Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 38
Bellatrix pękała z dumy. Spojrzała w dół na całkowicie zregenerowane ciało Jamesa Pottera. Przetestowała jego magiczny rdzeń, który okazał się w pełni naładowany. Przeprowadzono na nim cała masę różnych testów, żeby ocenić jego dokładny stan. Okazało się, że jest kompletnie zdrowy i w pełni funkcjonujący. Osobiście pozyskała i przetestowała jego nasienie, które pozostawało w pełni zdolne do spełnienia swojej funkcji. Wciąż nie wiedziała dokładnie jak do tego doszło, ale w którymś momencie, gdy przebywał w brzuchu jednorożca, jego serce znów zaczęło bić. Stworzenie przekazało Jamesowi swoją siłę życiową. A pomyśleć, że kazała Gliście przynieść tylko życiodajne wody płodowe. Choć raz niekompetencja mężczyzny na coś się przydała.
Dla niewprawnego oka James wydawał się pogrążony w magicznej śpiączce. Bellatrix wiedziała jednak, że po prostu czekał na ponowne połączenie ze swoją duszą. Czarny Pan polecił swojej różdżce oddać cień duszy, który przechowywała po zabiciu Jamesa, a czarny kamień w jego pierścieniu natychmiast ją wchłonął. Potem wręczył pierścień Bellatrix, by połączyła duszę z ciałem. Voldemort wiedział, że jeśli to on będzie pierwszą osobą, którą James ujrzy po przebudzeniu, może się to okazać zbyt traumatyczne dla umysłu mężczyzny. Będzie musiał pozwolić Bellatrix i Glizdogonowi na przywrócenie Jamesa światu żywych.
Peter wszedł do pokoju i ujrzał jak Lestrange stoi nad Jamesem. Wywrócił oczami, nawet z takiej odległości czuł zapach jej perfum. Nie była czarownicą, której życzył Jamesowi, ale w końcu sprowadziła go z powrotem, więc coś jej się należało. A skoro usiłowała uczynić się miłą dla oka, najwyraźniej zależało jej, żeby spodobać się Jamesowi. Wystarczyłby zwykły eliksir miłosny, ale z jakiegoś powodu wolała, żeby zakochał się w niej w tradycyjny sposób.
- Gotowy na swoją część? – rzuciła Bellatrix przez ramię, nie odrywając wzroku od Jamesa. Nienawidziła Glisty, ale był przyjacielem jej Jamesa i będzie potrzebowała jego pomocy, żeby zdobyć jego zaufanie.
- Ciągle nie rozumiem czemu po prostu nie wejdziesz w jego umysł i nie zaimplementujesz tam wszystkiego co potrzebujesz, żeby był wobec ciebie lojalny? – spytał rozdrażniony Glizdogon.
- Dlatego, ty jełopie, że mój kuzyn dobrze go wyuczył. Jego osłony są potężne i nawet jeśli udałoby mi się je przebić, umysł instynktownie by się buntował. Mój James musi dobrowolnie pozwolić mi na wejście do swojego umysłu, żeby stało się to naprawdę wiążące. Dopiero wtedy będę mogła w pełni skorzystać ze zdolności, z których słynie mój Ród – odpowiedziała Bellatrix tonem, jakby tłumaczyła coś oczywistego niemowlakowi. Peter znów wywrócił oczami. Napuszona kobieta uważała, że wszystko wie najlepiej.
- Wygląda na strasznie dużo roboty, skoro mamy dostęp do prostszych metod. I o co chodzi z tymi perfumami? – spytał Peter, machając ręką przed twarzą, żeby ograniczyć napływ tego zapachu. Nigdy tak bardzo nie żałował wzmocnionego węchu jak w tej chwili.
- I właśnie dlatego byłeś najsłabszy z waszej czwórki. Twoje osłony umysłowe są żałosne, dzięki czemu tak łatwo zdradziłeś przyjaciół. Gdybyś pocierpiał dzień albo dwa przed poddaniem się woli Czarnego Pana, może mielibyśmy dla ciebie chociaż cień szacunku – warknęła na niego Bellatrix. Facet był za głupi, żeby rozpoznać blokowanie zmysłów animagicznych. Będzie łatwiej wprowadzić Jamesa w błąd, jeśli nie będzie dysponował tymi umiejętnościami. Przynajmniej dopóki był w pobliżu niej.
- No to bierzmy się za to. Chcę odzyskać mojego przyjaciela – warknął Peter i stanął u boku Bellatrix. Posłała mu złowieszczy uśmiech. Wiedziała, że wygrała ten spór. Wsunęła Jamesowi na palec pierścień swojego pana i modliła się, żeby to podziałało. Jego ciało natychmiast zaczęło dygotać, kiedy to, co pozostało z jego duszy, usiłowało połączyć się z ciałem. Potem, tak szybko jak się zaczęło, jego ciało wróciło do początkowego stanu. Peter chciał sprawdzić co się z nim dzieje, ale Bellatrix powstrzymała go wyciągniętą ręką.
- Czekaj – powiedziała niemal dziecięcym głosem. Gdy tylko to słowo opuściło jej usta, James wrzasnął i otworzył szeroko oczy. Najpierw całe białe, ale kiedy jego krzyk przebrzmiał, pojawiły się na nich tęczówki, które zaczęły przybierać odcień lekkiego błękitu. James zamrugał kilka razy, usiłując zmusić mięśnie do posłuszeństwa.
Powoli odwrócił głowę, żeby spojrzeć na dwie zamglone postacie stojące obok. Czuł się jak gość we własnym ciele, zupełnie jakby śnił i miał się zaraz obudzić u boku Lily. Potem do niego dotarło. Zostali zaatakowani. Voldemort ich znalazł. Szukał Harry'ego. Słyszał Lily krzyczącą na Voldemorta, żeby darował Harry'emu życie. Nie mógł pozwolić temu potworowi, żeby zabrał jego żonę i syna. Pamiętał jak walczył z bólem, żeby się teleportować. Chwile potem patrzył w oczy bestii wypełnionej złem. Zrobił to, co ustalili z Łapą. Wepchnął Lily do kołyski Harry'ego i aktywował świstoklik. To ostatnie co zobaczył, nim zapadła wszechobecna czerń.
- Lily? Harry? Pete, proszę… powiedz mi, czy oni żyję? – James bardziej błagał niż pytał. Pojedyncza łza wymknęła się z kącika jego oka i spłynęła mu po policzku. Jego gardło było ściśnięte, a głos ochrypły. Wpatrywał się w dwie rozmazane postacie stojące obok jego łóżka. Potem, ku jego zdumieniu, obraz zaczął się wyostrzać. Po kilku chwilach widział obie osoby. Po raz pierwszy w swoim życiu, pierwszym czy obecnym, widział wyraźnie bez wsparcia okularów. Patrzyli na niego mężczyzna i kobieta. Zanim zdołał dobrze przyjrzeć się kobiecie, Peter stanął przed nią.
- James, dzięki Merlinowi, że to podziałało. Myślałem, że straciliśmy cię na dobre, stary.
- Co? Proszę, Pete, muszę wiedzieć – James nie do końca zrozumiał jego słowa, ale odłożył ten problem na później. Ważniejsza była potrzeba dowiedzenia się, jaki los spotkał jego żonę i syna. Peter szybko zerknął przez ramię i porozumiał się z kobietą spojrzeniem, którego James nie widział.
- Chyba ma amnezję? Dalej mu się wydaje, że kocha tą niewdzięczną szmatę i jest ojcem bękarta Blacka – Peter odkrył, że znacznie łatwiej mu wypowiadać te kłamstwa niż myślał. Niechęć w jego głosie dodała wiarygodności jego słowom.
- Nie mów tak o mojej żonie i synu! – warknął James i usiłował się podnieść, ale miał wrażenie, że całe jego ciało składa się z ołowiu. Nadeszła kolej Bellatrix. Odepchnęła Petera na bok i uklękła przy łóżku Jamesa. Ujęła jego dłoń i pocałowała ją, a potem przycisnęła do swojego policzka, żeby otrzeć fałszywe łzy.
- Och mój drogi Jamesie, twoja Bella tu jest. Zajmę się tobą. Nie sprowadziłam cię z martwych, żeby znowu cię stracić. To ja odkryłam zdradę mojego kuzyna i tej dziwki. Wtedy też trudno cię było przekonać. W końcu mi się udało, a gdzieś przy okazji się zakochaliśmy. Ta warząca eliksiry suka odkryła, że cię uwolniłam i jakimś cudem napoiła cię wywarem, żeby znowu cię zniewolić. Tak się bałam, że trucizna tej dziwki sprawi, że mnie zapomnisz – powiedziała Lestrange zmuszając łzy do płynięcia. Desperacja w jej oczach i głosie niemal przekonała Petera, a on przecież wiedział jakie to wszystko bzdury. Z drugiej strony ćwiczyła tę chwile przed lustrem od wielu tygodni. Ta kobieta niczego nie pozostawiała przypadkowi. Bellatrix wzięła Jamesa za rękę i przycisnęła ją do swojego ciepłego biustu. Czuł jak jej serce gwałtownie bije. – Proszę, powiedz mi, że pamiętasz naszą miłość! Nie czujesz jak moje serce dla ciebie bije?
- To nieprawda! – wrzasnął James. Próbował wyrwać rękę, ale Bellatrix trzymała mocno. – To jakaś sztuczka Śmierciożerców!
- Jak możesz tak mówić, ukochany? Czarny Pan nigdy nie chciał cię zabić. Chciał pomóc pozyskać cię dla sprawy, ale twój umysł znów był pod jej kontrolą. Pomyślał, że jeśli zabije ją i bękarta mojego kuzyna, pomoże wyzwolić twój umysł. To ty wskoczyłeś przez zaklęcie śmierci, które nie było przeznaczone dla ciebie. Gdyby nie nasz Pan, nigdy nie udało by mi się cię sprowadzić z powrotem.
- Nie, kłamiesz! Lily to moja żona i moja ukochana. Harry to mój syn, a Łapa nigdy by mnie tak nie zdradził! Nie wierzę w ani jedno słowo! – warknął James, usiłując bezskutecznie wyrwać dłoń z uścisku Bellatrix.
- Proszę, spróbuj sobie przypomnieć, kochanie. Jesteś jednym z nas. Jak inaczej wyjaśnisz to? – spytała Bella, przekręcając jego ramię, żeby mógł zobaczyć fałszywy, ale nader przekonujący Mroczny Znak na swoim ramieniu, zaraz obok tego, wypalonego na skórze Bellatrix. James z przerażeniem patrzył, jak Peter odsłania własny Mroczny Znak.
Gabriella siedziała przy toaletce i szczotkowała włosy. Wydarzenie ostatniego miesiąca okazały się co najmniej nieoczekiwane. Zaczęło się, kiedy serce niemal wyskoczyło jej gardłem podczas lektury „Proroka Codziennego". Ujrzała zdjęcie Siriego i jego chrześniaka walczących ramię w ramię przeciwko Śmierciożercom na schodach do Gringotta i przeraziło ją to do szpiku kości. Szesnaście lat temu zabrał Lily i jej syna z Anglii, by ich chronić. Postąpił właściwie. Nie miała prawa twierdzić niczego innego. Los nie był im przychylny, ale miała nadzieję, że on gdzieś tam odnalazł szczęście. Gabriella wiedziała, że nigdy nie obdarzy swojego męża taką miłością, jak powinna to robić żona, niemniej jednak czyniła co w jej mocy, żeby uczynić tę sytuację jak najlepszą. Wydawało jej się, że jest szczęśliwa, a przynajmniej zadowolona ze swojego życia. Zabawne, jak można do tego przekonać umysł, ale serce, ta pierwotna siła natury, nie da się tak naprawdę uwięzić bądź uciszyć.
Jej Siri wrócił i od razu starł się z siłami Voldemorta. Wiedziała, że w nieco innych okolicznościach to ona znajdowałaby się u jego boku, a nie Lily Potter. Nawet w czasach Hogwartu Siri i Lily blisko się przyjaźnili i często flirtowali z humorem, co czasami koszmarnie irytowało Gabriellę i Jamesa. Poczuła nagłe ukłucie zazdrości o Lily, która miała go dla siebie tak długo. Jednak zaraz napłynęła równie silna fala współczucia. Lily nie mogła być z ukochanym mężczyzną, tak samo jak Gabriella. W tym aspekcie były bardzo podobne.
Nie żeby Gabrielli brakowało radości w życiu. Miała trzy piękne córki, które kochała nad życie. Marcus Greengrass nie był złym człowiekiem, zresztą dokładnie to powiedziała Siriemu. Oczywiście, można o nim powiedzieć, że to chłodny, wyrachowany, samolubny, oportunistyczny hipokryta, ale brakowało w nim zła. Takim go po prostu wychowano. Gdyby nie zaczęła romansu z Sirim nim przedstawiono jej przyszłego męża, ona też mogłaby się wpasować w ramy, które przewidział dla niej ojciec. Może nawet byłaby szczęśliwa lub choćby zadowolona z życia, jakie dla niej wybrał. Niestety niezależnie od luksusów, klatka wciąż pozostawała klatką.
Siri otworzył jej oczy na inne życie. SZLAG! Chciała takiego życia! Tego życia potrzebowała, żeby, jeśli miała być ze sobą szczera, poczuć się całkowicie spełniona. Przeczytała wszystko co znalazła w aktach od Umbridge przynajmniej trzykrotnie. Gdyby tylko znała inkantację, której użyli podczas rytuału, wiedziałaby jak działać dalej. Jednak z tego co wiedziała jedynym wciąż żyjącym człowiekiem, który był przy tym obecny, był jej mąż. Pytanie jak mogła pozyskać tę wiedzę od ojca jej dzieci.
- Czy jestem zepsuta, skoro chcę więcej? – spytała swojego odbicia po raz już chyba setny. Smutny uśmiech musiał jej wystarczyć za odpowiedź. Czy zdradzała swoje córki tym, co planowała uczynić ich ojcu? Czy mogła żyć ze sobą, jeśli to zrobi?
- Nie mniej niż ja, Żono, nie mniej niż ja. Mogę wejść? – spytał Marcus Greengrass, stojący w drzwiach jej prywatnej komnaty sypialnej. Gabriella podskoczyła słysząc nieoczekiwany dźwięk. Kiedy doszła do siebie, obróciła się w stronę męża. Tak się zamyśliła, że nie zorientowała się w jego obecności. Bardzo lekkomyślnie z jej strony. Obiecała sobie w duchu, że nie straci więcej koncentracji. Był zamyślony, a to nigdy nie wróżyło najlepiej.
- Możesz, Mężu. Może uda ci się rozczesać ten uparty kosmyk? – spytała, wręczając szczotkę do włosów nadchodzącemu mężowi. Wykonywanie prostego zadania zawsze pomagało mu w panowaniu nad gniewem, a co najważniejsze trzymało różdżkę z dala od jego dłoni. Sama trzymała różdżkę pod ręką w razie potrzeby. To zadanie przypomni mu też, że jest jego partnerką. Na zewnątrz promieniowała spokojem, który sugerował zaufanie. W głębi przyjęła czujną postawę i nie miała zamiaru rozluźniać się nawet na moment. Marcus przyjął szczotkę i zaczął pracować nad jej włosami.
Przez większość czasu Gabriella patrzyła przed siebie, żeby nie napotkać jego oczu w lustrze. Zerkała tam tylko, gdy jego spojrzenie nie kierowało się na nią. Jak zwykle nie sposób było odczytać jego twarzy, ale wiedziała, że zdradzają go inne rzeczy. Nie żeby zamierzała mu o tym powiedzieć. Nie należała do kobiet, które łatwo oddają to, co daje im przewagę. Coś mu ciążyło, to widziała wyraźnie. Poczeka, aż Marcus będzie gotów wyrazić co go dręczy. Okazało się, że nie musiała czekać zbyt długo.
- Nie jestem zadowolony z wydarzeń, które stały się fundamentem naszego związku, Żono. To mówiąc, uważam, że zawsze okazywałem ci najwyższy szacunek w sytuacjach publicznych, jak również w obecności naszych córek. Brałem kochanki z pełną dyskrecją i nigdy nie wymuszałem zbliżenia. Ofiarowałem ci życie w luksusach i dobre widoki na przyszłość, nieprawdaż? – stwierdził Marcus neutralnym tonem, nie przestając szczotkować jej włosów. Jednak ona czuła jego napięcie. Nie był może brutalny, ale też nie robił tego delikatnie.
- Tak, Mężu, to prawda i jestem ci za to wdzięczna. Jeśli jednak mogę być tak śmiała, chciałabym podkreślić własny wkład. Wszak urodziłam ci trzy piękne i świetnie wychowane córki, urządzałam niezliczone bankiety i wspierałam cię zasłyszanymi informacjami, byś mógł zwiększyć majątek i status rodziny w czarodziejskiej społeczności. Uważam, że okazałam się bardzo hojną kochanką, gdy sytuacja tego wymagała oraz nadzwyczajną Lady i twoją partnerką – wyliczała Gabriella tak samo neutralnym tonem jak on, jednak jej dłoń zbliżyła się do różdżki. Marcus roześmiał się krótko. Nie wiedziała czy rozbawiła go jej odpowiedź czy subtelny ruch dłoni.
- Owszem, Żono, zrobiłaś to wszystko i wiele więcej.
- Wyczuwam, że zaraz usłyszą ale – dodała Gabriella unosząc brew. Marcus mimo woli roześmiał się. Znała go znacznie lepiej niż on znał ją. A jednak nie umknęła mu zmiana jej nastroju po powrocie Blacka do kraju.
- Czyżbym był aż tak przewidywalny? – spytał z autentyczną ciekawością. Była w tym lepsza niż on i raczej się to nie zmieni. Jednak może tak było lepiej.
- Nie, to ja jestem taka uzdolniona – zażartowała z uśmiechem, który rozświetlił pokój. Wynagrodził ją pełnym i niepowstrzymywanym śmiechem. Wiele czasu upłynęło odkąd słyszała u niego taką wesołość i napięcie w pokoju zmalało zauważalnie.
- Jestem taki dumny z tego co zrobiłaś na Ulicy Pokątnej. Chroniłaś naszą córkę i za to będę ci wdzięczny po wsze czasy – powiedział Marcus ze szczerością, rzadkość w tym domu. – Ale, musisz wiedzieć, że pociąga to za sobą pewne konsekwencje – położył szczególny nacisk na słowo „ale". Znów przybrał maskę powagi.
- Jak rozumiem skontaktowali się z tobą? – spytała Gabriella, usiłując nie panikować. Wiedziała, że nie jest dobre. Potter zaproponował sojusz, a Daphne napisała, że obie z Astorią to popierają. Niestety między Marcusem i Sirim za wiele było złej krwi, żeby to zadziałało. Marcus wiedział, że Potter będzie zobowiązany słowem honoru, by chronić ich córki w Hogwarcie już przez to, że taką ochronę zaoferował. Nie widział potrzeby, by bardziej przyciągać uwagę ich wrogów. Rodzina Greengrassów pozostała neutralna podczas ostatniej wojny i to było kluczem do ich przetrwania.
- Ofiarowałem im 100 000 galeonów, żeby załagodzić wszystkie możliwe ujmy i kupić nam trochę czasu – poinformował ją stanowczo.
- Rozumiem – odparła ponuro Gabriella. Nie skakała z radości, ale rozumiała delikatną sytuację, w jakiej operował jej mąż. Potem spytała: - Ile czasu nam ofiarowano?
- Dojdę do tego za chwilę. Najpierw muszę ci uzmysłowić w pełni w jak trudnej sytuacji się znaleźliśmy.
Rzucił kopertę ze zdjęciami na jej toaletkę. Potem odwrócił się, nim Gabriella ją otworzyła. Cokolwiek znajdowało się w środku, nie miał ochoty ponownie tego oglądać. Podszedł do okna i patrzył, jak poranne słońce oświetla teren wokół ich domu.
Na widok zawartości koperty Gabriella musiała zakryć usta, by nie wrzasnąć na całe gardło. Zmusiła się, żeby przejrzeć wszystkie poruszające się zdjęcia w kopercie. Łzy płynęły jej po policzkach, gdy oglądała dowody na nieprawości, do jakich Śmierciożercy są skłonni się posunąć. Te chore skurwiele nawet zadały sobie trud, żeby ułożyć zdjęcia w odpowiedniej kolejności, jakby opowiadały historię. Na jej oczach atrakcyjna młoda kobieta stała się pokrwawionym, bezkształtnym szczątkiem, szarpanym pazurami stwora, najprawdopodobniej Greybacka. Modliła się, by ofiara zmarła, bo nikt komu coś takiego uczyniono nie powinien żyć z konsekwencjami. Drżącymi rękami zamknęła kopertę.
- To… to… - Gabriella usiłowała zebrać się w sobie. Głos jej drżał. Potrzebowała minuty, żeby powiedzieć coś składnego. – To była Janus, twoja kochanka, prawda? – spytała patrząc na niego. On mógł jedynie skinąć głową, bo brakło mu słów.
- Czy ona…? – zaczęła Gabriella, ale pożałowała tego, kiedy tylko te słowa opuściły jej usta. Jego głowa opadła, a ramiona się zatrząsły, gdy ogarnęła go rozpacz. W milczeniu czekała, aż odzyska panowanie nad sobą. Był z nią kilka lat, znacznie dłużej niż z jakąkolwiek kochanką wcześniej.
- Bła… błagała mnie, żebym… żebym ją… zabił. By… była tak piękna. Nie mieli prawa! – wrzasnął, przebijając pięścią szybę w oknie jej sypialni. Zignorował ból i krew spływającą mu po ręce. Gabriella podbiegła i sprawnie uleczyła rany. Delikatnie podprowadziła go do łóżka. Podziękował jej i usiłował zebrać się w sobie.
- Kochałeś ją? – spytała w końcu Gabriella, kiedy znów wyglądał na spokojnego. Popatrzył na nią i po raz pierwszy w czasie ich małżeństwa pokazał słabość.
- Merlinie drogi, kochałem. Wbrew mojemu osądowi i rozsądkowi. Była niezwykle wyrozumiałą kobietą. Janus zaakceptowała, że nigdy nie będzie dzieliła ze mną mojego życia tak, jak by pragnęła. Tak jak ja pragnąłem – wyznał, kryjąc twarz w dłoniach. Całym sobą walczył, by nie poddać się ogarniającej go rozpaczy.
- Znam to pragnienie – odpowiedziała z goryczą Gabriella, skoro wreszcie, po osiemnastu latach małżeństwa wreszcie zebrało im się na szczerość.
- Nie powinienem pozwolić mojemu ojcu, żeby namówił mnie na zrobieni ci czegoś takiego. Nie mieliśmy prawa w ten sposób cię gwałcić. Długo potrwało, nim to pojąłem. Wiem, że w tej chwili to dla ciebie niewielka pociecha – powiedział Marcus, unosząc głowę, żeby popatrzyć na nią wypełnionymi łzami oczami. Jego słowa zabarwiał żal i samooskarżenie, ale ona na nie zobojętniała. Miał rację, to dla niej niewielka pociecha. Z lodowatą rezerwą spojrzała na męża. Z jego tonu wnioskowała, że to nie wszystko.
- Wiesz, że zmusiliśmy go, żeby patrzył na cały rytuał skrępowany, zakneblowany i zakameleonowany? – spytał i czekał na eksplozję, która nie nastąpiła.
- I? – dopytywała się Gabriella przez zaciśnięte zęby. Lodowata wściekłość jej oczu sprawiała, że chciał się wycofać, ale niewiele czasu mu pozostało. Musiał powiedzieć jej wszystko.
- Potem… zmusiliśmy go do złożenia przysięgi, że nigdy nie dotknie cię jak kochanek, a jego ręka, magia ani rozkaz nigdy nie przyniesie szkody mi ani nikomu z mojego Rodu. W zamian ja przysiągłem, że nigdy nie ucierpisz z mojej ręki, magii ani rozkazu. Ten akt wymazałby jego przysięgę. Mimo że miał złamane serce, najpierw myślał o chronieniu ciebie – kontynuował Marcus pełen żalu. Gabriella nie mogła już na niego dłużej patrzeć i zaczęła krążyć po sypialni, by nie zrobić czegoś, co dałoby jej ogromną satysfakcję w tej chwili, ale czego zapewne na dłuższą metę by pożałowała. Zmusiła się, by póki co schować różdżkę do kieszeni. Nie warto zużywać magii. To nie pora, by kierować się emocjami, raczej intelektem. Potem coś do niej dotarło.
- Nigdy byś mi tego nie ujawnił, chyba że zrobiłeś coś, co zwolniło go z przysięgi – warknęła tyłem do niego. Nie chciała na niego patrzeć. Nie odpowiadał, co uznała za potwierdzenie, że ma rację.
Nie odrywała wzroku od terenu na zewnątrz. Nagle ujrzała jakiś ruch tuż za osłonami. Nie zdawała sobie sprawy, że oczekują jakiegoś towarzystwa. Ku jej przerażeniu postacie w czarnych szatach przeszły przez osłony, jakby w ogóle ich tam nie było. Gabriella okręciła się na pięcie, a w jej oczach gorzała wściekłość wywołana jego zdradą.
- TY SKURWYSYNU! ZAPROSIŁEŚ ICH DO NASZEGO DOMU!
- Nie pozwolę, żeby moje córki podzieliły los Janus! Ty też nie musisz, jeśli będziesz współpracować. Wystarczy że powiesz kilka przekonujących kłamstw. Pettigrew obiecał mi, że to wszystko. To jedyny sposób, żeby utrzymać naszą rodzinę nietkniętą. Musisz to widzieć! – błagał ją ze swoją różdżką w jednej ręce i jej różdżką w drugiej. Oboje wiedzieli, że ona jest lepsza w walce, ale on również miał swoje zdolności. Subtelniejsze, ale nie mniej skuteczne. Wprowadził ją z równowagi i wykorzystał ten fakt. Gabriella nawet się nie zorientowała kiedy zabrał jej różdżkę. Nigdy się nie spodziewała, że aż tak ją oszuka.
- Pettigrew? Peter Pettigrew? Gdzie Jade*? – Gabriella w panice pytała o miejsce pobytu jej najmłodszej córki. Użyją Jade, żeby ją kontrolować. Nie mogła na to pozwolić.
- Bezpieczna w swoim pokoju. Jeśli chcemy, żeby tak zostało, musimy się poddać ich woli.
Kiedy tylko wypowiedział te słowa, w drzwi frontowe posiadłości trafiło Reducto. Cały budynek zatrząsnął się od siły uderzenia.
- Co, do cholery?! Dali słowo, że zostawią nas w spokoju, jeśli będziemy współpracować!
- Nieuczciwy Śmierciożerca, kto by przypuszczał? Marcusie, przecież dla nich jesteśmy zdrajcami krwi. Przypieczętowałeś nasz los w chwili, gdy pozwoliłeś im przekroczyć nasze osłony – zganiła go Gabriella. Wyciągnęła dłoń po swoją różdżkę. Zawahał się przez chwilę. Istniała jeszcze szansa, że może dobić targu. Jego żona przechyliła głową na jedną stronę. Wyglądała na wściekłą. Westchnął ciężko i wręczył różdżkę jej właścicielce.
- Dobry chłopiec. A teraz, jeśli chcesz wyjść z tego domu żywy, musisz mnie uwolnić – zażądała. Marcus spojrzał jej w oczy i zrozumiał, że jest śmiertelnie poważna. Kiedy Pettigrew skontaktował się z nim po raz pierwszy, myślał, że zdoła zabezpieczyć przyszłość swoich córek. Na to właśnie dzień w dzień pracował w Ministerstwie. Wiedział jednak, że negocjacje przestały być dostępną opcją. Ich przetrwanie zależało całkowicie od jego żony. Trzymała go za jaja i oboje o tym wiedzieli. Zresztą, jeśli miał być szczery, był jej to winien.
- Ja, Marcus Devan Greengrass niniejszym uwalniam Gabriellę Jean Greengrass spod mojej kontroli i odrzucam jako moją żonę. Niechaj tak się stanie – zadeklarował z naciskiem. W żadnym wypadku nie liczyło się to za legalny rozwód, ale jego magia i runa za taki to uznają. Gabriella poczuła łaskotanie w karku, które szybko zmieniło się w przenikliwe pieczenie. Zacisnęła zęby, żeby nie krzyknąć na głos z bólu, ale po kilku sekundach cierpienie zmalało, by wkrótce zniknąć zupełnie. Przesunęła palcami po karku, który okazał się zupełnie gładki. Ani śladu po Niewolniczej Runie DeKy. Jej życie znów należało do niej.
- Dziękuję – nie powiedziała nic więcej, ale zabrzmiało to szczerze.
- Mogą tu być lada moment. Jak zamierzasz nas z tego wyciągnąć? – spytał błagalnie Marcus.
- Absolutnie nie zamierzam grać według ich cholernych zasad. Pixi! – krzyknęła Gabriella. Mała skrzatka, której Marcus nigdy nie widział, pojawiła się z pyknięciem obok jego żony.
- Tak, moja Pani?
- Zabierz moją córkę do Pałacu Aidin i zabij każdego, kto spróbuje cię zatrzymać! – poleciła, a skrzatka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Emma szła ku szklarniom tak szybko jak potrafiła, żeby zobaczyć czy znajdzie tam profesor Sprout. W ramionach trzymała kwiat, który dostała od Adama. Przebierała nogami tak szybko, że Gabby, Mark i Pursa musieli podbiegać, żeby dotrzymać jej kroku.
- Skąd ten pośpiech? To tylko kwiatek – wydyszał Mark, który zaczął zostawać z tyłu.
- To tropikalna orchidea, ty tępy palancie. To prezent od Adama, a jej żywe kolory zawsze poprawiają mi humor – skarciła go Pursa z sapnięciem.
- Kim do cholery jest Adam i co on sobie myśli, że daje jej prezenty? – oskarżycielsko spytał Mark, głosem o oktawę wyższym niż by sobie życzył. Gabby i Pursa zachichotały rozbawione jego ewidentną zazdrością. Emma wywróciła oczami i kontynuowała marszobieg. Wiedziała, że Mark się w niej podkochuje, zresztą on jej też się podobał. Będzie musiała z nim pogadać o jego zaborczości, ale nie teraz. Adam jej zaufał i powierzył jej opiekę nad istotą, która, Emma była pewna, stała się jego najlepszą przyjaciółką. Zaufał jej, a ona nie miała zamiaru zawieść tego zaufania.
- Profesor Sprout, potrzebuję pani pomocy! – krzyknęła Emma, wchodząc do szklarni. Opiekunka Domu Hufflepuff uniosła głowę znad biura, wyraźnie zaskoczona. Ostatnie czego oczekiwała w sobotę to grupa uczniów, która wpada jej do szklarni. Właśnie oceniała dość dużą partię wypracowań.
- Drogi Merlinie, dziewczyno, czy to Orchidea Zelluta? – spytała Sprout. Wyszła uczniom naprzeciw.
- Nie wiem co robić, pani profesor. To prezent od przyjaciela. Adam będzie załamany, jeśli stanie jej się coś złego – powiedziała Emma, wręczając Sprout doniczkę, w której rosła orchidea Adama. Nauczycielka Zielarstwa ujęła ją delikatnie i wróciła za swoje biurko, nucąc delikatną melodię. Badała roślinę nie przerywając nucenia. Po kilku minutach podeszła do regału i wróciła z jakimś przedmiotem. Potem wlała do ziemi w doniczce zawartość małej fiolki. Niemal natychmiast kolory kwiatu stały się wyraźniejsze.
- O właśnie, dziewczynko, nic ci nie będzie – zapewniła Sprout orchideę, delikatnie gładząc jej płatki. Po kilku kolejnych zachęcających słowach zwróciła się do uczniów: - W porządku, kochani, czy rozmawiacie z nią codziennie?
- Tak, wszystkie rozmawiamy – zapewniły chórem dziewczęta.
- Żadnych kłótni w pokoju? Ona potrzebuje szczęśliwego otoczenia – zaleciła Sprout, patrząc na nie badawczo. Wiedziała, że w jej domu dla dziewcząt w tym wieku wszystkie problemy urastają do miana tragedii.
- Czasami, ale od teraz będziemy to załatwiać poza pokojem – wyznała niechętnie Emma, zwieszając głowę ze wstydem.
- Orchidea potrzebuje dużo świeżego powietrza i słońca. Trzeba ją ustawiać we wschodnim oknie rano i w zachodnim po obiedzie. Uchylajcie okna odrobinę. Nie mam pojęcia jakim cudem przeżyła w naszym klimacie o tej porze roku. Skąd twój przyjaciel ją wziął?
- Od lat rosła w ogrodzie naszego sierocińca. Adam jest świetny z roślinami, ale trochę niedorozwinięty – powiedziała Emma, a jej przyjaciele spojrzeli na nią dziwnie. – To nie jego wina. Umbridge coś mu zrobiła. Powiedział, że kwiat wyrósł z łzy elfa, jeśli w to wierzycie. Jest jego najlepszym przyjacielem – dodała szybko.
- Orchidee Zelluta wyrastają z łez elfów, moja droga. Nie mogę się doczekać, żeby poznać Adama, kiedy tu przybędzie – powiedziała Sprout. Podobało jej się, że może będzie miała jakąś pokrewną duszę.
- Adam nie jest czarodziejem, pani profesor, to mugol – wyjaśniła jej Emma.
- Bzdura, mugol nawet nie zobaczyłby tej rośliny, a co dopiero utrzymał ją przy życiu. Jest magiczna. W takim razie musi być charłakiem.
- Nie sądzę. Ciocia Lily i Harry wyczuliby to.
- Mówisz, że rozmawia z Orchideą?
- Widziałam jak prowadził z nią coś w stylu jednostronnej rozmowy. Nawet jej odpowiadał, jakby zadawała mu pytania czy coś. Po prostu myślałam, że to coś w stylu niewidzialnego przyjaciela – odparła Emma. Oczy nauczycielki rozszerzyły się z zaskoczenia.
- Nie, moja droga, jeśli to co mówisz jest prawdą. Musiałabym się oczywiście z nim spotkać, ale skoro widzi nasz świat, a nie jest czarodziejem lub charłakiem i zdołał utrzymać przy życiu tą niezwykła Orchideę w naszym klimacie, to nie ma zbyt wielu wyjaśnień. Wydaje mi się, że twój przyjaciel może być druidem.
Kiedy Tonks weszła do gabinetu dyrektora, Dumbledore siedział za biurkiem, a na jego twarzy malował się głęboki namysł. Popatrzył na nią, a na jego starej, pomarszczonej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Kobieta stawała się jednym z jego najlepszych agentów. Odkrył, że jej niezgrabność to tylko gra, żeby skłonić wrogów do lekceważenia jej. Musiał się zgodzić, że to wielce efektywne, bo sam stał się ofiarą tego złudzenia w przeszłości. Tylko dzięki masie szczęścia ta omyłka nie wypaliła mu prosto w twarz.
- Witaj Tonks, co cię tu dzisiaj sprowadza? Z tego co zrozumiałem masz dzisiaj dzień wolny – powiedział Dumbledore znacznie pogodniejszym tonem niż oczekiwała.
- Wpadłam tylko, żeby powiedzieć, że Moody wyjechał, żeby szukać pozostałych Horkruksów. Remus dał mu wszystkie informacje, które zebrał podczas swoich poszukiwań. Alastor emocjonował się tym jak uczniak – odpowiedziała Tonks równie pozytywnym tonem.
- No tak, lubi porządne wyzwania. Dobrze mu to zrobi. Im szybciej się ich pozbędziemy tym lepiej. Tom nie będzie się wiecznie ukrywał. Coś knuje, czuję to w moich starych kościach.
- Zapewne rekrutuje i szkoli zwolenników. Ja bym tak zrobiła na jego miejscu.
- Muszę się z tobą zgodzić w tym punkcie, pani Lupin. Boję się pomyśleć co planuje dalej.
- A to doprowadza nas do mojej drugiej sprawy – wtrąciła Tonks.
- Którą jest? – spytał ostrożnie Albus.
- Longbottom jest Horkruksem, prawda? – zaatakowała. Jeśli to dobrze rozegra, będzie miała gwóźdź do jego trumny, jak to mówią mugole.
- To prawda, ale muszę cię poprosić, żebyś z nikim nie dzieliła się tą informacją – ostrzegł ją tak dyplomatycznie jak tylko mógł.
- Czy myśli pan, że wpływa to na jego osobowość? Czy to dlatego tak się zachowuje? – naciskała.
- W pewnym stopniu, ale obawiam się, że Neville to produkt Czarodziejskiego Świata. Wszyscy ponosimy tu winę – wyjaśnił Albus z nutą żalu.
- Chłopak jest zdolny do podejmowania własnych decyzji i powinien ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Prędzej czy później wpadnie w gówno, a wtedy pan, ja i jego babka będziemy musieli go z niego wyciągać – zaoponowała ostro Tonks.
- Wiem to aż za dobrze, ale obawiam się, że chłopak nie zdoła zbyt długo unikać zakusów Toma. Jeśli będzie trzeba Severus go usunie.
Właściwie wyznał, że każde swojemu drugiemu zabójcy zamordować chłopaka. Strasznie mi to ułatwia, pomyślała Tonks.
- A co z Potterem? – spytała. Już prawie starczało jej materiałów, żeby go wreszcie aresztować i zbudować akt oskarżenia, z którego nawet on się nie wymiga.
- Wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Młody Lord stał się dość popularny, ale jakoś uniknął typowej pułapki wysługiwania się innymi, by wynieść się jeszcze wyżej. Nie chodzi na Eliksiry, a jednak pomaga młodszym uczniom z zadaniami domowymi z Eliksirów, co koszmarnie irytuje Severusa. Szczerze mówiąc oczekiwałem, że skorzysta w pełni z nowych praw i weźmie sobie kilka młodych czarownic. Ale jak na razie wydaje się dość mocno zauroczony panną Weasely.
- Cieszę się, że mnie pan posłuchał i trzyma się pan z dala od tej sprawy – stwierdziła Tonks, w duchu mówiąc sobie, ze już prawie go ma.
- Tak, no cóż, mam nadzieję, że to nie było na próżno. Z tego co słyszałem, jesteś z nim całkiem blisko. Co sugerujesz? – spytał Albus. Tonks zapisała w pamięci, że jego szpiedzy obserwują ją i Harry'ego. Mężczyzna nie był głupcem, ale dało się nim manipulować. Arogancja to przydatne narzędzie i wykorzystywała ją przeciwko niemu po mistrzowsku.
Duża grupa Huncwotów przebywała na boisku quidditcha. Całość była obłożona osłonami, żeby utrzymać z dala niepożądane spojrzenia. Ginny prowadziła tych obdarzonych talentem do latania przez oszołamiającą serię powietrznych manewrów. Harry przebywał na ziemi, otoczony mugolskimi wyrzutniami piłeczek tenisowych, zasilanymi przez magiczne kryształy energetyczne. Pokazywał jak unikać klątw w sytuacji okrążenia i wykorzystać odbite zaklęcia dla swoich celów. Daphne miała właśnie spróbować manewru, który zademonstrowała Ginny, kiedy kątem oka ujrzała błysk na Błoniach. Sięgnęła po moc Hellcat, żeby poprawić swój wzrok. Ujrzała pulsującą postać ponuraka, który wyglądał na stworzonego z czystej elektryczności. Potem Patronus Żywiołów odrzucił łeb i zawył w animagicznym wezwaniu pomocy.
- TO PATRONUS MOJEJ MAMY! – wrzasnęła Daphne, po czym zawróciła miotłę i pomknęła w jego stronę z pełną prędkością.
Ginny usłyszała wezwanie pomocy i krzyk Daphne. Zobaczyła, że jej przyjaciółka oddala się najszybciej jak może. Krzyknęła do Harry'ego, ale ujrzała tylko Cienia, który znikał w cieniu. Najwyraźniej on też to usłyszał.
- Niech ktoś znajdzie Astorię Greengras i natychmiast ją tu sprowadzi! – poleciła Ginny, odwracając się do pozostałych Huncwotów. Potem skierowała miotłę w stronę patronusa i poleciała.
Daphne dotarła pierwsza, chwilę przed Harrym. Opadła na kolana przed ponurakiem mamy, a przerażenie ścisnęło jej serce. To mogło oznaczać tylko jedno: jej rodzina została zaatakowana. Jej mama jasno powiedziała, co Daphne ma robić, jeśli kiedykolwiek wyśle jej ponuraka. Nie wiedziała jednak, czy wciąż będzie potrafiła spełnić te instrukcje. Rok temu na pewno. Wtedy zrobiłaby to bez wahania, ale mocno się od tego czasu zmieniła. Nie ma mowy, żeby złapała siostrę i uciekała. Jeśli te butolizy chcą walki, to na lewe jądro Merlina, zafunduje im walkę.
Słowniczek
Jade – ang. jadeit. Dokładnie to określenie odnosi się do Żad, grupy minerałów w skład których wchodzi jadeit, ale potocznie określa się go tym właśnie słowem.
W następnym rozdziale:
- początek bitwy o Posiadłość Greengrassów
- pranie mózgu
- gdzie jest Astoria?
