Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 45
Daphne stała w drzwiach i parzyła jak Ginny próbuje wyjaśnić pewne niezwykle intymne kwestie George'owi i Charliemu. Nie zamierzała oczywiście podsłuchiwać, ale chciała być pod ręką na wypadek, gdyby przyjaciółka jej potrzebowała. Wyglądało jednak na to, że bracia przyjmują wszystko stosunkowo dobrze.
Nie wrzeszczeli, ograniczali się raczej do ponurych min i zaciśniętych pięści. Raz nawet na ich twarzach pojawiła się ulga, zapewne w reakcji na coś, czego udało się uniknąć. Ginny od bardzo dawna trzymała w tajemnicy większość tego, co przeszła w Dworze Lestrange'ów. Nagle George gwałtownie odwrócił się od Ginny, by ukryć, jak ociera łzy z oczu. Wtedy Daphne to ujrzała. Poczucie winy tak silne, że aż ją zemdliło. On winił siebie za to, że nie zdołał jej ochronić.
- Bracia to opiekuńcza banda. Mogą być naprawdę wkurzający, ale też otulić cię jak ciepły koc w mroźną noc – odezwała się Emma zza Daphne.
- Nie mam pojęcia, nigdy się żadnego nie dorobiłam – odpowiedziała blondwłosa Ślizgonka, odwracając się, by porozmawiać z Emmą.
- Pewnie że się dorobiłaś. Jesteś dla mnie i dla Harry'ego jak rodzina. Nie myśl sobie, że zapomniał pogadać ze wszystkimi kolesiami w szkole, którym się podobasz. Nie mówiąc już o tym w pokoju – Emma mówiła tonem, jakby była wstrząśnięta, że Daphne tego nie rozumie.
- Że co? – spytała Daphne zła i zszokowana. Przecież mogła sama o siebie zadbać!
- No tak, też najpierw się na niego wściekłam. Potem Sasha wyjaśniła mi, że mężczyźni mają pierwotną potrzebę chronienia tego, co dla nich cenne. Dla kogoś tak zżytego ze swoją zwierzęcą stroną jak Harry, nabiera to zupełnie nowego znaczenia. Tyle dobrego, że robi to subtelnie, przynajmniej wobec nas. Z tego co wiem kilku facetów narobiło przez niego w gacie. Powinnaś zobaczyć jak bardzo Malfoy mnie przepraszał. Oddał mi nawet dwukrotną wartość nowej różdżki – wyjaśniła młodsza dziewczyna. Na twarzy Daphne odbiły się mieszane uczucie. W końcu pojawiło się tam coś, co pierwszaczka uznała za akceptację.
- Ginny ma rację, to dupek, ale zaczynam rozumieć co miałaś na myśli mówiąc o ciepłym kocu – odpowiedziała Daphne z lekkim uśmiechem, który nie całkiem odbijał się w jej oczach. Musiała przyznać szczerze sama przed sobą, że trochę ją ubodło, że Harry postrzegał ją jedynie jako siostrę. Najwyraźniej miały z Desory coś więcej wspólnego niż jej się wydawało. Obie pociągał facet, którego, jak wiedziały, nigdy nie zdobędą. Pogodziła się z tym, ale nie znaczyło to, że nie czuła od czasu do czasu ukłucia żalu.
- Jeśli cię to pocieszy, ty również pociągasz Harry'ego. Wiem to, tak samo jak wiem, że oboje kochacie Ginny tak bardzo, że nigdy nic z tym nie zrobicie – powiedziała jej Emma. Żałowała, że nie kontroluje jeszcze w pełni swoich empatycznych umiejętności. Nie potrafiła utrzymać swojego nosa z dala od osobistych spraw innych ludzi. Spodziewała się, że Daphne wścieknie się na takie naruszenie jej prywatności. Jednak zamiast na nią warknąć, Ślizgonka mocno ją przytuliła.
- Właściwie to tak, pocieszyło mnie to – odpowiedziała. – Jestem tak oczywista, czy te wnioski wypływają z twojego treningu sukkuba?
Emma uśmiechnęła się do niej chytrze. To w końcu Daphne była mistrzynią obserwacji.
- I gratuluję, że udało ci się tak długo utrzymywać to w sekrecie. Jestem z ciebie dumna – kontynuowała młoda kobieta. – To chyba nie było łatwe? Zdecydowanie jesteś inną dziewczyną niż ta, którą znalazłam wiszącą na korytarzu pierwszego dnia szkoły – stwierdziła i pokazała, żeby przeszły do innego pokoju. Już od dawna nie miały czasu porządnie pogadać. Emma zerknęła do pokoju, w którym Ginny rozmawiała z braćmi. George patrzył na nie kątem oka. Nadbiegały od niego niezbyt czyste emocje. Emma przeklęła w duchu swoje moce empatyczne i zanotowała sprawę w pamięci, by rozważyć ją później.
- Ty też nie jesteś tą samą osobą, Daph – zauważyła. – Obie przeszłyśmy długą drogę. A odpowiadając na twoje pytanie to tak, empatia jest moim darem i klątwą, a wzięła się z mojej transformacji w sukkub. Ale dość już o mnie. Straciłaś dzisiaj twój dom i twojego tatę. Astoria napaliła się na Malfoya i nie trzeba być empatą, żeby dostrzec wszystko, co dzieje się pomiędzy twoją mamą i Syriuszem – podsumowała Emma, siadając przy kuchennym stole. Daphne robiła herbatę do dzbanka i stała tyłem do dziewczynki. Nie spieszyła się, wykorzystując ten czas, żeby uporządkować myśli.
- Już od dawna podejrzewałam, że moi rodzice nigdy się tak naprawdę nie kochali. Podejrzewałam, że wymuszono to małżeństwo. Ale on kochał moje siostry i mnie i zginął chroniąc Jade. Takiego go zapamiętam – powiedziała. Emma skinęła głową ze zrozumieniem.
- Wiedziałaś, że mama i Syriusz chodzili ze sobą w Hogwarcie? – spytała Daphne. Emma potrząsnęła przecząco głową. – Emmo, powinnaś zobaczyć jak on walczył, żeby do niej dotrzeć. Jak się zachowują w swoim towarzystwie. Ona jest przy nim taka szczęśliwa. Nie zamierzam stawać im na drodze, moje siostry też nie – wyjaśniła Daphne, zajmując miejsce przy stole. – Co do taty, chyba to jeszcze do mnie nie dotarło do końca. Łatwo odbudować dom. Co do rodziny, to już nie takie proste, a ten obowiązek spada na mnie, jako pierworodną. Jade i Astoria potrzebują mnie bardziej i to przeważa nad moją potrzebą żałoby – wyjaśniła, starając się nie dopuszczać emocji do głosu. Ich oczy się spotkały i Daphne ciężko westchnęła. Cholerna empatka!
- Przestań, Daph! Musisz się pożegnać, zaufaj mi. Potrzebujesz zamknąć ten rozdział, a tak się składa, że znam totalnie zarąbistą metamorfomag – zachęciła ją Emma, uśmiechając się szeroko. W jej spojrzeniu było coś takiego, jakieś zrozumienie, które sprawiło, ze Daphne się zgodziła. W pożegnaniu się z fizyczną postacią było coś, co pozwalało lepiej zamknąć sprawę. Daphne wiedziała, że może zaufać Emmie i nikt nigdy nie dowie się co powie w czasie tych chwil. Skinęła głową, rozumiejąc, że Emma ma rację i musi się pozbyć tego ciężaru.
- W porządku. Teraz wyobraź go sobie, a ja zrobię resztę.
Mocne szarpnięcie za włosy odchyliło głowę Neville'a do tyłu, a w jego gardło przemocą wlał się eliksir, już chyba po raz siódmy odkąd wszedł do Pokoju Życzeń. To miał być cały dzień bzykania, przynajmniej to obiecała mu jego dziewczyna, Romilda Vane. Teoretycznie nie skłamała w tej kwestii. Na pewno był w niej całe mnóstwo razy. Właśnie dlatego zmuszały go do picia tego eliksiru. Już dawno przestał walczyć i po prostu go połknął. Po kilku sekundach znów miał pełną erekcję. Nie najprzyjemniejsze uczucie, biorąc pod uwagę jak bardzo był poocierany.
- Nie mam już w sobie więcej – powiedział słabo stojącej przed nim dziewczynie. Wątpił, by robiło jej to jakąś różnicę. Potwierdziła to, uderzając go mocno w twarz. Mógł znieść ostry ból. Nie trwał on za długo. Tak naprawdę najbardziej bolało sponiewierane ego i upokorzenie, które niosły ze sobą uderzenia tej suki.
- Po to właśnie ten eliksir, ty bezmózgi kretynie! – zganiła go Pansy. Złapała jego laskę i szarpnęła mocno. Neville wrzasnął, gdy przeniknął go ból, za co zarobił kolejne uderzenie w twarz. – Hej, kochanie, odrobina bólu to część tego doświadczenia. Czy nie to zawsze powtarzałeś, gdy gryzłeś sutki Vane albo innej dziewczyny, która była twoją ofiarą? – spytała pogardliwie ze złowieszczym blaskiem w oku. Naprawdę podobało jej się to zadanie.
- Dlaczego? – wyjęczał. Dziewczyna wywróciła oczami z obrzydzeniem i puściła go. Zachichotała, gdy odstąpiła o krok i popatrzyła jak bezradny jest teraz ten żałosny sukinsyn. Już nie taki wyniosły i potężny, co? Zastanowiła się nad jego pytaniem i poczuła, że zwycięża w niej chęć triumfalnego rzucenia mu wszystkiego w twarz.
- W sumie mogę ci powiedzieć i tak nie wyjdziesz z tego pokoju żywy. Po prostu dostałam takie rozkazy. Myślisz, że bez tego w ogóle chciałbym dotknąć tego czegoś, co nazywasz fiutem? Wygląda na to, że Czarny Pan nie uważa cię już za wartościowego przeciwnika ani za zagrożenie. Masz jednak złoto w skrytce i miejsce w Wizengamocie, które mu się przydadzą – poinformowała go Pansy. Jakby na komendę otworzyły się drzwi pobliskiej łazienki i wyszła przez nie Romilda Vane z wyrazem ulgi na twarzy.
- W końcu – powiedziała zniecierpliwiona. Ostrożnie podeszła do stołu i pospiesznie łyknęła eliksir uzdrawiający. Tuż za nią pojawiło się krzesło, na które natychmiast opadła.
- Jak rozumiem powinnam ci złożyć gratulacje? – spytała Pansy przez ramię. Współczuła dziewczynie, która musiała tyle razy współżyć z Longbottomem, ale Romilda wiedziała, ze nie należy się sprzeciwiać rozkazom Czarnego Pana.
- Zdefiniuj czego mi właściwie gratulujesz? Mojej obolałej cipki, tego że rośnie we mnie jego bękart czy tego, że będę musiała przyjąć jego nazwisko i znosić tą obleśną starą sukę, którą nazywa babcią? – warknęła Romilda na ciemnowłosą Ślizgonkę.
- Masz rację, ale za tym wszystkim idzie bezpieczna przyszłość oraz wszystkie korzyści i przywileje płynące z bycia Lady Longbottom – przypomniała jej Pansy z naciskiem.
- Jakbym chciał się z nią teraz ożenić! To kolejna przeklęta Śmierciożerczyni! Zapamiętajcie sobie moje słowa: dostaniecie za swoje, kiedy Dumbledore i Zakon mnie znajdą! – wrzeszczał Neville, przywiązany do swojego krzesła. Po raz pierwszy w życiu naprawdę się bał. Powiedział Dumbledore'owi, że zamierza się udać na długi weekend, co było zakodowaną informacją, że przez najbliższe trzy dni będzie pieprzył wszystko co się rusza. To znaczy, że nikt za nim nie zatęskni do poniedziałku.
- I znowu pokazujesz, że jesteś chłopczykiem, a nie mężczyzną. Dumbledore to i Dumbledore tamto… bla, bla, bla. Ta dziewczyna jest jedynym dowodem na fakt, że w ogóle masz jakieś jaja! – kpiła bezlitośnie Pansy. Chwyciła jego męskość i szarpnęła niż tak mocno, że wrzasnął. Potem przyłożyła czubek różdżki do rzeczonych klejnotów. – A teraz bądź małym dobrym Wysrańcem i oświadcz się Romildzie, żeby nie musiała nosić bękarta.
- Nigdy! – rzucił jej w twarz Neville. Po chwili wył z bólu, a zapach palonego ciała zdominował wszystkie jego zmysły. Nie odpuszczała przez pełną minutę. Nim skończyła błagał o litość.
- Trochę do bani mieć wszystkie czułe zakończenia nerwowe w jednym miejscu, co Nevi? No to spróbujmy jeszcze raz – poleciła Pansy, a w jej oczach widać było, że tylko czeka na kolejny akt nieposłuszeństwa. Neville nie był pewien, czy zdoła to jeszcze raz znieść. Poza tym wiedział, że oświadczyny pod przymusem nie są magicznie wiążące.
- Dobra! Wyjdziesz za mnie, suko?
Plask!
- Dobra, dobra, dobra, czy wyświadczysz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną, Romildo Corro Vane? – spytał wbrew sobie Neville. Pansy puściła go i szybko wytarła rękę, którą musiała dotykać jego członka. Potem szarpnięciem odchyliła jego głowę i wlała w niego eliksir leczący. Nie chciała na niż żadnych śladów tortur, gdy odnajdą jego ciało.
- To nie jest magicznie wiążące – warknął Neville na Parkinson, gdy przełknął eliksir. Od razu poczuł, jak ból maleje, gdy jego ciało zaczęło się leczyć.
- Masz zdumiewające pojęcie o rzeczach oczywistych, Longbottom. Oczywiście, że nie jest więżące, ale jeśli zmuszą ją do wzięcia Veritaserum w celu potwierdzenia jej słów, nie będzie kłamała – powiedziała Pansy, wywracając oczami nad głupotą chłopaka. Czy on naprawdę myślał, że tego nie przewidziała? Ślizgoni nie idą nigdy na żywioł. Przygotowują się na każdy możliwy rozwój wypadków nim zaczną działania.
- Babci to nie wystarczy. Jest mądrzejsza niż wy obie wiedźmy razem wzięte. Do pięt jej nie dorastacie – rzucił. Za bezczelność otrzymał cios w twarz wierzchem dłoni. Pansy wyrwała mu kilka włosów i pomachała nimi kpiąco przed jego oczami.
- Po to właśnie jest Eliksir Wielosokowy, kretynie! Co do twojej babki poczekamy, aż będzie najsłabsza w swojej żałobie, nim zaczniemy działać. Romilda pochodzi z potężnej rodziny białych czarodziejów. Stara nietoperzyca przyjmie ją na łono rodziny tylko dlatego, że nosi dziedzica Longbottomów w swoim brzuchu. Po pewnym czasie starucha umrze we śnie z przyczyn, które zostaną uznane za naturalne, a Romilda z pokorą przejmie obowiązki Lady Longbottom. Nie interesuje mnie czy postanowi wychować dziecko właściwie czy sprowadzić na nie przedwczesny koniec. No co ty, Nevi, wyglądasz jakby ktoś naszczał na twój grób. Cieszę się, że rozumiesz sytuację – powiedziała mu Pansy jego głosem. Zrobił wielkie oczy, świadom że nie miał już więcej asów w rękawie i jego przydatność dobiegła końca. Pansy wycelowała różdżką w jego głowę.
- Od lat o tym marzyłam… Avada Kedavra!
Gdy noc otuliła cmentarz w Dolinie Godryka, Sasha Desory wyłoniła się ze swojej kryjówki na jednym z pobliskich dachów. Chowała się tam niezauważona przez ostatnich kilka godzin. Z tego co widziała, na cmentarzu prawie nic się nie działo. Cieszyło ją, że nie wyczuwała żadnych smrodliwych Śmierciożerców. Oczywiście nie zamierzała rezygnować z czujności, póki nie upewni się, że jest zupełnie bezpiecznie. Rozłożyła skrzydła najszerzej jak mogła i zeskoczyła z dachu. Poszybowała kilka razy wokół cmentarza, by upewnić się, że na całym obszarze nie ma intruzów. Nie dostrzegła niczego poza gargulcem przycupniętym na dzwonnicy pobliskiego kościoła. Niepokojąco przypominał prawdziwego stwora.
Wylądowała przy bramie i narysowała runę znaną tylko jej ludowi i tym nielicznym ludziom, którym ufała. Miała odstraszać mugoli i zaalarmować ją o obecności jakiegokolwiek intruza z magiczną mocą. Po cichu znów zerwała się do lotu i wylądowała na narożnym słupie płotu otaczającego cmentarz. Ponownie naskrobała tą samą runę i przeleciała do następnego narożnika. Dopiero kiedy rozstawiła uroki wzdłuż całej granicy, odważyła się postawić stopę na chłodnej trawie pokrywającej cmentarną ziemię.
Ostrożnie zbliżyła się do miejsca, w którym znajdował się grób Jamesa Pottera. Głęboko wciągnęła powietrze, szukając jakiegoś śladu po paskudnym smrodzie, który roztaczali wokół siebie Śmierciożercy. Jej wzmocnione zmysły wykryły cień skazy, która pochodziła od zwolennika Voldemorta, ale bardzo stary. Biorąc pod uwagę, że to cmentarz publiczny na terenie zamieszkałym tak przez czarodziejów jak mugoli, nie mogła tego uznać za potwierdzenie lub zaprzeczenie. Musiała ostrożnie kontynuować.
Potem wykorzystała swe zmysły, żeby wyczuć jakiekolwiek echo magii, która nie była jej własną. Tym razem odebrała nieco silniejszy sygnał, ale zaalarmowało ją przede wszystkim, że jego moc była stała i napływała od miejsca, w którym według Harry'ego znajdował się grób jego taty. Ślady magii były wystarczająco nikłe, by umknąć czarodziejskiemu zaklęciu detekcji magii, ale nie na tyle, by nie wyłapały ich jej zmysły. Sasha wymamrotała inkantację, która miała pozwolić jej na zobaczenie pozostawionych tu magiczny sygnatur. Tak jak podejrzewała, na nagrobkach umieszczono trzy subtelne zestawy runów, które pokrywały się tylko nad jednym grobem. Rozpoznała dwie grupy runów: odpychające i iluzji. Trzeci był jej jednak nieznany, co mocno ją zirytowało.
Sasha zwinęła skrzydła i usiadła w pozycji medytacyjnej. Nad tym obszarem utkano wymyślną zwodniczą sieć i potrzebowała całej mocy swojego umysłu, żeby rozplątać wypaczony wzór, a następnie unieszkodliwić. Harry na niej polegał, a po tym co zrobiła, pragnęła się zrehabilitować.
Niemal dwie godziny zajęło jej przebicie się przez sieci iluzji i oszustwa. Przez ten czas mgła otuliła cmentarz niczym koc. Wisiała kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią i lśniła upiornym, zielonym światłem. Zmierzała w stronę Sashy, jakby posiadała wolę. Gdyby oczy sukkub pozostawały otwarte, dostrzegłaby to nienaturalne zjawisko. Ona jednak korzystała z oczu swojego umysłu, by rozplątać osłony wokół grobu Jamesa Pottera.
Srebrna, kręta linia wystrzeliła z jej czoła i przeszła ścieżką, którą z takim wysiłkiem oczyściła. Powoli lawirowała, aż ominęła wszystkie zabezpieczenia nałożone na ten obszar. Potem na końcu linii pojawiła się kulka. Powoli przyjęła kształt oka. Sasha gwałtownie wciągnęła powietrze, widząc stan nagrobka Jamesa. Na kamieni widniały słowa ZDRAJCA KRWI. Jej magiczne oko przeniosło się za płytę, a potem ku samemu grobowcowi. Dziura w ziemi stała otworem. Na jej końcu leżała zbrukana ziemia. Żadnej trumny. Tylko puste miejsce, gdzie kiedyś leżała.
Tak to oburzyło Sashę, że ledwo poczuła delikatne łaskotanie w gardle. Lśniąca zielenią mgła już ja otaczała i dostała się niezauważenie do jej nosa i płuc. Z każdym oddechem wciągała więcej, a z nią pojawił się spokój, nieszczery w swej naturze. Przez jej umysł przewinęła się masa przyjemnych, uspokajających wspomnień z jej życia. Gdzieś w kącie jej umysłu tłukła się myśl, że to niewłaściwe i daje się odciągać od celu misji, ale każdy oddech wpychał ją coraz głębiej w oszukańczą nirwanę.
Ciało Sashy przestało utrzymywać pozycję medytacyjną i osunęło się na chłodną ziemię. Wciąż wciągała upiorną mgłę. Gdzieś w pobliżu zawył wilk. Zawtórował mu kolejny, potem jeszcze jeden. Jednak ich pan wszedł na cmentarz dopiero, gdy resztki mgły zostały wciągnięte do płuc przez powaloną sukkub. Chwycił ją za jej długie, turkusowe włosy i uniósł z ziemi. Oszołomienie z mgły było zbyt głębokie, by Sasha poczuła ból. Mroczna postać powąchała bezbronną kobietę i zorientowała się, że cała cuchnie Bestią Cienia. Przerzucił ją sobie przez ramię, a nad cmentarzem poniósł się powolny, złowieszczy rechot. Popatrzył na księżyc jaśniejący na niebie i warknął. Nadchodziła pełnia, a sukkub to tylko przynęta, by zwabić jedynego, którego uważał za prawdziwe wyzwanie.
Lily nie lubiła improwizacji. Wolała mieć starannie zaplanowany każdy szczegół, a w zanadrzu kilka wariantów rezerwowych, gdyby pojawiła się potrzeba, żeby z nich skorzystać. Biorąc pod uwagę, gdzie się wybierała i stawkę o jaką walczyła, nierozsądnie było wybierać się tam bez przygotowania. Plan Gabrielli wydawał się solidną, a przede wszystkim najszybszą drogą do Jamesa, ale nie brakowało mu wad. Po pewnym czasie zdołałyby go zmodyfikować, by zredukować niebezpieczeństwa, ale czas stanowił tu kluczową wartość. Harry planował ruszyć w poniedziałek, a tylko kwestią czasu pozostawało, aż ktoś zauważy zniknięcie Pettigrewa. Jeśli kiedykolwiek miały szansę, to właśnie teraz. Mając to wszystko w głowie weszła do pokoju wojennego i zauważyła, że Cissy zebrała wszystko, o co ją prosiła.
- Pani? – spytała Vonda, stając u jej boku. Lily wyjęła fiolki zawierające srebrne wspomnienia i wręczyła je skrzatce.
- To jest dla Emmy, a to dla Harry'ego. Na wypadek, gdybym nie wróciła – poinstruowała Lily najspokojniejszym głosem, na jaki mogła się zdobyć. Niemal jej się udało, póki nie doszła do ostatniego słowa. Dla wszystkich zgromadzonych było to potwierdzenia wszystkiego, co ich niedługo czeka. W milczeniu obiecywali swoje zaangażowanie do samego końca, niezależnie od wyniku.
- Moim pierwszym obowiązkiem jest chronienie cię, pani – zaprotestowała Vonda, a po jej twarzy spływały łzy. – Moje miejsce jest u twojego boku.
Lily uklękła przy niej i otarła wilgoć z policzków skrzatki ze smutnym uśmiechem na pięknej twarzy.
- Obie wiemy, że nie jestem już twoją panią. Harry naznaczył swoją partnerkę. Ona teraz będzie cię potrzebowała bardziej niż kiedykolwiek. Naucz ją jak być Lady, tak jak nauczyłaś mnie. Emma również będzie cię potrzebowała. Proszę, poprowadź moje dzieci ku lepszemu życiu, wypełnionemu miłością i szczęściem. Ta wojna nigdy nie powinna była spocząć na ich barkach – powiedziała Lily do swojej najbardziej lojalnej służącej i przyjaciółki. Skrzatka domowa stała nie mogąc wyksztusić słowa. Pokiwała jedynie głową, akceptując prośbę Lily. Usatysfakcjonowana kobieta wstała i obróciła się do pozostałych zgromadzonych w pokoju.
- Gotowa, Lils? – spytał Syriusz. Stał koło Gabrielli i trzymał ją za rękę. Wyglądało na to, że żadne z nich nie zamierza pozwolić, by drugie szło samo. Zasługiwali na szczęście i Lily miała nadzieję, że przeżyją tą noc, by się nim nacieszyć.
- Bardziej gotowa nie będę. Dziękuję wam wszystkim, że stanęliście u mojego boku. Kocham was z całego serca. Żałuję, że do tego przyszło – powiedziała do całej grupy. W odpowiedzi pokiwali w milczeniu głowami. Wiele żywotów może tej nocy ulec zmianie. Czy na lepsze czy gorsze… czas pokaże.
- Tak jak powiedziałaś, Lily. Walka w tej wojnie nigdy nie powinna była spaść na nasze dzieci – powiedziała Cissy swojej najlepszej przyjaciółce. Wymieniły spojrzenia zrozumiałe tylko dla nich.
- Dobrze powiedziane. Lily, chyba potrzebujesz szat bojowych – rzekł Syriusz i wręczył jej swój prochowiec ze skóry bazyliszka. Machnęła ręką, wyciągnęła własny i zachichotała na widok zdumionego spojrzenia Syriusza.
- Co? Myślałeś, że Harry nie zapewni mi najlepszej możliwej ochrony? Po prostu noszę ją jedynie na specjalne okazje. Uważam, że wkradnięcie się do gniazda psychopaty w celu odzyskania mojego wskrzeszonego męża można do nich zaliczyć. Gotowi? Musimy się wbić na imprezę bez zaproszenia.
Ginny wróciła do Hogwartu przez Fiuu w gabinecie McGonagall i poinformowała opiekunkę swojego Domu co ma się stać następnego dnia. Potem wyruszyła na poszukiwanie Harry'ego. Wiedziała, że powinna opracowywać strategię tego, o co prosiła ją Madam Bones, ale nie potrafiła poświęcić na to nawet minuty, póki jej umysł skupiony był na jej partnerze. Czuła jego ból i wiedziała, niezależnie od tego co mówił Syriusz, że on potrzebuje jej tak samo, jak ona jego. Czuła to w magii gnieżdżącej się na jej barku, w miejscu, gdzie ją naznaczył.
Nie ukrywała go już przed oczami innych. Był jej, a ona jego i niech diabli porwą każdego, kto ma z tym jakiś problem, a dokładnie jej matkę. McGonagall od razu dostrzegła znak, ale postanowiła powstrzymać swoje pytania i odłożyć je na jakiś bardziej odpowiedni moment. Ginny nie potrafiłaby wyrazić słowami jak bardzo doceniała tę dyskrecję.
Czuła, że Harry jest gdzieś blisko, więc wyciągnęła Mapę Huncwotów i zaczęła go szukać. Niestety Mapa nie pokazywała kropki z jego nazwiskiem. Jako że nie można było zobaczyć ludzi w Pokoju Życzeń, tam postanowiła rozpocząć poszukiwania. Jednak miała pecha, bo najwyraźniej ktoś już tam był i nie życzył sobie intruzów. Zapewne jakaś młoda para poszukująca odrobiny prywatności. Była pewna, że jeśli to Harry by się tam znajdował, pozwoliłby jej wejść. Następny logiczny wybór to Zakazany Las. Zresztą Furii przydałaby się jakaś przebieżka.
Szukała trzy godziny, ale bezskutecznie. No, nie do końca. Natknęła się na jego zapach i podążała za nim do potwornego pola bitwy. Martwe orki leżały rozrzucone wszędzie wokół. Potem zgubiła woń Cienia. Nie chodziło nawet o oszołamiający smród orczej juchy, a raczej o fakt, że po śmierci ostatniego mrocznego stworzenia polanę odwiedziło jeszcze kilka stad. Najbardziej dominujący, choć nie najświeższy, okazał się zapach centaurów. Na szczęście nie wyczuła nawet cienia smrodu otaczającego Butolizów Tomusia. Najwyraźniej wciąż nie wiedzieli co tu zaszło. Ginny wątpiła, by taki stan rzeczy utrzymał się zbyt długo, ale mogła mieć chociaż nadzieję.
Postanowiła wrócić do Hogwartu, gdy kątem oka złapała błysk srebra. Niedaleko od niej stał jednorożec i obserwował ją uważnie. Ukłonił się powoli, aż czubek jego zakręconego rogu dotknął ziemi. W odpowiedzi Furia skłoniła się, aż jej szczęka spoczęła na chłodnej trawie pokrywającej leśne poszycie. Po chwili jednorożec zniknął bez śladu tak szybko, jak się pojawił.
Furia wyszła z Zakazanego Lasu długo po rozpoczęciu ciszy nocnej. Chciała poszukać jeszcze w jednym miejscu, nim uzna swoją porażkę i położy się spać. Dostanie się do zamku nie stanowiło dla niej szczególnego problemu. Harry znał kilka tylnych wejść umożliwiających ominięcie osłon Dumbledore'a. Czasami naprawdę opłacało się być Huncwotem.
Kiedy weszła do Gniazda, poczuła, jak serce jej pęka. Mężczyzna, którego kochała, siedział pokryty orczą krwią i wpatrywał się w zdjęcie swojego ojca. Jedynie na jego przystojnej twarzy łzy zdołały zmyć nieco juchy. Harry z rozpaczą wpatrywał się w uśmiechnięte twarze pierwszych Huncwotów.
James nalegał, żeby przynieść zdjęcie do Gniazda. Chciał zobaczyć co Harry zdziałał. Teraz pozostanie tu już na zawsze, żeby nieść pomoc, a także doradzać obecnym i przyszłym Huncwotom. W końcu to było jego dziedzictwo. Niektórzy z młodszych klas ochrzcili go z sympatią Ojcem Chrzestnym.
Ginny zastanawiała się, czy nie wyglądała tak samo, gdy Cień uratował ją z Posiadłości Lestrange'ów. Umysł Harry'ego wędrował po jakichś odległych miejscach, najprawdopodobniej odgrywał w pamięci jakieś wspomnienia ze swojego życia, tak jak ona to wówczas robiła. Nie przyniesie mu to jednak pociechy, wręcz przeciwnie. Wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek. Przeżyła to i wiedziała co musi teraz zrobić.
Zamknęła oczy i koło Harry'ego pojawiła się wielka wanna wypełniona gorącą wodą. Nawet jeśli to zauważył, nie okazał tego w żaden sposób. Machnięciem różdżki Ginny sprawiła, że zniknęły jego zakrwawione ubrania. Wydawałoby się, że siedzenie gołym tyłkiem na zimnej kamiennej podłodze zamku wywoła jakąś reakcję. Jednak Harry gapił się bez ruchu na zdjęcie taty.
Następnie zniknęły jej ubrania. Znów nie zareagował. Wbrew sobie Ginny poczuła ukłucie. Normalnie wystarczyło odsłonić ramię, żeby się na nią rzucił. Jednak dopiero kiedy delikatnie wyjęła mu zdjęcie z rąk, zorientował się, że nie znajduje się sam w pomieszczeniu.
- Nie rozmawia ze mną – wyszeptał ochryple Harry, gapiąc się na nią w oszołomieniu. Niestety to potwierdzało wszystko, czego się obawiał.
- Wiem, skarbie – odpowiedziała Ginny i wyciągnęła do niego rękę. Harry ujął ją bez zbędnych pytań, a ona poprowadziła go do wanny. Weszła do wody pierwsza i przywołała go skinieniem ręki. Jego ciało posłuchało bezgłośnej prośby i wkrótce oboje znajdowali się w wannie. Usiedli w gorącej wodzie, Ginny za plecami Harry'ego. Delikatnie zabrała się za mycie. Najpierw umyła jego włosy, potem górną część torsu. Następnie musiała wymienić wodę, która zrobiła się kompletnie czerwona od całej nagromadzonej krwi. Potem ruszyła w niższe regiony. Harry znów nie odezwał się słowem, nawet kiedy zabrała się za jego klejnoty. Znów poczuła się nieco urażona. Ale przynajmniej jego ciało odpowiadało na jej dotyk.
Kiedy Harry był już czysty, Ginny przyciągnęła go do siebie. Jego plecy przycisnęły się do jej piersi, a jej nogi oplotły się wokół jego bioder. Przeciągnęła palcami po jego piersi i przytuliła mocno. Palce Harry'ego splotły się z jej palcami i poczuła, jak zaczyna dygotać. Zaparło mu dech w piersiach, gdy przyjmował jej pociechę jak bezcenny dar. Ginny delikatnie pocałowała miejsce na barku, w którym go naznaczyła i wyszeptała delikatnie:
- Kocham cię.
- Nie powinnaś. Nie jestem dobrym człowiekiem – wychrypiał. Najwyraźniej zdarł sobie gardło wrzeszcząc na zdjęcie, które nie odpowiadało. Nałożone na nie zaklęcia zostały złamane, kiedy James powstał z martwych.
- Nie ty o tym decydujesz, ukochany. Wybrałam cię na mojego kochanka i partnera, w tym życiu i w następnym. Więc proponuję, żebyś oswajał się z ta myślą, Dupku – zażartowała Ginny i usłyszała lekki śmiech w odpowiedzi. Uznała to za dobry znak i kontynuowała poważniejszym tonem: - Mądra kobieta powiedziała mi, że każdy wchodzi w związek z jakimś emocjonalnym bagażem. Biorę to co w tobie złego razem z dobrym, tak jak ty wziąłeś moje. A skoro już to ustaliliśmy, to jeśli jeszcze raz obrazisz mojego partnera, będę bardzo zła. Jesteś wciąż moim bohaterem, kochankiem i partnerem. Nie pozwolę ci się odepchnąć… mój – ostatnie słowo wyszeptała w sposób tak naładowany emocjami, że pchnęło to Harry'ego do akcji.
Okręcił ją tak, że usiadła na jego kolanach, patrząc mu w oczy. Nigdy nie widziała, by Harry wyglądał na tak… bezbronnego. Nigdy wcześniej nie pokazał jej tej strony siebie. Czasami zastanawiała się wręcz, czy on w ogóle jest człowiekiem. Ale oto on i teraz jej potrzebował. Jego oszołamiające szmaragdowe oczy błagały ją o to, o co dumne usta nie śmiały poprosić. W tej chwili uderzyło ją, że przy całej jego mocy, zdolnościach i niezłomnej determinacji pozostawał nastolatkiem, tak jak ona, usiłującym przeżyć jakoś tą szaloną wojnę.
Harry znów dygotał, gdy przyciągnęła go do siebie. Trzymał się jej niczym koła ratunkowego. Ona również przytuliła go mocniej. On zawsze ją chronił, a teraz nadszedł czas, by to ona ochroniła jego. Ginny postanowiła chronić go w sposób, w jaki tylko jego partnerka mogła. Każde miejsce, w którym stykała się ich skóra aż mrowiło od ich splatającej się magii. Ginny nie wiedziała czy to instynkt, potrzeba czy pierwotny zapał. Wiedział jedynie z całą pewnością, że potrzebują tego w tym samym stopniu co powietrza do oddychania.
Harry wśliznął się w nią bez ostrzeżenia, a ona powitała jego śmiałość namiętnym pocałunkiem. Ginny ustawiła się, by każde pchnięcie jej partnera napotykało jej natarcie z góry. Rytm narastał, tak jak ich nieograniczona pasja. Harry ujął ustami jedną z jej piersi, nie gubiąc rytmu ani na chwilę. Ginny wbiła pazury w jego plecy, ciesząc się jak dobrze zna jego ciało i jego potrzeby, równie dobrze, jak on zna jej. Jej nowo uformowane pazury utoczyły krwi. Nie miało to jednak znaczenia, bo rany zasklepiły się niemal natychmiast.
Woda w wannie zaczęła lśnić złocisto. Jednak oboje byli tak sobą pochłonięci, że to przeoczyli. Po chwili srebrne futro zaczęło zastępować skórę na ramionach i nogach Ginny. Mięśnie nabrały rozmiarów i siły, a z jej ciała nad jej pośladkami wyłonił się ogon. Harry poczuł te zmiany i wypuścił z ust pierś pokrytą krótkim srebrnym włosiem.
Uniósł wzrok i ujrzał, jak jej głowa zmienia się w łeb Furii. Tyle tylko, że Ginny zachowała swoje włosy w kolorze płomienia, które kontrastowały mocno ze srebrnym futrem pokrywającym resztę ciała jej hybrydowej formy. Ginny odrzuciła głowy i zaryczała z rozkoszy, całkowicie nieświadoma zmian, które zaszły na jej ciele. Harry również zmienił się w hybrydę i wyszedł jej naprzeciw z równym zapałem.
Dopiero kiedy jego ciało uległo zmianie, Furia zauważyła co się dzieje. Najpierw ogarnęło ją zdumienie, ale Cień nie przestał pchać. Jego zwiększony rozmiar i szybkość pochłonęły jej zmysły. Pierwotna część ich natury przejęła kontrolę i przez pewien czas nie istnieli Ginny i Hary, a jedynie Cień i Furia. Pierwotne pożądanie, którego oba animagi tak długo nie mogły zaspokoić, przesłoniło wszystko inne. Zaryczeli i wspólnie wspięli się na szczy. Następnie jednocześnie wgryźli się w to samo miejsce, w którym ich ludzkie postacie naznaczyły się jako partnerzy. Cień i Furia dodali własną unikatową moc i magię, by wzmocnić i tak fenomenalną więź. Niezwykły splot magii miał uczynić ich więź czymś naprawdę niezwykłym, czego czarodziejski świat nie widział nigdy wcześniej.
Bellatrix wyciągnęła Jamesa ze wspomnienia, w którym Snape pieprzył jego żonę. Jednak nie takiej reakcji się spodziewała. James zanosił się histerycznym śmiechem. To ją zdumiało. Odsunęła się i spojrzała na niego kompletnie zagubiona. Nie po raz pierwszy się tym zajmowała. Wiedziała, jak działa takie pranie mózgu. Powinien być wściekły, smutny, może nawet to akceptować, ale na pewno nie rechotać jak szaleniec.
- Snape… ma na… najbledszą du… dupę, jaką kied… ykolwiek widziałem. Ja… jak księżyc w pe… pełni! Ha, ha, ha – James rechotał tak mocno, że z oczu leciały mu łzy. Bellatrix zawsze słyszała, że James ma dziwne poczucie humoru i bawiły go rzeczy, które szokowały jego matkę. Jednak nie spodziewała się, że rozbawi go cudzołóstwo jego żony. Nigdy w życiu. – Och, on umrze, to na pewno, ale powinna mu wlepić klapsa, żeby nadać tym pośladkom trochę koloru.
Wtedy Bellatrix nie wytrzymała i również zaczęła chichotać. Po chwili tańczyła wokół pokoju skandując: „Snape ma bladą dupę, a Snape ma bladą dupę!", zupełnie jak dziecko. Robiła to jeszcze długo po tym, jak James doszedł do siebie. Stał i rozglądał się badawczo po pokoju. Lestrange stanęła przed mężczyzną o kruczoczarnych włosach. Zaczęła go zasypywać pocałunkami, aż wreszcie przywarła do jego warg. Nie napotkała żadnego oporu, gdy wtargnęła do jego ust, a jej język zaczął tańczyć z jego językiem. Szaleńczo przesuwała palcami po jego włosach, aż wreszcie odsunęła się od niego. Bujała w obłokach i nie zamierzała z nich schodzić. Udało się. Była tego pewna.
- Wróciłeś do mnie, James. Wiedziałam, że mogę sprawić, że przejrzysz na oczy co do tej kurwy.
- Tak Bellatrix, rzeczywiście otworzyłaś mi oczy. Planuję sprawić, żeby wszyscy, którzy mnie skrzywdzili cierpieli do końca swojego życia, ale do tego będę potrzebował przynajmniej moich rąk – zauważył James z lekkim uśmiechem. Niemal ją tym rozbroił. A jednak nie była tak słaba. Musiała się upewnić, że z nią nie pogrywa. Nie mógłby tak skutecznie psocić w szkole, gdyby nie znał się na oszukiwaniu.
- Najpierw kochaj się ze mną, żeby odnowić naszą więź! – zażądała. To tylko małe, niewinne przemilczenie, powiedziała sobie. Wzięła eliksir, który dziesięciokrotnie zwiększył jej płodność. Tej nocy zrobią dziecko, nowego dziedzica Potterów.
- Nie – odparł stanowczo James, choć bez gniewu czy obrzydzenia.
- Dlaczego nie, do cholery?! – spytała ostro Bellatrix, przystawiając mu różdżkę do gardła. Była wściekła, ale on nie okazał cienia niepokoju. Szanowała to, nawet jeśli w tej chwili doprowadzało ją to do szału.
- Ponieważ, moja droga, nie prześpię się z kobietą, której nie kocham… jeszcze – to ostatnie słowo nieco przytępiło jej gniew. Odsunęła się od niego i przyjrzała mu się podejrzliwie.
- Jeszcze? – powtórzyła, żeby się upewnić.
- Jestem czarodziejem czystej krwi, a nie jakimś mugolskim słabeuszem, który nie potrafi kontrolować swojego pożądania. Ciągle nie pamiętam jak się w tobie zakochałem – wyjaśnił jej cierpliwie.
- Po prostu otwórz przede mną swój umysł, kochanie. Na pewno zdołam odblokować twoje wspomnienia o nas obojgu – niemal go błagała. Była tak blisko, by mieć wszystko czego chciała. Tuż, tuż.
- Nie, chcę to zrobić we właściwy sposób. Tak jak na to zasługujesz. Bella, pozwól mi na ten honor, bym mógł się w tobie zakochać ponownie. Chcę ci się oddać w całości. Powinienem być zły na ciebie za to, co kazałaś mi oglądać, ale wiem, że zrobiłaś to z miłości. Jesteś kobietą, którą chcę poznać. Proszę, bądź cierpliwa i zaufaj mi tak, jak ja ci ufam. Dojdziemy tam i tym razem już nikt nas nie rozdzieli – błagał ją James. Cały opór Lestrange zniknął, gdy jej serce kompletnie przekonało jej bystry umysł.
- Dobrze, ukochany. Mogę poczekać, ale niech to nie trwa za długo. Jestem kobietą i mam swoje potrzeby, które tylko ty możesz spełnić – powiedziała mu Bellatrix i chciała go pocałować, ale drzwi stanęły otworem i do środka wpadła jedna z jej asystentów.
- Carrow wróciła i ma ze sobą więźnia. Czarny Pan chce natychmiast widzieć ciebie i Pottera w komnacie tronowej – powiedziała zdenerwowana dziewczyna, która nie skończyła chyba jeszcze dwudziestu lat. Mściwość Lestrange była świetnie znana.
- Kogo pojmała? – warknęła Bellatrix na niechcianego gościa. Właśnie planowała namiętnie wycałować swojego związanego mężczyznę. Lepiej żeby Czarny Pan miał dobry powód, dla którego ją od tego odciągał.
- Lily Potter! – odpowiedziała asystentka i wybiegła.
W następnym rozdziale:
- Lily i spółka atakują kwaterę Voldemorta
