Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 41
Wiatr zmienił kierunek jedynie nieznacznie, ale to wystarczyło Harry'emu, żeby poczuć smród prawdziwego Śmierciożercy. Nie tych martwych pozerów, których trupy zalegały na całym terenie Posiadłości Greengrassów. Kimkolwiek był ten Butoliz, wiedział jak się maskować. To powinno nakazać Harry'emu ostrożność, ale nie leżało to w jego naturze.
Od Carrow wyciągnęli już właściwie wszystko co się dało. Amelia i jej aurorzy atakowali wskazane przez nią miejsca. Początkowo osiągali spore sukcesy, pojmali wielu Śmierciożerców i przejęli mnóstwo artefaktów Czarnej Magii. Jednak ostatnich kilka lokalizacji okazało się opuszczonymi domami. Harry dowiedział się też od Gryfka, że skrytka Lestrange'ów została opróżniona podczas ataku na Gringotta. Byli pewni, że właśnie tam Voldemort trzymał jeden ze swoich Horkruksów. A to znaczyło, że muszą pojmać nowego Butoliza, żeby go przesłuchać. A do tego potrzebowali kuszącej przynęty. Ginny i mama zafundują mu niezły opieprz, że w ogóle o czymś takim pomyślał, a co dopiero za wcielenie planu w życie bez wsparcia.
Peter czekał, aż będzie mógł przyłożyć mu różdżkę do pleców nim transformował się i go przeklął. Klątwa trafiła i chłopak runął na ziemię jak wór ziemniaków.
- Ha, ha, ha, to było aż za łatwe. Spodziewałem się po tobie więcej, chłopcze – zadrwił Peter z powalonego przeciwnika. – James byłby strasznie zawiedziony twoją postawą.
Pettigrew przerwał. To był syn Jamesa i wszystkie raporty, które otrzymał na jego temat mówiły, żeby nie lekceważyć chłopaka. Poczęstował Pottera kilkoma kolejnymi klątwami, żeby upewnić się, że naprawdę jest nieprzytomny. Nie zareagował na żadne z bolesnych zaklęć i Peter uznał, że nikt nie jest aż tak dobrym aktorem. Przewrócił syna swojego najlepszego przyjaciela na plecy, żeby móc mu się przyjrzeć.
- O tak, zdecydowanie jesteś synem Jamesa. Pewnie zastanawiasz się czemu leżysz na plecach, a ja stoję nad tobą jako zwycięzca – zakpił z nieprzytomnego chłopaka. Taka sytuacja zdarzała mu się nadzwyczaj rzadko i chciał się nią nacieszyć minutę czy dwie. Trochę potrwa nim pozostali Huncwoci zatęsknią za Potterem, a do tego czasu planował już być daleko stąd. – Może i nie jestem tak śmiały i nieustraszony jak Syriusz, genialny i utalentowany jak Remus, ani potężny i charyzmatyczny jak James. Nie mam wątpliwości, że w uczciwej walce najprawdopodobniej byś mnie zabił. Ale z drugiej strony nie walczę uczciwie, bo jestem kapusiem, łajdakiem… tym, który chce przetrwać za wszelką cenę. Szlag, ta pieprzona czapka chciała mnie wsadzić do Slytherinu, zanim zacząłem ją błagać, żeby pozwoliła mi iść do Gryffindoru. Lestrange powiedziała, że ona i Czarny Pan uważają mnie za słabeusza i nie szanują mnie, bo za szybko poddałem się ich woli. Na zdrowie. To moja przewaga. Nie jestem głupi. Znam własne ograniczenia. Po co mam cierpieć bezsensownie, kiedy końcowy efekt jest przesądzony? Popatrz na mnie. Stoją nad tobą zwycięski! A jak myślisz, czemu, Potter? – triumfował Peter, rozkładając ramiona i parząc w niebo, jakby wyglądał stamtąd odpowiedzi.
Zamiast tego powinien był patrzyć na tego, którego podobno powalił. Gdyby to robił, może zorientowałby się, że Harry gwałtownie otworzył oczy. A może przynajmniej zdołałby uniknąć buta, który wbił się w jego krocze z siłą wystarczającą, by unieść go z ziemi. Kiedy runął na ziemię wijąc się z bólu, ujrzał przed sobą dwójkę szmaragdowych oczu. W ułamku sekundy został zważony i bez cienia wątpliwości okazał się za lekki.*
- Dlatego, że jesteś głupi – opowiedział mu Harry, a potem jego pięść wbiła się w niechronione gardło zdrajcy. Siła ataku odrzuciła Petera w tył. Walczył z całych sił, ale nie mógł nabrać powietrza do płuc. Wiedział, że jego tchawica została zmiażdżona i zaraz się udusi. Wycelował różdżką w gardło i modlił się, żeby udało mu się uleczyć niewerbalnie. Zdołał wziąć pierwszy haust bezcennego powietrza, gdy Potter spokojnie podniósł się na nogi. Trzęsącą dłonią wycelował w niego.
- Proszę cię – zakpił Harry. Unieruchomił nadgarstek Petera i wykręcił mu ramię. – Po pierwsze monolog to cholerny banał – powiedział mu, uderzając kolanem w jego łokieć i wyginając staw pod kątem prostym w niewłaściwą stronę. Zdrajca wrzasnął, gdy najmłodszy z Potterów postawił go na nogi szarpnięciem za złamaną kończynę.
- Po drugie nie przestawaj być czujny, póki nie zabezpieczysz więźnia. Co, nowy w tym jesteś? – spytał Harry i mocno nadepnął na bok lewego kolana Pettigrewa. Przez wrzask mężczyzny prawie nie usłyszał chrupnięcie. Zakończył to kopniakiem z półobrotu w głowę. Pettigrew wylądował na ziemi. Harry przycisnął jego ręce kolanami i usiadł mu na piersi.
- Nie mogę oddychać – wydyszał Peter, gdy Potter usiadł na nim cała masą ciała.
- Jebie mnie to przeserdecznie. Na czym to ja… A, właśnie, po trzecie – Harry podciągnął koszulę na tyle, żeby pokazać podkoszulek ze skóry bazyliszka, którą ubrał pod spód. – Chroń swoje organy. Niewygodne, jasne, trochę to na tobie podjeżdża, ale tortury są jeszcze mniej wygodne. A jeśli już przy torturach jesteśmy, to mam wrażenie, że masz informacje, których mi potrzeba. DUNCAN! – Harry zakończył kpiny i wezwał skrzata. W ułamku sekundy pojawiła się przy nim istota w uniformie. Kiedy tylko poznał Petera, rzucił się na dawnego przyjaciela pana Jamesa. Harry z trudnością utrzymał go z dala od mężczyzny.
- Pozwolę ci się na nim wyżyć, ale najpierw musimy go zabezpieczyć w lochach Grimmauld Place. Wejdę do jego umysłu i chcę, żebyś w tym czasie pilnował mojego ciała – polecił Harry, a Duncan skinął głową, choć nie spuszczał wściekłego wzroku ze zdrajcy.
- Gryzoniu, kiedy już wyrwę każdy ułamek użytecznej wiedzy z twojego mózgu, ruszymy do tańca. Bo mój ojciec nie żyje przez ciebie i zapłacisz krwią za każdą łzę, którą uroniła moja mama.
Rzadko zdarzało się, żeby Lily Potter zabrakło słów. Tak było, gdy James Potter poprosił ją, żeby za niego wyszła. To było tak słodkie i wzruszające, że prawie zapomniałą odpowiedzieć „tak". Potem zdarzyło się jej to, gdy Harry postanowił zrobić jej urodzinowy obiad, kiedy miał siedem lat. Potrawa składała się ze spaghetti z kulkami z masła orzechowego i galaretką w ramach sosu. Ostatecznie więcej miał na sobie niż znalazło się na talerzu. Nigdy nie widziała czegoś tak uroczego. Posprzątanie bałaganu w kuchni zajęło jej dwa dni. Do dziś nie miała pojęcia jakim cudem galaretka znalazła się na suficie.
Teraz taka sytuacja nastąpiła po raz kolejny. Właśnie zobaczyła jak Emma z ciałem sukkuba ratuje życie innej uczennicy. Ale w jej twarzy było coś więcej. Swoim wyglądem honorowała nie tylko Tuney, ale też ją i Harry'ego. W głowie Lily wirowało tyle sprzecznych emocji, że czuła się jak we śnie. Takim dziwacznym śnie, po którym obiecujesz sobie, że już nigdy przed snem nie będziesz jadła truskawkowego shake'a z chilli przed snem. Chwila moment… Czy Emma właśnie powiedziała do niej „mamo"?
Lily poczuła wzruszenie i ogromną radość, słysząc, że Emma tak ją nazywa. Aż do tej chwili nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo pragnęła usłyszeć to słowo z jej ust. Głos Emmy zawierał w sobie nutkę niewinności, która dotknęła miejsca głęboko w sercu Lily, choć wydawało jej się, że to miejsce zatrzasnęło swoje wrota już dawno temu. Być może właśnie to pchnęło ją do działania.
Złapała Emmę w ramiona i mocno przytuliła. Emma objęła ją równie energicznie i desperacko. Kiedy Lily ucałowała jej czubek głowy, Emma załkała, a łzy ulgi pociekły jej po policzkach. Strasznie się bała, że Lily odrzuci ją w tej postaci.
- Nie… nie jesteś zła? Nie podobało ci się, że Harry bzyka się z Sashą. Myślałam, że nienawidzisz sukkubów – pisnęła Emma, obejmując Lily jeszcze mocniej. Lily zorientowała się, że Emma źle zrozumiała jej zachowanie tamtego dnia. Wyglądało na to, że będzie musiała jej wyjaśnić parę rzeczy.
- Moja kochana, piękna i niezwykła dziewczynko, to co zrobiłaś było nadzwyczajne i nie mogłabym być bardziej z ciebie dumna – powiedziała jej Lily i uniosła jej twarz, by spojrzeć jej w oczy. – Nie będę cię oszukiwać, skarbie. Boli mnie, że nie uznałaś, że możesz mi zaufać na tyle, żeby powiedzieć mi o tym wcześniej. Myślę, że będziemy musiały sobie usiąść i porozmawiać o bardzo wielu rzeczach, kiedy to wszystko trochę się uspokoi.
Emma pokiwała głową, ale w jej oczach pojawił się cień strachu. Wstydziła się, że zawiodła Lily. Powinna była wiedzieć, że jej opiekunka nigdy się od niej nie odwróci. Ponownie jej głowa została uniesiona i poparzyła na kobietę, którą uznawała za swoją mamę. Ta spoglądała na nią z kompletną akceptacją i miłością.
- Kocham cię bezwarunkowo, skarbie. Nikt i nic tego nigdy nie zmieni – powiedziała Lily, ocierając łzy z twarzy Emmy.
- Też cię kocham, mamo – odpowiedziała i zmieniła się znowu w swoją ludzką formę. Lily nie sądziła, żeby kiedyś jej się znudziło słuchanie, jak Emma ją tak nazywa. To jednak nie znaczyło, że kompletnie odpuści dziewczynce zachowanie przed nią w tajemnicy tak ważnej sprawy. Najpierw jednak musiała zająć się ranami Draco. Zerknęła w jego stronę i zorientowała się, że Astoria ma sprawę pod kontrolą. Jeśli się nie myliła, dwójka Ślizgonów właśnie przeżywała własny specjalny moment.
- Przepraszam, że cię zraniłam i przy okazji dziękuję – wyszeptała Astoria, lecząc paskudne cięcie, które mu zafundowała. Draco popatrzył na nią z półuśmiechem. Nie pamiętał, żeby ktoś wcześniej przeprosił za skrzywdzenie go. Dziewczyna skupiła się na leczeniu go tak bardzo, że nie zorientowała się, że na nią patrzy. Astroia radziła sobie z tym całkiem nieźle, a jej głos go uspokajał. Jej ubrania były brudne i podarte. Domyślał się, że stoczyła ciężką bitwę, ale wciąż pachniała świeżo i kwiatowo. Smuga brudu na policzku sprawiała, że wyglądała jeszcze bardziej pociągająco.
- Za co? – spytał, bo nie wiedział co innego może powiedzieć. To Emma uratowała jej życie, nie on.
- Za to, że mnie nie puściłeś – odpowiedziała szeptem i opuściła wzrok. Draco zaśmiał się lekko, a ona gwałtownie podniosła głowę. Nie było się z czego śmiać. Jasne, zachowała się głupio i prawie ją to zabiło, ale nie musiał się z tego naśmiewać. Miała właśnie na niego nawrzeszczeć, ale gdy ich oczy się spotkały, Astoria zrozumiała, że nie o to mu chodziło. Ujrzała w jego oczach coś, czego nigdy wcześniej tam nie widziała. Najlepiej opisywało to chyba słowo „czułość". Nigdy nie pokazałby tego publicznie, bo inni wzięliby to za słabość. Poczuła się wyjątkowa, wiedząc, że odsłonił się tylko przed nią.
- To nie… - zaczął mówić Draco, ale musiał przerwać, gdy Astoria nachyliła się i pocałowała go. Pocałunek był delikatny i czuły, a przez ułamek sekundy czubek jej języka dotknął jego. Włoski na karku stanęły mu dęba. Odsunęła się znacznie wcześniej niż Draco by chciał. Ten pocałunek był o niebo lepszy niż tamten pod jemiołą.
- A to za co? – spytał i dostrzegł lekki rumieniec, który wypływał na jej policzki. Chociaż oderwała się od niego, jej usta wciąż pozostawały bardzo blisko. Trudno było się oprzeć pokusie pocałowania jej jeszcze raz.
- Wszystkie Damy w Opałach wynagradzają swojego bohatera pocałunkiem, głuptasie – usiłowała obrócić całą sprawę w żart.
- Nie jestem bohaterem – zaprotestował szybko. Astoria zignorowała jego słowa. To prawda, że Emma uratowała jej życie i była jej za to bardzo wdzięczna, ale zginęłaby dużo wcześniej gdyby nie Draco. Chciała, żeby też tak to widział. Nachyliła się i znowu go pocałowała. Było wspaniale, ale skończyło się znacznie szybciej, niż Draco by chciał.
- Jesteś – wyszeptała mu do ucha z policzkiem przy jego policzku. Potem szybko wstała i odsunęła się od oszołomionego Draco Malfoya. Potem odwróciła się do profesor Potter i powiedziała, że mogą już iść. Lily wskazała na schody, ale nie poszła od razu za Astorią. Nauczycielka zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, po czym wyciągnęła różdżkę. Draco skinął głową ze zrozumieniem. Musiała chronić Emmę i nie ufała mu jeszcze wystarczająco. Draco to szanował. Nie próbował powstrzymać wymazywania pamięci.
Lily odebrała mu tylko te części, w których Emma była zaangażowana bezpośrednio. Nie miała zamiaru wymazywać całości. Jego rozmowa z Astorią pozostała nietknięta. Czuła, że to bardzo ważny moment w jego życiu. Stał na skrzyżowaniu, a następny krok zależał od niego. Mogła mieć tylko nadzieję, że wybierze mądrze.
- Zabierz Astorię w bezpieczne miejsce i nie spuszczaj jej z oka – doradził Draco, gdy Lily skończyła z jego wspomnieniami.
- Draco, to co dzisiaj zrobiłeś było bardzo szlachetne. Zaczynasz stawać się takim mężczyzną, jakim chciałaby cię widzieć twoja mama – powiedziała mu Lily i ruszyła w dół schodów. Draco odezwał się dopiero, gdy zniknęła:
- Dzięki za pokazanie mi innej drogi.
Po kilku minutach Draco zszedł po schodach. Dwójka prefektów pilnowała związanych i zakneblowanych Bulstrode i Zabiniego. Niedaleko leżało ciało kogoś, kto zapewne był uczniem. Na twarzach Ślizgonów odbiła się ulga, gdy ujrzeli, jak skrada się za plecami dwójki prefektów, którzy ewidentnie mieli ich pilnować, póki nie pojawi się dyrektor. Jednak Draco wiedział, że musi posprzątać ten bajzel nim Dumbledore wsadzi w niego swój haczykowaty nochal.
Astoria opowiedziała mu w skrócie co się z nią stało, także o tym, jak zabiła Cauldwella. Nie mógł uwierzyć, że czuła wyrzuty sumienia po tak ewidentnej samoobronie. Zbyt często widział jak jego ojciec i inni Śmierciożercy manipulowali z łatwością czarodziejskim systemem prawnym, by ślepo mu zawierzyć. A poza tym Dumbledore mógł ją szantażować, żeby użyć jej do własnych celów.
Draco wyciągnął niezarejestrowaną różdżkę ze specjalnego schowka i wypuścił z jej czubka zielony gaz. Spłynął na głowy prefektów, nim zorientowali się w jego obecności. Oboje runęli nieprzytomni na podłogę. Draco rozproszył gaz usypiający i podszedł do dwójki pojmanych Ślizgonów. Machnął różdżką i ich kneble zniknęły.
- Proszę, kogo my tu mamy. Zachcecie mi powiedzieć co próbowaliście zrobić i ile jesteście mi skłonni zapłacić za uratowanie waszych bezwartościowych tyłków? – zakpił z satysfakcją Draco. Musiał rozegrać to bardzo ostrożnie, jeśli pragnął wyciągnąć z nich jakiekolwiek informacje.
- Nieźle rozegrane, Draco, ale nie czas teraz na żarty. Musimy się stąd natychmiast wynosić. Ta suka Potter zaraz tu wróci z dyrektorem albo co gorsza aurorami – powiedziała Millicent, starając się zamaskować desperację. Nawaliła na całej linii.
- Nie widzę tu żadnej mojej korzyści. Odpowiedzcie na moje pytania albo próbujcie szczęścia ze starym pierdzielem czy aurorami. Jeśli zostaniecie aresztowani, będziecie martwi przed świtem – stwierdził Draco, dając im do zrozumienia, że nie będzie za nimi płakał. Byli na jego łasce i on to wiedział. Szantaż to typowa metoda działania czarodziejów czystej krwi. Nic osobistego, po prostu biznes.
- W porządku! Dostaliśmy rozkazy, żeby zabić jedną z Greengrassów. Starczy ci? – warknął Blaise, rozglądając się, czy ktoś nie idzie.
- Ani trochę. Szczegóły albo spadam – nacisnął Draco. Wkrótce zaczęli mu mówić o misji, którą otrzymali i ich dokładnej roli w całym przedsięwzięciu. Kiedy powiedzieli mu wszystko co wiedzieli, Draco zderzył ich głowy z głośnym hukiem. Millicent natychmiast straciła przytomność, ale Blaise był tylko oszołomiony.
- To za Astorię, ty skurwysynu! – warknął Draco, waląc głową Blaise'a dwa razy w podłogę. To wystarczyło, a on odkrył, że cieszy się, że może ich zranić za to, co zrobili Astorii.
Czumu czuję się taki opiekuńczy wobec dziewczyny, na którą wcześniej prawie nie zwracałem uwagi? Jasne, ma miękkie wargi, wyraziste oczy i jest naprawdę piękna. Nie myśl o tej foczce! Jesteś silniejszy. Na Merlina, pocałowałbym ją jeszcze raz. Skup się, idioto! Masz dużo roboty, a czas ucieka.
Syriusz wprowadził Gabriellę do Gniazda, a tuż za nim szli Daphne i George. Całe pomieszczenie kipiało aktywnością. W rogu grupka uczniów wyglądających na pierwszaków warzyła jakieś eliksiry w kilku kociołkach. Gabriella zauważyła, że instrukcji udziela im dziewczyna wyglądająca na rówieśnicę jej Daphne. W innym roku kolejna grupa tym razem nieco starszych dzieci ćwiczyła zaklęcia ofensywne i defensywne. Niedaleko od nich kilkoro uczniów podbiegło do brunetki noszącej odznakę Prefekt Naczelnej. Zamienili z nią kilka słów i wybiegli z pokoju. Na środku pomieszczenia wznosiła się ogromna, trójwymiarowa mapa Hogwartu. Wokół niej zebrała się grupa uczniów z siódmego roku, która monitorowała różne obszary zamku.
- Co to za miejsce? – spytała Gabriella, rozglądając się wokół ze zdumieniem. Syriusz objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Gabriella nieświadomie splotła się z nim palcami i wtuliła się w niego.
- Gaby, witaj w Gnieździe Huncwotów – powiedział Syriusz, wskazując wokół siebie ręką, niczym dyrektor cyrku na arenę.
- Powiedziałam ci, że dorobiłam się w tym roku dobrych przyjaciół – przypomniała matce Dahne, mrugając do niej. Potem przyjrzała się zgromadzonym i nie spodobało jej się to, co dostrzegła. – Nie ma tu Astorii.
- Nie ma? Chwila, Jade! – zawołała Gabriella. Daphne uderzyła się w czoło i szybko zdjęła prochowiec ze skóry bazyliszka. Wręczyła go George'owi, który przytrzymał rozłożony płaszcz, a ona sięgnęła w podszewkę wyglądającą jak płyn i wyciągnęła stamtąd swoją młodszą siostrę.
- Ale.. by… było zi… zimno – wyjąkała dygocząca Jade. Syriusz szybko przykucnął i użył zaklęcia ogrzewającego, żeby temu zaradzić. Dygotała jeszcze przez moment, ale po chwili szeroko się uśmiechnęła. George wyciągnął rękę i w jego dłoni pojawił się kubek z gorącą czekoladą. Wręczył go Jade, która pociągnęła łyk i westchnęła z ulga.
- Już lepiej, skarbie? – spytała Gabriella, przyciągając do siebie córkę. Jej najmłodsza latorośl wtuliła się w matkę w poszukiwaniu ciepła i pociechy.
- Dużo lepiej, dziękuję – odpowiedziała dziewczynka, a mama przytuliła ją jeszcze mocniej. Daphne usiadła po drugiej stronie Gabrielli i trzy kobiety czerpały pociechę z faktu, że żyją i są razem. Gabriella otoczyła Daphne ramieniem, a ta wtuliła się w matkę. Ich życie nieodwołalnie zmieniło się na zawsze.
- Ta… tato nie żyje, prawda mamo? – spytała szeptem Jade. Gabriella pocałowała czubek głowy córki i przytuliła ją jeszcze mocniej.
- Tak, kochanie, ale umarł w obronie ciebie. To był bohaterski i honorowy czyn. Kochał was, dziewczynki, z całego serca, a wy uczyniłyście go lepszym mężczyzną. Patrząc na was widzę to, co w nim było najlepszego. Jesteście tym, co po nim pozostało i każdy oddech, który bierzecie stanowi jego dziedzictwo. Nigdy o tym nie zapominajcie – wyjaśniła Gabriella obu córkom.
Syriusz trącił George'a łokciem i wskazał głową na lewo, pokazując, że panie potrzebują trochę czasu na osobności. Gabriella bezgłośnie mu podziękowała. W milczeniu podeszli do centrum dowodzenia.
- Jaki jest status Astorii? – spytał Syriusz Susan Bones. Dziewczyna odwróciła się i poparzyła na niego z uśmiechem.
- Może tu dojść lada moment – powiedziała mu, wskazując na mapę. Syriusz i George ujrzeli kropkę z jej nazwiskiem zmierzającą ku nim korytarzem. U jej boku szły Tracy i Ginny. Za nimi podążały Lily z Emmą. Syriusz odetchnął z ulgą. Wyglądało na to, że z wyjątkiem Harry'ego wszyscy byli w Hogwarcie z dala od niebezpieczeństw.
W tej chwili drzwi do Gniazda się otworzyły i Astoria weszła z resztą towarzyszących jej osób. W pokoju rozległy się oklaski. Gabriella uniosła wzrok, żeby sprawdzić skąd to całe zamieszanie. Na widok swojej córki zerwała się i popędziła ku niej, a Daphne i Jade były krok za nią. Astoria podbiegła do rodziny i spotkali się w środku. Cała czwórka splątała się w uścisku, jakby następna chwila miała być ich ostatnią na tym świecie.
- Spisaliście się świetnie. Każdy z was odwalił kawał dobrej roboty. Ja i rodzina Greengrassów jesteśmy bardzo wdzięczni za wasze wysiłki. Gdybym mógł dać punkty Huncwotom właśnie był to robił. Wszystkie domy Hogwartu pracowały razem ku wspólnemu celowi i to coś, z czego możemy być dumni – pochwalił ich Syriusz. Lily poparła go, mijając Greengrassów, by stanąć obok Syriusza. Potem popatrzyła na niego taksująco.
- Co? – spytał niewinnie Syriusz. Uniosła brew i patrzyła tak na niego kilka sekund. Wreszcie roześmiała się i potrząsnęła głową.
- Kundelku, wyglądasz jakby ktoś cię zjadł i wyrzygał. Czy ktoś cię uczył jak się blokuje? – zakpiła z niego Lily, jak to miała w zwyczaju, kiedy coś ją niepokoiło. Syriusz od razu załapał wskazówkę.
- No popatrz, a mi się wydawało, że jedyne o czym dzisiaj zapomniałem to ubranie czystych gaci – odpowiedział żartem i otoczył ramieniem jej szyję. Pocałował ją przelotnie w skroń i wyszeptał: - Pogadamy o tym wieczorem, kiedy wszystko się trochę uspokoi.
Lily z wdzięcznością uścisnęła jego dłoń.
- Tego akurat nie musiałam wiedzieć – odpowiedziała głośno z udawanym niesmakiem i odepchnęła go. – Po pierwsze musimy skontaktować się z władzami i niestety również z dyrektorem. Dwoje uczniów nie żyje, jeden został poddany Niewybaczalnemu, a dwójka powinna skończyć w Azkabanie – kontynuowała poważnie.
- Ma… mamo? – głos Astorii się załamał, gdy spłynęło na nią przypomnienie niedawnych wydarzeń. Wczepiła się mocniej w mamę w poszukiwaniu pociechy. Gabriella spojrzała na swoją środkową córkę i po raz pierwszy zorientowała się w jakim ona jest stanie.
- Co oni ci zrobili? – spytała z mieszaniną gniewu i strachu.
- By… byłam głupia i szłam sama. Chciałam tylko wysłać sowę. Robiłam to ze sto razy. Złapali mnie. Wa… walczyłam tak mocno jak mogłam i uciekłam przy pierwszej okazji. Potem dwóch kolejnych się pojawiło i mnie otoczyli w sali i ja… ja ich… zabi… - Astoria zaczęła bełkotać, a Gabriella przyciągnęła ją mocno do piersi, żeby stłumić to, co dziewczyna mówiła. Trzeba ją było zatrzymać, nim powie za dużo.
- Nie, nie, nie. Nie teraz, nie tutaj. Cokolwiek zrobiłaś, na pewno było w samoobronie – uspokoiła córkę i zerknęła na Syriusza w poszukiwaniu pomocy.
- Z tego co pamiętam, Huncwoci mają status aurorów. Więc możemy dokładnie zbadać ten incydent. Myślą, że zrobienie tego we właściwy sposób może zająć nieco czasu. Możemy usunąć pewnych uczniów z Hogwartu i zamknąć ich gdzieś indziej, póki ich sprawa jest przedmiotem śledztwa. Na razie dyrektor nie musi wiedzieć nic więcej – powiedział Syriusz matce i córkom. Gabriella ponownie mu podziękowała. Astoria uniosła z nadzieją wzrok, a jej nauczyciel Obrony mrugnął do niej uspokajająco.
- Możemy mieć mały problem, panie profesorze – krzyknęła Susan Bones z drugiego końca pokoju.
- A to czemu? – spytał Balck przez ramię.
- Bo Su Li i Stephen Cornfoot, dwójka krukońskich prefektów wyznaczonych do pilnowania naszych więźniów, wciąż jest na Wieży Astronomicznej, ale Bulstrode i Zabini zniknęli – zameldowała, wskazując na mapę.
- Tam są i to z Malfoyem! Ten gnojek pomaga im uciec! – wrzasnął Ron.
- NIE! Draco by tego nie zrobił! – zaprotestowała Astoria, a Daphne i kilka innych osób spojrzało na nią z zaskoczeniem. Zignorowała to i mówiła dalej: - To Draco pomógł mi się wyrwać spod władzy Imperio. Gdyby nie on, zeskoczyłabym z Wieży Astronomicznej. Kiedy spadłam z blanków, to on mnie złapał. Nie puszczał, nawet kiedy sam stracił równowagę. Nawet kiedy go zra… zraniłam, nie chciał puścić. Gdyby nie on, już bym nie żyła.
- Mówi prawdę. Kiedy tam weszłam, Draco trzymał się tylko jedną ręką. Musi być jakiś powód, dla którego to robi – poparła ją Lily, nim ktokolwiek zdążył podważyć słowa Astorii. Syriusz wiedział, że jego przyjaciółka próbuje dotrzeć do chłopaka. Na razie zaufa osądowi Lily, ale potrzebował nieco więcej twardych dowodów, nim pozwoli mu na bezpośredni kontakt z Cissy. Chronienie jej należało do jego obowiązków jako Lorda Blacka.
- Gdzie oni teraz są? – spytała Ginny, przysuwając się do Mapy 3D, żeby przyjrzeć się sytuacji.
- Wygląda na to, że idą… do Hagrida? – spytała zmieszana Hermiona. To ostatnie miejsce, w którym by ich szukała. Z drugiej strony tamtędy mogli wejść do Zakazanego Lasu.
- Sprawdzę o co w tym chodzi - zapowiedział Syriusz, po czym spojrzał na Lily. – Chciałbym, żebyś zabrała je do Świętego Munga na kontrolę. Gabriella dostała klątwą, której nie rozpoznałem. Potem weź je do mojego domu i wezwij Amelię. Będzie chciała pełnego raportu, więc weź Ginny ze sobą.
- Lepiej, żebyś ty też uda się do Świętego Munga. Wziąłeś na siebie kilka klątw przeznaczonych dla mnie – zganiła go Gabriella. Nie mogła się powstrzymać i przeczesała jego zmierzwione włosy. Starała się udawać, że odsuwa jego włosy, żeby przyjrzeć się ranie nad lewym uchem, ale nawet jej najmłodsza córka nie dała się nabrać. Nigdy nie widziała, żeby jej mama tak zachowywała się przy jej ojcu. Jade popatrzyła na Daphne, jak zwykle kiedy czegoś nie rozumiała. Jej najstarsza siostra potrafiła jej tłumaczyć różne rzeczy.
- Nie teraz, ale niedługo, słowo – obiecała jej Daphne. – Teraz liczy się tylko, że jesteśmy razem i w jednym kawałku.
- Uważaj na dziewczynki. Niedługo wrócę. One cię teraz potrzebują – powiedział Gabrielli Syriusz cichym głosem, splatając się z nią palcami tak, żeby jej córki tego nie zobaczyły.
- A ja potrzebuję ciebie – wyszeptała w odpowiedzi głosem pełnym emocji.
- Masz mnie. Zawsze miałaś – zapewnił z miłością. Potem wybiegł z pokoju w poszukiwaniu Malfoya i reszty. Gabriella napotkała spojrzenie Lily. Rudowłosa czarodziejka posłała jej domyślne spojrzenie, a Gabriella nie zdołała powstrzymać uśmiechu.
- Gdzie mój syn? – spytała Lily, szukając go spojrzeniem. Do tej pory powinien już wrócić.
- Skontaktował się ze mną kiedy schodziłyśmy po schodach i powiedział, że ma więźnia, którego chce przesłuchać – odpowiedziała Ginny.
- W porządku. Zabierzmy te damy do Świętego Munga. Hermiono, chciałabym, żebyś poinformowała profesor McGonagall gdzie jesteśmy i że Emma i Ginny idą ze mną. Susan, świetna robota przy dowodzeniu. Z pewnością masz talent po cioci. Powinniście być z siebie dumni, przynajmniej tak dumni, jak ja jestem z was – powiedziała Lily, rozglądając się po Gnieździe. Twarze wokół niej promieniały zasłużonym zadowoleniem. Potem pokazała gestem Gabrielli i jej córkom, że czas się zbierać. Cała siódemka ruszyła do Świętego Munga.
Draco skłonił się przed Hardodziobem, tak jak powinien to zrobić na trzecim roku. W swojej arogancji obraził szlachetne stworzenie i odniósłby potworną ranę, gdyby nie szybka reakcja Daphne Greengrass. Wtedy jej czyn zaskoczył wiele osób, bo kompletnie do niej nie pasował. Draco spytał, czemu mu pomogła. Wówczas Greengrass, o ustalonej i mocnej reputacji Lodowej Królowej, stwierdziła, że nie chciała, by hipogryf został zabity, bo Draco jest idiotą. Wtedy tego nie docenił, ale dziś już potrafił to zrobić. Jego ojciec na pewno domagałby się egzekucji Hardodzioba. Szlachetne stworzenie przysunęło się bliżej do niego, ale wciąż obserwowało go surowo. Wyglądało na to, że hipogryf go zapamiętał.
- Proszę o wybaczenie za mój poprzedni brak szacunku. Jako dar przyniosłem ci cztery fretki na obiad – powiedział Draco, usiłując się nie roześmiać. Wyglądało na to, że propozycja zdecydowanie poprawiła humor bestii. Draco rzucił jej pierwszą fretkę, transmutowane ciało Owena Cauldwella. Oczyścił magicznie salę, w której Astoria go zabiła. O ironio, to profesor Potter nauczyła go domowych zaklęć, których użył do usunięcia wszystkich śladów w pomieszczeniu. Wiedział, że nie zaaprobuje jego działań, ale musiał chronić Astorię. Nie podzielał wiary Lily w ich system prawny. Nie zamierzał też pozwolić, by Astoria stała się pionkiem w czyjejś grze. Nie ma ciała, nie ma dowodu, nie ma zbrodni.
Następne do karmienia poszło transmutowane ciało Duncana Inglebee. On również był martwy i został błyskawicznie pożarty. To zostawiło dwójkę Ślizgonów, którzy, w przeciwieństwie do towarzyszy, byli żywi, świadomi i spetryfikowani.
- Nie powinnaś była używać na niej Imperio, ty suko – warknął Draco na fretkę znaną niegdyś jako Millicent Bulstrode. Machnięciem nadgarstka posłał ją lewitującą ku żarłocznemu pyskowi hipogryfa.
- Blaise, przyjąłeś Znak, czas za to zapłacić – zakpił i widział strach w oczach fretki, którą posłał ku Hardodziobowi. Rozległ się chrzęst i Draco wiedział, że jego prac tu się skończyła. Zadowolony odwrócił się i odkrył, że nie jest sam. Stał za nim Lord Syriusz Black. Draco zrobił krok w tył, niezdolny ukryć zaskoczenia.
- Mój Lordzie, jak długo tu pan jest? – spytał lekko spanikowany Draco. Mężczyzna stał i patrzył na niego szacująco. Nawet z podartymi i poznaczonymi w walce ubraniami stanowił imponującą i, Draco przyznał sam przed sobą, onieśmielającą postać.
- Mój Lordzie? – spytał Syriusz, unosząc brew.
- Tak. Zawsze będę synem Rodu Blacków, mimo że oficjalnie nie jestem za niego uznawany – wyjaśnił Draco i nawet Ponurak w Syriuszu nie był w stanie wykryć fałszu w chłopaku. Lord Black skinął głową.
- Odpowiadając na twoje pytanie, Draco, stałem tu wystarczająco długo. W związku z tym muszę ci zadać jedno pytanie. Czy masz honorowe zamiary wobec Astorii Greengrass? – spytał bez ogródek Black. To nie ten sam chłopak, którego poznał pierwszego dnia zajęć. Czyżby Lily naprawdę do niego dotarła? Wciąż nie był gotowy, by dołączyć do Rodu jego matki, ale dziś zrobił w te stronę ogromne postępy.
- Nie do końca, ale wybór zawsze będzie należał do niej – przyznał Draco ze śmiechem. Nie był do końca pewien co właściwie czuje do Astorii. Wszystkie te uczucia były dla niego obce. Jednak nie potrafił przestać myśleć o niej i ich pocałunku.
- Do nas nigdy nie należy, niemniej jednak dobrze powiedziane – odpowiedział Syriusz, również ze śmiechem. Chłopak zadurzył się po uszy, choć sam o tym nie wiedział. Tak samo jak niegdyś Syriusz. Ciągle pamiętał co czuł do Gabrielli. Wygląda na to, że jaka matka, taka córka.
Słowniczek
Został zważony i okazał się za lekki – parafraza biblijnej księgi Daniela, rozdz. 5 wers 27. Tłumaczenie na podstawie Biblii Tysiąclecia.
W następnym rozdziale:
- Narcyza i Charlie
- Harry przesłuchuje Glizdogona
- konfrontacja Lily i Ginny z Sashą
Od tłumacza: Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, w komentarzach padło pytanie czy przetłumaczę jednoaktówkę o pierwszym spotkaniu Harry'ego z sukkubami. Jest to nieco rozbudowana wersja tego, co opowiedział w jednym z wcześniejszych rozdziałów Ginny, a dodatkowo bardzo rozbudowana i szczegółowa wersja "nagrody" Sashy. Dajcie znać czy chcielibyście, żeby to przetłumaczył. Opowiadanie możecie znaleźć na profilu autora (TheLastZion).
Przekroczyliśmy też już próg 500 komentarzy. Dzięki wielkie!
