Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 34

- Dzień dobry wszystkim. Jak zapewne wszyscy już wiecie, dziś w Hogsmeade Ministerstwo organizuje ceremonię wręczenia odznaczeń, by uhonorować obywateli, którzy walczyli na Ulicy Pokątnej przeciwko siłom Voldemorta kilka dni temu – wielu uczniów i członków grona pedagogicznego wzdrygnęło się na brzmienie tego imienia, ale Dumbledore niewzruszenie kontynuował: - Z wielką radością oznajmiam, że dwójka naszych uczniów dostąpi dzisiaj zaszczytu otrzymania Orderu Merlina. Stanęli w obronie tego co słuszne w obliczu wielkich przeciwności, a ich postawa daje bardzo dobre świadectwo o nas wszystkich. Jeden z uczniów niestety ucierpiał z powodu nagłej śmierci członka rodziny i nie ma go tu z nami. Drugą uczennicę znacie całkiem dobrze. Zawsze reprezentowała ideały Domu, do którego została przydzielona i zasłużenie pełni rolę prefekta, w której spisuje się znakomicie. Tak więc proszę wszystkich o gorące, hogwardzkie gratulacje dla naszej prefekt Ginewry Wesley! – zakończył Albus i sam zaczął klaskać.

Ponad dwie trzecie obecnych w Sali wstało, by oddać honory Ginny. Wśród nich zaskakująco liczni Ślizgoni. Spośród nich najgłośniej klaskała Daphne Greengrass. Równie entuzjastyczna była tylko profesor McGonagall. Surowa nauczycielka złamała tradycję i uśmiechnęła się promiennie do jednej z ulubionych uczennic.

Ginny powoli, nieco niepewnie podniosła się z miejsca. Wolałaby nie stać w centrum uwagi, ale musiała przyznać, że podoba jej się uznanie. Żałowała tylko, że nie ma przy niej Harry'ego, który mógłby to z nią dzielić. Hermiona uściskała ją jako pierwsza, a Ron raz za razem wykrzykiwał „To moja siostra!". Ginny zerknęła ku stołowi nauczycielskiemu. Syriusz pokazał jej kciuk w górę z charakterystycznym, krzywym uśmiechem. McGonagall podskakiwała na palcach jak rozentuzjazmowany pierwszak. Ginny aż roześmiała się na ten widok. Dumbledore ukłonił się jej lekko z szacunkiem. Wiedziała, że próbuje jej się podlizać. Nie kupowała tego nawet na moment, ale odpowiedziała skinieniem głowy. Nie zamierzała pozwolić, żeby manipulacje starca zepsuły jej tę chwilę. Potem zerknęła przez ramię na stół Ślizgonów, w samą porę żeby ujrzeć, jak Tracy głośno gwiżdże. Stojąca u jej boku Daphne uniosła brew, a potem mrugnęła z chytrą miną. Ginny odpowiedziała tym samym, kiedy przyskoczyła do niej Luna zza stołu Krukonów. Złapała Ginny w ramiona i uściskała tak mocno, że odcięła jej dopływ powietrza. Przez kolejnych kilka minut wszystko rozpłynęło się w potoku poklepywań, uścisków i gratulacji, aż wreszcie Dumbledore przywołał wszystkich do porządku.

- Tak, tak, świetna robota, panno Weasley. Jestem pewien, że wielu spośród was pragnęłoby znaleźć się tam, gdy panna Weasley będzie odbierała nagrodę, ale w związku z niebezpieczeństwami, które może przyciągnąć podobne zgromadzenie, muszę nalegać, żeby nikt z pośród was nie brał udziału w uroczystości – dodał Albus, udając troskę. Wielką Salę znów wypełniły okrzyki uczniów, ale inaczej niż kilka minut temu, wyrażały one niezadowolenie. Tym razem to McGonagall uciszyła zebranych.

- Już wystarczy! – zganiła uczniów, po czym zwróciła się do dyrektora: - Albusie, z tego co wiem paragraf 983 ustęp 3 statutu szkoły mówi, że uczeń może udać się na taką uroczystość, jeśli członek rodziny odbiera wyróżnienie, pod warunkiem, że znajdzie się pod opieką rodzica bądź opiekuna. Jeśli dobrze pamiętam, ty sam wpisałeś tam ten ustęp – dodała McGonagall, tylko po to, żeby go rozwścieczyć. Sądząc po skwaszonej minie dyrektora, udało jej się to idealnie. Tracy usłyszała jak Daphne mamrocze pod nosem „Dobra jest" i musiała się zgodzić z najlepszą przyjaciółką. Dyrektor został zaatakowany za pomocą swoich własnych reguł.

- Owszem, Minerwo, ale do ceremonii pozostała niespełna godzina. Zdąży się zakończyć, nim sowy dotrą do rodziców – odparł Dumbledore, pewien, że pokonał kolejną przeszkodę.

- Częścią moich obowiązków jako wicedyrektorki jest przewidywanie takich problemów i zapobieganie im. Sowy zostały rozesłane dwa dni temu. Mam przy sobie listę uczniów, którzy udadzą się na uroczystość. Ich rodzice powinni pojawić się lada moment – powiedziała z uśmiechem Minerva, wręczając Albusowi pergamin ozdobiony pieczęcią Rady Nadzorczej. Wiedział, że sprawa jest już poza jego zasięgiem. Usiłując zachować twarz przywołał fałszywy uśmiech i zgodził się z McGonagall, nawet jeśli to było ostatnie czego rzeczywiście pragnął. Czasami ta kobieta była aż zbyt skuteczna w swojej pracy. Minerva skrzywiła się, widząc jego grymas i pokazała, że wydarzenia poprzedniego dnia nie zostały mu zapomniane.

Z ukłuciem żalu wziął listę. Potem zwrócił się do uczniów i odczytał nazwiska tych, którym wolno było iść. W sumie 25 uczniów było odbieranych przez rodziców, w tym Ron, Ginny, Daphne i jej młodsza siostra Astoria. Snape natychmiast zgłosił się na ochotnika jako opiekun z ramienia szkoły, ale dyrektor nalegał, żeby został w Hogwarcie. McGonagall musiała iść, bo Ginny była w jej Domu, a Black, bo jego chrześniak otrzymywał order. Dumbledore również zamierzał się tam udać, choć teraz pozostało mu tylko minimalizowanie strat.


Mniej więcej w tym samym czasie Harry ostrożnie obracał ramieniem. Ku jego uldze nie czuł tam żadnego bólu, jedynie lekką sztywność stawu. Jednak póki co to najmniejszy z jego problemów. Jak na razie jego mama i Emma wciąż nie powiedziały do niego słowa. Ich złość wisiała w powietrzu niczym ciężki, wełniany koc i była co najmniej równie niewygodna. Na Merlina, nienawidził takiego pełnego pretensji milczenia. Zdecydowanie wolał krzyki. Przynajmniej wtedy wiedział o co chodzi. Cisza nie dawała żadnych znaków jak rozwiązać problem, ani nawet na czym ten pieprzony problem polegał. Kurde, gdyby potrafił czytać w myślach to w ogóle uniknąłby pakowania się w kłopoty. A teraz jeszcze mama miała Emmę po swojej stronie. Zdecydowanie za duże stężenie rozzłoszczonych estrogenów w Dworze Potterów.

- Więc już jest w pełni zdrowy, ciociu Lily? – spytała Emma, stając koło jego łózka. Przynajmniej mówiła do niego, czy może raczej o nim. Zawsze jakiś postęp, co? Lily skinęła potakująco głową.

- Dobrze, w takim razie mogą zrobić to – stwierdziła słodko Emma, może nawet trochę za słodko. Harry powinien był wiedzieć co go czeka. Wyciągnęła rękę, jakby miała go przytulić, ale w ostatniej chwili uderzyła go otwartą dłonią w potylicę. Lily zaśmiała się lekko. Schyliła się, podniosła coś lśniącego z podłogi i uniosła brew. Szybko schowała przedmiot, podczas gdy Harry pocierał ciemię i mamrotał niezadowolony. Jak na taką małą dziewczynkę była zaskakująco szybka i silna. Emma sapnęła, niezadowolona z ryzyka, na jakie naraził się ostatniej nocy, ostrzegła go spojrzeniem, żeby nie robił tego nigdy więcej i wymaszerowała z pokoju. Harry uznał, że to najlepsze na co mógł liczyć, ale na wszelki wypadek poczekał aż wyjdzie, nim się odezwał.

- A mówiłaś, że to ja mam subtelność spadającej cegły – spróbował zażartować. Lily stała plecami do niego, ale to jak poruszały się jej ramiona sugerowało, że powstrzymuje śmiech. Zawsze jakiś początek. Nauczył się przez 17 lat życia z Lily Potter, że najlepiej zerwać plaster szybkim ruchem i mieć to z głowy. Wiedząc o tym odrzucił przykrycie i wyszedł z łóżka.

- Nie zamierzam przepraszać za to, co zrobiłem – rzekł wprost, podchodząc do mamy. Lily odwróciła się gwałtownie ze złością w oczach. Jej dolna warga zadrżała odrobinę, więc wiedział, że ma tylko jakieś dziesięć sekund, zanim się zacznie. – Jeśli mam wybierać między moim życiem i twoim wybiorę twoje za każdym razem. Bo na takiego człowieka mnie wychowałaś.

- Nie pieprz mi tu, młody człowieku! Rozmawiałam z Amelią. Miałeś przetrzymać go do wschodu słońca. A nie walczyć z nim bezpośrednio.

- Nie mogłem ryzykować, że ucieknie i znowu po ciebie przyjdzie. Zrobiłem to, co musiałem.

- Gówno prawda! To tylko wymówka! Nie waż się mi mówić, że nie chciałeś się sprawdzić przeciwko Pradawnemu. Za dobrze cię znam! – krzyknęła Lily, a w jej oczach wezbrały łzy. Otarła je ze złością, nim zdążyły spłynąć. Harry'ego zaskoczyły jej słowa. Czy chciał to przyznać czy nie, była w nich odrobina prawdy. W jego naturze leżało podejmowanie większych wyzwań, niż pozwalał zdrowy rozsądek. W każdej chwili mógł opuścić kopułę, ale zbyt pochłonął go tamten moment, żeby myśleć jasno. Ale to nie zmieniało powodu dlaczego w ogóle stanął z nim do walki.

- W porządku, na początku może to była wymówka – przyznał niechętnie, opuszczając głowę. Potem uniósł oczy płonące determinacją. – Ale nie dlatego tam zostałem. Nie dlatego wziąłem ten eliksir. Emma potrzebuje ciebie bardziej niż potrzebuje mnie. Zawsze zrobię co konieczne, żeby ochronić moją rodzinę. Kropka.

Jakby uderzył ją w twarz. Była odpowiedzialna za życie i dobrobyt siostrzenicy. Co by się stało z dziewczynką, gdyby ani ona ani Harry nie wrócili tamtego wieczoru do domu? Kiedy dotarło to do niej, złość wyparowała.

- Harry? – wyszeptała.

- Nie skończyłem jeszcze! – warknął na nią Harry, a ona się wzdrygnęła. Nigdy wcześniej nie podniósł na nią głosu. Determinacja jego serca promieniowała z niego falami. – Nie boję się śmierci, mamo. Nigdy się nie bałem i nigdy nie będę się bał. To daje mi przewagę nad moimi wrogami. Ale nie oznacza, że zamierzam odejść w glorii chwały. Wiem co by to z tobą zrobiło. Żyłabyś dalej dla Emmy, ale już nigdy nie byłabyś taka sama. Wiem, bo zdaję sobie sprawę co stałoby się ze mną, gdybym stracił ciebie – Harry zakończył, a jego głos by tylko o ton głośniejszy od szeptu. Tym razem Lily nie próbowała powstrzymać łez, gdy rzuciła się synowi na szyję. Jej nogi ledwo utrzymywały jej wagę. Poprowadził ją na krzesło przy biurku. James na zdjęciu obserwował to w milczeniu, tak jak przez całą rozmowę. Harry klęknął przed nią i ujął jej dłonie w swoje ręce. Szmaragdowe oczy spojrzały w szmaragdowe oczy.

- Nigdy nie patrzyłem w przyszłość dalej, niż do zabicia tego skurwiela i wiem, że cię to przerażało – wyszeptał do niej Harry. Lily odruchowo uniosła dłoń, by uderzyć go lekko w policzek, ot tak, w imię zasad. Harry spokojnie przyjął reprymendę i kontynuował: - Wiem, że nie takiego dziedzictwa chcieliście ty i tato. Chcesz, żeby moje życie znaczyło więcej, żebym miał więcej. Teraz to rozumiem. Dzięki tej małej rozmówce drugiego dnia w Hogwarcie.

- A więc jednak mnie słuchałeś? – Lily zaśmiała się cicho. Wiedziała, że ta rozmowa była dla jej syna bardzo niezręczna, ale i niezbędna. Na pewno kilka razy kiwał głową tylko po to, żeby ją zadowolić.

- Zawsze cię słucham, mamo, nawet jeśli tego nie okazuję.

- Dobrze wiedzieć, że nie odziedziczyłeś zakutego łba po ojcu.

- Ej! – dobiegł protest ze zdjęcia stojącego na biurku.

- No proszę, a więc teraz postanowiłeś wtrącić swoje trzy grosze? – spytała Lily unosząc brew. Harry parsknął śmiechem, zadowolony że choć raz to nie on był pod ostrzałem.

- Musieliście obgadać parę spraw i świetnie o tym wiesz, Lils – odparował James. Lily otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale zdała sobie sprawę, że ma rację. – Ha! Jednak nie taki zakuty łeb, co?

- Nie. Ale ciągle jesteś aroganckim palantem.

- A ty ciągle masz zabójczo kształtny tyłek – odparł James z mrugnięciem i chytrym uśmiechem. Lily zarumieniła się tak bardzo, że nawet na niego nie nakrzyczała ani nie sprostowała tego stwierdzenia. Zaskoczyło ją to, że dalej miał taką moc.

- Hej! A ja ciągle tu jestem. Znajdźcie sobie inny pokój, jeśli chcecie to robić – wtrącił się Harry z udawanym obrzydzeniem. Prawdę mówiąc uwielbiał na nich patrzeć, gdy się przekomarzali, nawet jeśli czuł wtedy słodycz zabarwioną nutą goryczy. Był pewien, że gdyby jego tato przeżył, zafundowaliby mu masę młodszego rodzeństwa.

- Przepraszam – powiedzieli oboje w tej samej chwili. Tyle tylko, że od Lily promieniowało zażenowanie, a uśmiech Jamesa świadczył, że niczego nie żałuje. Harry'ego to nie obchodziło, bo w tej chwili jego mama promieniała. Jakby wszystko czym przygniatało ją życie nagle zniknęło, a ona znów stała się beztroską uczennicą. Ostatnie czego pragnął było sprowadzanie ją na bieżące kwestie. Jednak życie rzadko bywało uprzejme i na twarz jej mamy wkrótce powrócił wyraz koncentracji. Przechyliła głowę lekko w lewo. Harry, choć niechętnie, podjął temat:

- Mamo, już nie robię tego z zemsty. Chcę być samolubny. Chcę, żebyście ty, Emma i Ginny pozostały w moim życiu, a ta posiadłość wypełniła się radością twoich wnuków – wyznał. Lily w skrytości ducha ucieszyła się, że Harry rozumie, jak bardzo zależy mu na Ginny. Jakimś cudem dziewczyna przebiła się przez ten jego ośli upór. Po raz pierwszy od bardzo dawna Lily poczuła nadzieję myśląc o przyszłości jej syna.

Odchrząknięcie przyciągnęło ich uwagę. Tonks stałą w drzwiach, z niepokojem parząc, czy nie będą mieli jej za złe, że im przerwała. Najwyraźniej nadziała się na jakiś moment między matką i synem, ale musiała im powiedzieć.

- Hej Nimfuś, co jest? – spytał Harry. Wstał i powitał ją ciepłym uściskiem. Zerknęła nad jego ramieniem i zobaczyła, że Lily usiłuje dojść do siebie. Spojrzały sobie w oczy, a potem Tonks rzuciła starszej kobiecie galeona.

- Gotowe?

- Stary pierdziel chce, żebym uwiodła tego tu mrocznego, wysokiego napaleńca i odciągnęła go od Ginny – zażartowała Tonks, w nadziei, że Harry nie eksploduje. Wyglądało na to, że jej strategia działa, albo on spodziewał się czegoś podobnego.

- No to chyba nadchodzi moja wielka szansa. AU! To był żart, Nimfuś! Przerzuć się na bezkofeinową, co? – warknął Harry, masując tył głowy. Super, hormony ciążowe plus rozzłoszczone estrogeny, coraz lepiej.

- Skoro już przy tym jesteśmy, przywal mu jeszcze ode mnie, Tonks – powiedziała Lily. Zapomniała o tym wcześniej. PLASK!

- Ej, czemu każda kobieta w tym domu wali mnie dzisiaj w potylicę?

- W imię zasad – odpowiedziały chórem. Wywrócił oczami.

- Tato, może przestaniesz się gapić mamie na tyłek i pomożesz mi tu trochę?

- JAMES!

- No co? Żeby facet nie mógł sobie popatrzeć na swoją seksi żonkę…

Lily ukryła twarz w dłoniach i potrząsnęła głową. Harry i Tonks nie byli pewni, czy ukrywa swoją złość czy zażenowanie. Wzięła głęboki wdech, skupiła się i zwróciła do nich:

- Skupcie się oboje! Tonks, powiedz nam co się stało, a ja potem sprawdzę cię pod kątem zaklęć, jakie mógł próbować rzucić – Lily przejęła dowodzenie. Tonks opowiedziała im wszystko. Zanim skończyła, Harry chodził tam i z powrotem, wymyślając najboleśniejsze sposoby egzekucji Dumbledore'a. James wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć. Z kolei Lily opracowywała już plan kastracji dyrektora Hogwartu.

- To jak to rozegramy? – spytała Tonks. Miała swoje pomysły, ale chciała usłyszeć co mają do powiedzenia.

- Nie zrezygnuję z niej! – warknął Harry.

- Nie sądzę, żeby Tonks to sugerowała, synu, ale musimy wykorzystać tę sytuację dla naszej korzyści. Musi być w tym coś więcej, niż dogadzanie marudzeniu Longbottoma? – spytała Lily, zwracając się do Tonks.

- Jest potężna, a on chce ją kontrolować. Jeśli ją kontroluje…

- Kontroluje Weasleyów – uzupełnił Harry. – A ta rodzina ma liczebność i moc. A poza tym on chyba wie – dodał do Tonks. Jej wzrok mówił, że ona się z nim zgadza.

- Mówisz o jej formie animagicznej? – spytała Lily. – W porządku, popracujemy nad tym z takim założeniem. Tonks, będziesz się musiała dowiedzieć, czemu tak bardzo zależy mu na kontrolowaniu Ginny.

- Nie ma sprawy. Zapracowałam na jego szacunek, ale nie na zaufanie. Będę musiała coś z tym zrobić.

- To proste, Nimfuś. Po prostu powiedz mu prawdę – wtrącił się Harry, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

- CO?! – krzyknęły jednocześnie Tonks i Lily. Patrzyły na Harry'ego, jakby zwariował.

- Pomyśl o tym, Nimfuś. On wie, kiedy ktoś go okłamuje. Więc powiedz mu, że mi powiedziałaś. Co jest prawdą. Powiedz mu, że teraz ufam ci bezgranicznie. Znowu prawda. Wtedy będziemy mogli się otwarcie porozumiewać, a on pomyśli, że mnie rozpracowujesz. Wie, że mu nie ufam, więc może mnie kontrolować tylko za twoim pośrednictwem. Zorientuje się, że nie może cię kontrolować, ale uzna cię za chciwą oportunistkę, która dalej będzie dla niego pracować. Nie potrwa długo, nim zorientuje się, że potrzebuje cię bardziej niż ty potrzebujesz jego. I wszyscy wygrywamy.

- To naprawdę świetne – odezwał się James z biurka. – Nie mogę uwierzyć, że kiedyś ufałem temu człowiekowi – dodał z niesmakiem. Lily posłała mu pełne zrozumienia spojrzenie i znów zwróciła się do syna:

- Dobrze, to będzie faza pierwsza. W ramach fazy drugiej musimy pozbawić go poparcia.

- I wtedy facet upadnie – uzupełniła Tonks. – Moody będzie problemem.

- Skłoń go, żeby kazał Alastorowi szukać Horkruksów. To go zajmie – zasugerowała Lily, zanim Harry'emu przyszło do głowi trwalsze rozwiązanie problemu.

- To może się udać. Na szczęście McGonagall już mu nie ufa. Nie po tym, jak przekazał Emmę Umbridge. Molly jest jedynym Weasleyem, który mu jeszcze ufa. Kiedy odkryje, że stracił nad nimi kontrolę, może się zrobić paskudnie.

- Miałam długą rozmowę z Arturem na ten temat – powiedziała Lily. - Nie podoba mu się, że ukrywamy wszystko przed nią, ale biorąc pod uwagę jej konfrontacyjną naturę Dumbledore wymazałby jej pamięć i zmodyfikował umysł, być może niszcząc go nieodwracalnie. Może się nawet posunąć do usunięcia Artura, którego postrzega jako przeszkodę. To uczyni Molly bardziej zależną od niego. To najlepsza opcja, żeby uchronić rodzinę.

To ona opracowała ten plan. Polegał na pozostawieniu Molly w obozie Dumbledore'a jako bomby z opóźnionym zapłonem. W odpowiedniej chwili zostanie uwolniona i doprowadzi do zdetronizowania Albusa. Nie znaczyło to, ze jej się podoba, ale dawał największą szansę na sukces.

- Ma masę tępych zwolenników, ale jedynymi liczącymi się graczami są Longbottomowie – zauważyła Tonks. Harry parsknął śmiechem. Najwyraźniej rozwiązał już ten problem.


Aurorzy i Uderzeniówka zameldowali się w Hogsmeade w pełnym składzie. Magiczna wioska została otoczona kordonem, a poziom zabezpieczenia był wysoki. Porozstawiano osłony antyświstoklikowe, antyteleportacyjne i antyiluzyjne, a każdy wchodzący do wioski przechodził przez serię punktów kontrolnych, gdzie sprawdzano go na obecność Mrocznego Znaku i przedmiotów czarnej magii. Uzdrowiciele kontrolowali, czy nikt nie został poddany działaniu Imperio. Minister chciał, żeby wszystko przeszło bez najmniejszego zgrzytu.

Harry przybył wcześniej, żeby rozstawić własne osłony na granicy z Zakazanego Lasu. Jeśli któryś z mrocznych stworów Voldemorta zechce wpaść bez zaproszenia, nadzieje się na nieprzyjemną niespodziankę. Nie sądził jednak, żeby Tomuś był tak głupi, żeby zaatakować. Po kiepskim ostatnim tygodniu powinien raczej siedzieć cicho, gromadzić dane wywiadowcze i odbudowywać siły. Przynajmniej Harry tak by zrobił na jego miejscu. Nie zamierzał jednak ryzykować, kiedy tak wiele osób, które kochał, zgromadziło się w jednym miejscu.

Harry przeszedł punkt kontrolny i obszedł wioskę, żeby zebrać o niej więcej informacji. Pierwszy weekend w Hogsmeade miał nastąpić dopiero za miesiąc. Jego mama i Syriusz opowiadali mu nieraz jak świetnie się tu bawili i zorientował się, że pragnie takiego doświadczenia dla siebie. Łapa powiedział mu, że wszystkie młode czarownice lubiły być zabierane do Herbaciarni Madam Puddifoot. Postanowił obejrzeć więc ten lokal na własne oczy.

Kiedy wszedł do przybytku, dostrzegł tam dwie czarownice, których widok wypełnił go niesmakiem. Dokładnie Ritę Skeeter i Lady Augustę Longbottom. Zauważył też, jak Lady wręcza dyskretnie dziennikarce woreczek złota. Nietrudno się było domyślić o co chodzi. Najlepiej zdusić to w zarodku.

- Cóż to za wspaniała okazja napotkać tu dwie tak wyjątkowe damy bez jednego mężczyzny, który mógłby zachwycać się ich urodą. Nie mogę pozwolić, żeby ta haniebna sytuacja trwała w dalszym ciągu. Czy mogę być tak śmiały i dołączyć do was w nadziei, że pozwolicie mi cieszyć się waszym blaskiem? – poprosił Harry pełnym zachwytu głosem bez śladu fałszu. Rita zarumieniła się lekko, a Augusta uniosła brew i popatrzyła na niego badawczo. Rozumiała czemu dziewczyna Weasleyów miała na niego ochotę, młody Potter był o kilka klas bardziej czarujący niż jej wnuk.

- Widzę, Lordzie Potter, że odziedziczyłeś nie tylko przystojną twarz Jamesa, ale i jego złote usta – odwzajemniła komplement Augusta, wyciągając do niego rękę. Młody czarodziej ujął ją, ucałował wierzch dłoni, a potem z tej pozycji uniósł oczy i powiedział:

- Obawiam się, że muszę się przyznać do winy.

- Pewny siebie i śmiały, ale nie oczekiwałabym niczego mniej po mężczyźnie, który posiadł matriarchinię klanu sukkubów i przeżył, by o tym opowiedzieć. Spodziewam się, że po tych rozkoszach zwykła czarownica może wydać się nijaka, nawet jeśli jej włosy przypominają ogień – odparła Augusta, żeby wybadać jego reakcję. Chciała, żeby chłopak zdawał sobie sprawę, że jest informowana o wydarzeniach wewnątrz ścian Hogwartu. Musiała znaleźć jego słabości, żeby wykorzystać je dla własnych korzyści. Jeśli jej stwierdzenie dotknęło go w jakikolwiek sposób, nie okazał tego.

- Mój czas z Matriarchinią Sashą Desory z pewnością uczynił mnie lepszym mężczyzną. Jest niezwykle sprawną nauczycielką i będę cenił każdą z jej lekcji po kres moich dni. Nikt nie może zlec z sukkubem i pozostać tym samym człowiekiem, jakim był wcześniej. W pewnym sensie stało się to dla mnie duchowym odrodzeniem. Jest magicznym stworzeniem piękna i światła, a jej serce jest czystsze i bardziej prawe niż wielu ludzi będących obecnie przy władzy. Jeszcze nie spotkałem czarownicy o włosach niczym ogień, która nie byłaby zupełnie unikatowa i nieporównywalna do wszystkich innych. Mężczyzna, który zrównałby ją z innymi okazałby się jej niegodny. Obie kobiety powinny być wielbione i chronione, a nie wykorzystywane, Lady Longbottom – powiedział Harry, jakby mówił dość ogólnie. Tak przynajmniej odebrała to Rita. Jednak Augusta wiedziała jak czytać między wierszami. Dziewczyna nie potrafiła utrzymać języka za zębami i chłopak poznał kilka sekretów jej rodziny. Choć jego słowa były uprzejme, tak naprawdę stanowiły reprymendę. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś tak młody śmiał to uczynić publicznie, a zrobił to w sposób nie niosący z sobą obrazy. Nie mogła go lekceważyć. Harry spojrzał Skeeter w oczy i zapytał:

- Zgodzisz się ze mną, Rito?

Kobieta zbladła, gdy zrozumiała sedno jego wypowiedzi. Desory i Weasley znajdowały się pod taką samą ochroną jak jego matka.

- Ta… Tak, Lordzie Potter – wyjąkała w odpowiedzi. Augusta spojrzała na nią pytająco.

- Obawiam się, że muszę już kończyć nasze spotkanie. Mam wiele rzeczy do zrobienia i niezwykle mało czasu na to wszystko. Proszę mi pozwolić zapłacić za herbatę i herbatniki pań w podzięce za umożliwienie mi skorzystania z waszego towarzystwa – powiedział Harry. Wstał i zostawił na stole tyle złota, by starczyło na uregulowanie rachunku i napiwek, którego wysokość graniczyła z absurdem.

- Miło mi było wreszcie pana poznać, Lordzie Potter. Mój Neville mówił o panu same miłe rzeczy, niezależnie od waszych ostatnich nieporozumień – wtrąciła Augusta w ostatniej próbie sprowokowania go.

- Owszem, przykra sprawa. Ale na pewno wkrótce znajdziemy rozwiązanie – powiedział jej Harry z ukłonem. Zrobił kilka kroków ku wyjściu, ale obrócił się do nich z powrotem. – Słyszała pani o tajemnicach i ich Strażnikach?

Lady Longbottom zrobiła wielkie oczy, gdy zrozumiała ukryte znaczenie tych słów.

- Ja wiem kto zdradził mojego ojca. Czy pani wie, kto zdradził pani syna?

Harry nie czekał na jej odpowiedź, nie żeby ona jakąś miała. Po raz pierwszy od wczesnego dzieciństwa Auguście Longbottom odebrało mowę.


Ginny poczuła dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła się, spodziewając się Harry'ego, ale zamiast tego ujrzała jego mamę, która się do niej uśmiechała. Lily przywitała ją uściskiem, który trwał nieco dłużej, niż oczekiwała młoda czarownica. Kiedy się odsunęły, nauczycielka Zaklęć przyjrzała się uczennicy bardzo uważnie. Ginny zaczęła się zastanawiać czy może coś nie tak z jej ubiorem? Nie sądziła, żeby pokazywała za dużo, ale chciała wyglądać ładnie. No dobrze, chciała wyglądać rewelacyjnie dla Harry'ego, a jeśli przy okazji doprowadzi swoją mamę do szału, tym lepiej. Miała parę rzeczy do przekazania tej kobiecie.

- Wyglądasz dziś znakomicie, Ginny, czy to dla mojego syna? – spytała Lily z uśmiechem.

- Może – Ginny odpowiedziała uśmiechem bez cienia zawstydzenia.

- Wydaje mi się, że będziesz miała jego pełną uwagę, ale niezależnie jak świetny jest ten ubiór, uważam, że czegoś w nim brakuje – stwierdziła Lily z domyślnym uśmiechem, pokazując jej odznakę prefekta, którą trzymała między dwoma palcami. Ginny zastanawiała się, co się z nią stało. Ostatni raz widziała ją…

- O rany! – westchnęła, zakrywając twarz rękami. Mogła zostawić ją tylko w jednym miejscu, w którym Lily mogła ją znaleźć. Umierała z zażenowania, a śmiech mamy Harry'ego jej nie pomagał. Z drugiej strony mogła zacząć się na nią wydzierać, jak jej mama na pewno by zrobiła.

- Proszę bardzo, wszystko w najlepszym porządku – powiedziała Lily, przypinając jej odznakę. Ginny uniosła wzrok i ujrzała uśmiech starszej czarownicy. – I dziękuję – dodała Lily z pełnym aprobaty uśmiechem, który zdumiał Ginny.

- Za co? – spytała, kompletnie nie rozumiejąc co mama Harry'ego ma na myśli.

- Za to, że przebiłaś się do zakutego łba mojego syna – odparła szczerze Lily. Tym razem to Ginny mocno uściskała nauczycielkę, gdy wypełniła ją ulga. Wyczuła, że jest w tym coś więcej, ale nie zamierzała w tym grzebać. Głośne odchrząknięcie powiedziało im, że ich rozmowa nie jest już prywatna. Odsunęły się od siebie i ujrzały bardzo rozzłoszczoną Molly Weasley, która stała z rękami założonymi na piersi.

- Witaj Molly, miło cię znowu widzieć – powiedziała Lily, nieco zbyt słodkim głosem, jak wydawało się Ginny.

- Cała przyjemność po mojej stronie, Lady Potter – odparła sztywno Molly, a jej oczy się zwęziły.

- Wyglądasz dziś trochę sztywno, jak plecy? – dopytywała Lily z uśmieszkiem, który Molly z całego serca pragnęła zmazać z jej twarzy pięścią. Ginny czuła, że napięcie między dwoma kobietami trzeba by kroić już nawet nie nożem, a zaklęciem śmierci.

- Nic z czym bym sobie nie poradziła. Jeśli pani pozwoli, chciałabym zamienić kilka słów z moją córką – zdołała wydusić Molly przez zaciśnięte zęby, kładąc dość oczywisty nacisk na słowo „moją".

- Ależ oczywiście, Molly – odparła Lily i zwróciła się do młodej kobiety, która zdobyła serce jej syna: - Ginny, jestem z ciebie bardzo dumna. Zaryzykowałaś własne życie, żeby ocalić nie tylko swoich braci, ale też innych zakładników w Gringocie. To wymagało ogromnej odwagi. Oczywiście na pewno nie zaszkodzi, ze dyrektor Gringotta zawdzięcza ci życie. Podejrzewam, że kiedy skończysz szkołę, będziesz miała całą masę miejsc pracy do wyboru – stwierdziła Lily, bardziej dla jej matki niż dla młodej czarownicy. Molly musiała przestać postrzegać córkę jako małą dziewczynkę, a zacząć jak wspaniałą młodą kobietę, którą się stawała.

- Zapamiętam to, Lily – uśmiechnęła się do niej Ginny. Zobaczyła też, jak jej mama robi wielkie oczy, kiedy zwróciła się po imieniu do swojej nauczycielki i Lady. Lily skinęła głową i odwróciła się, ale zatrzymała się i spytała:

- Herbata we wtorek o 18.00?

- Z przyjemnością. Będziesz mogła mi opowiedzieć historie o Harrym kiedy był dzieckiem.

- A ty opowiesz mi o twoich psotnych braciach. Wygląda na to, że James i Syriusz w ich wieku byli zupełnie tacy sami – odpowiedziała i mrugnęła do niej, nim odeszła. Ginny zorientowała się, że nim ich opuściła, rozstawiła bezgłośnie wokół matki i córki zaklęcia prywatności. Molly zaciskała zęby po tym wszystkim co usłyszała. Ostatnie czego chciała to awantura w miejscu publicznym, ale czuła się, jakby traciła córkę.

- Wyglądacie na dość zżyte jak na nauczycielkę i uczennicę. Jak to jest, że ona wie o tobie rzeczy, których ja nie wiem? – zaatakowała Molly, gdy tylko uznała, że Lily tego nie usłyszy. Ginny natychmiast uśmiech spełzł z twarzy i obrzuciła kobietę, która ją urodziła, wściekłym spojrzeniem.

- To się nazywa słuchaniem. Może kiedyś spróbujesz, matko? – warknęła Ginny, a Molly zauważyła, że jej córka nie powiedziała do niej „mamo".

- Nie tym tonem, młoda damo – odparła ostro Molly swoim stanowczym głosem. Jednak nie wywarło to takiego efektu na jej córce, jakiego się spodziewała. Ginny zrobiła krok ku matce i stanęły twarzą w twarz.

- Torturowała mnie sama Bellatrix Lestrange, postawiłam się Dumbledore'owi broniąc prawa do przeżycia mojego życia tak jak ja chcę, a kilka dni temu czułam szpony Greybacka zaciskające się wokół mojego gardła. Kobieto, naprawdę myślisz, że możesz mnie przestraszyć? – syknęła Ginny z jadem w głosie. Molly odsunęła się od niej wstrząśnięta. Nawet jej dorosłe dzieci nie mówiły do niej w taki sposób. Widząc ogień w oczach córki, Molly zrozumiała wreszcie czemu jej synowie boją się siostry. Co się stało z tą małą słodką dziewczynką, którą kołysała do snu, kiedy miała koszmary? Molly znała odpowiedź na to pytanie i pękało jej serce. Próbowała coś powiedzieć, ale spomiędzy jej ust nie wyszedł żaden dźwięk. Widząc, że choć raz Molly Weasley nie wie co powiedzieć, Ginny postanowiła wygarnąć kobiecie wszystko, co leżało jej na wątrobie.

- Nie jestem już małą dziewczynką i nie byłam nią od czasu tej cholernej Komnaty. Wtedy straciłam moją mamę i zostałaś mi ty. Moja mama słuchała co mam do powiedzenia i kochała mnie bezwarunkowo. Moja mama nigdy nie patrzyłaby na mnie, jakbym była uszkodzona, nawet jeśli byłam. Moja mama nigdy nie zmusiłaby mnie do spędzania czasu z Longbottomem i jego okropną babką. Którzy tak na marginesie traktują mnie, jakbym była ich własnością, a nie osobą. Wyjaśnijmy sobie to raz i na zawsze. Nie jestem jego. Nigdy nie będę jego. NIGDY. Moja mama nie wysłałaby też nigdy wyjca, żeby publicznie upokorzyć mnie, Rona, Hermionę i kogoś, kogo nigdy nie spotkała bez wysłuchania naszej wersji. Czy naprawdę aż tak ci odbiło, kobieto? Tak mnie postrzegasz? Jako kurwę, która naskoczy na pierwszego ładnego, kuszącego chłopca, który się do niej uśmiechnie? – Ginny z przyjemnością cisnęła matce jej słowa w twarz.

- Harry na to nie zasłużył. Jest dobrym mężczyzną w każdym tego słowa znaczeniu – kontynuowała. – Może być uparty, dumny, pyskaty i arogancki, ale jest też kochający, współczujący, niezwykle wyrozumiały dla walniętej matki jego dziewczyny, genialny, altruistyczny i piekielnie przystojny. Czyli ma to wszystko, czego Longbottomowi brakuje. Chcesz wiedzieć co zrobił, kiedy cała szkoła usłyszała twojego wyjca? Zaczął bić brawo. Powiedział, że to był świetny wyjec i spodobało mu się, że nazwałaś go ładnym, kuszącym chłopcem. Według niego naprawdę musisz nas kochać, żeby wysłać takiego wyjca. Większość facetów rzuciłoby mnie natychmiast. Ale nie Harry. On przyjął na klatę wszystkie twoje niesprawiedliwe oskarżenia, żeby mnie chronić. Oto jakim jest mężczyzną. Harry i jego mama pomogli mi bardziej w tym krótkim czasie, w jakim ich znam, niż ty przez kilka ostatnich lat. Fred i George powiedzieli mi, co mówiłaś do Lily na ulicy tamtego dnia. Więc posłuchaj mnie i zapamiętaj co powiem. Jeśli kiedykolwiek jeszcze okażesz brak szacunku jemu lub Lily, będziesz dla mnie jak martwa – zakończyła Ginny z postanowieniem o mocy stali. Potem obróciła się na pięcie i pomaszerowała ku podwyższeniu, na którym stanęła obok Harry'ego. Ukryła twarz w jego piersi i zaczęła dygotać. Chłopak szybko objął ją ramionami.

Molly patrzyła wstrząśnięta, jak obcy jej człowiek pociesza jej córkę, póki ta całkowicie się nie uspokoiła. Widziała to w delikatności jego dotyku i w tym, jak chętnie ona się do tego dotyku przysuwała. Nawet z daleka widziała czułość w jego spojrzeniu, kiedy na nią patrzył. Widziała, jak jego słowa, których Molly nie mogła usłyszeć, wywołały uśmiech na twarzy jej córki. Dopiero kiedy Ginny doszła do siebie, Harry uniósł wzrok i odszukał oczy Molly. Dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie, gdy ujrzała niewypowiedzianą groźbę w jego spojrzeniu. Dopiero w tej chwili zrozumiała głębię jego oddania wobec jej córki. Ten sam wyraz oczu miał Artur, kiedy walczył z trójką Ślizgonów w obronie jej skalanego honoru.

- Co ja narobiłam? – powiedziała do siebie Molly. Przyszła tu, żeby pogodzić się z córką i połączyć rodzinę. Nieprzemyślany komentarz stworzył wyrwę między nimi, której może nawet magia nie będzie w stanie zaradzić. Z bólem serca ruszyła odszukać resztę swojej rodziny.


Sama ceremonia okazałą się strasznie długa i rozwlekła. Daphne to jednak nie przeszkadzało. Dzięki temu miała czas, żeby odczytać prawdy, które ujawniali ludzie na widowni swoją podświadomą mową ciała. Zauważyła, że Longbottom wysyła sprzeczne sygnały. Podejrzewała, że Dumbledore zrobił dla niego wyjątek i umożliwił mu przyjście na uroczystość, choć nikt z nagrodzonych nie był z nim związany. Chłopak wciąż spoglądał między Ginny i Harrym, a jego emocje przesuwały się między tęsknotą i nienawiścią. Ginny unikała spoglądania w jego stronę, ale raz na jakiś czas Harry mrugał do niego, ot tak, żeby go wkurzyć. Koło Neville'a znajdowała się jego babka. Ona również dzieliła swoją uwagę między Harry'ego i, co zaskakujące, Dumbledore'a. Była za dobra w te klocki, żeby zdradzić coś więcej, ale i to Daphne uznała za bardzo ciekawe.

Grupa Weasleyów dostarczyła jej najwięcej rozrywki. Zwłaszcza matka nadawała masę sprzecznych sygnałów. Kobieta musiała znajdować się na krawędzi. Czwórka jej dzieci stała na podwyższeniu, odbierając najwyższe odznaczenie, jakie nadawano w czarodziejskiej Brytanii. Kobieta powinna wręcz promieniować dumą. Jednak jej twarz wyrażała zmartwienie, żal i niepewność. Byli familią, która trzymała się razem, ale widać było dystans między nią i resztą rodziny. Ron stał od niej najdalej. Najwyraźniej to stanowiło część udręki dla kobiety, ale sama sobie to zgotowała. Daphne domyślała się, ze sprawa wyjca pozostała nierozwiązana.

Percy zawsze wydawał się nie pasować do reszty, więc jego zdystansowanie należało do normy. Patriarcha rodu Weasleyów stał ramię w ramię z żoną, a jednak dzieliły ich kilometry. Wskazywał na to brak najprostszego kontaktu fizycznego. Ginny powiedziała Daphne, że jej tato rozmawiał z Harrym przez trzy godziny. W którymś momencie Harry poprosił o formalne pozwolenie na umawianie się z Ginny. Nie żeby potrzebował, ale był to wyraz szacunku. Daphne zastanawiała się, czy kobieta wie, że jej mąż udzielił takiego pozwolenia.

Był jeszcze jeden syn, ten który pracował ze smokami. Zmartwienie Molly mogło zostać wywołane spojrzeniami, które rzucał na kobietę i chłopca stojących obok Emmy, profesor Potter, profesora Blacka, profesor McGonagall i Lupina, jej byłego nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Uśmiech, który posyłała mu kobieta za każdym razem, gdy ich oczy się spotykały sugerował, że się znają w bardzo intymnym tego słowa znaczeniu. Molly sztywniała za każdym razem, kiedy przyłapywała na tym Charliego. Daphne uważała, że było to cholernie urocze.

Postawa kobiety wręcz krzyczała „arystokracja". Biorąc pod uwagę wszystkie przyjęcia wyprawiane przez jej rodziców, Daphne miała pewność, że kiedyś ich ścieżki się skrzyżowały. Dziwne, biorąc pod uwagę, że rozmawiała z Lily, jakby znały się od lat. Chłopiec u jej boku wydawał się na tyle duży, by chodzić do Hogwartu, a ona wydawała się być w pół drogi między trzydziestką i czterdziestką. Trzymała chłopca za rękę w sposób, który wskazywał, że jest wobec niego opiekuńcza i go wspiera. Malec patrzył na wszystko wokół z niewinnym zachwytem, który był bardzo odświeżający.

Emma zobaczyła, że Daphne patrzy w jej stronę i pomachała do niej, co wywołało uśmiech na twarzy Ślizgonki. Daphne cieszyła się, że Emma znalazła rodzinę, zasługiwała na trochę radości. Zaskoczyło ją jednak, że Emma często patrzyła nie na stojącego na scenie Harry'ego, ale na sukkuba stojącego obok niego. Raz Matriarchini Desory przyłapała ją na tym i skinęła jej lekko głową. Emma odpowiedziała takim samym gestem, ale przepełnionym niepokojem. Daphne zastanawiała się o co w tym chodzi, ale zapisała to w pamięci do późniejszego rozważenia.

Wiatr się zmienił i dobiegł ją paskudny smród. Oczy Daphne, Gabrielli, Harry'ego, Ginny, Sashy, Lily, Syriusza, Remusa, Tonks, McGonagall i tej tajemniczej arystokratki błyskawicznie zwróciły się w stronę, z której dochodził. Jedenaście par oczu zaczęły przeszukiwać okolicę, wypatrując źródła. Po kilku minutach udało im się tylko potwierdzić, że są pod obserwacją. Sądząc po słabości zapachu, Śmierciożercy stawili się maksymalnie we dwójkę, zapewne jedynie zbierali informacje.

Minister ciągle nawijał i wyglądało na to, że jego przemowa nie dobiegnie końca w najbliższym czasie. Harry w końcu pożałował wszystkich cierpiących i szepnął coś Sashy na ucho. Ta roześmiała się cicho i skinęła głową. Zamachała skrzydłami, a Minister zesztywniał i spojrzał na nią przez ramię. Potem błyskawicznie skończył przemowę.

Wszyscy nagrodzeni otrzymali swoje Ordery Merlina. Daphne i jej siostry wiwatowały na całe gardło, gdy jeden z medali spoczął na szyi ich matki. Spodziewała się, że jej oczy poszukają córek od razu po ukłonie w stronę widowni. Jednak najpierw odszukała spojrzeniem Syriusza Blacka, nawet jeśli tylko na moment. Tego momentu Daphne nigdy nie zapomni. W oczach Gabrielli Greengrass ujrzała coś, czego nie widziała tam nigdy wcześniej. Jej nauczyciel Obrony odwzajemnił spojrzenia z taką samą intensywnością. Choć Daphne nigdy nie widziała tego w oczach mamy, rozpoznała to natychmiast, bowiem widziała to, kiedy Harry i Ginny na siebie patrzyli.

CHOLERA JASNA!


W następnym rozdziale:

- Ginny i Daphne rozmawiają o facetach
- długo oczekiwane spotkanie Snape'a i prawdziwej Lily
- Co łączy Emmę i Sashę?
- Harry i Ginny idą na całość (tylko dla dorosłych:)

Poza tym rozdział jest trochę dłuższy, więc przetłumaczenie go może potrwać dłużej