Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 39

Daphne wyciągnęła rękę, żeby dotknąć Patronusa swojej mamy, ale Harry w ostatniej chwili złapał ją za nadgarstek. Właśnie podnosił ją na nogi, kiedy pojawiła się czarna postać pędząca od Zakazanego Lasu. Poruszała się tak szybko, że wzrok za nią nie nadążał. Ze względu na pagórkowaty teren wokół Hogwartu kształt to się pojawiał to znikał. Daphne nie mogła oderwać od niego wzroku, sama nie wiedziała czemu. Dopiero kiedy istota wspięła się na ostatnie wzgórze oddzielające ją od Daphne i Harry'ego, młoda czarodziejka mogła jej się lepiej przyjrzeć.

Przez ułamek sekundy była pewna, że to jej mama pod postacią animaga. Jednak postać animagiczna jej mamy, choć głównie czarna, miała też sporo białego włosia. Jej syberyjski husky wyglądał na majestatycznego i zadbanego czworonoga. Tymczasem pies pędzący w ich stronę z szaleństwem w oczach pokryty był zmierzwionym czarnym futrem. Dopiero kiedy stwór stanął jak wryty przed Patronusem jej mamy, Daphne pojęła, ze to Ponurak. I to identyczny jak ten Patronus, łącznie z teksturą futra. Bliźniacze Ponuraki wpatrywały się w siebie, wreszcie ten czarny wydał z siebie żałobne wycie.

Ginny wylądowała ze swoją miotłą i odciągnęła uwagę Daphne od dwóch Ponuraków. Zaraz po niej pojawiły się wybiegające zamku profesor Potter i profesor McGonagall. Lily przeskakiwała po trzy schody na raz i wysforowywała się przed starszą czarownicę. By dotrzymać jej kroku, Minerva zmieniła się w kota i wskoczyła na ramiona nauczycielki Zaklęć. Może brakowało jej niegdysiejszej prędkości, ale jej umysł wciąż pozostawał ostry jak brzytwa. Harry rozstawiał zaklęcia prywatności, a Daphne z powrotem spojrzała w stronę Ponuraków i zamarła zdumiona. Patronus jej mamy zniknął, a w jego miejscu stał wściekły profesor Black.

- Czemu mnie to nie zaskakuje? – warknęła Daphne.

- Chcesz się przerzucać winą czy ratować swoją rodzinę? – odwarknął Syriusz równie uprzejmie. Próbował zachowywać tolerancję wobec bezustannego węszenia dziewczyny wokół historii jego i Gabrielli. Doskonale rozumiał skąd się to bierze, ale w tej chwili naprawdę nie miał czasu, żeby jej dogadzać. Kobieta którą kochał znajdowała się w niebezpieczeństwie i wszystkie inne sprawy nagle przestały mieć znaczenie.

- Oczywiście że ratować rodzinę, ale to nie koniec tej sprawy – zagroziła mu.

- Zapamiętam – odparł, wywracając oczami.

- Kto wezwał pomocy? – spytała Lily, zatrzymując się przy nich. McGonagall zeskoczyła z jej ramion i przybrała ludzką postać. Potem dodała zaklęcie niezauważajki dla lepszej ochrony tego miejsca.

- Gaby wysłała swojego Patronusa żywiołów w formie elektryczności – odparł Syriusz bez owijania w bawełnę. Zerwał spinkę z herbem Rodu Blacków, która przytrzymywała jego kucyka. Jego włosy opadły na ramiona, a w jego oczach płonął ogień. Daphne zaparło dech w piersi. Roztaczał wokół siebie aurę naprawdę niebezpiecznego mężczyzny. Rzucił spinkę Lily i powiedział: - Z Fiuu w moim biurze dotrzecie na miejsce, a przez osłony przeprowadzi was… Łaska Aidin.

Lily skinęła głową i zmieniła się w Nalę. Harry ją zakameleonował. Jedynie małe kawałki ziemi i trawy pryskające spod jej łap pozwalały się domyślać, że wielka lwica pędziła przez Błonia ile sił w nogach. W tej formie mogła szybciej dotrzeć na miejsce, a liczyła się każda sekunda.

- Łapo, weź ze sobą Hellcat. Zbiorę trochę oddziałów i sprzętu i dołączę do was tak szybko jak to możliwe – powiedział chrzestnemu Harry. Zdjął z siebie prochowiec ze skóry bazyliszka i narzucił go Daphne na ramiona. Wiedział, że ona musi ruszyć do walki, ale nie zamierzał jej na to pozwolić bez najlepszej ochrony, jaką mógł jej zapewnić od ręki.

- Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, po prostu włóż rękę w podszewkę i odpowiednia rzecz znajdzie twoją dłoń – poinstruowała ją Ginny, patrząc przyjaciółce w oczy. Harry i jego ojciec chrzestny również milcząco porozumieli się wzrokiem. Obaj byli już wcześniej w takiej sytuacji, ale ta konkretna dotykała dwojga ludzi, na których Harry'emu bardzo zależało. Skinął głową, a Syriusz wyszczerzył się w uśmiechu i położył Harry'emu rękę na ramieniu. Potem Harry wskazał w prawo i rzucił niewerbalne zaklęcie. Kawałek trawnika zmarszczył się jak woda. Zabierze Syriusza i Daphne za bramy Hogwartu.

- Nie idziemy z nimi? – spytała Ginny, gdy tylko ta dwójka przeszła przez portal.

- Ja idę, ty nie – odpowiedział jej Harry i czekał na wybuch. Nawet McGonagall zrobiła krok w tył, oczekując, że Ginny zachowa się zgodnie z jej zasłużoną reputacją. Dziewczyna otworzyła usta z miną, która wyraźnie mówiła, że ona chyba też ma coś do powiedzenia w tej kwestii. Potem ku zaskoczeniu wszystkich, łącznie z nią samą, zamknęła usta i oczy. Zapanowała nad sobą przy użyciu metod Tai Chi, których nauczyła ją Lily. Wiedziała, że Harry szanował jej zdolności i osąd. Jeśli nie chciał, żeby z nim szła, to pewnie przewidział dla niej jakieś inne zadanie. A kiedy się nad tym zastanowiła, odpowiedź sama jej się nasunęła. Otworzyła oczy i spokojnie spytała Harry'ego:

- Myślisz, że celem są wszyscy Greengrassowie?

- Mam nadzieję, że nie, ale nie zamierzam ryzykować – odpowiedział bez wahania Harry. Minerva skinęła głową, przyjmując logikę tego rozumowania. Uczynienie przykładu z rodziny Daphne miało sens, zwłaszcza że jej mama właśnie otrzymała Order Merlina. To przypomni innym Rodom czystej krwi o cenie, jaką należy zapłacić za przeciwstawianie się Voldemortowi.

- Co mam zrobić? – spytała Ginny swojego chłopaka i kochanka.

Uwielbiam tę dziewczynę.

- Chcę żebyś zeszła do Gniazda, aktywowała Mapę Huncwotów 3D oraz zlokalizowała i zabezpieczyła Astorię. Przytrzymaj ją w Gnieździe do końca kryzysu. Chcę, żeby dziesięcioro Huncwotów było z nią przez cały czas. Potem Drużyna Cienia ma monitorować wszystkich na naszej Gorącej Liście. Przygotuj też leczące eliksiry i maści w razie, gdybyśmy ich potrzebowali – powiedział jej Harry. Ginny z czułością przeciągnęła dłonią po jego policzku. Wiedziała, że musi już iść, ale chciała go jeszcze dotknąć. Teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek, skoro wiedziała, że rusza do walki. Harry nachylił się do jej dłoni, ale jej to nie wystarczało. Pociągnęła go w dół i obdarzyła namiętnym pocałunkiem. Miała gdzieś, ze McGonagall stoi tuż obok. Tym pocałunkiem powiedziała mu, żeby był ostrożny i wrócił do niej w jednym kawałku. Kiedy ich usta się rozdzieliły, zetknęli się czołami.

- Flirciara – wyszeptał Harry z uwielbieniem.

- Dupek – odparła z równym uczuciem. Dla nieznajomego były to zwykłe słowa, ale Minerva czuła, że dla nich te wyrazy posiadają znacznie większą moc. Ginny wyszeptała „Kocham cię" i popędziła w stronę Gniazda.

- Niezwykła magia, panie Potter. Będziesz musiał mnie nauczyć tego zaklęcia – zauważyła Minerva z pełnym podziwu uśmiechem. Młodzieniec jedynie wzruszył ramionami i mrugnął do nauczycielki Transmutacji.

- Chciałbym, żeby utrzymywała to pani w tajemnicy przed Dumbledorem tak długo, jak to tylko możliwe – poprosił Harry. Minerva oceniła go z zadowoleniem. James byłby taki dumny z mężczyzny, na którego wyrósł jego syn i z całej pracy, którą ten wykonywał w Hogwarcie.

- Skąd wiesz, że możesz mi zaufać? – spytała z ciekawością. Nie wyglądał na kogoś, kto łatwo obdarzał zaufaniem. Podejrzewała, że to efekt uboczny wielu lat spędzonych w ukryciu.

- Nie wiem, ale mama i Ginny pani ufają, a je ufam ich osądowi na tyle, żeby zawierzyć mu swoje życie – odparł szczerze. On też ją szanował i przez ostatni miesiąc zaczął czuć się wobec niej niemal jak wnuk.

- Uznaj to za załatwione – zapewniła go szczerze. Harry skinął głową, zmienił się w panterę i roztopił wśród cieni.

- Uwielbiam kiedy to robi – Minerva zachichotała jak pensjonarka, kiedy chłopak zniknął. Jego forma animagiczna była naprawdę cudowna, a poza tym jakoś znalazł drogę do jej serca.


Trzydziestu Śmierciożerców przestąpiło zniszczone drzwi wejściowe i wkroczyło do Dworu Greengrassów. Operacją dowodził Avery. Otrzymał to zadanie, bo kierował również szkoleniem nowych rekrutów, a to miała być prosta misja polegająca na pojmaniu celów. Dla niego oznaczało to dobrą okazję, żeby jego rekruci nabrali trochę niezbędnego doświadczenia bojowego. Poza tym sama ich przewaga liczebna powinna wystarczyć, by zdławić jakiekolwiek nadzieje Greengrassów na stawianie oporu. Do tej pory zawsze tak było.

Rozkazy, które przekazał mu Pettigrew, były proste. Pojmać i sprowadzić do niego Gabriellę Greengrass bez żadnych widocznych uszkodzeń ciała. Dodatkowym celem, jednak nie wymaganym dla powodzenia operacji, było pojmanie jej córki oraz zapewnienie, że zdrajca krwi będzie im posłuszny.

Sprowadzenie trzydziestu rekrutów na taką prostą misję niektórzy uznaliby za zdrową przesadę, ale Avery był absolutnym oportunistą. Peter powinien lepiej wyspecyfikować parametry zadania. Chociaż on i Lestrange pracowali nad zadaniem zleconym przez Czarnego Pana, ta konkretna misja nie została przez niego usankcjonowana. To oznaczało, że Avery może wyciągnąć z niej osobiste korzyści i nie obawiać się konsekwencji.

Przez to przeklęte prawo uchwalone przez Ministerstwo nie miał dostępu do własnej skrytki. Tymczasem Greengrassowie posiadali majątek i koneksje. To oznaczało bogate skrytki i głos w Wizengamocie. Ich dzieci wkrótce staną się sierotami, a on planował zatrzymanie najmłodszej córki, jako swojego łupu z tej operacji. Sądząc po jej matce i siostrach, mogła w swoim czasie stać się dobrą i piękną żoną dla jego syna. Wystarczająco młoda, żeby wykorzenić z jej umysłu ich wykrzywione wartości i nauczyć jej tych właściwych, głoszonych przez Czarnego Pana. A jeśli się opierała, zawsze pozostawała Niewolnicza DeKy. Tak czy inaczej jej skrytki i głosy staną się własnością jego syna.

Pojawiał się w tym domu na różnych towarzyskich uroczystościach wystarczająco często, żeby zauważyć, że znajduje się tam mnóstwo wartościowych przedmiotów. Sporo towarów, które można sprzedać na czarnym rynku, a poza tym wiedział, że Marcus ma gdzieś w budynku ukrytą skrytkę z gotówką. Będzie potrzebował różdżek i silnych grzbietów, żeby to wszystko wynieść. Potem zabije Greengrassa i zostawi za sobą tylko zgliszcza. Dzięki temu wyśle mocną wiadomość wszystkim Rodom czystej krwi, które ciągle stały w rozkroku, nie mogąc się zdecydować, którą stronę poprzeć.

- Dobra ludzie! Czas nauczyć ich ceny, jaką płaci się za zdradzenie Czarnego Pana i naszych ideałów. Suka idzie do Pettigrewa, a bachor jest mój. A potem nauczę was wszystkich jak należy łamać polityka bez jaj – rozkazał, uśmiechając się szeroko pod osłoną maski. To będzie tak proste, że aż nieuczciwe.

- Popatrz Marcusie, mamy gości. Nie mogę powiedzieć, żeby podobał mi się ich zmysł mody. Wydawało mi się, że czarne szaty i straszne maski stały się passe jakoś w tym samym czasie co disco. Ale co kto lubi – Gabriella przywitała ich i obraziła pokazując pełnię umiejętności doświadczonej gospodyni szlacheckiego domu. Promieniowała spokojem i pewnością siebie. Avery uznał to za dziwne, biorąc pod uwagę, że trzydzieścioro Śmierciożerców patrzyło na stojącą na piętrze kobietę. Nawet jeśli stała nad nimi, powinna się chociaż chować. Przynajmniej jej ofermowaty mąż miał na tyle rozsądku, by powitać ich z pokorą.

- Przyprowadź dziecko i poddaj się naszej woli, to unikniemy wielu nieprzyjemności – polecił jej Śmierciożerca z pogardą. W odpowiedzi kobieta jedynie uniosła brwi, zdumiona jego głupotą. Nie po to walczyła z całą ulicą pieprzonych Trolli, żeby wręczyć Jade temu zbiorowisku ofiar losu.

- Nie tym tonem, Butolizie. Jesteś w moim domu, a moja tolerancja dla waszych występków zbliża się do kresu. Muszę odmówić twojej prośbie i zalecić wam uprzejmie, żebyście opuścili mój dom… albo ponieśli konsekwencje – odparła Gabriella, a w jej stanowczym głosie brzmiała kpina. Kilku rekrutów Avery'ego przestąpiło niepewnie z nogi na nogę. Wszyscy słyszeli o jej dokonaniach na Ulicy Pokątnej. Niemały wyczyn, a jej obecna postawa wobec przeważającego liczebnie przeciwnika tylko wzmocniła ich wątpliwości. Mogli nienawidzić jej przekonań, ale szanowali jej moc. Musiał to skończyć jak najszybciej i pokazać im, że to tylko kobieta, która potrzebowała, żeby ktoś przypomniał jej o jej miejscu.

- W takim razie będzie nieprzyjemnie. Zapamiętaj moje słowa, kobieto. Będziesz klęczała przede mną i błagała mnie o litość zanim to się skończy – warknął Avery, polecając gestem kilkorgu swoim ludziom, żeby ją pojmali. Pięciu ludzi pragnących zostać Śmierciożercami zaatakowało piętro po spiralnych schodach.

- O ile się orientuję, to zadanie twojej nieszczęśliwej żony, Avery. Z tego co Esmeralda mi mówiła, ta miniaturka, którą trzymasz w spodniach nie wystraszyłaby nawet chochlika.

Zaskoczyło go, że kobieta wiedziała kim jest. Gabriella potrząsnęła głową i roześmiała się.

- Człowieku, jaki jest sens ubierania maski, skoro nie zamierzasz zdjąć swoich robionych na zamówienie butów z rogogona? – zakpiła, spokojnie przesuwając się na szczyt schodów, żeby stawić im czoła.

Delikatnie położyła dłoń na eleganckiej rzeźbie sokoła, zdobiącej szczyt poręczy. Kiedy zbliżyli się do końca schodów, gwałtownie przekręciła ptasią głowę. Schody zmieniły się w rampę, zaczarowaną dla maksymalnej śliskości. Pięciu nieproszonych gości sturlało się w dół, a Marcus wyglądał na równie zdziwionego co Śmierciożercy. Spadający napastnicy nabierali coraz większej prędkości. Ich pęd poniósł ich przez korytarz i sprawił, że uderzyli w ścianę w masie splątanych kończyn. Na domiar złego wiszący na ścianie herb Rodu Greengrassów spadł ze ściany pod wpływem uderzenia i przygniótł leżących. Kobieta stojąca na szczycie schodów wywróciła oczami i pokręciła głową na widok tej żałosnej masy.

- Astoria błagała mnie kilka miesięcy, żeby to zainstalować. Muszę przyznać, że to niezła zabawa, ale jak widzisz przydałoby się jeszcze zaklęcie poduszkowca na końcu – rzuciła przez ramię do męża. To by wyjaśniało jakim cudem obudził się pewnego dnia na dole, po tym jak wrócił pijany do domu. Potem Gabriella znów przeniosła wzrok na stojących na dole Śmierciożerców. Miała nadzieję, że kupi jak najwięcej czasu, by umożliwić odsiecz Siriemu i jego przyjaciołom. Jak na komendę jej wrogowie na dole zaczęli wodzić spojrzeniem od niej do swoich powalonych kompanów. Gabriella zasłoniła usta dłonią i zachichotała z fałszywą szczerością.

- Ups, ja to zrobiłam? Ależ jestem niedobra – zadrwiła z radością, po czym spoważniała. – Ostatnia szansa Butolizie. Wynoś się z mojego domu… lub giń!

- Sam się zajmę tą suką! – zawołał Avery i teleportował się. Gabriella była na to gotowa i zaczęła kopnięcie z półobrotu. Tak jak się spodziewała, mężczyzna pojawił się tuż przed nią, planując ją pobić, aż się podda. Dziękuję za ostrzeżenie, ty skończony idioto.

Jego pięść przecięła tylko powietrze, a stopa Gabrielli trafiła w jego niechroniony brzuch. Sapnął, gdy całe powietrze zostało wypchnięte z jego płuc. Kopnęła wystarczająco mocno, celując nieco w górę, żeby zwalić go z nóg i posłać w dół schodów. Zakończyła obrót, przekręcając ponownie głowę sokoła. Mężczyzna stoczył się po stopniach przywróconych do pierwotnej postaci, a w posiadłości rozległ się dźwięk pękających kości. Jego ciało zaległo u podstawy w bardzo nienaturalnej pozycji. Jeden ze Śmierciożerców podbiegł i zdjął maskę swojego przywódcy. Spojrzały na niego martwe oczy.

Gabriella zdołała sprowokować i zabić ich dowódcę niemal bez wysiłku. Imponujący wyczyn, ale w narastającym chaosie nie mogła cieszyć się tym sukcesem. Pozbawieni przywództwa i niezorganizowani wrogowie zaczęli szaleńczo ciskać w nich klątwami. Większość obrażeń przyjął na siebie sufit. Gabriella i Marcus musieli się ukryć za tym, co było dostępne.

- Zabierz stąd Jade! Utrzymam ich tak długo jak zdołam! – krzyknęła między kolejnymi zaklęciami i unikami. Marcus skinął głową i odbiegł w poszukiwaniu ich najmłodszej córki. Większość hordy Śmierciożerców stała w miejscu, obrzucając ich klątwami. Podejrzewała, że chcą ją zmusić do ucieczki, tak jak jej męża. W tym momencie udowodniła, że zakochanie się w Huncwocie może okazać się nader pożyteczne. Może i przygwoździli ją ogniem, ale wiedziała w jaki sposób wykorzystać otoczenie dla własnej korzyści. Widziała, że sufit nie wytrzyma już zbyt długo, więc postanowiła wpuścić trochę dziennego światła, a dodatkowo nie musiała się odsłaniać.

Jej Reducto trafiło dokładnie nad dużą grupą Śmierciożerców i zasypało ich dużymi kawałkami gruzu. Wielu uciekło w poszukiwaniu osłony, a inni wznieśli nad głowami tarcze. Gabriella wykorzystała zamieszanie, żeby się zakameleonować i przesunąć na lepszą pozycję. Dzięki brakowi dowództwa miała okazję, żeby zdjąć kilku jednym uderzeniem. Musiała przy tym zaryzykować, ale wobec dysproporcji sił i tak sytuacja kształtowała się na jej niekorzyść. Trzymając się cieni wystawiła różdżkę między szczeblami balustrady i rzuciła zaklęcie tornada. Kilka ciał Śmierciożerców zostało rozerwanych na strzępy, kiedy trąba powietrzna niosąca masę gruzu zaczęła siać spustoszenie na zamkniętej przestrzeni parteru.

Jej gambit zadziałał znakomicie i pozbyła się jednej trzeciej ich sił. Niestety na tym skończyło się jej szczęście, gdy zaklęcie tnące trafiło ją w ramię. Z balkonu popłynęła krew, a Gabriella upadła w tył na ścianę. Ześliznęła się po murze, naznaczając go krwawym śladem. Zignorowała okropny ból promieniujący na całą rękę i uleczyła ranę. Poszło jej całkiem sprawnie, biorąc pod uwagę, że musiała trzymać różdżkę nie tą ręką, której używała na co dzień, jednak i tak było za późno. Jej uwagę przyciągnął dźwięk stóp wbiegających po schodach. Trójka wrogów miała na tyle rozsądku, żeby aportować się bezpośrednio na piętro. Nie trwało długo nim dotarli do niej po śladach krwi. Utrata krwi sprawiła, że Gabrielli trudno było się skupić, więc czas jej reakcji uległ pogorszeniu. Zanim zdołała ich przekląć, upuściła różdżkę, gdy zaklęcie furnuculus sprawiło, że jej ręka pokryła się bolesnymi wrzodami.

- Ty… kurwo… zajebię… cię…! – wrzeszczała jedna ze Śmierciożerczyń, podkreślając każde słowo kopniakiem w brzuch Gabrielli. Potem złapała ją za włosy i uderzyła kilkukrotnie jej twarzą w ścianę, nim wreszcie została odciągnięta. Gabriella widziała gwiazdy i nogi się pod nią ugięły. Musiało ją podtrzymywać dwóch mężczyzn.

- Złaź z niej, Laura! Nie wolno nam jej uszkodzić, póki nie spełni swojej roli! – ryknął na Śmierciożerczynię jeden z przytrzymujących ją mężczyzn. Kobieta zignorowała go i dalej próbowała się wyrywać.

- W dupie to mam! Zabiła Evana! Chcę ją zabić!


Ginny wpadła do Gniazda. Susan Bones, Tracy Davis i Luna pomagały młodszym Huncwotom w nauce. Hermiona i Ron przybiegli na miejsce chwilę po niej. Zamknęła oczy i pomyślała o wszystkim czego potrzebuje. Tuż przed nią pojawił się duży, okrągły stół. Na nim leżała masa arkuszy pergaminu. Dla większości osób wyglądało to na niezły bajzel, ale ona miała o tym pewne pojęcie. Widziała raz, jak robi to Harry i miała nadzieję, że teraz niczego nie zepsuje. Energicznie przyłożyła dłoń do stołu i pozwoliła popłynąć magii, tak jak nauczył ją tego Harry.

- Aktywacja! – poleciła i pergamin obudził się do życia. Powoli kawałki połączyły się i zaczęły wyginać się i przyjmować kształty. Reszta obecnych osób patrzyła z podziwem, jak na blacie pojawia się kompletna makieta Hogwartu, łącznie z boiskiem do quidditcha.

- Cholera jasna!

- Patrzcie na to!

- Wypas!

- Super! Możesz na tym zobaczyć wszystkich w szkole!

- Mapa Huncwotów 3D. Sprytne i przydatne – stwierdziła Luna swoim opanowanym i nieco nieobecnym tonem.

- Co jest grane, Ginny? – spytała Hermiona, stając u jej boku. Ginny zignorowała wszystkich i skupiła się na swoim zadaniu.

- Zlokalizuj Astorię Greengrass! – poleciła i Mapa znów się zmieniła. Uformowała się, by przedstawić zbliżenie obszaru Hogwartu, w którym dziewczyna obecnie przebywała. Astoria schodziła właśnie z Sowiarni i była sama. Ginny westchnęła z ulgą. Odwróciła się do pozostałych Huncwotów, którzy patrzyli na nią oczekując wyjaśnień.

- Słuchajcie dziewczęta i chłopcy, Harry wyjaśni wam dużo lepiej niż ja, jak to działa i dlaczego. Na razie mamy ważniejsze sprawy na głowie. Mówiąc wprost: rodzina Greengrassów została zaatakowana. Hellcat i Łapa są już w drodze, a Cień zbiera odsiecz. Całkiem prawdopodobne, że to nie jest pojedynczy incydent – powiedziała Ginny na jednym oddechu.

- Zakładam, że Astoria również jest w niebezpieczeństwie? – spytała Luna bez owijania w bawełnę.

- Co ty, serio? – warknęła Ginny. Od razu tego pożałowała. Była na krawędzi. Harry radził sobie z tym dużo lepiej. Miał doświadczenie i sposób bycia, który sprawiał, że nikt nawet nie myślał, żeby wątpić w jego rozkazy. – Przepraszam, Luna.

- W porządku. Spytałam, bo widzę dwie osoby z naszej Gorącej Listy, które się do niej zbliżają – wyjaśniła blondynka wskazując na zmodyfikowaną mapę. Ginny zawirowała na pięcie, a Hermiona, Susan i Tracy wstrzymały oddech.

- O JAPIERKURWADOLĘ! – Ginny wyrzuciła z siebie jedno z barwniejszych przekleństw jej chłopaka. Hermiona już miała ją skarcić za wulgaryzm, ale Ron pokazał, żeby odpuściła. – Nie ma czasu na wyjaśnienia! Susan, dowodzisz! Ron, taktyka! Hermiona, zadziałaj jako prefekt naczelna i załatw mi jakieś pieprzone wsparcie! Idę do akcji! – poleciła szybko Ginny i zmieniła się w Furię. Zanim ktoś zdążył się jej przyjrzeć smuga srebra wyleciała z pokoju. Cała grupa przez kilka sekund stała w szoku.

- To cudowne jak potrafi wcielić się w rolę Harry'ego – stwierdziła Luna, przerywając ciszę. Wszyscy w pokoju spojrzeli na nią i pokiwali głowami.

- Dobra ludziska! Słyszeliście ją! – zawołała Susan. - Na taką okazję ćwiczyliśmy! Luna, wezwij wszystkich dostępnych Huncwotów! Tracy, wesprzyj Furię i zgarnij wszystkich Huncwotów, których spotkasz po drodze. Użyj systemu komunikatorów! Zaczynamy scenariusz numer pięć! RUCHY! RUCHY! RUCHY!


- Już nie, proszę. Nie każ mi tego znowu oglądać – błagał związany James Potter, ale jego prośby nie znajdowały posłuchu u Bellatrix Lestrange.

- To dla twojego dobra, ukochany. Złamię tą nienaturalną władzę, którą ta kobieta ma nad tobą. Musisz zobaczyć na własne oczy co to za suka – zapewniła złowroga kobieta tonem, który jak jej się wydawało, był ciepły i troskliwy.

Peter parzył z rosnącym żalem, jak Lestrange wpycha głowę Jamesa do myśloodsiewni po raz dwunasty, niezależnie jak desperackie stawały się błagania Jamesa. Pettigrew wiedział, że Bellatrix nie przestanie, póki nie wypali mu tego wspomnienia w mózgu. Dla nikogo nie stanowiło tajemnicy jak bardzo James nienawidził Snape'a. Stanowiło to praktycznie część zbioru hogwardzkich legend, podobnie jak jego nieskończona miłość do tej szlamy. Czarnowłosa psychopatka zamierzała to przetestować. Widok najgorszego wroga, który pieprzy miłość twojego życia, a ona bierze w tym nader aktywny udział, musiał być nie do zniesienia.

Bellatrix nie bez powodu wybrała tradycyjną metodę. Magiczne modyfikacje umysłu można było wykryć i, znając jej kuzyna, odwrócić. Przy tej metodzie wszystko zostanie wpisane w podświadomość. Jeśli kiedykolwiek ich ujrzy, wspomnienie wróci z pełną siłą. Stanie się nieskończonym przypomnieniem o zdradzie Lily, nawet jeśli to wydarzenie nigdy nie miało miejsca.

Peter musiał oddać to Parkinson. Dziewczyna naśladowała manieryzmy Lily do najdrobniejszego szczegółu. A do tego udało jej się ukraść włos szlamy tak, że ta się nawet nie zorientowała. Snape nie zwątpił nawet na moment, a Pansy dostarczyła wspomnienia, z którego teraz korzystali. Jeśli tak dalej pójdzie, dziewczyna zajdzie daleko w szeregach Śmierciożerców. Szkoda, że nie można jej było posłać za jednym z bachorów Greengrass. Przy odrobinie szczęścia Bulstrode spisze się równie dobrze.

James ciągle uważał to co widział za kłamstwo. Szlag, ależ ten facet był uparty! Jednak czas, powtórzenia i brak snu powinny po pewnym czasie zmienić się w akceptację. Wcześniej nastąpi rozpacz, potem gniew, a następnie, przy udziale specyficznie rozumianej miłości Bellatrix, płonąca żądza zemsty. Kiedy zakończą proces, James będzie odczuwał niedającą się ugasić potrzebę ukarania zdrajców.

Bellatrix nie zamierzała na tym poprzestać. Wciąż jeszcze należało wyeliminować jej kuzyna. Pokój w którym trzymali Jamesa wypełniały stare artykuły „Proroka Codziennego" o namiętnym romansie Syriusza i Lily, zawierające też sugestie, jakoby Harry wcale nie był synem Jamesa. Skeeter naprawdę potrafiła rozciągnąć prawdę do granic możliwości, a oni zamierali to dobrze wykorzystać.

Kiedy James będzie już gotowy, przyprowadzą mu Greengrass, która wszystko potwierdzi. James zawsze ją szanował i ufał jej, mimo że była Ślizgonką. Niełatwo będzie kontrolować tę kobietę. Tortury nie wchodziły w grę. Gabriella była silną czarownicą, a Łapa nauczył ją, jak chronić swój umysł. To jednak nie oznaczało, że nie ma słabości. Jej słabość przyjęła postać jej trzech pięknych córek, jej dumy, która ostatecznie stanie się narzędziem jej upadku.

Pettigrew z przyjemnością wysłał rozkaz zabicia jednego z bachorów w Hogwarcie. Nie obchodziło go, która to będzie. Dziecko miało stać się przykładem i przypomnieniem, że nawet Hogwart nie jest nietykalny. Kurwa Łapy będzie użytecznym narzędziem, a kiedy James będzie na sto procent gotowy, użyją jej jako przynęty, żeby zwabić Blacka i Pottera. Jakiż to będzie wspaniały dzień!

Peter popatrzył na zegarek. Greengrass powinna już mu zostać dostarczona. Marcus zapewnił go, że kobieta będzie posłuszna, jak długo będą realizować umowę. Zaczynał mieć złe przeczucia co do Avery'ego. Chyba nie był to najlepszy wybór na tę misję. Wiedział, że mężczyzna stracił dostęp do swojej skrytki w Gringocie i zawsze szukał sposobów, żeby położyć łapy na złocie. Peter zawsze podziwiał jego oportunizm, ale teraz zaczął się zastanawiać, czy nie stanie się to słabością.

- Lestrange! Musze iść coś sprawdzić. Zakładam, że nad wszystkim tu panujesz?

- Jakbym kiedykolwiek potrzebowała twojej pomocy! Idź już! Pozbędę się twojego smrodu. To trochę potrwa. Mój James ma żelazną wolę, ale w końcu przyjmie mnie jako swoją najprawdziwszą kochankę i partnerkę. To nasze przeznaczenie – wysyczała Bellatix przez ramię.

Nie warto było patrzeć na szczura. Gdyby jednak to zrobiła, zobaczyłaby, jak Pettigrew wywraca oczami słysząc jej złudzenia. James nigdy nie wpuściłby do swojego serca tak paskudnej wiedźmy. Może Greengrass, gdyby przekonali ją, jak zła jest droga, którą obrała, ale nigdy taką kobietę jak Bellatrix. Była taka… szalona. Nie żeby z Lestrange nie było żadnego pożytku. Zerknął na stół. Stały na nim niezliczone Eliksiry Pieprzowe i odżywcze. Wyglądało na to, że przygotowała się na długą serię. Znając Jamesa wiedział, że może to potrwać wiele dni.


- Czyli posiadasz niepodważalne dowody na prawdziwość tego co mówisz, a nie jest to twój kolejny sensacyjny artykuł oparty na niesprawdzonych pogłoskach? – spytała Augusta Logbottom wbijając w rozmówczynię badawcze spojrzenie. Trzeba było oddać Ricie Skeeter, że nawet nie drgnęła. Po spotkaniu ze zwierzęcą stroną Lorda Pottera spojrzenia starszej arystokratki jej nie przerażały.

- Moje źródło jest bardzo zbliżone do tego mężczyzny i mam wspomnienie to potwierdzające. Staremu Albusowi czasami zbiera się na żale po kilku kolejkach brandy. Wtedy ma w zwyczaju wyznawać grzechy portretowi swojej siostry. Wysłał Petera Pettigrew, żeby sprawdził co u pani syna i synowej, choć wiedział, że jest szpiegiem Sama-Pani-Wie-Kogo. Ten oczywiście zamierzał zdradzić gdzie się kryją, żeby zyskać łaskę swojego pana. Stary sukinsyn użył tego zdrajcy, żeby odwalił za niego brudną robotę. Biedni Frank i Alicja zapłacili życiem za arogancję Dumbledore'a – powiedziała Rita, wiedząc, że to jeszcze bardziej rozzłości mściwą starą Lady. Jej reputacja była zasłużona.

Tak jak oczekiwała, Longbottom wściekła się tak bardzo, że powietrze wokół niej trzeszczało od magii, która domagała się ujścia. Rzuciła Skeeter sakiewkę z kilkoma tysiącami złotych galeonów. Rita skrzywiła się, gdy przebiegł przez nią wstrząs magiczny, ale jej chciwe łapska nie wypuściły pieniędzy nawet na chwilę. Augusta powoli złożyła ręce, a Skeeter widziała, jak w jej oczach obracają się koła zemsty.

- Czy jeszcze w czymś mogę pomóc, lady Longbottom? – spytała Rita w nadziei na zebranie większej ilości złota dla swojej skrytki w Gringocie. Stara czarownica zmrużyła oczy tak mocno, że niemal je zamknęła. Rita zaczęła się bać, że popełniła zabójczą pomyłkę. Nie należało robić sobie wroga z Augusty Longbottom. Zapewne niedługo przekona się o tym Albus Dumbledore. Chciwa dziennikarka przełknęła ciężko ślinę pod stanowczym, oceniającym wzrokiem Lady. W końcu Longbottom otworzyła szerzej oczy, a na jej starej, pomarszczonej twarzy pojawił się upiorny uśmiech, który wywołał nieprzyjemny dreszcz maszerujący po kręgosłupie Rity.

- Wiem, że masz jakieś porozumienie z Lordem Potterem. Zorganizuj mi spotkanie z nim tak szybko, jak to tylko możliwe. Uważam, że mamy zbieżne cele. Jeśli to zrobisz, będziesz miała bardzo radosne święta w tym roku – obiecała Augusta. Wstała i wyciągnęła dłoń. Rita również się podniosła i zaakceptowała jej hojną ofertę i zapowiedź niezwykle wartościowej przyszłości.


Astoria przemierzyła dwie trzecie schodów prowadzących z Sowiarni, kiedy nagle stopnie pokryły się lodem. Zamachała szaleńczo rękami w daremnej próbie utrzymania równowagi, gdy jej stopy ślizgały się w poszukiwaniu lepszej przyczepności. Dla osoby, która rzuciła zaklęcie, musiało to wyglądać bardzo zabawnie, ale bezcelowo. Wylądowała na tyłku z głośnym hukiem, a potem ześliznęła się w dół. Dwójka Ślizgonów pękała ze śmiechu widząc, jak Astoria cierpi to samo upokorzenie, jakie sprowadziła na nich jej siostra.

W końcu mgła przed oczami się rozwiała, a ból w tylnej części ciała uświadomił Astorii, że dalej żyje. Ktoś postawił ją na nogi szarpiąc za włosy i rzucił na ścianę. Zobaczyła, jak Millicent Bulstrode odchyla pulchną pięść, żeby ją uderzyć. Jej oczy siały grozę, ale matka nie wychowała Astorii na bezsilną ofiarę.

Uderz ich tam, gdzie są delikatni i niechronieni, powtarzała zawsze. Astoria zawsze uważała, że odnosi się to do klejnotów chłopców, którzy nie rozumieją znaczenia słowa „nie". Jednak uznała, że ta sytuacja jest podobna. Może nie w tej części z klejnotami, przynajmniej miała nadzieję, że Bulstrode nie ma chłopięcych klejnotów, choć to z pewnością wyjaśniałoby pewne kwestie, które o niej słyszała.

Astoria oczyściła umysł i zwinęła palce w taki sposób, że jej kłykcie uformowały stożek. Z całą siłą uderzyła w gardło Bulstrode. Szybkie uderzenie wystarczyło. Uderzenie młodszej czarownicy doszło idealnie do celu. Tłusta Ślizgonka zatoczyła się w tył, trzymając się za gardło i desperacko próbowała złapać oddech.

Suka nie była sama, więc Astoria kopnęła jej miękki brzuch i posłała ją w stronę Blaise'a Zabiniego. Zaskoczony chłopak stracił równowagę i wywrócił się razem z Millicent. Astoria uciekła. Nie zamierzała czekać, aż dojdą do siebie. Ciekawe jak zagrożenie życia sprawia, że człowiek zapomina o przenikliwym bólu. W tej chwili obchodziło ją tylko przetrwanie, a na domiar złego podczas upadku zgubiła gdzieś różdżkę. Musiała dostać się w obszar, gdzie przebywali ludzie i znaleźć jakiegoś innego Huncwota. Dotarła do połowy korytarza, gdy czerwona klątwa trafiła w pobliską ścianę. Obejrzała się i dostrzegła, że napastnicy pozbierali się i biegli za nią.

- POMOCY! – wrzasnęła Astoria na całe gardło w nadziei, że ktoś ją usłyszy. Miała tylko kilka metrów do skrzyżowania, gdzie będzie mogła zniknąć im z oczu. Zza rogu wyszła dwójka uczniów. Owen Cauldwell, Puchon i Duncan Inglebee, należący do Ravenclawu. Wydawało jej się, że jest uratowana, póki obaj nie wyciągnęli różdżek. Wystrzelili do niej. Udało jej się uniknąć pierwszej klątwy, ale dostała drugą. Na szczęście zaklęcie tnące tylko drasnęło jej ramię. Szarpnęła za klamkę najbliższych drzwi, która na szczęście okazały się otwarte.

Nie próbowała zablokować drzwi, bo nic w klasie by ich nie spowolniło, a kilka najbliższych sekund było bezcennych. Dotarła do najbliższego okna, po drodze łapiąc za krzesło. Z całej siły wyrzuciła je przez okno, rozbijając szybę, w nadziei że przyciągnie czyjąś uwagę. Krzyczała ile sił w płucach wzywając pomocy, kiedy drzwi stanęły otworem i w jej stronę pomknęły dwie klątwy.

W desperacji Astoria obaliła biurko i przykucnęła za nim dla ochrony. Odłamki szkła z właśnie wybitego okna zaściełały podłogę. Z uśmiechem przypomniała sobie, jak dobrze szło jej rzucanie nożami. Te kawałki nie były tak wyważone, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Przynajmniej Harry tak zawsze mówił. Zaczęła rzucać w nich kawałkami połamanego szkła, wciąż wzywając pomocy. Większość jej pocisków została zmieniona w pył przez klątwy, którymi wciąż w nią ciskali.

Jej zapasy zaczynały się kończyć i najwyraźniej jedynie odwlekały nieuniknione, więc Astoria postanowiła zmienić taktykę. Wśliznęła użyteczny odłamek do buta i ucałowała ostatni, który jej pozostał. Patrzyła w niego, wypatrując odbicia jednego z napastników. Jeden z nich uniósł się, żeby rzucić okiem na sytuację. Astoria zakwiliła, żeby sprawić wrażenie, że się poddała. Idiota napuszył się i uśmiechnął, wyraźnie z siebie zadowolony. Opuścił różdżkę, myśląc, że już po wszystkim. Cierpliwie czekała, aż podejdzie na tyle blisko, żeby nie mógł zablokować jej ataku.

- Wychodź, su… grrllll! – to były ostatnie słowa Owena Cauldwella. Astoria wyskoczyła z kryjówki i rzuciła mocno i precyzyjnie. Krew z rozciętej tętnicy trysnęła z jego szyi. Chciała płakać… krzyczeć… cokolwiek, ale mogła tylko stać jak słup soli. Nie była gotowa na cała tą krew i patrzyła na swoje dzieło w milczącym przerażeniu. Powinna czuć zadowolenie, że to on, a nie ona, ale to nie zmieniało faktu, że właśnie zabiła innego ucznia. Wtedy dostała w pierś niebieską klątwą i otoczyła ją ciemność.


W następnym rozdziale:
- bitwa o Dwór Greengrassów
- czy uda się uratować Astorię?


Od tłumacza: Moi Drodzy, przepraszam za opóźnienie, niestety ff net uznał, że możecie trochę poczekać i nie pozwolił mi dodać rozdziału wcześniej. Mam sporo innych rzeczy na głowie, więc nie mogę Wam obiecać nowego rozdziału co tydzień. Nie odpowiadam też na wszystkie komentarze, ale wszystkie z uwagą czytam i za wszystkie dziękuję, nawet jeśli nie zawsze są pozytywne.