowania, co udowodnił lekkomyślny wyjec wysłany Lordowi Potterowi. Żadna racjonalna czarownica nie przekroczyłaby tej linii. Konsekwencje podobnej obrazy wobec Lorda byłyby szybkie i dotkliwe. Jednak Molly znano z tego, że nie myślała zbyt racjonalnie, jeśli w grę wchodziły jej dzieci. Kilkoma rzuconymi mimochodem komentarzami na ostatnim spotkaniu Zakonu rozwścieczył Augustę do tego stopnia, że ta werbalnie zaatakowała Molly. A ta w odpowiedzi zachowała się dokładnie tak, jak to przewidział.

Spodziewał się wyjca skierowanego do Pottera. Oczekiwał, że odrobina publicznego upokorzenia skłoni go do odrzucenia Ginny, a ta od razu poszuka pociechy w ramionach Neville'a. Nie przewidział jednak, że młody Lord to po prostu wyśmieje. Zamiast wbić klin między tą dwójkę, jedynie wzmocniło to więzi łączące parę. Kłopotliwy młody Lord nie przybywał obecnie w Hogwarcie i spodziewano się go dopiero w niedzielę wieczorem. Będzie musiał uderzyć, kiedy młokos zajmuje się sprawami swojego Rodu.

Artur będzie stanowił problem. Nigdy nie chciał pogodzić się z pomysłem, że jego córka mogłaby mieć wobec Longbottoma jakikolwiek dług. Gdyby nie zaklęcie przymusu, które teraz trzeba było odnawiać rokrocznie, mężczyzna zabrałby się do dogłębnego zbadania całej sprawy. Dumbledore'owi nie sprawiłoby przyjemności kompletne usunięcie mężczyzny z równania, ale mogło okazać się złem koniecznym, by zabezpieczyć kłopotliwą dziewczynę. Sprawiłoby również, że Molly stałaby się od niego bardziej zależna.

Ginewra Weasley była zbyt potężną czarownicą, żeby pozwolić jej biegać samopas, albo co gorsza pod kontrolą Pottera. Albus musiał zdobyć nad nią kontrolę i to tak szybko jak to tylko możliwe. Testament, do którego podpisania skłonił Neville'a podstępem, w zamian za przywrócenie Prawa Odnowy Rodów z 1265 r., gwarantował mu wszystkie posiadłości Neville'a, w skład których wchodziły także konkubiny i niewolnicy. Choć panna Weasley wyrastała na bardzo pociągający egzemplarz płci niewieściej, niemniej jednak potrzeby ciała opuściły Dumbledore'a ponad cztery dekady wcześniej. Jednak okazało się to błogosławieństwem, bo bez tych pragnień potrafił przelać więcej energii w swoją magię. Dla Albusa Dumbledore'a magia była wszystkim. I to właśnie magię Ginny Weasley chciał posiąść.

Dzięki użyciu Veritaserum Albus zdołał wyciągnąć animagiczną postać dziewczyny od Minervy. Żałował konieczności użycia tego sposobu na starej przyjaciółce, jak również późniejszego wymazania jej pamięci. Okazało się to jednak niezbędne, żeby osiągnąć cel. Kontrola nad Jaguarem Burzowym uczyniłaby go niepokonanym. Teraz tylko musiał przekonać panią Lupin co do mądrości swojego żądania.

- Nimfadoro, musisz się uspokoić i posłuchać głosu rozsądku – zaapelował do młodej metamorfomag Dumbledore. Nie przyniosło to pożądanego przez niego rezultatu.

- Powtarzałam panu mnóstwo razy, żeby mnie tak nie nazywać! – warknęła na niego. Nie potrafiła ogarnąć arogancji tego mężczyzny. A miała taki dobry dzień, póki nie wezwał jej do biura. Właściwie wczorajszy wieczór też był całkiem fajny, jeśli nie liczyć walki o życie przeciwko Klanowi szalonych, spragnionych krwi wampirów. To że Harry prawie umarł po walce z Pradawnym też nie było miłe, ale na szczęście znaleźli fiolkę w ciemnościach. Lily prawie zamordowała Slughorna za zrobienie z Harrym tego eliksiru. Można używać akademickiej ciekawości w roli wymówki ograniczoną liczbę razy. Tej dwójki naprawdę nie można było zostawiać samych w okolicy kociołka. Wszyscy spodziewali się, że Lily zaraz znów przyjmie formę hybrydową. Staruszek miał szczęście, że opracował też drugi eliksir mający naprawiać skutki zażycia tego pierwszego.

Kiedy doprowadzili Harry'ego do porządku odszukała męża i zafundowała im z dawna zaległą rozmowę. Ograniczyła się jednak do kilku gniewnych pomruków i mnóstwa naprawdę ostrego seksu. Pieprzona pełnia! Nie mogła do końca normalnie chodzić i miała nadzieję, że ślady paznokci na jej tyłku nie zostawią blizn. Ogólnie jednak noc była super

- Proszę o wybaczenie, Tonks.

- Nie! Po tym o co mnie pan poprosił, stracił pan do tego prawo! Wyjaśnijmy sobie tu jedną rzecz! Nie będę się kurwiła dla pana, Zakonu Feniksa ani pana wspaniałego większego dobra. Proszę dać mi jeden dobry powód, dla którego miałabym nie zrezygnować z członkostwa w Zakonie Feniksa tu i teraz!

- Tonks, myślałem, że leży ci na sercu dobro panny Weasley? – spytał Albus, udając troskę o dziewczynę. Czy ten dupek naprawdę usiłuje wzbudzić we mnie poczucie winy? Żenujące!

- Bo leży. Proszę mi wyjaśnić jak to wiąże się z pana rozkazem, żebym zdradziła męża, złamała moją przysięgę małżeńską i uwiodła Harry'ego Pottera?

- Nie wymagam od ciebie, żebyś złamała przysięgę małżeńską, a jedynie żebyś rozbudziła pragnienia chłopaka, żeby panna Weasley zobaczyła jakim łotrem jest w rzeczywistości. Rozumiem, że niedawno walczyliście ramię w ramię na Ulicy Pokątnej. Braterstwo pola bitwy to jedna z najsilniejszych i najbardziej trwałych istniejących więzi. Nie powinno być zbyt trudno z tego skorzystać– zauważył Dumbledore. Tonks miała wrażenie, że dyrektor zdaje sobie sprawę, że kobieta jest mocniej związana z Harrym niż dawała po sobie poznać. Będzie musiała rozegrać to bardzo ostrożnie. Wiedziała, że Dumbledore, tak jak Slughorn, lubił zbierać swój własny zestaw żyjących i oddychających czarodziejskich szachów. Jeśli miała stać się bezcenna dla niego, musiała sprawić, żeby zobaczył w niej kogoś więcej niż pionka. Królowa Czarnych jej zdaniem bardziej do niej pasowała. Jednak zanim do tego dojdzie, nie mogła wypaść ze swojej roli, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

- Czyżbyście razem z Nevillem Logbottomem sprawili tej biednej dziewczynie za mało cierpień w życiu? – oskarżyła go. Musiała pokazać swoją wartość i sprawić, żeby zaczął myśleć, że ją urabia.

- Na dłuższą metę tak będzie dla niej dużo lepiej, zapewniam cię – skłamał Albus z jedynie cieniem żalu.

- Tak jak na dłuższą metę lepsze było modyfikowanie jej umysłu i podawanie eliksirów miłosnych, żeby Neville Longbottom mógł mieć dziewczynę? – zakpiła Tonks i ucieszyło ją zaskoczenie w oczach Dumbledore'a.

- Jak ty… - zaczął Albus, ale Tonks szybko mu przerwała.

- Nie żeby ona była jedyną dziewczyną w szkole, której się to przytrafiło. Tylko po to, żeby Neville mógł sobie zaspokoić swojego Wybranego Fiuta. Po prostu Ginny jako jedyna zdołała zachować przy tym cnotę. Zawsze mnie zastanawiało jak jej się to udało – skończyła z uśmiechem, widząc jak jego zdumienie przeradza się w niepokój. Jeśli się nie myliła, było tam też trochę szacunku. Wyglądało na to, że miała jego uwagę.

- Jej siła woli jest nadzwyczajna. Nie jestem pewien czy to kwestia dziennika Toma czy to związane z tym całym „siódme dziecko i pierwsza dziewczynka od siedmiu pokoleń". Obie teorie mają swoje plusy. Jednak zdumiewa mnie, ze wiedziałaś o wszystkim, ale zachowałaś to dla siebie – teoretyzował Albus, wyciągając różdżkę.

- Więc przyznaje pan, że kontrolował pan umysły i ciała dziewcząt chodzących do tej szkoły, żeby dogadzać seksualnym żądzom Neville'a Logbottoma wbrew woli tych dziewcząt? – oskarżyła Tonks, a różdżka w jej ręku pojawiła się dużo szybciej niż Dumbledore oczekiwał.

- To było dość prymitywne określenie, ale owszem, nie żeby miało to większe znaczenie. Oboje wiemy, że ta wiedza nie opuści mojego gabinetu. Mówię to na głos, żeby zmniejszyć ciężar leżący mi na duszy. Tak moja droga, wciąż ją posiadam. Nie myśl, że ją straciłem, ale nie sądź też, że żałuję tego wszystkiego co uczyniłem, żeby zabezpieczyć przyszłość czarodziejskiego świata. Być może kiedy stracisz ludzi ci bliskich, zrozumiesz wreszcie, że czasami dla dobra wszystkich trzeba podjąć okrutne decyzje.

- Tak, tak, potrzeby wielu przewyższają potrzeby nielicznych, jakie to Spockowe* z pana strony. Nie widział pan co oni jej zrobili! Przynajmniej te pokręcone skurwiele szczerze mówili co zamierzają z nią zrobić. Ona panu ufała, a rany wywołane przez zdradę tego zaufania są znacznie groźniejsze i bardziej bolesne niż wszystko co uczynili jej Śmierciożercy. Boję się, że dziewczyna już nigdy nikomu nie zaufa. I to jest pana dziedzictwo, Albusie Dumbledore!

- Wygląda na to, że nie dojdziemy do porozumienia w tej sprawie, auror Lupin. A zanim będę zmuszony uczynić to co konieczne, powiedz mi, w jaki sposób uzyskałaś tę wiedzę?

- Jestem aurorem i to zajebistym w tym co robię. Nie musi się tak pan wściekać. Nie zamierzam iść do Madam Bones z listą przestępstw pana i Longbottoma. Mam wiedzę, nie dowód. A nawet gdybym miała dowody, zniknęłyby, zanim dotarłyby przed oblicze Wizengamotu. Czy muszę panu znów przypominać, że rozmawia pan z córką Rodu Blacków? Wiem jak to działa. Powinien pan jednak pamiętać jeszcze jedno. Pana magia jest znacznie silniejsza niż moja, ale moje ciało jest dużo szybsze niż pana – ostrzegła Tonks, przyjmując postawę bojową. Albus wiedział, że nawet z ukrytym Alastorem walka w ciasnym pomieszczeniu nie jest dobrym wyjściem. Będzie musiał kupić czas, nim pojawi się okazja na przełamanie. I pojawiła się, tyle że nie dla niego. Drzwi do biura otworzyły się i do środka wszedł Syriusz Black z różdżką wycelowaną dokładnie w miejsce, w którym ukrywał się Moody.

- Ta marka wody po goleniu wyszła z mody razem z moim dziadkiem – rzucił Syriusz z uśmieszkiem, kiedy ex-auror się ujawnił. Przez kilka chwil czekali na rozpoczęcie walki. Dumbledore jako pierwszy odłożył różdżkę na biurko. W odpowiedzi Tonks wsunęła swoją w uchwyt i skinęła mu głową. Moddy i Syriusz opuścili różdżki, ale trzymali je w pogotowiu.

- To niczego nie rozwiązuje. Prawdziwy wróg wciąż pozostaje na zewnątrz – rzekł bez ogródek Albus.

- Myślę, że już się rozumiemy dyrektorze, więc będę szła – odparła Tonks, a Dumbledore w odpowiedzi skinął głową. Odwróciła się na pięcie i wyszła przez drzwi. Zrobiła to bez strachu, bo wiedziała, że Syriusz pilnuje jej pleców. Kiedy zniknęła, Syriusz przeszedł przez drzwi tyłem, nie przestając się złośliwie uśmiechać.

- Nigdy więcej nie gróź członkowi mojego Rodu. Mogą ci się nie spodobać konsekwencje – zagroził lodowatym tonem Lord Black i zniknął. Albus machnął ręką. Drzwi się zamknęły, a on opadł na biurko. Miał o czym myśleć.


- Jak twój dzień, Kundelku? – spytała Tonks, gdy minęli Gargulca. Syriusz zaśmiał się, słysząc jej przezwisko.

- Powiedziałbym, ze lepiej niż twój. Chociaż Snape szczerzy się jak idiota i szczerze mówiąc zaczyna mnie to niepokoić. Do dzisiaj nie byłem nawet pewien czy gość ma zęby.

Tonks zaczęła śmiać się tak bardzo, że aż złapała się za brzuch. Musiała jednak przyznać, że jej kuzyn ma rację. Syriusz do niej dołączył i poczuł, jak ulatuje z niego napięcie ostatnich kilku minut. Śmiali się całą drogę do punktu deportacyjnego.


Słowniczek:

Jakie to Spockowe z twojej strony" – aluzja do Spocka, postaci z serialu „Star Trek".


W następnym rozdziale:
- ceremonia wręczenia Orderów Merlina
- Harry rozmawia z Augustą Longbottom
- Ginny spotyka swoją mamę


Od tłumacza: Drodzy Czytelnicy, jak zapewne zauważyliście, mam ostatnio mniej czasu, jak zapewne zauważyliście, ale postaram się utrzymać tempo jednego rozdziału na tydzień. Przepraszam też, że nie odpisuję na wszystkie komentarze, ale z reguły czytam je gdzieś w biegu na ekranie komórki. Mam jednak nadzieję, że nie przestaniecie ich pisać, bo każdy z nich bardzo sobie cenię :)