Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.

Rozdział 44

Neville podążał do Pokoju Życzeń niemal w podskokach. Wiedział, że Romilda przygotuje pomieszczenie i będzie cierpliwie czekała na jego przybycie. Okazała się niezwykle satysfakcjonującą dziewczyną. Sprawiała zdecydowanie mniej kłopotów niż Weasley. Romilda zawsze interesowała się tym, co mówił, a to było dla niego bardzo ważne. Ani razu nie przyłapał jej, jak wywraca w jego stronę oczami, w przeciwieństwie do pewnej rudej, która robiła to regularnie. Kiedy dotykał Romildy, jej reakcja zawsze była zadowalająca i satysfakcjonująca. Gdy Ginny raz za razem odmawiała mu jego praw jako jej chłopaka, szukał kopulacji u innych dziewcząt. W końcu był Lordem i miał swoje potrzeby. No bo powiedzmy sobie szczerze, która nie marzyła o nocy z Wybrańcem? Niektóre dziewczyny szły chętnie, inne trzeba było przekonać. Ale jak zawsze powtarzał Dumbledore, to wszystko dla większego dobra… a co ważniejsze, dla jego osobistego dobra. Och, niektóre twierdziły, ze nie są gotowe, ale dostawały to, na co zasłużyły, podobnie jak on. Jeśli chciały zostać czyste dla swojego przyszłego męża, powinny były lepiej bronić swojej cnoty. Przecież nie przymuszał ich fizycznie. Przez lata obserwował Albusa, od którego nauczył się manipulowania ludźmi, a poza tym Dumbledore zawsze potrafił je odpowiednio ustawić w taki czy inny sposób.

Czy to jego wina, że Weasley była oziębłą suką? Nie, ona to tylko udawała. Potter na pewno dobrał jej się do majtek. Prawie pieprzyli się w miejscach publicznych. Najwyraźniej nie mógł nawet pójść na lekcję, żeby nie usłyszeć nowych plotek o ich ostatnich wyczynach. Zachowywała się jak suka w cieczce. Rzucała mu w twarz ten związek po tym wszystkim co zrobił dla jej biednej jak myszy kościelne rodziny. Wydawałoby się, że ta szmata powinna okazać więcej wdzięczności.

Neville sądził, że przynajmniej Molly jest po jego stronie. Wysłał jej kilka listów dokładnie opisujących wątpliwe moralnie zachowanie jej córki. A ona odpowiedziała tylko jednym wyjcem. Ta chciwa baba najwyraźniej postanowiła stręczyć córkę Potterowi, żeby mogła się dobrać do jego złota. Babcia powiedziała mu, że Molly nie miała nic przeciwko prostytuowaniu się za młodu. To była jedna z przyczyn, dla których w ogóle zaczął z Ginny. Kobiety Prewettów słynęły z wielkich cycków, co tylko dodawało uroku ich rozpustnej naturze. A on miał takiego pecha, że to Potter zbiera owoce z tego drzewa genealogicznego. Szkoda, że nie udało mu się jej chociaż zmacać zanim go rzuciła.

Wyrzucił nieprzyjemne myśli z głowy. Niech Potter ją sobie ma. Jego zdaniem Romilda była lepsza. Znała swoje miejsce i nigdy mu nie odmawiała. Zgadzała się na wszystko i miała całkiem przyjemną powierzchowność. Jeśli będzie grzeczna, może nawet zrobi z niej Lady Longbottom. O ile dziewczyna zyska aprobatę babki. Zajmie się tym później, teraz mieli cały dzień, żeby ich ciała poczuły się rozkosznie.

Neville otworzył drzwi do Pokoju Życzeń i ujrzał Romildę stojącą obok wielkiego, pluszowego łoża, które wyglądało na nadzwyczaj komfortowe. Na szafce nocnej stały butelki z olejkami i inne rzeczy, które zapewnią im pamiętny dzień. Drzwi za jego plecami zniknęły, ale nie zwrócił na to uwagi. Nie zorientował się, że znajduje się w zapieczętowanym pokoju bez drogi ucieczki. Skupił całą swoją uwagę na swojej dziewczynie, która stała plecami do niego.

Było w niej coś innego. Z zainteresowaniem powiódł po niej spojrzeniem od stóp do głów. Jej włosy opadały prosto, zastępując jej normalne fale. Miała też jakieś piętnaście centymetrów wzrostu więcej. Potem wyczuł charakterystyczny zapach Eliksiru Wielosokowego. A więc dzisiaj tak się bawili?

Nie po raz pierwszy odgrywali role. W końcu miał dziewczynę, która robiła użytek ze swojej wyobraźni. Odkąd zaczęli ze sobą chodzić, Romilda skubnęła wiele włosów innych dziewcząt. Dzięki temu mógł wyruchać ciała Hermiony Granger, Susan Bones i Luny Lovegood. Wolałby Weasley, żeby mieć to z głowy i przestać się tym zadręczać, ale wiedział, że nie powinien prosić o to Romildy. Wiedział jak drażliwe potrafią być czarownice i nie chciał psuć czegoś tak dobrego. No cóż, zaliczył już dziewczyny z trzech domów Hogwartu. Wyglądało na to, że dziś motywem przewodnim będzie dom węża. Okazało się, że miał rację, gdy Pansy Parkinson spojrzała przez ramię i uśmiechnęła się do niego. Romildzie udało się idealnie zagrać jej złowieszczy uśmieszek.


- Po prostu nie mogłeś odpuścić! – warknął Harry na Remusa tak ostro, ze wszyscy w pokoju aż podskoczyli. Ten ton zranił Remusa bardziej niż słowa.

- Szczeniaczku… - zaczął Remus, ale Harry gwałtownie mu przerwał.

- Nie mów tak do mnie! – warknął Harry na starego wilka, po czym spojrzał w oczy osoby, której rola w jej życiu najbardziej przypominała ojca. – Sam mi powiedziałeś, że będę musiał podejmować trudne decyzje, jeśli wrócimy.

- Ale nie sądziłem, że zabicie własnego ojca będzie jedną z nich. Jak możesz w ogóle o tym myśleć? – spytał Syriusz, niezdolny ukryć gniewu. Ginny i Daphne popatrzyły na siebie z niedowierzaniem. To dlatego Harry nie chciał ujawnić tożsamości mężczyzny poddanego praniu mózgu. Obie poczuły ból w sercach, gdy zrozumiały dylemat, przed jakim stanął Harry.

- MYŚLISZ, ŻE CHCĘ TEGO, DO KURWY NĘDZY? NIE MASZ NAWET POJĘCIA JAK BARDZO CHCĘ TAM PÓJŚC I PRZYPROWADZIĆ GO Z POWROTEM! DAĆ MAMIE TO ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE, KTÓREGO ZAWSZE PRAGNĘŁA! ZABIŁBYM, ŻEBY CHOĆ RAZ POROZMAWIAĆ Z NIM, A NIE ZE STARYM ZDJĘCIEM! CHCĘ ŻEBY WRÓCIŁ TAK BARDZO, ŻE TO AŻ BOLI, ALE TO… NIE… JEST… MÓJ… TATO! TO ZAPROGRAMOWANY ASASYN W CIELE MOJEGO OJCA! – Harry z całej siły huknął pięściami w stół, żeby podkreślić swoje słowa. Miał nadzieję, że to pozwoli mu zapanować nad pragnieniem, by rozerwać kogoś na strzępy. Jego wewnętrzna bestia szalała, by wyrwać się na wolność, a Harry czuł się podobnie jak ona. Nie wiedział jak długo jeszcze będzie w stanie utrzymać Cienia na wodzy.

- Masz rację, Łapo, co do konieczności podjęcia decyzji – kontynuował Harry, zanim ktoś zdołał mu przerwać. – Oto mój wybór. Od tej chwili koniec półśrodków. Nie biorę więźniów, zostawiam za sobą tylko trupy – warknął Harry tak złowieszczo, że wszyscy zgromadzeni poczuli się, jakby temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni. Nim ktokolwiek zdołał powiedzieć choć słowo, młody mężczyzna wybiegł z pokoju. Ginny chciała za nim podążyć, ale Syriusz zablokował jej drogę. Narastała w nim wściekłość na wszystko, co ci skurwiele uczynili jego najlepszemu przyjacielowi. A jeszcze głębszy gniew wypełniał go, gdy myślał o tym, co ta sytuacja czyni z chłopakiem, który był jego synem we wszystkim oprócz krwi. Syriusz miał niezłe pojęcie, gdzie znajduje się teraz jego chrześniak. Cholera, przydałoby mu się to tak samo jak Szczeniaczkowi, ale Harry musiał pobyć teraz sam. Nikt nie był bezpieczny w jego pobliżu. Ostatnim czego chciał, to żeby Ginny go takiego zobaczyła.

Za moc czerpaną z Cienia trzeba było zapłacić. Równowaga między człowiekiem i bestią była bardzo delikatna i nie można jej lekceważyć. Kiedy pantera pragnęła ruszyć na łowy, niemądrze jej odmawiać, bo często kryły się za tym mądrość i ważny cel.

- Daj mu czas. Kiedy Harry będzie gotowy, odszuka cię – powiedział jej Syriusz do Ginny i spojrzał na swojego drugiego najlepszego przyjaciela. – Ciebie to też dotyczy, stary. Zrobiłeś to co słuszne. To brzemię jest za ciężkie, żeby miał je dźwigać sam. Daj mu czas, żeby sam to zrozumiał – pocieszył Remusa.

- Mamy co do tego pewność czy to tylko mocne podejrzenie? – spytała Tonks, usiłując pocieszyć męża. Wiedziała, że słowa Harry'ego zraniły go do głębi. Miała jednak wciąż nadzieję, że cała sprawa to tylko okropne nieporozumienie. Jednak znała swoją ciotkę psychopatkę i nie miała większych nadziei.

Pozornie Remus przyjmował wszystko dobrze, ale w jego wnętrzu szalała burza. Harry był dla niego jak syn, a Lily kochał jak siostrę. Oboje zostali zranieni i on to wywołał. Z radością zniósłby ich gniew spadający na jego głowę, gdyby tyko mogło im to w czymś ulżyć.

- Słyszałam, że Harry prosił Sashę, żeby coś dla niego sprawdziła. Może właśnie o to chodzi? – odezwała się Daphne. Trudno jej było ogarnąć wszystko co się właśnie wydarzyło.

- Jeśli nasze podejrzenia są słuszne, ona najlepiej nadaje się do ujawnienia prawdy – stwierdził Syriusz. Kiedy większość osób spojrzała na niego ze zdziwieniem, rozwinął swoją myśl. – Jeśli zabrali ciało Jamesa, rozkopany grób przyciągnąłby uwagę. Musieliby ukryć swoją zbrodnię i najprawdopodobniej ustawić system alarmowy, który zaalarmuje ich, kiedy zostanie to odkryte. Sasha jest uzdolniona w tym zakresie. Poza tym nie jest emocjonalnie związana z misją, więc przedstawi wyniki obiektywnie.

- Może powinniśmy przydzielić zadanie Harry'ego komuś innemu? Jak powiedziałeś, Lordzie Black, to zbyt osobiste dla niego, by mogło stanowić cel – doradziła Amelia przyjaźnie, ale Syriusz jedynie potrząsnął przecząco głową.

- Ta cała pieprzona wojna jest osobista! Wszyscy w tym pokoju wiedzą, że Cień ma największą szansę na sukces. Znam mojego chrześniaka, Madam Bones. Jeśli ktokolwiek spróbuje stanąć między nim i tym, co uważa za swój obowiązek, zostanie zaklasyfikowany jako wróg.

- Nie możecie mu tego zabrać – poparła go Ginny. – Jasne, nie chcę, żeby szedł. Ale tu nie chodzi o mnie, a o niego. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby nie poszedł.

- Jeśli prawdą jest to, czego się obawiamy i będzie musiał uczynić najgorsze, nie wróci do ciebie takim samym jak cię opuści – zauważyła współczująco Amelia. Zbyt często widziała, jak tą drogą kroczą dobrzy mężczyźni i kobiety z Biura Aurorów. Nigdy nie wyglądało to ładnie i prawie zawsze źle się kończyło. Nie chciała tego dla tej młodej pary.

- Myśli pani, że o tym nie wiem? Nie obchodzi mnie to. Dalej będę go kochała i pomogę mu z tym żyć. W najgorszym momencie w moim życiu on był moją opoką. Kiedy myślałam, że będę pobliźnionym dziwadłem i pragnęłam tylko skulić się i umrzeć, on mnie nie chciał zostawić nawet na moment. Nie pozwolił mi popaść w desperację. O… o… - Ginny musiała przerwać, kiedy głos jej się załamał. W końcu zdołała zebrać się w sobie i dokończyć: - On uzdrowił moją duszę. Nie opuszczę go.

Ginny argumentowała ze spokojnym przekonaniem, choć każda jej część pragnęła, by nie szedł. Zignorowała spojrzenia jej braci. Na razie siedzieli cicho, ale wiedziała, że będzie musiała odpowiedzieć na ich pytania, nim dzień dobiegnie końca. A więc tak wyglądała dorosłość. W reklamach wypadała lepiej.

- Nie martw się, Ginny, nie pójdzie beze mnie i Remusa. Po prostu nie będzie wiedział, że tam jesteśmy – oznajmił Syriusz z pewnością siebie. Spojrzała na niego z mieszaniną nadziei i zdumienia. Mrugnął do niej i powiedział jedno słowo, które wystarczyło za wszystkie inne: - Huncwot.

Harry był na krawędzi i wiedział, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Trzymał wszystko w sobie i desperacko potrzebował upuścić pary. Cień musiał biec, polować, zabijać. Harry w głębi duszy też czuł taką potrzebę. Wydobyli jego ojca z grobu, przeprowadzili na nim eksperymenty, skazili go i planowali wykorzystać, by skrzywdzić jego mamę. Nie pozwoli nikomu lecieć w chuja z jego rodziną! Pragnął krwi… rzeki krwi i na lewe jajo Merlina, krew popłynie.

Kiedy tylko wyszedł z domu na ogródek na tyłach zaryczał, uwalniając frustrację. Okna w domu zadygotały od tej furii. Zrobił dwa kroki i zdeportował się.

Przez okno na piętrze wyglądała łkająca Lily Potter. Miała mokre policzki, a jej oczy poczerwieniały od płaczu. Patrzyła, jak jej syn odchodzi i wiedziała, że on cierpi tak samo jak ona. Jakim cudem wszystko się tak posypało? Chciała wrócić do tych dni, kiedy kołysała swojego słodkiego, niewinnego chłopca do snu w jego kołysce, podczas gdy James czytał mu bajkę na dobranoc. Zanim wszystko przewróciło się do góry nogami.

Drzwi stanęły otworem i weszły dwie kobiety. Zarejestrowała to dopiero, kiedy Cissy ujęła ją łagodnie pod jedno ramię, a Gabriella pod drugie. Nie opierała się, gdy ostrożnie podprowadziły ją do sofy i pomogły usiąść. Lily wyglądała na kompletnie wyprutą. Cissy bez słowa zaczęła ocierać jej łzy z twarzy, a Gabriella delikatnie gładziła ją po plecach, usiłując ją pocieszyć. Cała trójka siedziała w milczeniu, oczekując, aż umysł Lily wróci z dalekiej podróży, w którą się udał. Były dla niej miłe i cierpliwe i w końcu rudowłosa czarownica zaczęła sobie zdawać sprawę z otaczającego ją świata. Zamrugała, by pozbyć się ostatnich łez i spojrzała na przyjaciółki u jej boku.

- Nie mieli prawa – wyrwało się z ust Lily ledwo słyszalnym szeptem. Splotła palce z dwiema kobietami siedzącymi przy niej. Zaczęła drżeć i została objęta w pocieszającym uścisku. Cała trójka zebrała się, by pocieszyć jedną z nich. Minęły lata, nim zdołała wyrazić słowami ile wówczas znaczyło dla niej ich wsparcie.

- Nie mieli prawa – powtórzyła Lily, tym razem bardziej stanowczo. W jej głosie nie było już desperacji, jedynie gniew. Nagle zerwała się rozwścieczona na nogi. – NIE MIELI, KURWA, PRAWA! – ryknęła. Obróciła się na pięcie, by spojrzeć na najlepszą przyjaciółkę i kobietę, która rozumiała jej ból lepiej niż większość innych. Obie kobiety siedziały w milczeniu i pozwoliły Lily się wygadać. Wydawało się, że zajęło jej to całe godziny, ale w rzeczywistości trwało tylko dwadzieścia minut. Jakoś w międzyczasie nałożono na pokój zaklęcie ciszy, by chronić niewinne uszy dzieci. Cissy nie wiedziała, że Lily zna choćby połowę tych wulgaryzmów, którymi rzucała w tej chwili. W końcu wyrzuciła z siebie wszystko i opadła z powrotem na sofę między nimi, wyczerpana tak fizycznie jak mentalnie.

- Nigdy nie powinniśmy byli wracać – wyznała Lily i załkała, przepełniona żalem nad sobą. Ukryła twarz w dłoniach i zapragnęła, żeby ten dzień nigdy się nie zdarzył.

- Jak możesz tak mówić? Popatrz na życie tych wszystkich ludzi, które uległy zmianie odkąd wróciliście. Odzyskałam najlepszą przyjaciółkę, a może uda mi się odzyskać również syna. To samo w sobie jest moim osobistym cudem. Wiem, że brzmię jak samolubna suka. A ty wiesz, że mam to w dupie! Zasługują na odrobinę samolubstwa, tak samo jak i ty! – warknęła na nią Cissy i zanim zdołała się powstrzymać złapała ją za ramiona i z całej siły potrząsnęła. Nie zamierzała na to pozwolić. Zupełnie jakby Lily się poddawała i niech ją szlag, ale nie pozwoli, żeby zrobiła to sobie, nie wspominając o Harrym, Emmie, a przede wszystkim Jimmim. Lily musiała się otrząsnąć z tej depresji teraz, albo nigdy jej się to nie uda. Musiała walczyć o to, co jej się należało, nim będzie za późno.

- O co ci do cholery chodzi? – spytała Lily, wyrywając się ze stanowczego uścisku przyjaciółki. Była zdumiona i trochę oburzona nagłym wybuchem Cissy i tym, jak nią potrząsała. Gabriella postanowiła się odsunąć i pozwolić Narcyzie na wypróbowanie odrobiny szorstkiej miłości. Najwyraźniej ostatnie wydarzenia stanowiły dla Lily traumę. Wiedziała, że Lily czuje się, jakby jej życie rozpadało się na kawałki. W końcu dwóch mężczyzn, których kochała najbardziej na świecie, miało stanąć naprzeciw siebie w śmiertelnym boju. To zachwiałoby psychiką każdego człowieka. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to właśnie ta kobieta stanowi spoiwo trzymające tę rodzinę razem.

- Usiłuję wbić ci trochę rozsądku do tej twojej upartej gryfońskiej głowy, ot co! – zganiła Narcyza, ale kontynuowała dużo łagodniej, ze zrozumieniem: - Wiem co dzieliłaś z Jimmim. Miałaś mężczyznę, który poruszyłby dla ciebie niebo i ziemię. Kiedyś byłam o ciebie strasznie zazdrosna, bo pragnęłam tego samego. Nie wiem jeszcze dokładnie co jest między mną i Charliem. To coś innego niż między tobą i Jimmim, ale to wspaniałe, ekscytujące i nie zamieniłabym tego na nic innego. Chyba zakochuję się w nim coraz bardziej każdego dnia. Na Merlina, brzmię koszmarnie naiwnie – zakończyła Cissy z rumieńcem na jej pięknej twarzy.

- Cieszę się twoim szczęściem, Cissy. Zasługujesz na nie, ale to nie wyjaśnia czemu prawie wytrząsnęłaś ze mnie ducha przed chwilą – odparła Lily. Potarła skronie, czując narastający ból głowy.

- Harry to najbardziej opiekuńczy syn na świecie. Naprawdę wierzę, że chce sprowadzić do ciebie Jamesa z powrotem. Widziałam to w jego oczach. Ale kocha cię tak bardzo, że jeśli choć przez ułamek sekundy uzna Jamesa za zagrożenie dla ciebie… Nie zawaha się przed zabiciem go, żeby ocalić ciebie – Gabriella dodała swoje własne obserwacje do rozmowy. Lily popatrzyła na nią i wydawało się, że zaraz znowu zacznie płakać.

- I wtedy stracę ich obu! Harry może sobie myśleć, że jest silny, ale to go zniszczy. Nigdy nie uwierzy, że mogłabym mu wybaczyć, a co więcej nigdy sam sobie nie wybaczy – załkała Lily i znowu ukryła twarz w dłoniach. Nie powiedziała im jednak, że kiedy to się stanie, Harry odda swoją wolę Cieniowi. Już po raz drugi odbiorą mu ojca. Znała swojego syna lepiej niż ktokolwiek inny. Nie przestanie, póki oni wszyscy nie zginą, albo (a ta myśl była jak rozgrzany do czerwoności sztylet wbity w jej serce) on zginie.

- Dokładnie. A poza tym nie zna Jimmiego tak dobrze jak my – naciskała Narcyza, z całych sił usiłując wyrwać przyjaciółkę z jej autodestrukcyjnego nastroju.

- Cissy?

- Nie, posłuchaj. Z tego co Harry powiedział, Jimmy walczy z tym, co mu robią, prawda? Jeśli walczy, to może twój Jimmy naprawdę wrócił? Walczy o ciebie! Kurwa, Lily, ty też walcz o niego! – warknęła Cissy na przyjaciółkę. Czy rozwiązanie nie było oczywiste?

- Tu nie chodzi już tylko o mnie! Jeśli zginę, Emma straci kolejną mamę! Nie mogę jej tego zrobić – zakwiliła Lily. Obiecała Petunii.

- To ja zostanę jej mamą! Wiem, ze nie będę w tym tak dobra jak ty, ale nie zabraknie jej miłości. Przysięgam, że nigdy się nie zawaham. A są jeszcze Harry, Ginny, Daphne, Syriusz, Tonks, Remus, Sasha i cała masa innych ludzi. Jest tak wiele osób, którzy ją kochają i zajmą się nią. Nie jest już sama na świecie. Poza tym czy nie zasługuje również na ojca? Czy Jimmy nie powinien doświadczyć radości płynącej z ojcostwa? Przy Harrym mu to odebrano – apelowała do niej Narcyza i zobaczyła, jak oczy Lily rozszerzają się ze zrozumienia i czegoś, co wyglądało na cień nadziei.

- Jaki przykład dasz córce, jeśli nic nie zrobisz? Odbierz to, co ci zrabowano. Lily, nigdy nie wyglądałaś mi na bezradną panienkę – dodała Gabriella, by poprzeć słowa Cissy. Lily patrzyła to na jedną to na drugą ze zdumieniem i niedowierzaniem. A potem, jakby ktoś nacisnął przełącznik, na jej twarzy pojawił się gniew i niezachwiana determinacja. Uniosła się i ruszyła ku drzwiom.

- Gdzie idziesz? – spytała Cissy, choć była prawie pewna, że z Gabriellą znają jej cel.

- Odzyskać mojego mężczyznę – rzuciła przez ramię, a w jej oczach lśniła determinacja. Gabriella odetchnęła z ulga, wiedząc, że zdołały do niej dotrzeć, a Cissy uśmiechnęła się szeroko, bo jej przyjaciółka naprawdę wróciła.

- I dobrze. Chyba mam plan, który powinien podziałać – powiedziała Gabriella, gdy dłoń Lily spoczęła na klamce.


- Co my tu mamy, Gor? – spytał prawie dwumetrowy ork, okrążając kobietę centaura. Nie mogła mieć więcej niż kilka lat. Jeszcze nie do końca w wieku, w którym jej rasa osiągała dojrzałość, ale już zdolna do walki. Pozbawili ją jej brzemienia: łuku i strzał, bo złapali ją na samotnych łowach. A skoro jej rasa z reguły polowała stadami, centaur najprawdopodobniej przechodziła właśnie jakiś rytuał. Jak szybko łowca może się zmienić w zwierzynę.

- Mi tam wygląda na obiad, Hondo – zarechotał większy z dwóch orków, zbliżając się do dziewczyny. Młoda, ciemnowłosa centaur nie okazała strachu, chociaż czuła przerażenie. Jej ojciec nakazał jej trzymanie się ich terytorium, ale była naturalnie ciekawska. Miała przy tym coś do udowodnienia. Jej śmiertelna pomyłka mogła sprawić, że wkrótce skończy jako przekąska dla tych orków. Odkąd one i inne mroczne stwory przybyły do lasu, niszczyły go swoją niepożądaną obecnością i okrutnymi zwyczajami.

- Mój ojciec jest wodzem naszego stada! Dotknijcie mnie, a sprowadzicie wojnę na swoje głowy! – ostrzegła, mając nadzieję, że przekazuje autorytet swojego statusu w stadzie. Oni jednak uznali to za obelgę, jakby myślała, ze jest lepsza od nich. Kilka orków pojawiło się za drzewami, w sumie dziewięciu. Była otoczona.

- Nie stoisz w miejscu, z którego mogłabyś nam grozić, smarkulo. Opuściłaś swoje terytorium. To nasza ziemia i obowiązują tu nasze prawa!

Zarzucili jej rzemień na szyję. Pętla zacisnęła się. Usiłowała ją zdjąć. Uderzenie biczem w jej grzbiet przekazało jej, że nie powinna próbować. Jej jedyną nadzieją było odwiedzenie ich od zjedzenia jej na kolację.

- Ta ziemia należy do pająków, nie macie do niej praw – próbowała mówić z szacunkiem, tak ją uczył ojciec w przypadku kontaktów z obcym stadem, zwłaszcza kiedy to oni znajdują się w przewadze. Bo życie, które ocalisz, może być twoim własnym, usłyszała w głowie echo jego słów.

- Zbiegły z tych terenów ze strachu przez czarownicą o ognistych włosach i jej wężem. My nie boimy się węża i oznajmiamy, że to nasza ziemia! – zadeklarował Gor, prężąc pierś. Szarpnął arkan owinięty wokół szyi dziewczyny. Została pociągnięta w przód i niemal straciła równowagę, ale zdołała ją złapać w ostatniej chwili.

- Rabusie! Znikniecie stąd nim zmieni się pora roku. Zapamiętajcie moje słowa! – warknęła, gdy wiedli ją w głąb ich terytorium na jej zgubę. Próbowała to przeciągać, licząc że jej nieobecność zaalarmuje jej ojca. Jeśli będą musieli ją ratować na jej pierwszych samotnych łowach okryje się hańbą, ale wolała to od śmierci. Niestety jej szarpanie się nie osiągnęło skutku, bo niemal nieustające uderzenia bicza zmuszały ją do ciągłego marszu.

- To twoje stado nie przetrwa kolejnej pory roku! Czarny Pan wynagrodzi tych, którzy walczą za jego sprawę. Na razie zadomowimy się tutaj, ale mamy ochotę na ziemię nieco bliżej wodopoju. Północna strona byłaby dobra – zakpił, a pozostali roześmiali się hałaśliwie z jej oburzonego sapnięcia.

- To nasza ziemia! Nie wybieramy stron w wojnie czarodziejów, chcemy tylko, żeby zostawiono nas w spokoju. Nie mają prawa oddawać czegoś, co nigdy do nich nie należało – warknęła na nich. W nagrodę otrzymała kolejny cios batem, tym razem w twarz. Krzyknęła z bólu, łapiąc się za zraniony policzek. Modliła się, żeby jej krzyk rozniósł się po lesie i dotarł do przyjaznych uszu.

- Wybranie żadnej strony to wybranie złej strony. Czarodziej o twarzy węża wynagradza odważnych, a słabi i nieśmiali tracą to, czego nie potrafią obronić. To los, który czeka wszystkich tchórzy – warknął na swój przyszły obiad ten, którego zwali Gor. Zaśmiał się gdy nie odpowiedziała, a potem jeszcze głośniej gdy ujrzał krew spływającą między jej palcami. Jednak jego wesołość nie trwała długo. Nagle las wypełnił straszliwy ryk, który uciszył orki. Wyciągnęli broń i instynktownie sformowali krąg, by chronić zdobycz i swoje plecy. Centaur nie oczekiwała, że ktoś tak szybko odpowie na jej bezgłośne modlitwy.

- To słychać od strony obozu – powiedział Hondo, przeczesując oczami teren wokół małej bandy orków. Wciągnął powietrze i poczuł charakterystyczny zapach krwi… a dokładnie orczej krwi.

- TAM! Widziałem tam ruch! – krzyknął jeden z tyłu, wskazując między dwa drzewa.

- Nie! Jest tam! Coś czarnego i czerwonego! – krzyknął inny z ich grona, wskazując dokładnie w drugą stronę. Nic nie mogło poruszać się tak szybko bez wydawania dźwięku.

- Pokaż się, tchórzu! Zmierz się z nami jak wojownik albo giń jak robak! – zaryczał Hondo na tyle głośno, by usłyszano go aż w Hogwarcie. Odpowiedziała mu cisza, od której lodowaty dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie. Sądząc po jego ludziach, nie tylko jemu. Gałązka trzasnęła po lewej, po chwili inna po prawej, a po chwili coś pofrunęło dokładnie przed nim.

Przedmiot wylądował metr od Hondo i potoczył się pod jego stopy. Przywódca bandy spojrzał w dół i zobaczył hełm bitewny pokryty krwią. Cztery ślady pazurów znaczyły jego bok. Natychmiast rozpoznał hełm. Należał do Jaxmu, ich przywódcy i najsilniejszego z nich wszystkich. Podniósł hełm i zorientował się, że głowa biednego Jaxmu wciąż tkwiła w środku.

- Chełpliwie gadasz jak na kogoś, kto potrzebuje ośmiu brzydkich jak noc orków, żeby kontrolować jedną żywą centaur – nadszedł głos z ciemności, z tej samej strony, skąd nadleciał hełm. Potem w mrocznym lesie zalśniła para zielonych ślepi. Były zimne, zabójcze, drapieżne. Powoli pojawiło się więcej stworzenia, do którego należały te oczy. Spod drzew wyłonił się stwór, którego nikt z nich nigdy wcześniej nie widział. Futro czarne jak północ pokrywało łeb jak u pantery i ciało jak u wilkołaka. Zrozumieli czemu jeden z nich wziął je za czerwone. Dwie trzecie futra plamiła krew ich pobratymców. W zakończonych pazurami łapach trzymał bliźniacze zakrzywione ostrza, które lśniły mocą i kojarzyły się z księżycem. Nawet oni słyszeli opowieści o nim.

- Czuję na tobie krew moich ludzi. Zamaskowani mogę się ciebie bać, ale ja się nie boję – oznajmił śmiało Hondo. Wyjął głowę Jaxmu z hełmu symbolizującego władzę i założył go na własną głowę. – Teraz to ja prowadzę mój klan.

- I wybrałeś złą stronę – warknął Cień, a jego oczach ni było nawet odrobiny miłosierdzia. Młoda centaur wiedziała, że jeśli chce uciekać, to jest właściwy moment, ale pozostawała niczym wrośnięta w ziemię. Wszystko wokół niej działo się tak szybko, a jednocześnie docierało niczym w zwolnionym tempie. Każde uderzenie serca rozrywało jej pierś i odbijało się ogłuszającym echem w jej uszach. Zastanawiała się, czy to ostatnie chwile jej życia.

Lina wokół jej szyi nagle rozluźniła się i upadła, tak samo jak ork, który ją trzymał. Zabójca orków jego wybrał sobie na cel jako pierwszego. W jednej chwili stał przed grupą, a po chwili wyszedł z cienia. Jednym uderzeniem zdekapitował orka, który ją pojmał. Ruchy bestii sprawiały, że był niczym woda w górskim strumieniu, opływał wszystkie przeszkody. Jego wola nie uznawała żadnych przeszkód. Zawirował, unikając uderzenia, które trafiłoby go w plecy i w rewanżu urwał ramię napastnika. Potężne kopnięcie posłało wrzeszczącego orka w jednego z jego kamratów, który ruszył do ataku. Ostrze szarżującego orka uciszyło tego bez ręki i obaj zwalili się na ziemię za centaur. Powalony ork ujrzał jedynie parę kopyt zmierzających ku jego twarzy, a potem rozległ się trzask pękającego karku.

Potwór o czarnym futrze skrzyżował ostrza z kolejnym orkiem, a pozostali ruszyli w jego stronę. Wkrótce go otoczyli, ale on nie okazywał niepokoju. Zanim którykolwiek z topniejącej bandy orków zdołał zabić śmiertelny cios, bestia wyskoczyła z kręgu śmierci. Jego ciało zawirowało w powietrzu ze zręcznością i gracją, którą najwyraźniej posiadały wszystkie drapieżne koty. Wylądował za jednym z tych paskudnych stworów i jednym cięciem bliźniaczych ostrzy pozbawił go obu ramion. Kopnął bezrękiego wroga w plecy, posyłając prosto na ostrze jednego z jego towarzyszy. Kiedy ten usiłował uwolnić zaklinowaną broń, bestia zawirowała, nabierając pędu i zdjęła z karku dwa łby jednym zabójczym cięciem ostrza.

Ten, który ją biczował, uderzył następny. Celem nie był orkobójca, ale jedno z jego ostrzy, które przecinało ciało, jak kopyto wgryza się w błoto. Zakrzywione ostrze pofrunęło w powietrzu i zniknęło gdzieś w ciemnym lesie. Ten, którego zwali Gor, postanowił skorzystać z nagłej utraty broni i ciął pustą rękę pokrytą czarnym futrem. Otworzył długą ranę, z której popłynęła krew. Panterołak zaryczał z bólu, ale nie spowolniło go to nawet na moment. Dodało mu wręcz animuszu. Pazurami zdrowej ręki rozerwał twarz Gora.

Ostrza zderzyły się, a ich właściciele krążyli wokół siebie szukając luki w obronie, która pozwoli wykończyć przeciwnika. Brzęk metalu poniósł się echem po lesie, gdy walczyli bez litości. Wtem otworzyła się luka i zielonooki pogrążył swój miecz w piersi wroga.

Zaświstał bicz i owinął się wokół pustej, ale zranionej ręki bestii. Szarpnął go w tył, a miecz wyśliznął się z jego dłoni. Panterołak złapał bicz trzymający jego ramię i wypuścił z siebie skwierczącą, świetlistą energię. Przepłynęła po rzemieniu do trzymającego go orka. Właściciel bicza wrzasnął, gdy jego ciało spowiło światło. Jego zbroja rozjarzyła się do czerwoności, a z tego co miała chronić zaczęły unosić się pasma dymu. Okropny smród palonego ciała wypełnił las i nozdrza młodej centaur. Zabójca szarpnął biczem, a ork poleciał na drzewo, ginąc szybciej niż na to zasługiwał.

Jeden z pozostałych przy życiu orków próbował wyciągnąć miecz wroga z powalonego kamrata, ale natychmiast został od niego odrzucony, a jego ręka zaczęła gnić w zastraszającym tempie. Ciało pociemniało, a zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać przez ramię, bark, pierś, szyję, aż wreszcie dotarła do głowy. Na rozpaczliwe wezwania pomocy odpowiedział Hondo. Ostatni z orków, ten który powiódł ich na ten los, wbił towarzyszowi sztylet między oczy.

Pozostała dwójka zaczęła się okrążać, szykując do ostatecznego starcia, które przeżyje tylko jeden z nich. Hondo był już martwy. Wiedział o tym, bestia wiedziała, nawet niedoświadczona centaur zdawała sobie z tego sprawę. Jego klan leżał martwy wokół niego i w obozie, wiedział, że nikt nie przeżył.

- Jesteś dawcą śmierci, pożeraczem dusz, zabójcą zabójców… jesteś Bestią Cienia – powiedział w końcu Hondo do wroga, pragnąć jakiegoś potwierdzenia ze strony bestii. Powolny, złowieszczy warkot był jedyną odpowiedzią jaką otrzymał. Hondo odwrócił głowę i spojrzał prosto na dziewczynę centaura. – Dziewczyno! Niech będzie znanym, że walczyliśmy do samego końca! Że zginęliśmy we wspaniałej bitwie! Że zachowaliśmy honor!

Po tych słowach zaszarżował na zabójcę jego klanu z ostatnim bojowym okrzykiem na ustach. Dwa ciała zderzyły się w połowie drogi.

Nawet między centaurami znano imię Bestii Cienia. Jej ojciec powiedział jej, że jeśli kiedykolwiek by się pojawiła, ma uciekać i nie oglądać się za siebie. Z każdym uderzeniem Bestii Cienia wypływała orcza krew. Tryskała na ponad cztery metry, spryskując gałęzie wiszące wysoko nad nimi. Bestia kontynuowała napaść jeszcze długo po tym, jak życie wyciekło z Honda. Rozrywał go, aż dotarł do spryskanej krwią ziemi. Dopiero wtedy odrzucił łeb do tyłu i zawył z wściekłością. Co ją zdumiało, nie było to wycie triumfu, ale rozpaczy, które poczuła do głębi.

Ukląkł na miękkiej leśnej ściółce. Jego ramiona opadły, jakby wykonano je z kamienia. Patrzyła na zakrwawione pazury, które leżały na jego kolanach. Młodziczka wiedziała, że powinna odejść, póki jego uwagę coś odciąga, ale coś w jej wnętrzu kazało jej zostać. Czuł ból, taki jak od bata, który spadł na jej grzbiet.

- Wszystko w porządku? – zaskoczyło ją to pytanie, a jeszcze bardziej fakt, że wyszło z jej ust. W myślach skarciła się za przyciąganie do siebie uwagi. Powinna była odejść, kiedy miała szansę. Wyglądało jednak na to, że tak czy owak stanie się czyjąś kolacją. Ku jej uldze nie zaatakował. Dopiero wtedy dotarło do niej, że gdyby chciał ją zabić, byłaby już martwa.

- Moja droga, jestem w cholerę daleko od „w porządku" – parsknął i obrócił łeb, by na nią spojrzeć. Rozluźniła się, widząc całkowity brak agresji. Mimo woli z jej ust wyrwał się chichot. Przyjemne uczucie, ale dość dziwne przy całej tej otaczającej ich śmierci. Żyła, a powietrze w lesie nigdy nie pachniało tak wspaniale jak w tej chwili.

- Jesteś ranny w ramię. Wiem gdzie w pobliżu rosną zioła. Powinny zmniejszyć ból i przyspieszyć gojenie rany – doradziła, powoli podchodząc do niego. Ciągle zachowywała ostrożność. Zdrowa łapa przykrywała ranę, a spod niej przebijał lekki blask. Aż sapnęła, kiedy krwawienie ustało.

- Dziękuję za troskę, ale bywało gorzej. Jesteś bardzo miła i odważna. Mniej godna szacunku centaurka uciekłaby, kiedy po raz pierwszy miała szansę – powiedział Cień, unosząc się powoli. Na jej twarz wpłynął psotny uśmiech. Mordercza aura, która otaczała go jeszcze przed momentem została zastąpiona przez coś, co pozwoliło jej się rozluźnić.

- Może to gwiazdy chciały, żebym zaniosła mojemu ludowi świadectwo, że nie jesteś złowrogą bestią, jak mówią o tobie zamaskowani – wyjaśniła, wciąż przesuwając się do niego, jeszcze śmielej niż przed chwilą. Nazwał ja miłą, odważną i centaurką. Nie uważał ją za głupie dziecko, jak miał to często w zwyczaju jej ojciec. Jeśli cokolwiek mogło ją przekonać ostatecznie, to właśnie to.

- Tylko wobec nich, moja pani, choć trzeba im przyznać, że prawie odgadli moje imię. Obawiam się, że nie przedstawiono nas sobie we właściwy sposób. Jestem Cień – rzekł z pełnym szacunku, choć nieco przerysowanym ukłonem.

- Miło pana poznać – zachichotała. Ukłoniła się przed nim i powiedziała: - Jestem Helgiotus, córka Wodza Zakały, ale przyjaciele mówią mi Helgi.

- Czy mogą być do nich zaliczany? – spytał Cień, przykładając łapę do jej ran od bicza. Zajaśniało to samo światło, jej ból znacząco się zmniejszył, a rany zasklepiły.

- Uratowałeś moje życie, a potem uleczyłeś moje ciało. Jak mogłabym odmówić? – odpowiedziała, a w dali rozległ się tętent wielu kopyt. Wkrótce na polanie zaroiło się od centaurów. Wielki mężczyzna o czarnej brodzie wiódł grupę. Na napiętej cięciwie łuku spoczywała strzała wycelowana w Cienia.

- Ojcze, nie! On uratował mnie przed orkami! – krzyknęła Helgi, stając między Cieniem i Zakałą.

- Nie osądzaj go zbyt ostro, Helgi – wtrącił się Cień. – Przyjście tutaj było z jego strony wypowiedzeniem wojny. Zrobił to dla ciebie. Nie spotkasz większego dowodu ojcowskiej miłości. Ciesz się nią, bo wielu walczących w tej wojnie nigdy jej nie zaznało – wyszeptał przy jej ramieniu. Popatrzyła na niego zmieszana, ale szybko na jej twarzy odbiło się zrozumienie. Skinęła mu głową, żeby wiedział, że jego słowa z nią pozostaną.

- Do następnego razu, moja pani – powiedział Cień i zniknął w mrocznym lesie. Jego odejście sprawiło, że wielu członków stada zagapiło się wstrząśniętych. Zakała powoli podszedł do miejsca, w którym stała córka, popatrując po rozrzuconych trupach orków. Spodziewała się reprymendy od Wodza, za narażenie się na takie niebezpieczeństwo. Jednak zamiast tego została mocno przytulona przez zmartwionego ojca. Kiedy się odsunął, w jego oczach lśniły hamowane łzy. Nie przywykła, by go takim widzieć.

- Myślałem, że cię straciłem – wykrztusił.

- Tym razem miałam szczęście, ale musimy się zmienić, ojcze – błagała go Helgi. Zamiast natychmiast odrzucić jej sugestię, ważył jej słowa z nową dumą i zaufaniem. Miała rację i zawstydzało go, że musiał ją niemal stracić, by to dostrzec.

- Wyślijcie posłańców do każdego wolnego stada! Zwołuję Radę Starszych! Czas, żebyśmy odzyskali nasz Las! – krzyknął Zakała przez ramię do swoich wojowników. Kilku centaurów rozbiegło się, a pozostali stanęli na tylnych nogach i wznieśli łuki ku niebu. Wielu z nich zawołało:

- NARESZCIE!


W następnym rozdziale:

- co zrobi Lily?

- Emma i Daphne

- Ginny pociesza Harry'ego

- gdzie udała się Sasha?