Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 46

Pansy odrzuciła przykrycie i zauważyła, że jej ciało wróciło do normalnej postaci. Cieszyło ją to, a jeszcze bardziej, że już nigdy nie będzie musiała wcielać się w Longbottoma. Niezależnie od tego jak fascynujące było wcielenie się w osobę płci przeciwnej. Jej matka zawsze powtarzała, że lepiej dawać niż brać. No cóż, tej nocy na pewno dała więcej niż otrzymała. Sądząc po okrzykach rozkoszy jej partnerka zaliczyła najlepszy seks w życiu. Dziewczyna pieprząca się w ciele faceta to niesamowite wrażenie. Obok niej leżała naga i bardzo usatysfakcjonowana Romilda Vane.

- Jasna cholera, Parkinson, co w ciebie wstąpiło?! Myślałam, że miałaś tylko mi się oświadczyć jako Neville? – spytała Romilda, łapiąc oddech. Parkinson była w łóżku sto razy lepsza niż Longbottom. Czy to czyniło z niej lesbijkę? Nie, kiedy się pieprzyli, ona miała ciało Neville'a. Ale przecież cały czas Romilda wiedziała, że to Parkinson. A zresztą chrzanić to. Po raz pierwszy w życiu miała wielokrotny orgazm. Vane uznała, że nie ma co sobie łamać nad tym głowy. Lepiej leżeć sobie w postcoitalnej błogości.

- Wydaje mi się, że to ja byłam w tobie, Vane. Musiałyśmy to jakoś uwiarygodnić, nie? Nie zamierzam ryzykować, jeśli w grę wchodzi Augusta Longbottom. Tyle się darłaś, ale nie usłyszałam nawet słowa skargi. A teraz może zabierz tą swoją porządnie wyruchaną dupę do Wieży Griffindora a ja zobaczę czy Snape może się dla nas pozbyć tego ciała – powiedziała Pansy, ubierając się pospiesznie. Romilda potrzebowała nieco więcej czasu, by wdziać szkolne szaty. Przez większość nocy to ją zadowalano i czuła ogromne zmęczenie.

Usłyszała, jak zamykają się drzwi za Parkinson i opadła z westchnieniem na łóżko. W co ona się do cholery wpakowała? Powiedziano jej, że ma w tym roku być dziewczyną Longbottoma, jeśli chce jeszcze kiedyś zobaczyć swojego małego braciszka. Potem kazali jej uprawiać z nim seks, a teraz jeszcze to. Z każdym oddechem osuwała się coraz głębiej w otchłań. Kiedy patrzyła w lustro, widziała nim obcą osobę i to taką, z którą nie chciałaby oglądać swojego braciszka.

Kiedy zastanawiała się nad ostatnimi wydarzeniami ze swojego życia, ciało Neville'a Longbottoma powoli usiadło i spojrzało na nią. Na jego twarz wpłynął złowieszczy grymas przypominający nieco uśmiech. Powoli wstał i podszedł cicho do łózka, na którym wciąż leżała dziewczyna. Uniósł różdżkę chłopaka, która leżała na stoliku przy łóżku. Zdumiał się jej brakiem mocy. Będzie musiał ją wymienić i wiedział już, po czyją różdżkę sięgnie. Ale na razie musiała wystarczyć. Usiadł na łóżku i przeciągnął różdżką po brzuchu półnagiej dziewczyny. Nie otwierała oczu i zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie zasnęła. Ale wtedy ona jęknęła.

- Znowu? Nie masz jeszcze dosyć? Na Merlina, jestem tylko człowiekiem – warknęła Romilda, odtrącając dłoń z różdżką bez otwierania oczu. Ta powalona nimfomanka znów była napalona? Nie miała teraz na to ochoty.

- Ja dopiero zaczynam, moja droga – wysyczał w języku węży lodowaty głos. W przeciwieństwie do innych sytuacji, kiedy Neville używał tego okropnego języka, teraz Romilda rozumiała każde słowo. Uniosła gwałtownie powieki i spojrzała prosto w krwistoczerwone gadzie ślepia.


- Dzięki, że mnie sprowadziłaś z powrotem. Byłem trochę zagubiony – przyznał Harry i pocałował ją w szyję w tym miejscu, które zawsze wywoływało u niej jęk rozkoszy. Objął ją mocniej, gdy wtuliła się w niego. Ginny podobało się, jak świetnie zna jej ciało i odchyliła głowę, by ułatwić mu dostęp do swojej szyi. Wciąż siedzieli w wannie, choć nie miała pojęcia jakim cudem przetrwała ona szaleńczy seks ich hybrydowych form i Harry delikatnie ją obmywał. Co prawda od pewnego czasu zaczęło to przypominać raczej grę wstępną. Nie żeby Ginny zamierzała narzekać, bo uczucie było zajebiste.

- Takie moje zadanie kochanie… oooch, to było dobre – jęknęła Ginny, odchylając głowę w górę. Sięgnęła przez ramię i przyciągnęła jego głowę do siebie. Spojrzała mu głęboko w oczy i kontynuowała: - Tak jak twoim zadaniem jest robienie… tego. O drogi Merlinie, rób to, nie przestawaj – jęknęła Ginny i wynagrodziła go łapczywym pocałunkiem.

- A ja myślałem, że moim zadaniem jest chronienie ciebie… i to – zażartował. Ginny obróciła się i spojrzała na niego. Miała ochotę znów go dosiąść, ale wiedziała do czego to doprowadzi, a ciągle czuła się jeszcze lekko obolała po poprzednim. Ta cała kąpiel miała pozwolić im ochłonąć, ale nie do końca to zadziałało. Ciągle pozostawało kilka rzeczy, które musiała mu powiedzieć.

- Teraz chronimy się nawzajem. Czy nie to symbolizuje ten znak? – spytała Ginny, przesuwając palcem po miejscu, w którym naznaczyła Harry'ego na swojego partnera.

- Tak, zapewne to – odpowiedział Harry z uśmiechem i zamknął oczy, ciesząc się przyjemnym uczuciem wywołanym przez jej pieszczotę. – Byłem w mrocznym miejscu, ale ty przywołałaś mnie do domu. Teraz myślę jaśniej. Chociaż po tym jak zająłem się naszym orczym problemem, może centaury wreszcie zmobilizują się do walki. Słyszałem, że zwołują Radę Starszych. Wydaje mi się, że zamierzają odbić Las.

- Idealnie! Madam Bones chciała, żebyśmy z Daphne nawiązały z nimi kontakt. Najwyraźniej uważa, że lepiej zareagują na mnie niż na urzędnika z Ministerstwa.

- I ma rację. Wieści o tym, co z Daphne zrobiłyście dla jednorożców, dotarły już do najdalszych zakątków Lasu. A poza tym akromantule opuściły swoje terytorium, więc teoretycznie należy ono do was. Rada to uszanuje.

- A po tym co zrobiłeś z nieproszonymi gośćmi żadne inne stado nie ośmieli się go zająć.

- Racja.

- A poza tym byłoby to idealne miejsce dla pozostałych Huncwotów do trenowania swoich form animagicznych.

- Weźcie ze sobą Helgę i zaproponujcie wsparcie armii goblińskiej. Albo lepiej, pójdzie z tobą Cień, o Królowo Lasu.

- Jak będziesz pyskował, Dupku, to długo nie powtórzymy tego co było przed chwilą.

- Bo ty jesteś żywym wcieleniem wstrzemięźliwości, Flirciaro.

- Ej, nie wolno ci sprawdzać mojego blefu, palancie!

- Huncwot, pamiętasz?

- Dupek – stwierdziła Ginny, wtulając się w niego.

- Flirciara – odparł Harry, a jego dłonie znów zaczęły wędrować.

- Nie zmieniaj tematu – jęknęła niechętnie, usiłując sobie przypomnieć o czym właściwie chciała z nim rozmawiać.

- Jesteśmy nago w wannie. Ile właściwie tematów chcesz poruszyć? – spytał sugestywnie unosząc brwi.

- Racja. Wytrzyjmy się i ubierzmy, a potem będziemy rozmawiać – powiedziała Ginny, wychodząc z wanny.

- I właśnie dlatego nazywam cię Flirciarą.

Hary rozparł się wygodnie w wannie i z przyjemnością obserwował, jak ona się wyciera. Ginny zerknęła na wodę, która zaczęła wrzeć. Harry błyskawicznie wyskoczył z wyrazem rozczarowania na twarzy.

- Nie pieprz.

- Naprawdę tego chcesz, kochanie?

- Wiesz co, w słowniku obok słowa „niepoprawny" powinno być twoje zdjęcie – zganiła go Ginny i wycelowała w niego różdżką.

- I jestem z tego dumny – odparł z uśmieszkiem. Ginny machnęła zrezygnowana ręką i wyczarowała dla niego ubrania. Popatrzył na nie, a potem na nią. Popatrzyła na niego prosząco, więc zrobił co chciała. Kiedy się ubierał, Ginny z uśmiechem potrząsnęła głową. Dobrze mieć go z powrotem, nawet jeśli czasem doprowadzał ją do szału.

- Chyba najlepiej będzie jeśli pójdziemy do centaurów jutro, kiedy będą tu aurorzy – zaproponował Harry, siadając obok Ginny.

- Właśnie, przecież nie chcemy, żeby Dumbledore dodał dwa do dwóch, co? Co z oczu to z serca i tak dalej. Musisz też pójść pogadać z Lily. Nie patrz tak na mnie, Harry. Wiesz, że nie można tego tak zostawić.

- I kto to mówi. Dogadałaś się już z Molly?

- To coś innego i świetnie o tym wiesz. To…

- Skomplikowane – dokończył Harry i uścisnął jej lekko dłoń.

- Właśnie. Słuchaj, macie z Lily świetne relacje i jestem o nie bardzo zazdrosna. Uwierz mi, nie chciałbyś, żeby zmieniło się to w to co ja mam z… tą kobietą – dokończyła Ginny z niechęcią. Harry zauważył, że nie potrafi dłużej nazywać Molly mamą czy nawet matką. Miał niepokojące przeczucie, że problem sięgał głębiej niż Ginny była skłonna się przyznać. Postanowił na razie zostawić to w spokoju i zmienić temat.

- Miałem czas trochę o tym pomyśleć. Nie dam rady go uratować, prawda? – spytał Harry z smutkiem, który zranił Ginny. Stłumiła potrzebę, żeby powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, tylko żeby ująć mu nieco brzemienia. Nie posłużyłoby mu to na dłuższą metę i zasługiwał na coś lepszego od swojej partnerki.

- Nie, jeśli zamierzasz grać według zasad Toma – odpowiedziała cicho. – Ale czy to nie ty powiedziałeś mi, że Huncwoci grają według własnych zasad? Musisz przestać myśleć jak syn, a zacząć myśleć jak Huncwot. Co gdyby to tobie robili pranie mózgu? Zabiłbyś mnie? – spytała Ginny. Wiedziała że jest brutalna, ale musiała to zrobić. Musiał to zobaczyć z punktu widzenia jego rodziców.

- NIE! Walczyłbym całym sobą. Jeśli nie mógłbym uciec to bym ich oszukał, że im się udało. Jeśli to by mi się nie udało, zmusiłbym ich, żeby mnie zabili, żeby cię chronić.

- Właśnie, bo kochasz mnie dokładnie tak, jak ja kocham ciebie. Tom nie ma pojęcia co to słowo naprawdę znaczy. Wiem jak on myśli. Na Merlina, chciałabym tego nie wiedzieć, ale wiem.

- No dobra, ale dalej nie rozumiem jak to ma pomóc mojemu ojcu.

- Ponieważ, kochanie, uratowanie go nigdy nie było twoim zadaniem. Mogę ci to powiedzieć z absolutną pewnością. Gdybym straciła cię na szesnaście lat, a oni sprowadziliby cię z powrotem nic, powtarzam, nic ni utrzymałoby mnie z dala od ciebie. Nawet nadopiekuńczy syn. Lily nie potrzebuje twojej ochrony tylko twojego wsparcia – wyjaśniła Ginny i patrzyła, jak trawi jej słowa. Z przystojnej twarzy Harry'ego odpłynął cały kolor. Zeskoczył z kanapy i popędził do Mapy Huncwotów 3D.

- Pokaż Lily Potter! – zawołał Harry, który wiedział, że jego mama powinna już wrócić. Nic się nie stało, co jasno wskazywało, że kobiety nie było na terenie szkoły. – Pokaż Emmę Potter! – znów nic. Nie wróciły z Grimmauld Place. Harry wiedział, że jego mama zatrzymała tam Emmę, bo ruszyła na misję i nie chciała, żeby on o tym wiedział. Harry zaklął, wściekły, że nie pomyślał o tym wcześniej. – Vonda!

Z cichym pyknięciem tuż obok niego pojawiła się osobista skrzatka jego mamy. Od razu dostrzegł jej zapuchnięte i czerwone oczy. Zły znak. Widząc jej zmartwienie poczuł kulę wielkości pięści, która stanęła mu w gardle.

- Gdzie moja matka? – spytał Harry tak ostro, że Ginny drgnęła. Trzeba Vondzie przyznać, że wciąż stała bez ruchu. Wzięła głęboki wdech i odpowiedziała Lordowi Rodu Potterów:

- Zostałam poproszona, by tego panu nie mówić, panie Harry.

- Rozkazuję ci, powiedz mi! – warknął Harry.

- Tylko lady Potter może mi to rozkazać i świetnie pan o tym wie, panie Harry – odpowiedziała Vonda, ale mówiąc „Lady Poter" spojrzała na szyję Ginny dokładnie w miejscu, w którym Harry ją naznaczył. Ginny uznała to za dziwne, ale jej uwagę odciągnęła burza emocji, którą zdradzał napięty głos Harry'ego.

- Vondo, proszę – błagał Harry, a po policzku skrzatki spływały łzy. Zamknęła oczy i wzięła następny głęboki wdech, szykując się do odpowiedzi. Gdy uniosła powieki, wpatrywała się wprost na znak na szyi Ginny.

- Jak już powiedziałam, panie Harry, tylko Lady Potter może nakazać mi ujawnienie tego, co proszono mnie utrzymać w tajemnicy – odpowiedziała Vonda z naciskiem na słowa „Lady Potter" i „proszono". Tym razem Ginny zrozumiała ukryty przekaz. Przeciągnęła palcem po skórze, na którą z takim naciskiem patrzyła Vonda. Lojalna skrzatka domowa skinęła głową w odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie jej nowej pani. Ta odpowiedziała skinieniem głowy.

- Rytuał przyjęcia przeprowadzimy innym razem, Vondo. Na razie proszę, odpowiedz na pytanie mojego partnera – Ginny wydała swój pierwszy rozkaz jako nowa Lady Potter i stanęła u boku swojego męża, choć więź tą tworzyły wyłącznie magia i miłość.

- Jak sobie życzysz, Lady Potter. Pani Lily udała się po swojego męża, ale nie poszła sama – wyjaśniła Vonda z ukłonem, zadowolona, że mogła zrzucić z siebie to brzemię. Harry przeniósł spojrzenie z Vondy na Ginny, a potem znowu na Vondę.

- Serio? Twoja magia rozpoznaje w Ginny Lady Potter? – spytał jednocześnie zszokowany i uszczęśliwiony. Vonda z dumą skinęła głową następnemu Lordowi i Lady Potter. Ginny wiedziała, że Mrużka nie będzie zachwycona swoją degradacją, ale honor służenia szlacheckiemu Rodowi na pewno jej to wynagrodzi. W tej samej chwili Ginny postanowiła, że jeśli kiedykolwiek doczeka się córki, przydzieli jej Mrużkę jako osobistą skrzatkę.

- Chyba będziemy musieli to sformalizować, kiedy wrócę… kiedy wrócimy – zająknął się Harry. Ginny zmarszczyła brwi, ale uśmiechnęła się, kiedy się poprawił. Od tej chwili siedzieli w tym razem.

- Czy potrzebujemy wiedzieć coś jeszcze co ty wiesz? – spytała Ginny swojej nowej skrzatki. Podkreśliła „my". Teraz to była jej rodzina i będzie jej broniła całej, jak i każdego członka z osobna. Vonda nie znała żadnych szczegółów operacji. Jedynie uczestników i godzinę, o której wyruszyli.

- Ostatnie pytanie, Vondo. Czy moja mama miała na sobie pelerynę, którą kazałem dla niej zrobić? – spytał Harry. Mała skrzatka uśmiechnęła się i odpowiedziała z naciskiem:

- TAK!


Wszyscy wiedzieli, że Czarny Pan lubi, kiedy jego zwolennicy boją się jego wściekłości i ślepo wypełniają jego wolę. Wszyscy o tym wiedzieli i przez lata dostosowali odpowiednio swoje zachowanie. Jednak Śmierciożercy nie zdawali sobie sprawy, że Voldemort wolał, żeby jego wrogowie byli silni i stawiali mu opór. To czyniło ich upadek o wiele bardzie satysfakcjonującym. Jednak niezmiernie rzadko napotykał przeciwnika, który stanowiłby godne wyzwanie.

Kiedy ostatni raz spotkał na swojej drodze Lily Potter, kobieta od samego początku błagała go o oszczędzenie życia jej bachora. Żałosne i odrażające widowisko. Snape tak mocno prosił o oszczędzenie jej życia, że można by pomyśleć, że jest w niej coś więcej niż uroda. Wszystkie raporty, które otrzymał, wskazywały, że kobieta była utalentowaną czarownicą. Okazało się, że nie różniła się niczym od innych, którzy korzyli się przed jego wielkością, ale od tamtego dnia minęło trochę czasu.

Kobieta, która przed nim teraz stała, stanowiła żywe odbicie Gryffindora. Wyprostowała ramiona, a głowę trzymała prosto pełna godności. Szmaragdowe oczy płonące czystą nienawiścią bez lęku patrzyły w jego czerwone ślepia. Na jej twarzy zamarł lodowaty wyraz niechęci, który ani trochę nie umniejszał jej urody. Dużo czasu minęło, nim ktoś się na to odważył. Niezwykłe, biorąc pod uwagę, że stała związana w pomieszczeniu wypełnionym ludźmi, którzy zabiliby ją za to tylko, że przyszła na świat. Voldemort to szanował i na jego twarz wypłynął powolny uśmiech. W rzeczy samej, złamanie jej przyniesie wiele satysfakcji.

Nawet w wewnętrznym kręgu Voldemorta mało kto zasłużył sobie na jego szacunek. Na przykład kobieta stojąca tuż za Potter. Bezlitosna Alecto Carrow niegdyś mogła rywalizować z Bellatrix swoją brutalnością. Jednak straciła w jego oczach, gdy dała się schwytać.

Z reguły gdy Alecto pojmała więźnia, długo się z nim bawiła. Po Lily Potter nie było widać żadnych śladów tortur. Nawet jednego zadrapania na jej ślicznej buźce. Coś mu nie grało. Alecto dała się pojmać szlamie. Już tylko to było niewybaczalne, ale ktoś zdradził wrogowi lokalizację ich kryjówek, a tym kimś była Alecto. Jeśli myślała, że uniknie dnia w Jamie, przyprowadzając Lily Potter, to się grubo myliła.

- Wygląda na to, że moja Śmierciożerczyni marnotrawna zechciała do nas powrócić. Moja droga, gdy Kassar napadł na twój dom, obawialiśmy się najgorszego. Ciekawi mnie, gdzie podziewałaś się przez cały ten czas? Biedny Amycus od zmysłów odchodził z żalu. Będzie bardzo zadowolony słysząc, że wróciłaś względnie nietknięta… na razie – syknął Voldemort, a dolna warga kobiety zadrżała.

- Na razie, mój panie?

- Twój los zależy od odpowiedzi, których mi zaraz udzielisz – ostrzegł ją, gładząc złowieszczo swoją różdżkę.

- A… ale mój panie. Przywiodłam ci Lily Potter. Jedną z dwudziestu najbardziej poszukiwanych na twojej liście. Czy to nie powinno wynagrodzić mojej nieobecności?

- A co ze wszystkimi twoimi towarzyszami broni, którzy zginęli w atakach Ministerstwa? Ktoś zdradził ich kryjówki! A co do Potter, to nie pomyślałaś, że może pozwoliła ci się pojmać i ma jakieś własne plany? Nie wygląda ani trochę gorzej niż ty! – warknął jadowicie Voldemort, a kobieta cofnęła się kilka kroków.

- Byłam więźniem ponad miesiąc. Black zaatakował mój umysł. Walczyłam z całych sił. Nigdy bym cię dobrowolnie nie zdradziła, mój panie. Tylko dzięki mojemu sprytowi udało mi się uciec. Podczas mojej niewoli zebrałam cenne informacje na ich temat i przynoszę ci nie tylko więźnia, ale i dar – błagała Alecto, wyciągając szeroki miecz z herbem rodowym. Voldemort wyrwał go z jej rąk i przyjrzał się uważnie.

- Rodowy miecz Blacków, dobra robota, Alecto. To faktycznie cenny dar. Wytargowałaś sobie pięć minut. Masz ten czas, żeby się bronić. Użyj go mądrze – ostrzegł Voldemort. Wręczył miecz swojemu osobistemu skrzatowi domowemu. To stworzenie znacznie przekraczało rozmiarami zwykłego skrzata. Nie bez powodu. Stworzyły go eksperymenty Czarnego Pana. W jego ciele wycięto mroczne i starożytne zakazane runy, które teraz stały się bliznami lśniącymi mocą buzującą wewnątrz.

Stwór zabrał miecz i udał się do skrytki swojego pana na trofea. Tylko on i Voldemort mieli do niej dostęp. Komnatę oświetlało słabe światło, a uwaga wszystkich skupiła się na Carrow, Potter i Czarnym Panu. Nikt nie zwrócił uwagi na dwa komplety zakameleonowanych łap, które podążyły za skrzatem.

Alecto nie traciła czasu i wyjaśniała swoje pojmanie, niewolę i ucieczkę z tyloma szczegółami, ile potrafiła przywołać. Ewidentnie wiele rzeczy zostały wymazanych z jej umysłu. Czarny Pan zanotował w pamięci, żeby później zlecić wydobycie tych informacji Bellatrix. Czuł coraz większą niechęć do Carrow i rosnący szacunek do Potter. To nie ta sama kobieta, która stanęła przed nim w pokoju jej syna. To oczywiście nie zmniejszyło jego nienawiści do niej i wszystkiego co reprezentowała. Jednak nie dało się zaprzeczyć, że kobieta posiadała siłę charakteru rzadko spotykaną na tym świecie.

- Potter, czemu pozwoliłaś jej uciec? Zastanawiam się po co tak naprawdę tu przyszłaś? – spytał Lily, ucinając wyjaśnienia Carrow. Czas wydobyć prawdę o rudowłosej czarownicy. Lily uśmiechnęła się złośliwie, ale nie odpowiedziała. Zamiast niej przemówiła Carrow.

- Ale mój panie…

- CISZA! Widzę przecież, że z twojego mózgu wymazali wszystko, co mogłoby mi się przydać. Dziesięć godzin w Jamie powinno ci przypomnieć o cenie, jaką płaci się za porażkę. Potem Bella postara się wyciągnąć z ciebie coś pożytecznego. Zejdź mi z oczu – warknął Voldemort, a dwóch jego Śmierciożerców odciągnęło kobietę. Trzeba jej jednak było przyznać, że potrafiła przyjąć karę z godnością czarownicy czystej krwi.

- Potrafię iść sama, dziękuję bardzo! – warknęła Carrow do ciągnącej ją do Jamy dwójki.

- Może jest jeszcze dla ciebie nadzieja, Alecto. Zobaczymy czy uda ci się odzyskać twój honor – powiedział Voldemort i pokazał eskorcie, żeby pozwolili kobiecie iść o własnych siłach. Alecto Carrow wyszła z sali energicznym krokiem bez wahania. Odprowadzający ją nigdy nie widzieli, żeby ktoś szedł przyjąć karę z taką ochotą.

- Co do ciebie, Potter, cierpliwość mi się kończy. Masz mi odpowiedzieć na pytania i to natychmiast! – rozkazał, a Jugson zbliżył się do niej z wyciągniętą różdżką gotowy ukarać szlamę, jeśli nie będzie traktowała Czarnego Pana z należytym szacunkiem.

- Przyszłam po mojego męża, a co myślałeś? – spytała Lily z westchnieniem, jakby tłumaczyła coś oczywistego. – Gdybyś mógł się na coś przydać i go przyprowadzić, byłoby miło. Niespecjalnie podoba mi się wystrój twojego domu i robi się dość późno. Chciałabym zakończyć wymianę jeńców bez zbędnych nieprzyjemności – skonkludowała bezczelnie, podkreślając ostatnie słowo, jakby to była groźba. Jej śmiałość wywołała wybuch śmiechu zgromadzonych Śmierciożerców.

- Ta kobieta jest porąbana, jeśli myśli, ze coś takiego się stanie.

- Ta idiotka myśli, że jej mąż żyje.

- Trzeba nauczyć tego szlamowatego śmiecia gdzie jej miejsce.

Lily ich zignorowała. Nie spuszczała wzroku z mężczyzny, który odebrał jej Jamesa. On sam wydawał się lekko zaskoczony i rozbawiony jej śmiałością.

- Przyznam ci to, szlamo. Zrobiłaś się twardsza, odkąd ostatni raz się widzieliśmy. Wtedy bełkotałaś jak to zrobisz wszystko, byle bym oszczędził życie twojego bachora. To było obrzydliwe widowisko – zakpił Voldemort, ale odpowiedziała mu tylko lodowata cisza, więc kontynuował: - Czy mam zakładać, że to dzięki nieobecności Glizdogona posiadasz wiedzę na temat działań jego i Bellatrix? Jak widzisz nawet mój wewnętrzny krąg tego nie wiedział.

- Kobieta ma swoje sposoby, a ignorancja twojej bandy butolizów to nie mój problem. Interesuje mnie tylko powrót mojego męża, a kończy mi się cierpliwość – odparła Lily, tupiąc z niecierpliwiona o podłogę.

- Tak, Severus opowiadał mi i każdemu kto chciał słuchać o twoich sposobach – zaśmiał się, a pozostali mu zawtórowali. Lily nie zniżyła się do odpowiedzi. Oboje znali prawdę, a kompletnie jej nie obchodziło, co myślą butolizy. – Może zechcesz mi wyjaśnić jak zamierzasz wymienić jeńców, skoro nie masz żadnego na wymianę?

- Kto powiedział, że nie mam jeńca? – spytała Lily, unosząc brew. W następnej chwili jej więzy opadły, a ona zawirowała najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Założyła dźwignię na ramię Jugsona i położyła przedramię na jego łokciu. Jednym płynnym ruchem rozbroiła go i złamała mu łokieć. Zaklęcie kościołamacza wyłączyło z walki drugie ramię wrzeszczącego mężczyzny. Lily stanęła tuż za nim, wpychając mu czubek własnej różdżki pod brodę. Potem, korzystając z jego ciała jako żywej tarczy, wycelowała w Voldemorta. – Co mówiłeś?


To Mroczny Znak Pettigrewa pozwolił Billowi Weasleyowi stworzyć tylne wejście do osłon wokół bazy Voldemorta. Carrow dostarczyła lokalizacji i włosa, by Cissy mogła się w nią wcielić. W normalnej sytuacji Carrow zostałby dokładnie przesłuchana przy użyciu bardzo nieprzyjemnych metod co do jej absencji. Jednak przyprowadzenie Lily Potter jako więźnia pozwoliło jej ominąć zwykły protokół i uzyskać bezpośrednią audiencję u samego Voldemorta. Wężogęby sukinsyn stanowił najkrótszą drogę do Jamesa.

Niestety Bill musiał zostać, żeby utrzymywać otwarte wejście, co miało im pozwolić na ucieczkę. Wymagało to użycia wszystkich jego umiejętności profesjonalnego łamacza klątw. Cissy i Pettigrew byli na zewnątrz, a po okolicy kręciły się patrole, więc Fleur została, żeby chronić swojego narzeczonego.

Strażnicy, którzy prowadzili zamaskowaną Cissy i jej więźnia do wężowej jamy nie zauważyli dwóch zakameleonowanych psów i pogromcy smoków pod pożyczoną peleryną niewidką, którzy podążali za nimi bezgłośnie. Syriusz wolałby ich zdjąć od razu, ale nie chciał za wcześnie zaalarmować reszty co do ich obecności.

Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Lily zajmowała większość wrogów, a skrzat domowy Voldemorta wiódł ich do prywatnej skrytki skurwiela. Przy odrobinie szczęścia i zgrania czasowego uda im się nie tylko zniszczyć horkruks, ale i zabić całą masę butolizów.

Skrzat domowy którego śledzili, wydzielał bardzo niepokojący zapach. Gabriella miała złe przeczucia, biorąc pod uwagę kim był jego pan. Będą musieli być przy nim ostrożni. Prowadził ich coraz głębiej w trzewia starego zamczyska. Zatrzymał się dopiero przed obrazem przedstawiającym sławetną bitwę Salazara Slytherina i Godryka Gryffindora u bram Hogwartu. Czubek palca skrzata zalśnił czerwienią. Dotknął czubka różdżki Slytherina. Wystrzeliła z niej klątwa zielonej barwy, która pomknęła przez płótno, aż trafiła w Gryffindora. Srebrny duch wyrwał się z ciała wielkiego czarodzieja i został wchłonięty przez różdżkę Salazara. Czarny mag odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem szaleńca.

Tak Syriusz jak Gabriella wiedzieli, że nie tak się skończyła ta bitwa, ale ujawniło im to nieznaną prawdę na temat zasady działania Zaklęcia Śmierci. Skrzat pchnął płótno, a ono uchyliło się na zawiasach, ujawniając skrytkę zawierającą najcenniejsze trofea Voldemorta. Stwór wyczarował postument i złożył na nim miecz Rodu Blacków. Na jego nieszczęście była to fałszywka, która stanowiła ich asa w rękawie, gdyby wszystko miało pójść się walić. Jeśli Huncwoci mieli zginąć, planowali zabrać ze sobą przeklęty horkruks i tak wielu tych sukinsynów ile zdołają.

Łapa wśliznął się do skrytki za wiernym sługą Tyłkogłowego, a Kieł ujawniła się i zawyła. Tak jak się spodziewali, mały stwór wyszedł sprawdzić co wywołało ten hałas. Korzystając z dywersji Gabrielli, Syriusz zmienił się w człowieka, złapał fałszywy miecz i transmutował go z powrotem w bombę omega. Została zaprojektowana przez mugoli, ale nafaszerowali ją wystarczającą ilością magii i jadu bazyliszka, żeby zniszczyć horkruks.

Syriusz dorastał w rodzinie zajmującej się czarną magią, więc znał artefakty mrocznej mocy. Sądząc po aurze niektórych przedmiotów zgromadzonych w skrytce moc tej bomby mogła się jeszcze zwiększyć. Bez zwłoki nastawił mechanizm zegarowy.


5:00


Pojawiło się na zegarze. Syriusz wycofał się pospiesznie i zamknął za sobą drzwi do skrytki. Mały skrzat głaskał ładnego pieska, ale słysząc dźwięk obrócił się i nagle ujrzał odzianego w pelerynę mężczyznę, którego twarz zakrywała maska Ponuraka. Zaklęcie pamięci Syriusza trafiło go prosto w głowę i oczy stwora zamgliły się na moment. Nagle zaczął rosnąć, aż osiągnął wzrost o dwie głowy wyższy niż Syriusza i karcąco pokiwał palcem.

- O w mordę! Nie jest dobrze – westchnęła Gabriella, zmieniając się w człowieka.

James i Bella minęli się z Carrow odprowadzaną do Jamy. Kobiety mijając się w ciasnym przejściu zaszczyciły się tylko lekkim skinięciem głowy. James popatrzył na nią ciekawie i wciągnął głęboko powietrze. Na jego twarzy na ułamek sekundy pojawił się lekki uśmiech. Obie grupy szły w swoją stronę bez dalszej interakcji. Carrow odezwała się dopiero, gdy dotarli do podstawy schodów.

- Nie wiem chłopcy, czy o tym słyszeliście, ale wzięłam sobie ostatnio kochanka – stwierdziła Alecto beztrosko.

- A czemu mielibyśmy się troszczyć czy wzięłaś kochanka, kobieto? – spytał jeden ze strażników rozdrażniony jej słowami.

- Duży, zachwycający, młody chłopak, pracuje jako Pogromca Smoków – kontynuowała Carrow, ignorując mężczyznę.

- Jak powiedział, co nas to obchodzi? – warknął drugi. Alecto zatrzymała się i popatrzyła na nich z figlarnym uśmiechem.

- Ponieważ chłopcy, a słuchajcie dobrze, bo ta część odnosi się do was bezpośrednio, jest bardzo nadopiekuńczy i ma dostęp do peleryny niewidki – wyjaśniła Carrow, nie patrząc na nich lecz za nich. Pojawiły się dwie duże dłonie, najwyraźniej nie połączone z jakimkolwiek ciałem i z rozmachem zderzyły o siebie głowy Śmierciożerców. Trzasnęło i obaj osunęli się na podłogę.

- A poza tym oni są idiotami – uzupełnił Charles. Cissy wyciągnęła rękę i ściągnęła z niego pelerynę Jamesa. Złożyła ją starannie, podczas gdy Charlie uwalniał strażników od ich szat. Cissy zdjęła zamaskowany prochowiec ze skóry bazyliszka, który dostała od Syriusza i wręczyła swojemu kochankowi. Ten złapał ją i przytrzymał otwarty, podszewką w stronę Narcyzy. Kobieta sięgnęła w marszczący się materiał i wyciągnęła Remusa oraz jego żonę. Oboje szybko ubrali szaty powalonych Śmierciożerców. W ciszy Cissy zaklęła twarz Remusa, by wyglądał na jednego ze strażników. Tonks zmieniła własne ciało, by wtopić się w grono zwolenników Voldemorta.

- Charlie, zostań pod peleryną Jamesa – polecił Remus. – Liczymy, że twoje imponujące zaklęcie unieruchamiające utrzyma większość nich z dala od walki.

Jego żona właśnie rzucała iluzje na Cissy, by jej twarz wyglądała jak drugiego ze strażników, a jej prochowiec jak szata Śmierciożercy.

- Musimy się pospieszyć i wtopić się w tłum. Bella i James są już w drodze – poinformowała ich Cissy i zaczęła biec w stronę, a której przyszli.

- Widziałaś Jamesa? Czy on… wyglądał normalnie? – spytał Lupin, dotrzymując jej kroku. Charlie i Tonks biegli za nimi.

- Miał blade oczy, ale poza tym to był nasz Jimmy – odpowiedziała Cissy, używając zdrobnienia, którym zawsze się do niego zwracała. Tylko jej wolno było go tak nazywać. I to od czasu gdy mieli po trzy lata i bawili się razem w piaskownicy, zanim ta głupia wojna stała się problemem, a ich mamy wciąż jeszcze były przyjaciółkami.

- Chyba czegoś mi nie mówisz, Cissy? – spytał z troską Remus.

- Chodzi o Bellę – Cissy potrząsnęła głową. – Miała taki wyraz oczu. Chyba sprawy się trochę skomplikują – podsumowała, czując niepokój.

Nie uszło jej uwagi, że jej siostra trzymała się z Jimmym za ręce ani sposób, w jaki patrzyła na niego kątem oka. Po raz pierwszy uśmiech na jej twarzy nie był przewrotny, ale kochający. Miała naprawdę złe przeczucia. Ten dzień skończy się bardzo źle albo dla jej siostry albo dla jej najlepszej przyjaciółki.


4:15


Siedem różnych klątw trafiło Lily w plecy, wywołując oślepiający błysk. Mieszanina kolorów i huk wywołałyby podziw widzów każdego pokazu fajerwerków, gdyby nie złowieszcze pochodzenie. Jednak nikt z nich nie spodziewał się, że ta kobieta po wszystkim będzie wciąż stała. Za to Jugson nie przetrwał ataku i leżał u jej stóp rozerwany na strzępy.

- Przestańcie! Łaskocze! – zakpiła Lily szelmowsko. W przeciwieństwie do Harry'ego i Syriusza, Lily lubiła, gdy jej ubranie ochronne miało tradycyjny krój. Tak więc stała przed nimi jedynie w pelerynie z kapturem. Jedynym efektem, jaki wywołały klątwy, było rozproszenie zaklęcia maskującego.

- Jak śmiesz! – ryknął z przyganą Voldemort. Natychmiast rozpoznał skórę bazyliszka. Ta kobieta nosiła na sobie trofeum z jednego z jego najcenniejszych i najbardziej niebezpiecznych zwierząt. Zdawał sobie sprawę, ile jej to daje ochrony. Potter nie była głupia, a jej talenty bojowe wszyscy znali.

- Możesz winić tylko siebie… Tom. O tak, wiem o tobie całkiem sporo, Riddle. Ale nie będziemy rozmawiali o twoim prawdziwym pochodzeniu. I tak wątpię, żeby mi uwierzyli – stwierdziła Lily. Musiała kupić reszcie więcej czasu, żeby zdążyli dotrzeć na pozycje i odpalić bombę. Wrogowie już wiedzieli, że nie będzie dla nich łatwym celem. Do tego nie okazywała cienia strachu przed ich panem. To musiało wyprowadzić ich z równowagi. Większość czarodziejów i czarodziejek padało na kolana w jego obecności. Ale ona nie miała zamiaru kłaniać się temu staremu fiutowi.

- Zanim przyszedłeś, szykowałam się, żeby przeżyć resztę życia z moim mężem i synem. I po co to zrobiłeś? Bo usłyszałeś kawałek przepowiedni Sybilli Trelawney? Czy przyszło ci w ogóle do głowy, żeby sprawdzić swoje źródło, zanim zniszczysz życie jakiejś rodzinie, ty dupku? Ta kobieta jest psychiczna! Ty i Dumbledore! Wiódł ślepy kulawego! Obaj jesteście tak kurewsko pewni, że świetnie wiecie, co dla nas najlepsze – Lily nie przestawała gadać, licząc że będzie mogła jeszcze trochę skupić na sobie ich uwagę. Jak na razie chyba nieźle jej szło.

- Jesteś naprawdę irytującą kobietą, Lily Potter - syknął Voldemort, usiłując znaleźć na jej ciele odsłonięty kawałek, w który mógłby wcelować klątwą. Zaczynał się zastanawiać czy Zaklęcie Śmierci dałoby jakiś efekt przez skórę bazyliszka.

- Myślisz, że ja jestem irytująca? Poczekaj aż poznasz mojego syna. Gdyby nie ty, pewnie spędziłby ten rok szkolny płatając figle i uganiając się za dziewczynami, jak jego ojciec. Wiesz, mugole mawiają, że każdy tyran ginie z rąk jednej ze swoich ofiar.

- Nie obchodzi mnie bełkot mugolskich uczonych, szlamo.

- A powinieneś, Tomusiu – zadrwiła Lily, używając imienia, którym jej syn nazywał tego skurwiela. – Uważaj na potwory, które tworzysz, bo one nigdy nie są tak posłuszne, jak ci się wydaje.

- Mój panie, wzywałeś mnie i mojego Jamesa? – spytała Bellatrix z ukłonem, nie przestając posyłać wściekłych spojrzeń w stronę Lily. Za to rudowłosa kobieta stała jak słup soli i wbijała wzrok w mężczyznę o kruczoczarnych włosach, stojącego u boku Lestrange. Chwila, czy ona właśnie powiedziała „jej Jamesa"?

- Ach, Bello, jak zwykle przybywasz w samą porę. Wygląda na to, że ta szlama chce czerpać korzyści z całej naszej ciężkiej pracy. Może pokażesz jej, czemu to pragnienie nigdy się nie ziści? – spytał Czarny Pan, kierując swoją wzgardę w stronę Lily. Znał dobrze Bellatrix i spodziewał się niezłego widowiska. Jego wierna czarnowłosa zwolenniczka ukłoniła się przed nim lekko, po czym skupiła cała uwagę na szlamie stojącej po środku pomieszczenia.

- J… James – wyszeptała wbrew sobie Lily. Spodziewała się tego, a mimo to nie mogła złapać tchu. Wyglądał dokładnie jak wtedy, gdy widziała go po raz ostatni, na nieco ponad dwadzieścia lat. Dokładnie tak przystojny i idealny, jakim go zapamiętała. Tyle że nie miał okularów. Uświadomiła sobie, że ma bardzo blade oczy, ledwo muśnięte jakimkolwiek śladem koloru.

Musiał ją usłyszeć, bo zwrócił się w jej stronę z twarzą bez wyrazu. Lily zadygotała, bo poczuła się, jakby przewiercał ją do głębi duszy. Poczuła to w samym rdzeniu osobowości, gdzie trzymała wspomnienia o Jamesie bezpiecznie schowane. Poczuła, jakby coś tam usiłowało się wyrwać na wolność. Walczyła z tym z całych sił. Tego nie mogli jej odebrać. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej czuła, jakby coś się z niej wydzierało.

Wyrwała się z tego transu, gdy Lestrange przywarła ciałem do Jamesa, nie kryjąc nawet tego, że ociera się pośladkami o jego krocze. Sięgnęła jedną ręką za siebie, przyciągnęła Jamesa do siebie, pocałowała go w policzek i wyszeptała mu coś do ucha z upiornym chichotem. Potem spojrzała triumfalnie na Lily, która warknęła na nią. Przez chwilę Lestrange była gotowa przysiąc, ze Potter ma kły.

- Jak widzisz, kurwo, świat się zmienił. James zajął należne mu miejsce w czarodziejskim świecie – zadrwiła Bellatrix. Podciągnęła rękaw jego koszuli, ujawniając Mroczny Znak na jego przedramieniu. Potem splotła jego palce ze swoimi i złożyła ich dłonie na brzuchu, po czym mrugnęła do szlamy.

- ZABIERAJ ŁAPSKA I PŁASKIE DUPSKO Z MOJEGO MĘŻA TY NIEDOROBIONA SUKO!


3:37


Syriusz poleciał na ścianę i z hukiem runął na ziemię. Gabriella zanurkowała w lewo, gdy ściana za jej plecami eksplodowała. Rzucali w stronę bestii każde zaklęcie, każdą klątwę, jakie przychodziły im do głowy, ale nic się nie sprawdzało. Najwyraźniej Voldemort przeprowadził na stworze jakieś eksperymenty.

Skrzat był większy, silniejszy i w przeciwieństwie do nich odporny na magię. Była pewna, że gdyby nie zbroja bojowa, Siri byłby już martwy. Póki co wyglądał na nieprzytomnego, więc pokonanie potwora przypadło w udziela Gabrielli. Wstając na nogi usiłowała podsumować w myślach czego się póki co dowiedzieli. Najwyraźniej miał twardą skórę, więc zapewne żadne ostrze mu nie podoła. Nie dysponował taką szybkością jak ona, co nie oznacza, że był wolny. Nie używał klątw, choć jedna dobra informacja. Najwyraźniej Voldemort nie chciał dawać mu zbyt wiele mocy. Poprzestawał na atakach fizycznych, ale te jak na razie okazywały się bardzo skuteczne. Co miało sens, biorąc pod uwagę, że większość czarodziejów walczyła na odległość.

Syriusz posiadał mistrzowskie umiejętności walki wręcz, ale fizyczne i magiczne atuty stwora czyniły to zupełnie nieistotnym. Jeśli nie dało się od zewnątrz, trzeba działać od wewnątrz. Kończył im się czas. Wiedząc o tym, Gabriella zrobiła coś bardzo nieśligońskiego. Sięgnęła obiema rękami do zaklętej torby, którą wręczył jej Syriusz i wyciągnęła dwa granaty: jeden błyskowy, a drugi sub-zero. Nie miała pojęcia jak dokładnie działa ten drugi, ale Siri powiedział, że jest naprawdę paskudny.

Potwór właśnie miał zmiażdżyć stopą czaszkę mężczyzny, którego kochała, gdy granat uderzył w ścianę tuż przed nim i rozbłysnął oślepiającym światłem. Zbroja Syriusza i skóra stwora uchroniły ich przed efektami wybuchu. Skrzat postąpił kilka kroków w tył, zakrył oczy i zawył z bólu. Gabriella nie traciła czasu. Skorzystała z jego łydek i bioder jako drabiny, by wspiąć się na jego plecy. Blondwłosa ex-Ślizgonka aktywowała granat i płynnym ruchem wepchnęła go potworowi w gardło.

- Udław się! – wrzasnęła Gabriella. Stoczyła się z wroga i własnym ciałem osłoniła Syriusza. Oczekiwała jakiejś eksplozji, ale usłyszała tylko jęk jej faceta gdzieś spod niej. Jego piękne szare oczy spojrzały w jej oczy o barwie morskiej laguny.

- Wygraliśmy? – spytał, słysząc trzaski. Oboje unieśli wzrok i ujrzeli, że stwór zamarza od środka, zmieniając się w lodowy posąg. Gabriella pomogła Syriuszowi się podnieść i zdumiona spojrzała na niedawnego przeciwnika.

- Co to do diabła było?

- Ciekły azot plus odrobina huncwockiej magii – wyjaśnił Syriusz, wzruszając ramionami. – Wiem, że to banał, ale trzeba to zrobić.

Wyciągnął broń i wypalił, naśladując Arnolda Schwarzeneggera najlepiej jak potrafił:

- Hasta la vista, baby!

- I co ja mam z tobą zrobić?

- Mogę ci zaproponować kilka rzeczy.


2:54


Czerwona i czarna burza włosów zaszarżowały na siebie w pokoju wypełnionym Śmierciożercami, którzy stali się świadkami tego starcia. Nawet Czarny Pan patrzył jak zahipnotyzowany na potok klątw wystrzeliwanych przez obie kobiety. Gestem pokazał reszcie swoich zwolenników, żeby nie wtrącali się do walki. Takiej zabawy nie można kupić za żadne pieniądze.

Bella właśnie ciskała w Potter kilka naprawdę paskudnych klątw. Ta tanecznym krokiem odsunęła się z toru ich lotu i ruszyła w stronę Lestrange, a jej wzrok zwiastował śmierć. Bella szybko dostosowała się do sytuacji i zaczęła używać czarów obszarowych. Lily stworzyła wokół siebie wir, który odbił większość odłamków stworzonych przez zaklęcie eksplodujące, które wybuchło kilka metrów przed nią. Bella musiała podnieść osłonę, podobnie uczyniła większość widzów. James przyglądał się temu z pełnym dumy uśmiechem.

Lestrange opuściła osłonę w samą porę, żeby dojrzeć kopnięcie z wyskoku zmierzające ku jej głowie. Z refleksem doświadczonego wojownika trafiła Lily zaklęciem tłukącym. Szata zaabsorbowała większość energii, ale czar posłał ją na drugą stronę pomieszczenia. Wylądowała na plecach i przez chwilę wyglądała na pokonaną. Zanim Lestrange zdążyła się triumfalnie uśmiechnąć, Potter skoczyła na nogi i zaatakowała ponownie.

Teraz to Lily raz za razem posyłała w biegu klątwy w stronę Lestrange. Voldemort uniósł brew, widząc, że większość z nich to czarna magia. Bella odpowiadała klątwą na klątwę, szarżując na rywalkę. Większość zaklęć zderzała się między nimi, wywołując spektakularne efekty świetlne. Jednak parę innych pofrunęło w stronę widzów i kilku Śmierciożerców odniosło obrażenia.

Bellatrix wiedziała, że jeśli chciała mieć jakąkolwiek szansę na zabicie tej kobiety, musi jej pozbawić tej przeklętej szaty. Znając agresywną naturę tej suki, wzniosła tarczę. Tak jak oczekiwała, Potter popędziła w jej stronę i spróbowała kolejnego kopnięcia z wyskoku. Gdyby trafiła, zabolałoby jak diabli, ale nie ma zwycięstwa bez ryzyka. Szata Potter się otworzy i przez ułamek sekundy będzie wystawiona na ciosy.

Bella opadła na kolana, sięgnęła w górę, złapała skraj szaty Potter i pociągnęła z całej siły. Pęd Lily i fakt, że była w powietrzu, zadziałały przeciwko niej. Kobieta wyśliznęła się ze skóry bazyliszka. Wylądowała z wdziękiem, ale jej plecy zostały wystawione na atak wariatki. Obróciła się gwałtownie i zauważyła, że jej różdżkę opuszcza jadowicie zielone zaklęcie. Wiedziała, że nie zdoła podnieść tarczy na czas. Ku zaskoczeniu wszystkich w pokoju z toru lotu zaklęcia odsunął ją nie kto inny jak James Potter. Okręcił ja szarpnięciem, a ona zamarła, gdy spojrzała w jego mleczne oczy. Znów poczuła to obce szarpnięcie w jej wnętrzu, które rozciągało się na całe ciało. Nawet jej łydki zdawały się nim pulsować.

- Nie powinnaś była przychodzić, kochanie – wyszeptał z czułością James, ujmując jej piękną twarz w dłonie. – Znalazłbym sposób, by do ciebie wrócić.

- Naprawdę myślałeś, że nie przyjdę? – załkała Lily. Nie zwracali uwagi na to, co dzieje się wokół nich. Czysta biała mgła zaczęła się sączyć z jej porów, gdy ich skóra się zetknęła. Weszła w ciało Jamesa i jego oczy powoli odzyskały dawny kolor. Przez wiele lat Lily powtarzała Harry'emu, że James żyje w nim, ale w tym momencie zrozumiała, że to ona stała na straży. Nigdy nie zaczęła nowego życia z innym, pozostała wierna ich małżeńskiej przysiędze, nawet gdy śmierć ich rozłączyła. Myliła się, James żył w niej. Z czystą nadzieją i miłością pocałowała go i oddała mu z powrotem to, co przechowywała tak starannie przez te wszystkie lata.


1:45


Wokół Lily i Jamesa zapanował kompletny chaos. Oszalała Bellatrix Lestrange została związana szatami przez kobietę w sowiej masce, której ubranie zmieniło kolor z czarnego na szkarłatny. Reszta Śmierciożerców została unieruchomiona zaklęciem, za wyjątkiem samego Czarnego Pana. Jego moc była znacznie większa niż smoka i niezależnie od starań Charliego, Voldemort przełamał jego moc w kilka sekund. Dwóch kolejnych Śmierciożerców zrzuciło czarne szaty, pod którymi nosili szkarłatne. Jeden nosił maskę wilka, drugi lisa. Obaj zaatakowali Voldemorta, by kupić Jamesowi i Lily tyle czasu, ile się tylko da.

- Przestań się rzucać, Bella i choć raz zwróć na coś uwagę. To właśnie potęga prawdziwej miłości – warknęła ta w masce sowy. Lestrange popatrzyła na nią z wściekłością. Kim ona była, żeby się czegokolwiek od niej domagać i czemu jej głos, stłumiony przez maskę, brzmiał tak znajomo?

- Zauroczyła go jakoś! To ja sprowadziłam Jamesa zza grobu, nie ona! Nie pozwolę jej mi go ukraść! SŁYSZYSZ MNIE, DZIWKO?! – zawyła Bellatrix. Dostała silny cios w twarz od stojącej przy niej kobiety.

- Nie nazywaj jej tak, Bella! Zaczynasz wierzyć we własne kłamstwa! Nie widzisz tego? To jak się dotykają, na siebie patrzą, oddychają w jednym rytmie. Ich więzi nie można zniszczyć oszustwem, magią, ani nawet śmiercią! Bo to coś duchowego i niepodlegającego manipulacjom kobiety, która wiele lat temu odwróciła się od miłości! – Cissy wrzeszczała na siostrę, desperacko starając się, by ta przejrzała na oczy. Popełniła jednak błąd i zbliżyła się do niej za bardzo. Bellarix, w desperackiej próbie odzyskania wolności, wymierzyła jej cios głową. Oszołomił on na chwilę Cissy, która straciła kontrolę nad wiążącym siostrę Incarcerous. Bellatrix wyrwała się na wolność i trafiła Cissy prosto w pierś zaklęciem tnącym. Cissy runęła na plecy, a z jej ciała trysnęła krew.


1:11


- NIEEE!

Syriusz i Gabriella usłyszeli ryk Charlesa, gdy pędzili ku sali tronowej. Wpadli tam w chwili, kiedy Śmierciożercy wyrwali się na wolność i zaczęli atakować Huncwotów, nad którymi mieli przewagę liczebną pięć do jednego. Charlie walczył na śmierć i życie z Bellą, a Lily klęczała nad powaloną Cissy. Leczyła jego kuzynkę, a sądząc po ilości krwi, musiała to być głęboka rana. Remus i Tonks wycofywali się, by pomóc chronić Lily i Cissy. Remus rzucił Jamesowi jego różdżkę, którą do tej pory przechowywał w bucie. James złapał ją i dotknął podłogę czubkiem różdżki. Wyczarował ochronną kopułę wokół Lily i Cissy, po czym włączył się do walki.

Uwaga wszystkich Śmierciożerców była skupiona na środku pomieszczenia, więc Gabriella skorzystała z okazji i wypaliła Confringo w środek grupy Śmierciożerców. Syriusz od razu ją przebił. Zaczął strzelać w sufit spuszczając na głowy wroga duże kawałki podłogi z pomieszczenia wyżej. To jeszcze powiększyło zamieszanie i pomogło obojgu dotrzeć do przyjaciół.

- Mamy mniej niż minutę, żeby się stąd zawinąć! – krzyknął Syriusz, zajmując miejsce koło Jamesa. Remus stał po jego drugiej stronie z żoną u boku, a Gabriella zajęła miejsce między nią i swoim łotrzykiem.

- Nie mam nic przeciwko cholernym propozycjom, stary! – odkrzyknął James, wyczarowując ostrza, na które nabił dwóch Śmierciożerców. Tonks użyła Accio, by przyciągnąć do nich Charliego na ułamek sekundy nim trzy klątwy zderzyły się w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Chciał znów ruszyć za Bellatrix, ale przytrzymały go Tonks i Gabriella.

- NIE! ZABIJĘ TĘ SUKĘ! – zaryczał Charlie, usiłując się wyrwać.

- Nie czas na rycerskie czyny! Nie przydasz jej się martwy! – warknęła Gabriella, odbijając klątwę wolną ręką.

- Teraz chroń, mścić się będziesz później! – dodała Tonks, która wysłała Incendio przez pokój i powalając cel. Charlie przestał się szarpać i skinął głową ze zrozumieniem. Nagle bitwa zamarła.


0:47


Usłyszeli oklaski dochodzące gdzieś zza wciąż stojących Śmierciożerców. Wrogowie powoli się rozstąpili i wyszedł zza nich wciąż bijący brawo Voldemort, a za nim postępowała Bellatrix ze śladami walki na ciele. Patrzyła na Lily z wściekłością, a potem spojrzała na Jamesa jak na zdrajcę.

- Brawo – powiedział Voldemort wciąż bijąc brawo. Nagle przerwał. – Dobrze rozegrane. Ale jak widzicie… daremne. A więc to niesławni Huncwoci, którzy sprawiali moim zwolenników tyle problemów. Nawet mangusty wiedzą, że nie należy wchodzić do gniazda węży. Walczyliście godnie, przyznaję, ale już koniec.

- Póki oddychamy nie ma końca – oznajmił śmiało James, celując różdżką prosto w Voldemorta.

- Właśnie – poparła męża Lily, która stała koło niego. Ich palce się splotły w akcie bliskości i oporu. Cissy wstała z pomocą Charliego, by stawić wrogom czoła. Jeśli ma umrzeć, chciała to zrobić na własnych nogach. Syriusz zerknął przelotnie na zegarek.


0:27


Jeśli tu dzisiaj umrzemy, przynajmniej zabierzemy ze sobą tych sukinsynów, pomyślał Syriusz. To już niemal koniec, ale przynajmniej miał dobre towarzystwo. Szczeniaczek będzie kontynuował ich walkę, co do tego nie miał wątpliwości.

- James, a miałem co do ciebie takie nadzieje – powiedział Voldemort, potrząsając z rozczarowaniem głową.

- Jak mogłeś James! To śmieć z rynsztoka, nic więcej! Jak mogłeś mnie zdradzić? – zawyła Bellatrix.

- Bo jesteś psychopatyczną suką! – ryknął na nią James.

- No raczej! – zgodziła się Lily.

- Cisza! – zawołał Voldemort. – Ciągle jest jeszcze Potter, który może spłodzić twoje dziecko, Bello. Ten tutaj wraca tam skąd przyszedł. Skażona czy nie, to wciąż szlachetna krew. Kilka pokoleń odpowiedniego rozrodu powinno ją wzmocnić.

- TRZYMAJ SIĘ Z DALA OD MOJEGO SYNA! – ryknęła na niego Lily. Czarny Pan poparzył na nią z żalem. Ta kobieta udowodniła dziś swoją siłę. Szkoda, że musiał ją zabić. Miała mnóstwo potencjału.

- Zmuś mnie, szlamo – zakpiła Bellatrix, machając Lily przed nosem jej szatą. Przez ułamek sekundy Nala myślała, że widzi zielone ślepia spoglądające na nią spod podszewki. Nie wiedziała czy to nadzieja czy ślepa wiara. Wiedziała jednak, że jej wróg się wycofał, a Czarny Pan szykował zaklęcie, które pozbawi ich życia raz na zawsze. Przywołała pelerynę, a ta wyśliznęła się z rąk Lestrange i poleciała do niej. Lily gwałtownie rozłożyła podszewkę, otwierając wbudowane w nią wrota.

Wielki ognisty bazyliszek wystrzelił z różdżki Voldemorta i popędził na nich. W tej samej chwili dwie postacie wyskoczyły z szaty Lily. Jedna czarna jak mroczna noc, druga srebrna i pulsująca elektrycznością. Ich złączone dłonie lśniły mocą. Dwie hybrydy zadziałały jak jedna osoba.

Cień wyciągnął dłoń i obszar przed ognistym bazyliszkiem zmarszczył się jak woda. Płonąca bestia weszła z niego i wyszła tuż za nimi, wprost na grupę Śmierciożerców. Furia otworzyła usta i posłała błyskawicę prosto w Voldemorta, który musiał przywołać tarczę. Błyskawica uderzyła z taką siłą, że Czarny Pan został rzucony na ścianę. Cień zaryczał z siła, od której zadygotały ściany. Syriusz znów zerknął na zegarek.


0:09


Syriusz znał chrześniaka i wiedział, jaki będzie jego następny ruch. Zanim Cień zdołał zadziałać, Syriusz złapał go za rękę i krzyknął:

- Nie ma czasu, Mały! Możesz nas stąd zabrać?

Cień rozejrzał się i zobaczył, że cienie ich wszystkich się łączą. Skupił swoją moc i spróbował coś, co wcześniej nie wydawało mu się możliwe. Kilka Zaklęć Śmierci ruszyło w ich stronę, ale grupa już rozpłynęła się w cieniach. Przeniesienie ich nie było łatwe, nawet ze wsparciem mocy Furii. Cień do cienia przemieszczali się z prędkością błyskawicy, aż pojawili się pod drzewem kilka metrów od Billa i Fleur. Kilku martwych członków patrolu leżało niedaleko. Na ich szatach widać było ślady bitwy.

- WEASLEY, EWAKUACJA! – ryknął Syriusz, zerkając na zegarek.


0:02


Bill i Fleur zanurkowali ku grupie, która pojawiła się znikąd i aktywowali awaryjny świstoklik w chwili, gdy ziemia zadygotała od potężnej eksplozji. Nikt z nich nie ujrzał już, jak zamek Slytherina wali się z hukiem. Nie zobaczyli też, jak grupa tych, którzy przetrwali, wyczołguje się z ruin.


W następnym rozdziale:
- Daphne i George
- James zapoznaje się ponownie ze swoją nieco powiększoną rodziną
- stan zdrowia Cissy