Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 40
Syriusz i Daphne dotarli do granicy Dworu Greengrassów. Jej dom wyglądał tak jak zawsze i dziewczyna westchnęła z ulgą. Być może to tylko jakieś nieporozumienie? Niestety los rzadko bywał tak wyrozumiały, a ona powinna sobie z tego zdawać sprawę i nie łudzić się na próżno. Po chwili iluzja, jakoby jej dom pozostawał nietknięty i bezpieczny, została rozbita. Dach jej domu eksplodował trafiony jakąś potężną klątwą. Wstrzymała oddech słysząc odgłosy walki dobiegające z wnętrza budynku.
W takiej sytuacji osłony wokół ich domu powinny być zniszczone, ale ku przerażeniu Daphne okazało się, że pozostają nietknięte. Wiedziała co to oznacza i poczuła narastającą w piersi wściekłość. Jej ojciec powinien był wiedzieć lepiej. Złapała Blacka za rękę i przeprowadziła ich przez osłony, jakby ich tam w ogóle nie było. Kiedy minęli ochronne bariery wokół posiadłości puściła jego dłoń i wyciągnęła różdżkę. Syriusz chwycił ją za nadgarstek i obrócił, żeby spojrzała mu w oczy.
- Czy Harry nauczył cię jak robić tylne drzwi w osłonach? – spytał, a ona potwierdziła skinięciem. Rzuciła niezbędne zaklęcie, żeby ich wsparcie mogło wejść bez przeszkód. Skinęła ponownie głową, żeby dać mu znać, że skończyła.
- Zabierz nas do swojego pokoju. Prawdopodobnie nic tam się nie dzieje. Zmienimy się w nasze formy animagiczne. Jeśli będziemy mieli trochę szczęścia, a oni okażą się idiotami, pomyślą, że jesteśmy tylko zwierzętami domowymi i nie zaatakują nas. Znajdziemy twoją rodzinę i wyciągniemy ich stamtąd. Priorytetem jest ratunek, nie zemsta – przypomniał jej Syriusz, a z jego oczu wyzierała lodowata wściekłość. Zaczynała się zastanawiać, czy tłumaczy to jej, czy przypomina samemu sobie.
- A jeśli moja rodzina już nie żyje? – spytała wyzywająco Daphne. Przysunęła się do niego, aż stanęli nos w nos. To był jej dom, a nie Hogwart. Nie miał tu nad nią żadnej władzy. Spojrzało na nią coś śmiertelnie niebezpiecznego. Ponurak czekał w gotowości i łaknął krwi.
- Wtedy wszyscy zginą – odparł ochrypłym głosem, obnażając kły. Skinęła głową i wzięła go za rękę. Po chwili pojawili się w jej pokoju. Tak jak się spodziewała, od jej wyjazdu nic się tu nie zmieniło. Drzwi stanęły otworem, a Łapa i Hellcat wypadli w poszukiwaniu rodziny Daphne.
- Kurczę, ależ ta dziewczyna zasuwa – stwierdziła z podziwem Susan Bones, która obserwowała postępy Furii w korytarzach Hogwartu na Mapie Huncwotów 3D. Była sobota z przyjemną pogodą, więc na korytarzach jedynie z rzadka pojawiali się ludzie. Jednak jeśli jakiś uczeń zauważył jaguara burzowego, który pędził z pełną prędkością, najprawdopodobniej nie zarejestrował niczego poza smugą. W tej chwili kropka oznaczająca Furię skakała między jednymi ruchomymi schodami a drugimi.
Susan przeniosła spojrzenie na pomieszczenie, w którym znajdowała się Astoria. Wokół niej widziała cztery inne kropki. Dwóch oczekiwała, ale pozostałe dwie stanowiły dla niej niespodziankę. Caldwell i Inglebee nie załapali się nawet na listę potencjalnych zagrożeń. To sugerowało, że mogą znajdować się pod wpływem Imperio. Nie miało to jednak znaczenia. Susan słyszała zbyt wiele historii swojej ciotki, żeby brać to teraz pod uwagę. Musiała traktować ich jako nieprzyjaciół, póki Astoria nie będzie bezpieczna.
Ponownie przesunęła spojrzenie w inne miejsce na Mapie 3D. W Wielkiej Sali kropkę Hermiony otaczały punkty symbolizujące innych prefektów. Wydawała im rozkazy, które miały się okazać bardzo przydatne Huncwotom. Kiedy kropki rozeszły się na wszystkie strony, Susan znów spojrzała na inny punkt Hogwartu. Ujrzała masę kropek innych Huncwotów, którzy zmierzali do Gniazda. Wyglądało na to, że jak zwykle geniusz i szaleństwo mieszało się u tej dziewczyny w równych proporcjach. Kto by pomyślał, że podskakiwanie przez korytarze i śpiewanie Pieśni Piratów wzmocnionej Sonorus może podziałać tak dobrze?
Wznieśmy flagę na maszt
Trzymając mocno żagle i liny
Działowi chcą otworzyć ogień
Do walki świetnie przygotowani
Walcz uciekaj lub się poddaj
Porażki nie unikniesz
Lepiej poddaj się od razu
Lub na dno idź natychmiast
Złoto, diamenty i klejnoty
To łup, po który przybyliśmy
My szlachetni łotrzycy
Którzy nigdy nie odpuszczą.
Po morzach pływamy, modląc się o wiatr i chwałę
Dlatego panujemy dzicy i wolni.
Chodź zaśpiewaj z nami piracką pieść
Chwal wiatr, wielb chwałę
Będziemy walczyć, aż zwyciężymy
Na morskich falach.
Nie ma mowy, by zrezygnować
Choć trafiony błyskawicą
Pokład trawią płomienie
Lecz zwycięstwo jest szlachetne i piękne.*
Dla postronnego obserwatora była… no cóż, Luną. Dla tych, którzy ją znali i kochali, stanowiła idealną mieszankę geniuszu i szaleństwa. A jeśli Susan dobrze odczytywał mowę ciała, Tracy Davis zobaczyła coś więcej w tej dziewczynie. Luna nie okazywała czy jest tego świadoma czy nie. Ale Krukonkę zawsze trudno było rozszyfrować. Jednak teraz nie czas i miejsce na takie myśli.
Susan rozumiała już, czemu jej ciotka tak to uwielbia. Nikt nie potrafił tak dzielić uwagi na wiele zadań jak ona. Na szczęście przekazała tę wiedzę Susan. Tak wiele decyzji do podjęcia, na które wpływała masa zmiennych. Miała tylko ułamki sekund na rozważenie wszystkich możliwych wariantów i ich konsekwencji. Całe szczęście, że miała u boku Rona Weasleya. Był genialnym strategiem. Jego oczy biegały po mapie, a w jego głowie powstawał plan, biorący pod uwagę cały szereg czynników. Susan zawsze z przyjemnością słuchała wszystkich historii opowiadanych przez jej ciotkę. Teraz będzie miała własną historię, ale najpierw trzeba uratować Astorię.
Furia zatrzymała się u stóp schodów wiodących do Sowiarni. Na dolnych stopniach widziała topniejący lód i ślady pozostawione najprawdopodobniej przez upadek człowieka. Wyczuła zapach Astorii i kierunek, w którym się udała.
- Furia do Gniazda – krzyknęła Ginny, gdy zmieniła się w człowieka i dotknęła swojego zaklętego kolczyka. Pomysł wyszedł od Luny, a Ginny użyła do tego zaklęcia, którego nauczyła się od Lily. Dzięki temu mogli się komunikować bez przyciągania nadmiernej uwagi. Uważała, że to dużo lepsze niż zaczarowane zegarki chłopaków, ale nie potrafiła ich do tego przekonać. Harry powiedział, że to gadżety Bonda. Sądząc po tym, jak Dean się roześmiał i przybił piątkę Harry'emu, to była jakaś kolejna mugolska rzecz. Niestety nie udało im się dotąd wykonać wystarczającej ilości. Mieli je tylko dowódcy drużyn, a to był pierwszy test w warunkach bojowych.
- Gniazdo do Furii. Oczy mnie bolą od nadążania za twoją kropką – usłyszała z kolczyka głos Susan Bones.
- Taki dar. Jak daleko i ilu?
- Kilka sekund temu byli kawałek w dół korytarza i na początku było ich czworo.
- Byli? To gdzie teraz są, do cholery? – spytała Ginny, wkurzona tym niedopowiedzeniem.
- Najpierw zniknęła kropka Owena Cauldwella. Po kilku sekundach to samo stało się z Astorią i resztą. Więc albo nie żyją albo znaleźli sposób na opuszczenie Hogwartu – wtrącił się Ron.
- Nie ma kurna opcji, braciszku. Pamiętaj, że musieliby złamać osłony Harry'ego. Tylko dyrektor może się tu teleportować albo stworzyć świstoklik z Hogwartu. Nienawidzę starego pierdziela, ale nawet ja wiem, że nie zrobiłby czegoś tak durnego – przypomniała mu Furia.
- W takim razie dochodzimy do jedynego logicznego wniosku: odkryli sposób, żeby ukryć się przed Mapą – uznała Hermiona, która wróciła do Gniazda.
- Glizdogon był Huncwotem i pomógł stworzyć pierwszą mapę. Teraz jest cholernym Butolizem. Ble! Aż mi się rzygać chce, jak pomyślę, że był moim szczurem – warknął Ron. Ginny zadrżała, gdy pomyślała, że gnida dotrzymywał jej towarzystwa w szczurzej postaci, kiedy się kąpała.
- Wygląda na to, że muszę to zrobić po staremu – stwierdziła Ginny i pomknęła korytarzem.
- Wystarczy! – krzyknął jeden ze Śmierciożerców, wystarczająco głośno, żeby pozostali zamarli. Nawet kobieta, która próbowała zaatakować Gabriellę zatrzymała się, a wręcz odrobinę cofnęła. Podszedł do niej i machnięciem różdżki zerwał jej maskę, ujawniając kryjącą się pod nią chudą twarz dziewczyny. Wyglądała na niewiele ponad dwadzieścia lat. Wycelował czubek różdżki między jej oczy. Dziewczyna nerwowo przełknęła ślinę. Jego następne słowa były zimne i złowrogie:
- Uspokój się albo uspokoję cię permanentnie. Nie spędzę dziesięciu godzin w Jamie, bo nie potrafisz panować nad sobą, dziewczyno.
- Ale ona… AAAAA! – Laura zaczęła protestować, ale zaraz wrzasnęła z bólu. Mężczyzna przyłożył czubek różdżki do jej policzka. Kiedy go oderwał, pojawiło się tam oparzenie.
- Nie przyszliśmy tu na grilla, idiotko! Był nieuważny i dał się zabić. Prawdopodobnie i tak nie przetrwałby za długo w naszych szeregach. Tak to jest, kiedy sypiasz z ładną buźką zamiast z kompetentnym czarodziejem. Następnym razem wybierz lepiej – warknął, po czym zwrócił się do pozostałych Śmierciożerców: - Wasza piątka idzie po tego tchórza i jego bachora. Wy dwoje przynieście jej coś odpowiedniego do ubrania. Nie możemy jej dostarczyć zbryzganej krwią, prawda?
Stanął tuż przed Gabrielą. Jej policzek eksplodował bólem, gdy uderzył ją wierzchem dłoni z taką siła, że jej głowa odskoczyła na bok. W przeciwieństwie do Laury, Gabriella nie wydała z siebie głosu. Powoli obróciła się i popatrzyła w miejsce, gdzie za maską powinny znajdować się oczy. Wbiła w niego harde spojrzenie. Nie pozwoli upokorzyć się tak łatwo jak tamta dziewczyna. Musiał zrozumieć jej bezgłośną wiadomość, bo roześmiał się lekko.
- Zachowuj się albo moja następna klątwa wyląduje w miejscu, które bardzo rzadko pokazujesz. Zrozumiano? – zagroził, podchodząc bliżej. Tym razem to Gabriella się zaśmiała.
- No nie mów, myślisz, że się was boję? Żeby wszystko było jasne: nie targuję się z trupami… Butolizie – zadrwiła Gabriella tonem, który wyprowadził mężczyznę z równowagi, choć nie dał niczego po sobie poznać.
- Kobieto, w twojej sytuacji nie powinnaś być taka krnąbrna! – warknął.
- Pozwól mi nauczyć tą zdrajczynię krwi trochę manewr, Devonie! – syknęła ta, którą mężczyzna nazwał Laurą. Gabriella odrzuciła głowę w tył i wybuchnęła bezczelnym śmiechem. Zaczęło ich to zbijać z tropu, a nowy dowódca zrobił krok w tył, wyraźnie zmieszany. Kiedy Gabriella opuściła głowę, w jej wzroku czaiła się śmierć, choć jej głos pozostawał lekki i beztroski. Co najmniej mocno niepokojące połączenie.
- Ty żałosna imitacjo mężczyzny, za godzinę ty razem z resztą niedorobionych Śmierciożerców będziecie gnili w promieniach słońca. A ja będę kochała się namiętnie z moim mężczyzną.
- Co? Z tym tchórzem, który uciekł i zostawił cię, żebyś walczyła z nami zupełnie sama? – Davon wybuchnął śmiechem. Wzmocnione animagiczne uszy Gabrielli wyłapywały zbliżający się gwałtownie dźwięk psich łap. Uśmiechnęła się upiornie do tych, którzy ją pojmali.
- To będzie raczej dwadzieścia minut – zachichotała jak nastolatka.
- Żaden mężczyzna nie zechce cię po czyś takim! – zawiła Laura i trafiła pomarańczową klątwą w brzuch Gabrielli. Kobieta krzyknęła, kiedy poczuła, jakby jej wnętrzności stanęły w ogniu. Nogi się pod nią ugięły i osunęła się na ziemię, trzymając się za brzuch.
Nagły atak przyciągnął uwagę wszystkich Śmierciożerców. W związku z tym nie ujrzeli wielkiej, czarnej, włochatej bestii, która wypadła zza rogu i skoczyła na jednego z ludzi atakujących miłość jego życia. Kły Łapy rozerwały delikatne ciało na karku. Pęd uderzenia obrócił dziewczynę, a jej tryskająca krew bryznęła na pozostałych Śmierciożerców. Pies wylądował, zaciskając szczęki na sporym kawałku wyrwanego gardła. Zawarczał złowieszczo i stanął między nimi a Gabriellą.
- TO PIEPRZONY PONURAK! – wrzasnął jeden z wrogów. Przesądna grupa cofnęła się jak jeden mąż na widok czarodziejskiego omenu śmierci. Ponurak wyraźnie chronił kobietę. Jednak tylko jeden ze Śmierciożerców miał na tyle rozsądku, żeby uciec z posiadłości i porzucić przeklętą misję.
Devon jako jeden z nielicznych nie dał się zastraszyć warczącemu zwierzęciu. Wycelował różdżkę w nowe zagrożenie przed nim. Łapa skoczył równocześnie z zaklęciem śmierci. Klątwa minęła cel, bo Syriusz zmienił się w człowieka i wbił różdżkę w brzuch mężczyzny.
- Eksplozja! – krzyknął i samozwańczy lider Śmierciożerców zakończył swoją krótką kadencję eksplodując na podwładnych. Dwóch stojących tuż za nim zostało poszatkowanych na kawałki, gdy odłamki kości wbiły się w ich ciała. Klątwa została opracowana, by pozbywać się Inferiusów. Uważano, że nie zadziała przeciwko żywej tkance. Ale Syriusz w tej chwili niespecjalnie się tym przejmował.
Hellcat zahamowała tuż obok mamy i zmieniła się w człowieka. Gabriella nawet nie zauważyła jej obecności, skupiona na wszechogarniającym bólu wnętrzności. Zbladła, a z jej oczu zaczęło uciekać życie.
- Nie tym razem… nie… tym… razem…! – krzyknęła Daphne, a po jej twarzy spływały łzy. Drżącą ręką sięgnęła w podszewkę prochowca Harry'ego i zrobiła tak, jak radziła jej Ginny. Nie wiedziała jaka klątwa trafiła jej mamę, więc zażądała najsilniejszego istniejącego eliksiru uzdrawiającego. Po chwili trzymała w ręku buteleczkę.
- Masz mamo, wypij – zachęciła Daphne Gabriellę, przykładając butelkę do ust matki. Oszołomiona kobieta przełknęła płyn. Niemal natychmiast ból zaczął się zmniejszać, a jej oczy na powrót przybrały kolor głębokiej morskiej laguny.
- Moja kochana dziewczynka – Gabriella z lekkim uśmiechem otarła łzy z policzków córki. Daphne uniosła dłoń i splotła palce z palcami mamy.
- Nie strasz mnie tak więcej – odpowiedziała z podobnym półuśmiechem.
- Co to za impreza, skoro nikt nie oberwał klątwą? – zażartowała jej mama. Mimo powagi sytuacja Daphne nie mogła powstrzymać lekkiego śmiechu.
- CHODŹ I ZDYCHAJ! – zaryczał Syriusz. Obie kobiety spojrzały na niego. Walczył ze Śmierciożercami jak szaleniec. Zatopił sztylet w masce jednego wroga, jednocześnie unikając klątwy wysłanej przez drugiego. Śmierciożerca stojący bezpośrednio przed nim zarobił kopniaka w pierś. Siła ciosu posłała go w dół, ponad poręczą tarasu. Wylądował piętro niżej z budzącym mdłości trzaskiem łamanych kości.
- To mój łotrzyk – Gabriella niemal zamruczała. Nie odrywała oczu od mężczyzny. Jego włosy rozwiane tak szaleńczo, jak szaleńczo biło jej serce. Daphne obserwowała go z zupełnie innego powodu. Walczył za jej mamę. Wiedziała w głębi serca, że gdyby przyszła teraz po niego śmierć, odszedłby z podniesioną głową. Bowiem zginąłby w obronie kobiety, którą kocha. Ten prosty czyn stanowił najczystszą i najprostszą deklarację.
Teraz tajemnicze odpowiedzi jej nauczyciela nabrały sensu. Powiedział, że nie zakochał się znowu w jej mamie, ale tylko dlatego, że nigdy nie przestał jej kochać. Popatrzyła z powrotem na mamę, a w jej oczach wyczytała odpowiedź. Może to dzięki spędzaniu czasu z Harrym i Ginny potrafiła rozpoznać miłość promieniującą z jej mamy. Wszystko jasne. Jednocześnie poczuła, że ogarnia ją poczucie winy. Przez ostatnie tygodnie zachowywała się strasznie dziecinnie.
- Jeśli czegoś się dzisiaj nauczyłam, mamo, to tego, że życie jest cholernie krótkie.
- Słucham?
- Idź za głosem serca.
- Ale…
- Jakoś się z tym uporamy. Po prostu bądź szczęśliwa.
- Zmieniłaś się.
- Tak, dorobiłam się naprawdę dobrych przyjaciół – wyznała Daphne, Gabriella pokiwała głową ze zrozumieniem. Córka pomogła matce wstać.
- Skoro już wszystko ustaliłyśmy, to chyba nie pozwolimy Siriemu, żeby bawił się bez nas? – spytała Gabriella. Sięgnęła za plecy i z ukrytej kieszeni w sukni wyciągnęła zapasową różdżkę. Daphne otworzyła usta zdumiona, a potem z uśmiechem potrząsnęła głową. Będzie musiała dostać namiary na tą krawcową. Gabriella mrugnęła do córki.
- Siedmiu poszło w tę stronę. Uważaj na siebie. Jade jest twoim priorytetem. Zajmiemy się z Sirim tą bandą.
- Kocham cię, mamo.
- Ja też cię kocham, skarbie. Idź już.
Peter wpadł do jednej z twierdz, których używali jako koszar i miejsca szkolenia rekrutów. Miał nadzieję, że zatrzymało ich świętowanie udanej misji, jednak napotkał około dwudziestu rekrutów, zebranych wokół jednego w podartych szatach. Najwyraźniej Greengrassowie nie poszli dobrowolnie.
- Co tu się dzieje? Gdzie kobieta? – zażądał odpowiedzi od Śmierciożerców stojących w hierarchii niżej niż on. Natychmiast się rozstąpili, robiąc mu przejście. Ten, który stał najbliżej mężczyzny w podartych szatach, odezwał się pierwszy.
- Pettigrew, ten gość właśnie wrócił i bredzi coś, że misja jest przeklęta.
- Gdzie Avery? – Pettigrew zignorował pozostałych, skupiając się na tym, stojącym przed nim.
- Nie żyje! Zabiła go. Potem wysadziła dach i zabiła dziesięciu innych cyklonem, który rozpętała we własnym przeklętym domu. Udało nam się ją złapać, ale pieprzony Ponurak pojawił się znikąd i rozerwał gardło biednej Laurze. Chronił kobietę. Więc spierdoliłem stamtąd. Nie zamierzam stawać przeciwko Fatum!
- Crucio! – krzyknął Peter, trafiając żałosną imitację Śmierciożercy Niewybaczalnym. Mężczyzna zawył i padł w konwulsjach na podłogę. Pettigrew zorientował się, że marnuje czas i puścił półgłówka. – To był animag, nie Ponurak, ty idioto. Powinienem wiedzieć, że się pojawi. Pewnie ściągnął ze sobą kurwę albo bękarta – ostatnie zdanie Peter powiedział raczej do siebie niż swoich słuchaczy. Ciągle mógł uratować sprawę. – Słuchajcie wszyscy! Mamy nową misję! Zabić wszystkich, a co znajdziecie w domu jest wasze! – krzyknął Peter i usłyszał donośny okrzyk aprobaty. Chciwość to użyteczne narzędzie. Nie oczekiwał, że wielu z nich przeżyje, ale to tylko mięso armatnie. Wystarczy, że sprowadzi główny cel do Czarnego Pana.
- Blaise, jesteś pewien, że to podziała? – spytała Millicent, oglądając się za siebie już nasty raz.
- Wyluzuj, co? Pettigrew powiedział, że to zaklęcie ogłupi tę ich mapę. Podobno pomagał zrobić to cholerstwo – odparł Zabini, nawet nie próbując ukryć swojej irytacji jej zamartwianiem się i pytaniami. Ciągle nie mógł się pogodzić z wiedzą, że Granger i Weasley zawsze ich łapali podczas ciszy nocnej dzięki tej przeklętej mapie.
Astoria Greengrass posłusznie maszerowała przed nimi pod kontrolą Impreio. Jej rozkazy były proste i zabójcze. Miała rzucić się ze szczytu Wieży Astronomicznej, krzycząc „Niech się dzieje wola Czarnego Pana!". Bulstrode z przyjemnością rzuciła na nią Niewybaczalne. Mały rewanż za to, co zrobiła im w Sowiarni.
- STAĆ! – usłyszeli za sobą kobiecy głos, gdy dotarli do podnóża schodów prowadzących na Wieżę Astronomiczną. Astoria stała już na pierwszym schodku. Blaise wykonał kilka wymyślnych ruchów rękę i na schodach wyrosła bariera, której nikt nie mógł przekroczyć.
- I to by było na tyle w kwestii wiarygodnego alibi – warknął Duncan, obracając się ku śledzącej ich osobie. Nie zdziwił się, gdy ją poznał. Ta dziewczyna zawsze była upierdliwa.
- ASTORIA! – krzyknęła Ginny Weasley do drugiej Huncwotki. Astoria popatrzyła na nią przez moment, ale znów ruszyła po schodach. Nawet z daleka Ginny widziała jej zamglone oczy. Ewidentnie pozostawała pod wpływem Imperio. Zrozumiała, co chcą z nią zrobić.
- Wieże Astronomiczna! – krzyknęła Ginny, żeby pozostali usłyszeli ją przez zaczarowane kolczyki.
- Jak nas niby znalazłaś? – spytała Millicent, stając obok Duncana. Za nią podążył Zabini. Cała trójka ustawiła się ramię przy ramieniu przeciwko rudowłosej czarownicy. Ginny ruszyła w ich stronę, nie okazując w żaden sposób, by martwiła ją ich przewaga liczebna.
- Znalazłam Caldwella. Łajnobomba była niezłym pomysłem, ale mam sześciu braci – Ginny pomachała ręką przed nosem, jakby rozpędzała jakiś paskudny zapach. – Musicie się bardziej postarać, a poza tym Bullstrode cuchnie naprawdę unikatowo. Trochę jak kombinacja szczyn trolla i niemytej dupy. Milli, czyżbyś nie czuła się dzisiaj zbyt świeżo? – zakpiła Furia z udawaną pewnością siebie.
Ginny dała Furii niezły wycisk, żeby tu dotrzeć i czuła się nieco wyczerpana. Poza tym ta trójka była gotowa do walki. Złapała ich, więc nie mieli nic do stracenia. Nie miała pojęcia ile będzie musiała wytrzymać, nim dotrze wsparcie. Odepchnęła jednak od siebie te myśli. Teraz musiała się martwić Astorią. Daphne na nią liczyła i, na lewe jajo Merlina, nie zamierzała jej zawieść.
- Jeb się, pizdo! – ryknęła Bulstrode, ciskając w Ginny zaklęciem eksplodującym. Gryfonka uskoczyła, nie gubiąc rytmu biegu. Odpowiedziała upiorogackiem, ale jej celem było raczej wywołanie zamieszania niż bezpośrednie trafienie. Z tego zaklęcia słynęła i liczyła, że wrogowie uznają, że to wszystko, na co ją stać. Zabini ustawił tarczę, a to dało Ginny czas, żeby zebrać zaklęcie wichury i posłać je w stronę wroga. Poleciało na nich kilka kompletów zbroi i Zabini oraz Bulstrode musieli zniszczyć metalowe pociski.
Uderzenie wiatru zachwiało Duncanem, który oparł się o ochronną barierę, na co Ginny liczyła. Chłopak zaczął wrzeszczeć na całe gardło, a od jego kości zaczęło odpadać gnijące ciało. Furia z wysiłkiem powstrzymała się od wyrzucenia śniadania z żołądka i jeszcze bardziej zbliżyła się do pozostałej dwójki.
- Olej go! Zabij ją, zanim reszta tu dotrze! – wrzasnął Blaise na Millicent, rzucając na Weasley zaklęcie śmierci. Musiała paść na podłogę, by go uniknąć, potem odtoczyła się na bok, umykając przed klątwą Bulstrode. Na szczęście Harry nauczył ją, jak unikać trafień. Nie zamierzała marnować czasu i cennej mocy na tarczę, skoro mogła ich z łatwością wymanewrować. Ginny zaczerpnęła z refleksu i prędkości Furiii, po czym wstała i ruszyła prosto na wrogów środkiem korytarza.
Dwójka Ślizgonów jedynie się roześmiała i otworzyli ogień. Ginny tańczyła, unikając pędzącej ku niej śmierci z zadziwiającą swobodą. Im bardziej się zbliżała, tym mniej celne stawały się klątwy. Desperacja sprawiła, że zaklęcia Bulstrode zaczęły fruwać na wszystkie strony z małą szansą powodzenia, jednak Zabini postanowił zmienić taktykę. Wyczarował kilka zabójczo niebezpiecznych węży, które posłał w stronę Ginny. Ta wykazała się refleksem i przywołała ścianę ognia, która spaliła gady. Opadła na kolana, gdy jedna z klątw Bulstrode trafiła ją w lewą nogę. Gdzie do cholery podziewało się wsparcie?
- Finite! – krzyknęła Bulstrode i płomienie zgasły. Ślizgoni zrobili krok w tył, gdy ujrzeli za nimi dwie rudowłose kobiety. Lily Potter pomagała się podnieść Ginny Weasley, nie spuszczając oka z wrogów.
- Mają Astorię pod Imperio, chyba kazali jej skoczyć z wieży – poinformowała nerwowo Ginny, lecząc ranę na nodze.
- Kto ustawił barierę? – spytała Lily.
- Tamten sukinsyn – odpowiedziała młodsza kobieta, wskazując Zabiniego.
- Jest mój – zapowiedziała Lily chłodnym, morderczym tonem. Kobiety spojrzały po sobie i najwyraźniej wpadły jednocześnie na ten sam pomysł. Dwie klątwy śmierci pomknęły w ich stronę, ale lwica i jaguar burzowy przemknęły pod nimi. Ich transformacja i szybkość kompletnie zaskoczyły dwójkę Ślizgonów.
Furia zlokalizowała swój cel i skoczyła na niego. Jej łapy uwolniły ładunek elektryczny i Millicent zadrgała konwulsyjnie. Blaise uniósł różdżkę, zamierzając zabić jaguara, ale Nala zmieniła się w formę hybrydową i z łatwością złamała mu nadgarstek. Drugą łapą chwyciła go za gardło i bez trudu uniosła nad podłogę. Zapomniała jak blisko powierzchni są pierwotne instynkty tej formy i z całych sił walczyła, by nie urwać mu głowy. Furia musiała to wyczuć, bo zmieniła się z powrotem w człowieka. Bullstrode nie straciła przytomności, ale drgała na podłodze i nie stanowiła już zagrożenia.
- Lily, tylko on może opuścić barierę – zaapelowała Ginny. W odpowiedzi usłyszała niski, groźny pomruk. Jednak coś musiało dotrzeć do Nali, bo zmieniła się z powrotem w człowieka. Zabini opadł ku ziemi, ale w tej samej chwili kolano Lily trafiło go w klejnoty. Oczy niemal wyskoczyły mu z orbit i padł na podłogę, osłaniając krocze dłońmi.
- Przestań się mazać, i tak nie miałeś z nich wielkiego pożytku – warknęła Ginny, po czym zwróciła się do mamy swojego chłopaka: - Jak się przedostaniemy przez barierę?
- Mam pomysł – uspokoiła ją Lily z paskudnym uśmiechem. Podciągnęła rękaw Zabiniego, ujawniając Mroczny Znak na jego skórze. Szarpnięciem postawiła go na nogi i pchnęła na jego barierę. Wrzasnął z bólu. Lily go nie puszczała i dzięki temu udało jej się przedostać bez obrażeń. Popatrzyła na Ginny i wzruszyła ramionami.
- Ja też tak mogę? – spytała Ginny i zrobiła krok ku barierze, ale profesor Potter uniosła dłoń, nakazując się jej zatrzymać.
- Nie ryzykujmy – poprosiła Lily i popędziła w górę po schodach.
Syriusz i Gabriella walczyli ramię w ramię, a Daphne zostawiła ich, żeby poszukać siostry. W jej pokoju znalazła ciało małego skrzata domowego, który zapewne zginął chroniąc Jade. Nietrudno było podążać śladem zniszczeń. Jeśli się nie myliła, wiódł on ku rodzinnej skrytce. O ile znała swojego ojca, zapewne próbował zabrać córkę do tego magicznie zabezpieczonego pomieszczenia. Na szczęście Daphne znała skrót. Kiedy tam dotarła, drzwi wciąż były otwarte, choć Jade w panice usiłowała je zamknąć. Jej ojciec krył się za biurkiem, szaleńczo ciskając ogłuszaczami w grupę Śmierciożerców. Nie trafiał, nawet w pobliże, ale przynajmniej udało mu się zahamować ich postępy.
Przypomniała sobie, jak George mówił Harry'emu, że ulepszył przenośne bagno pewnym wstrząsającym efektem. Sięgnęła do zdumiewającego płaszcza Harry'ego i wyciągnęła granat opisany jako Wstrząsające Bagno. Wzięła zamach i rzuciła nim w stronę Śmierciożerców. Wylądował metr przed nimi i cała grupa wybuchnęła śmiechem widząc jej niecelny rzut. Potem urządzenie wybuchło i cała grupa została uwięziona w bagnie wypełniającym cały korytarz. Kilku z nich rozejrzało się z obrzydzeniem, ale wtedy zadziałał drugi efekt wbudowany w granat. Bagnista woda zapulsowała elektrycznością i wszyscy Śmierciożercy usmażyli się jak skwarki.
- George, jak cię zobaczę to cię wycałuję – obiecała na głos Daphne, patrząc na efekty. Jade popędziła ku siostrze, a Marcus patrzył w oszołomieniu na wywołany przez nią bałagan.
- Jak, do diabła… zresztą nieważne, musimy się zamknąć w skrytce, zanim pojawi się ich więcej – powiedział w końcu, podchodząc do córek. Nie miał pojęcia jakim cudem Daphne tu dotarła, ale był jej wdzięczny, że to zrobiła.
- Osłony nie utrzymają ich z daleka. Są tu, żeby zrobić z nas przykład, a kolejni mogą już być w drodze. Musimy natychmiast ruszać do Hogwartu! – poprawiła go Daphne, podnosząc swoją młodszą siostrę i wręczając ją ojcu. Skinął głową starszej córce, a potem poniósł młodszą korytarzem. Daphne podążała tuż za nimi, osłaniając tyły. Odgłosy walki ucichły nim dotarli do zniszczonych drzwi wejściowych. Daphne spojrzała ku miejscu, gdzie walczyli mama z Syriuszem i ujrzała rozrzucone po całym domu ciała martwych Śmierciożerców. Marcus zakrył oczy Jade, by oszczędzić jej brutalnego widoku. W samym środku szaleńczej bitwy znajdowali się Syriusz i Gabriella. Walczyli plecami do siebie, ale gdy padł ostatni wróg, powoli obrócili się ku sobie.
Gabriella ujęła jego twarz w dłonie, a on oplótł ją rękami w pasie. Cichy, liryczny moment niósł ze sobą niezaprzeczalną prawdę. Na ramionach Gabrielli spoczywał jego prochowiec z łusek bazyliszka poznaczony czarnymi śladami po zaklęciach. Odzienie Syriusza było porozrywane, a on sam nosił ślady trafień. Pokrywały go również plamy krwi, a Daphne miała gorącą nadzieję, że to nie jego krew. Podejrzewała, że czuje duży ból, ale nie okazywał tego. Dwoje rozdzielonych kochanków wreszcie znalazło się w swoich ramionach.
- Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz – wyznała Gabriella tonem naładowanym emocjami.
- Zawsze – zdołał jedynie odpowiedzieć Syriusz i ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku, który sprawił, że zapomnieli o śmierci i zniszczeniu wokół nich. Syriusz uniósł dłoń na jej kark. Wyczuł jedynie gładką skórę, bez śladu złowieszczej runy. Nie wiedział jak do tego doszło, ale jego ukochana była wolna. Tylko to się liczyło, a poza tym uczucie jej ciała przyciskającego się do niego było po prostu wspaniałe. Nie chciał, by się to kiedykolwiek kończyło.
Marcus odwrócił oczy, czując głęboki żal za swoje dawne postępki. Wyszedł z domu, ale zrobił ledwie trzy kroki, gdy ujrzał dużą grupę Śmierciożerców zmierzających w jego stronę. Instynktownie odwrócił się i rzucił Jade ku Daphne.
- DAPHNE! – krzyknął, gdy najmłodsza szybowała ku najstarszej. Daphne złapała Jade, a na jej oczach Marcusa ogarnęło zielone światło z zaklęcia śmierci zmierzającego w jego kierunku. Świat zwolnił dla dwóch dziewcząt, które patrzyły na ostatnie chwile życia ich ojca. Został trafiony w plecy i zrobił jeszcze kilka kroków, nim padł martwy na schodach prowadzących do jego własnego domu. Daphne otworzyła usta do krzyku, ale z pomiędzy jej warg nie wydostał się żaden dźwięk. Ledwo zarejestrowała, że jej mama i Syriusz wybiegają z domu i wiążą walką Śmierciożerców.
Spojrzała w dół. Jade ściskała jej nogę i płakała. To spowodowało, że się otrząsnęła. Zdjęła z ramion płaszcz Harry'ego. Ciągle nie wiedziała, jak to właściwie działa, ale zamierzała mu zaufać. W myślach poprosiła o bezpieczeństwo dla Jade i owinęła siostrę prochowcem. Podszewka wchłonęła dziewczynkę, tak jak motocykl Harry'ego pierwszego dnia szkoły. Daphne tylko potrząsnęła głową i ubrała płaszcz ponownie.
- Gdzie Jade? – spytała Gabriella pomiędzy unikami i rzucaniem klątw.
- Cała i zdrowa wewnątrz tego płaszcza, ale musimy stąd spieprzać, mamo – odpowiedziała Daphne wypalając mimochodem Reducto. Ku jej satysfakcji cel eksplodował.
- Niezły strzał, skarbie, a twoją sugestię świetnie byłoby zrealizować jak najszybciej – odpowiedziała Gabriella z nutą humoru, ostrzeliwując kolejnego nieproszonego gościa.
- Mieliśmy dostać wsparcie – powiedziała Daphne, gdy obie zanurkowały, żeby uniknąć jakiejś purpurowej klątwy.
- Szczeniaczek lubi wykorzystać akademicki kwadrans, ale zawsze pojawia się we właściwym momencie – zapewnił Syriusz.
- IIIIEEEEEE JAJAJAJA! – zza pleców Śmierciożerców dobiegło bojowe zawodzenie goblinów.
- A nie mówiłem?
Jeden ze Śmierciożerców obrócił się, żeby sprawdzić co wywołuje ten hałas. Nie zobaczył, bo został rozcięty od ramienia po biodro przez nadlatującą goblinkę. Hesta wylądowała za nim i ucięła kolejnemu wrogowi nogi w kolanach. Mężczyzna padł na ziemię i został zdekapitowany ostrym jak brzytwa ostrzem goblinki, która kopnęła jego głowę w następną ofiarę. Kobieta Śmierciożerca złapała nietypowy pocisk, po czym wrzasnęła przeraźliwie i wypuściła go. Niedaleko od nich trzech kolejnych napastników zostało powalonych przez zmasowany ogień z mugolskiej broni strzelającej małymi metalowymi pociskami.
- Uwielbiam tę zabawkę! – krzyknął Fred do George'a.
- Przestań się popisywać przed swoją dziewczyną i oczyść pieprzoną drogę! – wrzasnął w odpowiedzi George, podkręcając manetki motocykla Harry'ego. Fred skupił się na jednym obszarze. Śmierciożercy umykali na prawo i lewo, żeby uniknąć kul.
- Jedna droga, robi się! – krzyknął zza nich Harry i dotknął różdżką ziemi. Z gruntu wyskoczyły dwa mury wysokie na ponad dwa metry, a szerokie na ponad trzy, które uformowały ścieżkę do głównych wrót dworu. Harry przekazał Goerge'owi „jesteś mi dłużny" po czym wydobył Księżycowe Ostrza i rzucił się w wir walki. George popędził naprzód nie tracąc czasu. Fred i Hesta ruszyli jedną stroną ścieżki, Harry drugą.
Syriusz od razu połapał się w planie chrześniaka. To zaklęcie transmutacyjne opracował James. Nachylił się ku Gabrielli. Przez chwilę znalazł się tak blisko, że kobiecie wydawało się, że chce ją pocałować. Jednak on sięgnął w podszewkę swojego płaszcza i wyciągnął mugolski granatnik RPG.
- Dzięki, kochanie – wyszeptał i mrugnął do niej, po czym wycelował w najliczniejszą grupę Butolizów.
- Przywitajcie się z moim małym przyjacielem! – krzyknął niczym Człowiek z blizną* i wystrzelił z biodra. Pocisk zdarzył się z klątwą po przebyciu dwóch trzecich odległości. Nie czyniło to wielkiej różnicy i około dziesięciu Śmierciożerców zostało rozerwanych eksplozją. Gabriella wybuchnęła śmiechem. Zdążyła już zapomnieć jak bardzo Syriusz lubi się zgrywać.
Piękno Księżycowych Ostrzy Harry'ego leżało nie tylko w fakcie, że cięły Butolizów jak masło. Potrafił też przez nie kanalizować swoją magię dzięki rękojeściom wyrzeźbionym w kle bazyliszka. Broń w jego lewej ręce lśniła zaklęciem tarczy, a prawa skrzyła się od elektryczności. Żadne z zaklęć nie wymagało precyzyjnego ruchu różdżką, więc stanowiły idealną kombinację w walce. Potrafił używać obu do perfekcji, o czym na swoje nieszczęście przekonała się pierwsza grupa rekrutów. Pierwszy padł, kiedy Harry otworzył cięciem jego brzuch, a drugą ręką odbił zabójczą klątwę. W tym czasie George zatrzymał się przed schodami z piskiem opon.
- Hej, Blondi! Chcesz się przejechać? – zawołał, mrugając do Daphne.
- Czy to podchwytliwe pytanie? – spytała, zbiegając po schodach i wskakując na siedzenie za niego.
- Sama bym się chętnie przejechała – zasugerowała Gabriella, uśmiechając się figlarnie do Syriusza.
Ten sięgnął do podszewki, upewniając się, że po drodze dokładnie się o nią poociera. Kobieta wywróciła oczami w udawanym proteście. W rzeczywistości bawiła się równie dobrze jak jej łotrzyk. Syriusz wyciągnął swój motocykl i przywrócił mu naturalny rozmiar. Wskoczył na siodełko, a Gabriella siadła za nim. Objęła go mocno ramionami. Sądząc po uśmiechu na jego twarzy, bardzo podobało mu się, jak przyciska piersi do jego pleców. Spojrzeli po sobie z Georgem i Daphne zrozumiała, że jej kierowca również cieszy się, czując jej piersi.
- Może byście się zboczuchy skupili? Jesteśmy w środku bitwy! – skarciła ich Daphne.
- Chłopcy zawsze pozostają chłopcami i za to ich kochamy – zachichotała jej mama, a oba motocykle wystartowały.
Peter polecił swoim wciąż żyjącym rekrutom atakować Pottera, a sam zmienił się w szczura. Widział dokąd zmierza ta bitwa. Goblinka była za mała i za szybka, żeby jego ludzie mogli ją trafić. Jej ataki były zabójcze i z przyjemnością używała ich jako żywych tarcz. Rudzielec używał mugolskiego karabinu maszynowego z zabójczym skutkiem. Protego działało, ale jego siła zależała od siły użytkownika. Przeciwnik nie walczył jak aurorzy, a do takiej właśnie walki byli szkoleni ci rekruci. Jego jedyną szansą było przekradnięcie się do Pottera i zdjęcie go, kiedy się rozluźni i odsłoni.
Harry patrzył, jak George i Syriusz odlatują. Pozostałe przy życiu Butolizy deportowały się. Rozproszył zaklęcia i schował księżycowe Ostrza. Dopiero wtedy pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Poszczęściło im się. Ta banda była wyszkolona znacznie gorzej niż ci, z którymi starł się na Ulicy Pokątnej wraz z Syriuszem.
- Niezła zabawa – podsumowała Hesta. Podeszła do Freda i uśmiechnęła się sugestywnie, unosząc brwi. – Masz ochotę na inną zabawę?
Fred wyszczerzył się i zerknął na Harry'ego.
- Idźcie, skończyliśmy tutaj – odpowiedział ze śmiechem i machnięciem ręki.
Nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Zdeportowali się do domu Freda na rundę ostrego seksu. Harry odwrócił się od trawnika pełnego martwych Butolizów i również chciał się stąd zabierać. Peter błyskawicznie zmienił się z powrotem w człowieka i wystrzelił klątwę w jego plecy.
Z jakiegoś powodu, którego wciąż w pełni nie pojmował, Draco nie opuścił Wieży Astronomicznej po wschodzie słońca. Z reguły tak robił, ale tego dnia został dłużej. Miał przeczucie, że będzie tu potrzebny. Spędził ten czas patrząc, jak uczniowie beztrosko spędzają sobotę. Zapragnął takiej iluzji beztroski, choćby na godzinę. A może spotka kogoś, kto będzie potrafił go rozbawić i przypomni po co wstaje co rano z łóżka?
Zamyślił się tak głęboko, że ledwo usłyszał ciche kroki na schodach. Zorientował się w jej obecności dopiero, kiedy zobaczył ruch kątem oka. Ślizgonka z piątego roku minęła go. Nawet nie skinęła głową na znak, że go poznaje. Jeśli się nie mylił, to młodsza siostra Daphne.
- Astoria? – zawołał, mając nadzieję, że dobrze zapamiętał imię.
Dziewczyna szła dalej, jedynie obróciła na niego niewidzące oczy. Draco z zaskoczeniem ujrzał, jak bardzo są zamglone. Była pod wpływem Imperio i szła ku krawędzi. Tak jak się obawiał, zaczęła się wspinać na blanki bez śladu rozsądnego strachu.
- Astorio! Co robisz? – spytał Draco, zbliżając się ku niej. Brunetka spojrzała na niego. Wyglądała na tak spokojną i zadowoloną, że po jego kręgosłupie przeszedł dreszcz. Stała na samym skraju. Wyciągnęła jedną nogę.
- Niech się stanie wola Czarnego Pana – odpowiedziała cicho, a w jej głosie na ułamek sekundy było słychać strach. Gdzieś w głębi duszy musiała wiedzieć, że dzieje się z nią coś złego. Walczyła z tym. Z jej oczu popłynęła pojedyncza łza, a potem odwróciła się, by dokończyć zadania.
- Astorio, czekaj! Pamiętasz ostatnie Boże Narodzenie w pokoju wspólnym? Potknęłaś się, a ja pomogłem ci wstać. Potem jedna z twoich przyjaciółek wyczarowała nad nami jemiołę – przypomniał jej Draco, zbliżając się powoli. Kąciki jej ust uniosły się nieco, gdy przypomniała sobie swój pierwszy pocałunek.
- Wiem, że nigdy nic nie powiedziałem i zachowywałem się, jakby to był nieprzyjemny obowiązek. Ale tak naprawdę bardzo mi się podobało. Masz naprawdę miękkie usta – kontynuował, a jej niespieszny uśmiech poszerzył się. Zaryzykował kilka dalszych kroków w jej stronę.
- I naprawdę podobało mi się, jak podałaś mi język – skłamał Draco, w nadziei, że uda mu się przebić. Obróciła się gwałtownie z oburzeniem na pięknej twarzy.
- Nic takiego nie zrobiłam! – odpowiedziała z przyganą.
- Witaj z powrotem, ślicznotko – rzucił z zadowoleniem Draco i w tym momencie zorientował się, że ten odruchowy komplement zawierał znacznie więcej niż ziarno prawdy. Astoria zarumieniła się nieco, a potem dotarło do niej gdzie się znajduje. Strach ścisnął ją stalową obręczą i zamarła w miejscu. – Stój spokojnie, ściągnę cię.
- Zrób to i nie będziesz potrzebował jemioły, żeby mnie pocałować – odparła Astoria drżącym głosem. Dopiero kiedy jej życie znalazło się w niebezpieczeństwie zauważyła, jak tu wietrznie. Miała problemy z utrzymaniem równowagi.
- Wygląda, że to będzie naprawdę dobry dzień – zażartował Draco. Zbliżył się i wyciągnął do niej rękę. W tej samej chwili jej stopa ześliznęła się i Astoria spadła. Draco nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Rzucił się w przód i złapał jej ramię. Zdołał to uczynić, ale nie przygotowany na jej wagę, został szarpnięty ku przepaści. Trzymał się na jednej ręce i jednej nodze, którymi zakotwiczył się o blanki.
- Nie chcę umierać! – krzyknęła Astoria, gdy spojrzała w dół na odległość, która dzieliła ją o ziemi. Ledwo dostrzegła małą grupę pierwszaków, które właśnie wracały ze szklarni. Wszystkie popędziły po nauczyciela poza jedną.
- Trzymam cię! – uspokajał ją Draco, w głębi duszy żałując, że nie posłuchał rady Blacka co do pompek. Zaczął ją podciągać, ale jego stopa się ześliznęła. Astoria krzyknęła. Teraz już tylko jego jedna ręka utrzymywała ich oboje.
- Draco, nie utrzymasz nas obojga – powiedziała, gdy zdała sobie sprawę, że za kilka sekund zginą oboje. Może nie było jej przeznaczone przeżyć tego dnia? Czy naprawdę mogła zabrać Draco ze sobą? Spojrzała na niego i podjęła decyzję. Ich oczy się spotkały i on zorientował się, co ona planuje.
- NIE! – krzyknął, zaciskając palce mocniej na jej nadgarstku. Nie zamierzał jej puszczać. Choć raz w swoim żałosnym życiu zamierzał zrobić to, co słuszne. Niestety Astoria miała ten sam pomysł, tylko zabrał ją on w przeciwnym kierunku. Podkurczyła nogę i sięgnęła wolną ręką. Jej palce zacisnęły się na odłamku szkła, który miała w bucie. Co za ironia. Schowała go tam, żeby uratować swoje życie. Teraz chciała go użyć, żeby uratować życie Draco, tracąc jednocześnie własne. To on był w tej chwili przeciwnikiem.
- Puszczaj – poprosiła spokojnym i opanowanym tonem. Łza spłynęła jej po policzku i spadła ku ziemi.
- Musimy wytrzymać jeszcze chwilę. Ktoś przyjdzie – błagał ją. Wiedziała, kto może przyjść i że ci ludzie zabiją go za pomaganie jej. Musiała to zrobić. Cięła jego ramię odłamkiem szkła. Krzyknął, ale jej nie puścił. Uderzyła jeszcze raz i jeszcze, ale on dalej nie puszczał. Krew spływała po jego ręce i na nią. Nigdy w życiu nie przypuszczałaby, że Draco Malfoy jest zdolny do tak szlachetnego wyczynu.
Astoria wiedziała, że też powinna zrobić szlachetną rzecz. Wzięła zamach, żeby wbić mu odłamek w rękę, ale został wystrzelony z jej ręki. Za Draco ujrzała profesor Potter. Próbowała wciągnąć ich oboje, ale za dużo ważyli. Użyła zaklęcia wagi piórkowej i spróbowała jeszcze raz.
To mógł być gwałtowny ruch albo krew Draco spływająca po jego ręce. Żadne z nich nie miało poznać prawdy. Wiedzieli tylko, że Astoria wyśliznęła się z jego uścisku i poleciała w dół. Lily padła na plecy bezpieczna na szczycie Wieży, wciągając za sobą Draco. On pierwszy zerwał się na nogi i doskoczył do krawędzi. Słyszeli, jak krzyk Astorii staje się coraz bardziej odległy. Lily wydawało się, że chłopak zamierza skoczyć, więc odciągnęła go.
Po chwili ujrzeli, jak Astoria wzlatuje nad blanki. Potem wzniosła się metr nad nich w ramionach sukkub, która opuściła ją na podłogę i delikatnie postawiła. Dziewczyna odsunęła się od wybawicielki i cała trójka spojrzała na sukkuba w szoku i zdumieniu. Jej blond włosy przypominały jej biologiczną matkę, a szmaragdowe oczy jedyną rodzinę, która jej została. Jej twarz miała własne rysy, bo reprezentowała tylko ją. Emma nieśmiało pomachała do Lily.
- Cześć, mamo.
Słowniczek
Piracka piosenka – przetłumaczyłem ją, starając się oddać rytm i słowa. Jestem za słabym poetą, żeby dodać tu rymy ;)
Człowiek z blizną – tekst Syriusza jest oczywiście nawiązaniem do słynnej sceny z gangsterskiego filmu „Człowiek z blizną". W oryginale „Say hallo to my little friend!"
W następnym rozdziale:
- Harry vs. Pettigrew
- Lilly i Emma
- Draco i Astoria
- Gabriella w Hogwarcie
Od tłumacza: Moi drodzy, ostatnio zdarzyło się trochę rzeczy w moim życiu prywatnym i zawodowym. Zmiany są na lepsze i bardzo się z nich cieszę, ale czasu mam przez to mniej. Skończę tę historię na 100%, ale nie obiecam Wam konkretnych terminów. Popędzanie mnie w recenzjach i prywatnych wiadomościach nic w tym względzie nie zmieni ;)
Przy okazji: dobiliśmy już do 500 komentarzy. Dzięki wielkie!
