Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 47
Astoria siedziała skulona z książką, którą pożyczyła z biblioteki Blacków i kubkiem gorącej czekolady. Jej starsza siostra wsadziła głowę do pokoju, by sprawdzić, czy Jade wciąż śpi. Astoria spojrzała na Daphne i uśmiechnęła się chytrze. Najstarsza siostra rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, ale Astoria nigdy go nie słuchała i nie widziała potrzeby, by nagle zaczynać.
- Widziałam, że George Weasley jeszcze nie wyszedł. Ciekawe czy zgadniesz czemu, droga siostro? – zakpiła ze starszej siostry. Uwielbiała, kiedy udawało jej się speszyć Daphne. Słyszała, że chłopak skradł jej całusa po sesji treningowej Huncwotów. Do tej pory Daphne udawało się unikać rozmów na ten temat. Teraz jej młodsza siostra uznała, że to idealny moment na atak.
- Tak dla informacji twojej i twojej nadaktywnej wyobraźni, jego brat poprosił, żeby tu został, póki wszyscy nie wrócą z misji ratunkowej – odpowiedziała Daphne spokojnie, choć nieco sztywno, ale Astoria nie zamierzała tak łatwo odpuszczać. Najstarsza z panien Greengrass nie była jedyną w rodzinie dobrze czytającą ludzi.
- Tłumacz to sobie jak chcesz, siostrzyczko. Ale moim zdaniem marnujesz świetną okazję.
- Co to niby ma znaczyć? – spytała Daphne, zakładając ręce na piersi i przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.
- Serio muszę ci to wyjaśniać? – odparła Astoria wywracając oczami.
- Tylko jeśli chcesz, żebym zrozumiała te nonsensy, o których gadasz – odgryzła się Daphne przez zaciśnięte zęby.
- Był tu dzisiaj dla ciebie. Facet zasługuje przynajmniej na porządnego całusa w ramach podziękowania – odparła nonszalancko Astoria, oglądając swoje paznokcie w poszukiwaniu jakiegoś paprocha pod nimi.
- Jak ty zrobiłaś z Malfoyem? – spytała wyzywająco Daphne, by odwrócić uwagę od siebie.
- Tak, dokładnie jak ja zrobiłam z Draco. Słuchaj, on mógł mnie puścić. Pocięłam go okropnie, a jednak on dalej mnie trzymał. Może kryć to dobrze, ale ciągle ma honor. Proszę, daj mu szansę – przekonywała siostrę Astoria. Daphne widziała, że chłopak naprawdę się jej podoba. Nie ufała Draco, ale zauważyła lekką zmianę w jego zachowaniu. Na razie będzie podchodziła do niego ostrożnie.
- Dla ciebie spróbuję.
- Dzięki, a teraz idź całować Weasleya – rzuciła Astoria z domyślnym uśmieszkiem. Daphne wywróciła oczami i uniosła ręce w geście kapitulacji, po czym wyszła z pokoju. Wyglądało na to, że jej małej siostry nie da się tak łatwo zbić z pantałyku jak kiedyś. Astoria uniosła dłoń i zaczęła przebierać palcami nucąc:
- Tańcz, marionetko, tańcz.
Daphne zeszła po schodach. Widząc pomieszczenie, w którym świeciło się światło, zajrzała do środka. George'a czytał Adamowi Baśnie Barda Beedle'a. Dialogi każdej postaci wygłaszał innym głosem, co niezmiennie bawiło chłopca. Młoda kobieta oparła się ramieniem o ościeżnicę i z zadowoleniem obserwowała przedstawienie. Do dziś widziała w nim jedynie figlarza, ale miło widzieć, że istnieje również inna jego twarz. Uznała to za naprawdę uroczy widok. Nie wiedziała jak długo stoi tam i obserwuje, ale zanim się zorientowała baśń dobiegła końca, a George miał zdmuchnąć świeczkę. Wyśliznęła się, nim młody mężczyzna mógł ją dojrzeć i udała się do kuchni przygotować dzbanek herbaty. Właśnie kończyła, gdy do pomieszczenia wszedł George.
- Pomóc ci z tym, Daphne? – spytał, podchodząc do niej z tyłu. Daphne zesztywniała, czując jak bardzo się do niej zbliżył. George to zauważył i natychmiast się cofnął. Daphne z wysiłkiem stłumiła nagłe ukłucie strachu. Wydawało jej się, że już to zwalczyła. Dlaczego wrócił? Wiedziała, że George nigdy by jej nie skrzywdził. Więc skąd ten niespodziewany lęk?
- Poradzę sobie – odparła szybko, mając nadzieję, że nie widać po niej uczuć. Kiedy odwróciła się i zobaczyła, że on jej się przypatruje, poczuła że ogarnia ją gniew zmieszany z niepokojem. – Nie waż się nade mną litować! Nie jestem porcelanową lalką! – warknęła i wyszła, mijając go szybkim krokiem.
Dobiegła do saloniku osunęła się na fotel i ukryła twarz w dłoniach. W myślach ganiła się za taką utratę równowagi. Po minucie lub dwóch drzwi się otworzyły i do środka wkroczył George z tacą, na której stała herbata i ciasteczka. Postawił je na pobliskim stoliku bez słowa. Daphne nie potrafiła spojrzeć mu w twarz.
- Idź do domu. Mogę zając się dziećmi – powiedziała mu, a z jej głosu przebijało wyczerpanie. Po prostu nie miała siły, by się z nim teraz użerać.
- Mmm-mm – odpowiedział George, opadając bezceremonialnie na sofę. Skrzyżował ręce na piersi, wyciągnął nogi i rozsiadł się wygodnie.
- Coś ty do mnie powiedział? – warknęła Daphne, zrywając się na nogi. Ze wszystkich… za kogo ten fiut się uważał?
- Która część sprawia ci kłopoty, Blondi? Mmm czy mm? – odpowiedział z uśmieszkiem, który podsycił jej wściekłość. Zalała ją nagła ochota, by trzasnąć go w gębę i zmazać z niej tę minę.
- Nie mędrkuj mi tu, George'u Weasley! – warknęła Daphne. Stanęła tuż przed nim i wycelowała różdżką prosto w jego głowę. W jej umyśle pojawiły się paskudne kombinacje klątw, a on uśmiechał się jeszcze szerzej.
- Ktoś z nas musi być mądry, bo ty zachowujesz się jak kompletna idiotka – odparł, zakładając ręce za głowę. Zachowywał się, jakby niczym się nie przejmował i doprowadzało ją to do szału.
- Ty żałosny kretynie! Wiesz w ogóle co oni mi zrobili?
- A skąd mam wiedzieć, skoro nigdy o tym nie mówisz? Nie rozmawiałaś nawet z Ginny, a ona to przeżyła. Oni już nie mogą zranić cię fizycznie, ale to nie znaczy, ze nie mogą zadać ci ran emocjonalnych. Widziałem ten wyraz oczu mojej siostry. Nie chcę go widzieć w twoich. Nie dawaj im takiej władzy nad sobą, Daphne. Oboje wiemy, że jesteś silniejsza – powiedział George. Był czas na takt, był czas na walenie prosto z mostu. Traktowanie Daphne jakby miała się rozpaść nie pomagało jej. Jak to mawiała jego siostra, czasami ludzie potrzebują porządnego kopniaka w zadek.
- Łatwiej powiedzieć niż zrobić – odpowiedziała Daphne, odwracając się do niego plecami. Tym razem gdy on wstał i podszedł do niej, nie zesztywniała. Wiedziała, że próbuje jej pomóc, nawet jeśli zachowuje się jak palant. Z drugiej strony może właśnie tego potrzebowała?
- Obiecujesz, że nie będziesz mnie osądzać?
- Możesz mi zaufać – zapewnił George, a ona miała przeczucie, że odpowiedział na inne pytanie, to które zadawała sobie w myślach.
Dwunastu Huncwotów, tych dawnych i tych nowych, wylądowało w masie splątanych kończyn w ogrodzie na tyłach Grimmauld Place 12. Może nie zachowali zbyt wiele godności, ale za to wrócili żywi i to było najważniejsze. Większość wydała z siebie różne jęki i podjęła wysiłki, by wydostać się ze stosu ciał. Jednak dwójka tak dawno rozdzielonych kochanków nie zamierzała się ruszać. Przywarli do siebie i wpatrywali się sobie głęboko w oczy. Lily głaskała przystojną twarz Jamesa, spijając każdy szczegół. Wyglądał, jakby wciąż miał nieco ponad dwadzieścia lat, a jego uśmiech niezmiennie budził motyle w jej brzuchu. James przeciągał palcami po jej jedwabistych, rudych włosach. Uwielbiał to uczucie. Wciągnął jej zapach. Jakim cudem po wszystkim co przeszli, ona wciąż pachniała jak kwiatowy ogród?
- Wróciłeś – wyszeptała drżącym głosem Lily, jakby bała się, że w każdej chwili on może rozwiać się w powietrzu, a ona przebudzi się z tego pięknego snu.
- Przyszłaś po mnie – odpowiedział ze zdumionym zachwytem James. Po raz pierwszy od przebudzenia poczuł się kompletny. Był w domu, wreszcie był w domu. Ta niesamowita kobieta wśliznęła się do gniazda diabła, walczyła z szaleńcem i zwróciła mu jego utraconą duszę. Głębi jego miłości nie sposób było oddać słowami. Wobec tego zrobił to co zawsze, gdy kompletnie go rozbrajała: pocałował ją, jakby od tego zależało jego życie.
W przeszłości po takim namiętnym pocałunku na oczach innych, Lily zawsze ostro go ganiła. Jednak szesnaście lat samotnych nocy zmniejszyło potrzebę ustawiania go do pionu. Zamiast tego odpowiedziała z równym albo nawet większym ferworem. W tej chwili nie była matką, nauczycielką ani żadną inną osobą, która powinna dawać dobry przykład. W tej chwili była kobietą w ramionach tego, którego pragnęła najbardziej desperackim pragnieniem jej serca i nie zamierzała niczego sobie odmawiać! Gdyby nie ktoś wkurzający, kto akurat w tej chwili głośno odkaszlnął, Lily posiadłaby go tu i teraz. Z siłą woli, której żadne z nich nie było do końca pewne, James i Lily się rozdzielili i spojrzeli w górę na wszystkie wpatrujące się w nich twarze. Większość z nich James znał, ale niektóre stanowiły dla niego nowość.
Dwie z największymi uśmiechami należały do Syriusza Blacka i Remusa Lupina, jego braci we wszystkim oprócz urodzenia. James nie zdążył się nawet podnieść nim dwaj jego bracia złapali go w objęcia. Trzech oryginalnych Huncwotów trwało w uścisku. Śmiali się, a może płakali, nikt nie był do końca pewny. Lily cofnęła się, by dać im te chwilę. Wiedział z pierwszej ręki jak bardzo tęsknili za Jamesem.
- Wyglądasz gorzej niż Inferius, stary – zażartował Syriusz, mierzwiąc włosy Jamesa w jeszcze gorszą plątaninę ot tak, żeby poprawić atmosferę.
- To i tak trzy klasy lepiej niż ty rano, Łapo – odgryzł się James bez chwili wahania i odepchnął przyjaciela.
- A z gęby dalej mu wali – dodał Remus, mierzwiąc włosy tak Syriuszowi jak Jamesowi. Ich wesołość była zaraźliwa i wkrótce wszyscy pękali ze śmiechu widząc ich dziecinne wygłupy.
- Tobie też, Lunatyku, ale i tak udało ci się złapać moją kuzynkę – odparował Syriusz. Trącił łokciem Jamesa i wskazał ruchem głowy Tonks, która teraz stała obok Lily. James spojrzał na młodą czarodziejkę o purpurowych włosach i uśmiechnął się szeroko, po czym spojrzał z powrotem na przyjaciela.
- Dopadłeś córeczkę Andy, nieźle. Wygląda na to, że stary wilk wył ostatnio do księżyca. Dobra robota stary, niezła ślicznotka – pogratulował James, klepiąc Remusa po plecach.
- Do tego w ciąży – dorzucił Syriusz, mierzwiąc tym razem włosy Remusowi.
- A więc pracujesz nad watahą. Wiedziałem, że cię na to stać, Lunatyku – zaśmiał się na głos Rogacz, nim zwrócił uwagę na Łapę. – Teraz musimy tylko zmusić tego starego kundla, żeby zafundował sobie szczeniaczka – dorzucił, trącając Remusa i wskazując na Syriusza.
Gabriella dołączyła do Lily i Tonks i patrzyła jak ich faceci przekomarzają się i żartują. Trochę nią wstrząsnęło, że James żartuje na temat dziecka jej i Syriusza. Przecież oni nie uprawiali nawet seksu, choć akurat to planowała wkrótce zmienić. Trochę za wcześnie, żeby o tym mówić, ale w sumie podobała jej się myśl o urodzeniu dziecka Siriego.
- Oni wiedzą, że my tu stoimy? – spytała cicho Tonks. Nie mogła uwierzyć w zmianę, jaka zaszła w jej mężu. Zupełnie jakby nagle zniknęły ślady po latach spędzonych w żałobie i zmartwieniu. Co prawda od dawna nie był tak ponury jak na początku ich znajomości, ale teraz widać było po nim, jak wielki ciężar spadł mu z serca.
- Taa – odpowiedziała Lily, przeciągając ostatnią samogłoskę. Zupełnie jak cień przeszłości, ta trójka stojąca razem w takiej bliskości. Świetnie wiedziała, jak śmierć Jamesa wpłynęła na pozostała dwójkę. Teraz znów byli razem, a to wypełniło ją uczuciem miłości i nadziei.
- Typowi faceci, dziesięć minut po latach, a oni już gadają o rozpylaniu swoich genów – rzuciła Gabriella, potrząsając głową. Nie potrafiła jednak złościć się na Siriego, gdy widziała jego promienny uśmiech. Zupełnie jakby odzyskał brakującą część własnej duszy.
- Chłopcy zawsze pozostają chłopcami – stwierdziła Cissy, która podeszła, opierając się na Charliem. Lily wyleczyła najgorsze obrażenia wywołane przez klątwę. Teraz potrzebowała jedynie czasu, odpoczynku i eliksirów uzdrawiających. Charlie chciał ją od razu zabrać do środka, ale ona nie zamierzała tego przegapić.
- Obie będziecie w ciąży w ciągu miesiąca, gwarantuję wam – zachichotała Tonks, trącając Lily biodrem.
- Pięć galeonów, że Gabriella będzie pierwsza. Syriusz od rana ma ten błysk w oku – rzucił Bill, dołączając razem z Fleur do grupy.
- Przepraszam?!
- Przyjmuję, piątka na Lily – odpowiedział Charlie i bracia przypieczętowali zakład uściśnięciem dłoni.
- Ej!
- Piątka na Promyczka. Bill się ślini jakby była w polewie czekoladowej czy coś takiego – dorzucił się Harry. Ginny pomagała mu stać prosto. Nigdy nie lubił okazywać słabości, więc starał się ukryć zmęczenie w swoim głosie. Pchnął Cienia i jego magię do granic wytrzymałości, a ten ostatni numer kosztował go bardzo dużo. Czuł że mógłby spać przez tydzień, a i tak by to nie wystarczyło. Jednak tak jak ciocia Cissy, Harry nie przegapiłby tego spotkania za nic na świecie. Lily zerknęła na syna i od razu zorientowała się, że znów przesadził. Normalnie nalegałaby, żeby udał się prosto do łóżka, ale teraz miała honor i przywilej zafundowania dwóm najważniejszym mężczyznom w jej życiu zbyt długo przekładanej prezentacji.
Oczy matki i syna się spotkały. Bezgłośna prośba o wybaczenie napotkała równie bezgłośne i błyskawiczne potwierdzenie. Tak wyglądały ich głębokie relacje, o które Ginny była bardzo zazdrosna. Nawet jeśli czasami się ze sobą nie zgadzali, zawsze rozumieli swoje zamiary. Lily zbliżyła się do syna z drugiej strony i pomogła go podtrzymać. Pocałowała go w policzek i otarła łzę spływającą po jego policzku.
- Kocham cię, mamo – wyszeptał jej Harry na ucho, a ona objęła go mocniej.
- Ja ciebie też, skarbie. Teraz chodź, poznasz swojego tatę – wyszeptała Lily, wraz z Ginny podprowadzając go do ojca. Dwie rudowłose kobiety spojrzały na siebie, a Lily wyszeptała bezgłośnie „dziękuję". Nie wiedziała jakim cudem tej dziewczynie udało się przebić do zakutego łba Harry'ego, ale będzie jej za to dozgonnie wdzięczna.
James Syriusz i Remus właśnie prowadzili gorącą debatę czyja kobieta jest najseksowniejsza. Gabriella posłała Syriuszowi znaczące spojrzenie, ucinając ją w zarodku. Syriusz zobaczył, zbliżającą się grupę i zorientował się, że należy się im prezentacja, skoro ryzykowali życie, by uratować Jamesa.
- Rogaczu, poznaj Nowych Huncwotów. Cissy już znasz – zaczął Syriusz, a James uśmiechnął się do kobiety.
- Witaj z powrotem, Jimmy – przywitała go Cissy, mrugając do niego. James zaśmiał się, pochylił i pocałował ją w policzek. Ona jedyna tak go nazywała.
- Dobrze cię znowu widzieć. Wygląda na to, że wymieniłaś tego gnoja albinosa na lepszy model – przywitał się z nią James.
- Dokładnie tak, Rogaczu. To jest Charlie Weasley, pogromca smoków z zawodu, ale Huncwot z temperamentu – kontynuował Syriusz.
- Miło cię poznać, James.
- Nawzajem, stary. Jeśli to ty odpowiadasz za błysk w oku Cissy, to kontynuuj dobrą robotę.
- Taki mam plan.
- Gaby oczywiście znasz.
- Witaj, James, wyglądasz na nieźle zachowanego – powiedziała Gabriella z ciepłym uśmiechem.
- Wiesz, marynowanie przez miesiąc w wodach płodowych jednorożca ma taki efekt – roześmiał się James, ściskając ją.
- Co, do diabła? – krzyknęło kilka osób.
- Udało mi się namówić tę psychopatkę, żeby powiedziała jak sprowadziła mnie z powrotem, kiedy zabierała mnie, żeby zobaczyć Lily – powiedział im James, wzruszając ramionami. Rozbawiły go ich zszokowane i zdumione spojrzenia. – Huncwot – dodał, jakby to jedno słowo zawierało całe potrzebne w tej chwili wyjaśnienie. – W każdym razie widzę, Gabriello, że nie nosisz obrączki. Jakie są szanse, że weźmiesz tego kundla na małżeńską smycz?
- A co to za zabawa? Wolę jak mój łotrzyk żyje w grzechu – odpowiedziała i uśmiechnęła się uwodzicielsko do Syriusza. Ten odpowiedział figlarnym uśmiechem. Widząc, że nie zamierzają oderwać od siebie wzroku w przewidywalnej przyszłości, Remus wywrócił oczami i przejął pałeczkę od Syriusza.
- Oni tak potrafią dość długo, Rogaczu. Może ja przejmę prowadzenie. Ten wysoki chudzielec to Bill Weasley. Zarąbisty łamacz klątw i as atutowy, który pozwolił nam cię wyrwać z osłon Wężogębego.
- Kolejny Weasley, co? Dobrze mieć cię na pokładzie. A kim jest ta urocza wila u jego boku?
- Fleur Delacour jest dla Harry'ego jak siostra. Jej rodzina udzieliła nam schronienia, kiedy musieliśmy uciekać z kraju – powiedział Syriusz Jamesowi.
- W takim razie jestem twoim dłużnikiem, młoda damo.
- To bił dla mni 'onor, monsieur.
- Ta niewiarygodnie piękna i seksowna kobieta to moja żona, Dora albo Tonks.
- Cieszę się, że przebiłaś się do tego jego zakutego łba.
- Wierz mi, trochę to trwało, ale miałam Lily, która pomogła mi wbić mu nieco rozumu do głowy – odpowiedziała Tonks, wskazując głową w lewo. Tam zobaczył mężczyznę, który właściwie mógłby być jego bliźniakiem, wciśniętego między dwie rudowłose kobiety. James popatrzył na Lily, potem na mężczyznę, a na końcu na młodą kobietę o oczach koloru czekolady. Kiedy znów spojrzał na żonę, z jego oczu wyglądały wszystkie te pytania, które przebiegały przez jego umysł. Nagle gardło ścisnęło mu się tak bardzo, że nie mógł wydusić słowa. Syriusz i Remus odsunęli się od Jamesa i stanęli przy swoich drugich połówkach. Harry, podobnie jak jego ojciec, nie potrafił wydusić z siebie słowa. Nagła cisza stawała się nie do zniesienia, więc Lily wzięła sprawy we własne ręce.
- Niespodzianka! To chłopiec! – zawołała nieco głośniej niż należało, ale udało jej się przełamać lody.
- Harry? – wykrztusił James, wyciągając ręce po syna. Ostatnim razem widział go jako małe dziecko, teraz stał tam dorosły mężczyzna. Naprawdę minęło tak wiele czasu? Stracił lata, których nigdy nie odzyska. To złośliwy kaprys losu, ale przynajmniej żył. Był z rodziną. James uznał, że będzie mu to musiało wystarczyć.
- Tato – tylko tyle zdołał powiedzieć Harry, nim rzucił się stojącemu przed nim mężczyźnie na szyję. Nie stał jeszcze zbyt pewnie na nogach. James go złapał i przyciągnął do siebie. Od wielu lat Harry marzył o tym momencie. Był pewien, że nigdy nie nadejdzie, a jednak każdej nocy o nim marzył. Niech to się nie okaże jedynie kolejnym snem.
- Trzymam cię, synu… trzymam cię – głos Jamesa załamał się, gdy podtrzymał Harry'ego. Obaj mężczyźni złapali się jeszcze mocniej, jakby bali się, że ten drugi może lada moment zniknąć. Żaden nie ukrywał łez, które spływały im po twarzy, gdy brali od siebie nawzajem to, czego potrzebowały ich serca. Lily płakała i zapewne by się przewróciła, gdyby nie Ginny.
- Ja ciebie też trzymam, mamo – ostatnie słowo wyśliznęło się spomiędzy jej warg tak naturalnie, że nią to wstrząsnęło. Nie uszło to uwagi stojących nieopodal niej braci.
- To dla mnie zaszczyt. Jesteś mi córką w takim samym stopniu jak Emma. Mój syn wybrał mądrze, a moja rodzina gwałtownie się rozrasta – powiedziała jej Lily z pełnym akceptacji uśmiechem. Odgarnęła kosmyk rudych włosów młodszej kobiety za ucho. Ten gest najpełniej obrazował macierzyńskie uczucia jakie do niej żywiła. Wiele dla niej znaczyło, że Ginny je odwzajemniała.
- Czułam więź z tobą odkąd uwarzyłyśmy ten eliksir, a od tamtego czasu jeszcze się wzmocniła. Uwielbiam nasze wtorkowe herbatki i to, że akceptujesz mnie jako mnie. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy – wyjaśniła Ginny, składając głowę na ramieniu Lily.
- To dlatego, że wszystko z tobą w porządku, skarbie, a każdy kto powie inaczej będzie za to odpowiadał przede mną – powiedziała Lily, przytulając ją mocno.
- Dzięki, mamo – wyksztusiła Ginny, przytulając ją mocno.
- W porządku, w takim razie wszystko ustalone. Będziemy miały pełne ręce roboty z tymi dwoma, więc jako kobiety z rodziny Potterów musimy trzymać się razem – ostrzegła Lily, witając tym samym synową w rodzinie. Bill i Charlie popatrzyli na siebie bezmiernie zdumieni, gdy obie kobiety dołączyły do swoich mężczyzn w rodzinnym uścisku. Cissy obróciła twarz Charliego tak, by spojrzał jej w oczy.
- To dobra rzecz, mój ukochany, więc przyjmij ją do swojego serca, jak przyjąłeś Adama i mnie – poprosiła go. Kiedy mądrość tych słów do niego dotarła, jego oczy złagodniały. Ginny opowiedziała jemu i George'owi jak Harry uratował ją z Dworu Lestrange'ów oraz jak Lily ją uleczyła i o wszystkich innych rzeczach, które dla niej zrobili. Może ich związek postępował szybko, ale nie inaczej było u niego. Cissy i Adam wkradli się do jego serca i byli teraz całym jego światem. Miał sporo wad, ale na pewno nie był hipokrytą.
Bill, jak i Charlie, dowiedział się od Fleur wszystkiego, co Potterowie zrobili dla jego siostry. Bill kochał swoją mamę, ale wiedział, że nie wspierała Ginny, odkąd córka poszła do Hogwartu. Bardzo rozczarowało go zachowanie jego mamy. Jasne, Dumbledore nałożył na nią potężne zaklęcie przymusu, ale jako łamacz klątw wiedział, jak funkcjonuje ta magia. Można było je złamać, jeśli przymus naruszał zasady moralne zaklętej osoby. Molly została poddana próbie i całkowicie zawiodła. Lily i Harry zdali test śpiewająco.
- Łapiemy to. Zyskujemy brata, a nie tracimy siostrę – powiedział Bill obu paniom. Co prawda jego siostra miała zaledwie szesnaście lat, ale trzeba być ślepym, żeby nie widzieć jak bardzo oboje byli sobie oddani. Do bani, że związek ich mamy i Ginny popsuł się tak bardzo, ale Ginny wciąż potrzebowała matczynej postaci i dzięki Merlinowi, że Lily mogła jej to zapewnić.
Harry i Ginny oderwali się od Jamesa i Lily. Harry stał już znacznie pewniej na nogach i pociągnął Ginny przed Jamesa. Starszy Potter wyszczerzył się, widząc, że klątwa Potterów wciąż trwa. Szczerze mówiąc on to zawsze uważał za błogosławieństwo.
- Tato, pozwól, że przedstawię ci miłość mojego życia, Ginny Weasley – oznajmił z dumą Harry, obejmując ją w pasie. Ginny cieszyła się tym przez moment, po czym poprawiła go:
- Z domu Weasley. Teraz jestem Potterem i noszę to nazwisko z dumą – stwierdziła Ginny, wyciągając rękę do Jamesa. Ten ujął ją i złożył na nią pocałunek.
- I stanowisz wspaniały dodatek do naszego Rodu – powiedział, mrugając łobuzersko.
- Widzisz Dupku? Teraz się mnie nie pozbędziesz – zażartowała Ginny, zerkając na Harry'ego przez ramię.
- Owszem, Lady Flirciaro, też mi się tak wydaje – odparł Harry i skubnął wargami jej ucho.
- Podoba mi się to. Śmiałe i ostre, takie kobiety lubimy my Potterowie – zaśmiał się James, puszczając oko do Harry'ego, który wyszczerzył się w uśmiechu, zgadzając się ze zdaniem ojca.
- Pewnie – odpowiedział i przyciągnął swoją partnerkę do siebie. Właśnie zamierzał ponownie skubnąć ją w ucho, gdy tylne drzwi się otworzyły i wypadło z nich kilkoro dzieci. Grupę prowadził chłopiec, który wyglądał na dwanaście lat. Pędził ile sił w nogach do Cissy, ale Charlie przechwycił go, nim ten zdołał wywołać jakiekolwiek obrażenia.
- Hej, mały, mamusia trochę źle się czuje, więc bądź ostrożny, dobra? – wyjaśnił Charlie Adamowi. Chłopak pokiwał głową.
- Idziemy do środka i kładziemy cię do łóżka. Wtedy mi wyjaśnisz, czemu jeszcze nie śpisz, młody człowieku – powiedziała Cissy, gładząc Adama po włosach.
- Coś ci się stało, mamo? – spytał zmartwiony.
- Nic czego nie mogłaby wyleczyć odrobina odpoczynku i miłość moich chłopaków – odparła Cissy, idąc w stronę domu z Adamem i Charliem. James zauważył jak bardzo zmieniła się Narcyza, odkąd widział ją ostatnim razem. Będzie musiał potem wyciągnąć całą historię od Lily.
Blondwłosa dziewczynka, wyglądająca na osiem lub dziewięć lat nadbiegła i wskoczyła w nadstawione ramiona Gabrielli. Matka wzięła dziewczynkę na ręce i poszła z nią w stron domu, zapewniając, że nic się jej nie stało. Syriusz skinął Jamesowi głową, sygnalizując, że pogadają później i ruszył za nimi. Dwie inne blondwłose dziewczyny czekały w drzwiach w towarzystwie innego wysokiego rudzielca, który, jak domyślał się James, również należał do rodziny Weasleyów. Artur nie marnował czasu, pomyślał. Greengrassowie weszli do domu, ale najstarsza dziewczyna zatrzymała się na chwilę. Bezgłośnie powiedziała „dziękuję" młodemu mężczyźnie stojącemu obok niej. Pocałowała go pospiesznie w policzek i podążyła za matką. Nawet z oddali James widział jej rumieniec.
Ostatnie z nadbiegających dzieci zatrzymało się tuż przed nimi. Jej włosy nieustannie zmieniały kolory. Patrzyła na Lily z niepokojem, na Jamesa w kompletnym szoku, a na Harry'ego wyraźnie zmieszana. James czuł coś podobnego. Kim była ta dziewczynka? Lily zrobiła krok naprzód, wyciągnęła ręce, a Emma rzuciła się jej na szyję.
- Niemogliśmyspaćbowiedzieliśmygdzieposzliście… - wyrzuciła Emma na jednym oddechu. Zanim Lily wyruszyła, powiedziała dziewczynce gdzie idzie i po co. Emma bardzo ucieszyła się, że nie została potraktowana jak małe dziecko. Zamiast tego jej opinia została uważnie wysłuchana.
- Poczekaj, weź oddech i oddzielaj słowa, skarbie – przerwała jej Lily, przytulając ją z uczuciem.
Emma wzięła głęboki oddech.
- Mamo, czy on jest prawdziwy? – spytała Emma. James zrobił wielkie oczy, słysząc jak dziewczynka nazwała jego żonę. Harry zauważył, jak jego ojciec zesztywniał i zrozumiał, że potrzebne będzie jakieś wyjaśnienie.
- Moja młodsza siostrzyczka może mieć krew Evansów w żyłach, ale ma serce Potterów – szepnął Jamesowi na ucho. Po kilku sekundach starszy mężczyzna skinął głową, gdy dotarł do niego sens tych słów.
Lily przyniosła Emmę do Jamesa, żeby dokonać prezentacji. Chociaż na jej twarzy widniał uśmiech, w jej oczach odbijał się niepokój. James musiał przyjąć naprawdę dużo nowych informacji na raz. Emma była przerażona. Nie miała pojęcia co się stanie dalej. Nie chodziło nawet o to, że patrzyła na człowieka martwego od szesnastu lat, ale nie wiedziała, czy zechce ją przyjąć, czy będzie chciał wyrzucić.
- Tym razem to dziewczynka – Lily powtórzyła wcześniejszy żart, mając nadzieję, że zmniejszy nieco napięcie. Szczery, ciepły uśmiech, który pojawił się na twarzy Jamesa, uspokoił je obie.
- Jestem Emma… eee…
- Potter – dokończył za nią James i cały jej niepokój zniknął w mgnieniu oka. Jej ciało się rozluźniło i wypuściła powietrze, choć nie zdawała sobie wcześniej sprawy, że wstrzymywała oddech.
- Rozmawiałam kilka razy z twoim zdjęciem. Huncwoci 2.0 nazywają cię Ojcem Chrzestnym – powiedziała mu Emma.
- Huncwoci 2.0? – zaśmiał się James. Poczuł ciepło na sercu, gdy zrozumiał, że pomysł jego wesołej grupki figlarzy przetrwał w Hogwarcie.
- Tak, Harry uczy nas jak chronić siebie i innych uczniów – Emma uśmiechnęła się promiennie, już zupełnie rozluźniona. Z Jamesem bardzo łatwo się rozmawiało.
- Co ty nie powiesz? Wiesz, Lily cię uwielbia, a mój syn ciągle o tobie gada, więc sądzę, że jesteś niesamowitą osobą. Już się nie mogę doczekać, aż poznamy się lepiej. To może będziesz na mnie mówiła „Rogacz", póki poczujesz, że coś innego brzmi lepiej? – zaproponował James. Ciągle właściwie pozostawali sobie obcy i trochę czasu minie, nim dziewczynka poczuje się na tyle komfortowo, żeby mówić do niego „tato". Miał nadzieję, że pewnego dnia to nastąpi, ale zamierzał poczekać, aż sama do tego dojrzeje.
George miał złapać garść proszku Fiuu, kiedy miękka, delikatna dłoń wsunęła się w jego. Odwrócił się i ujrzał uśmiechniętą Daphne. Chciał powiedzieć coś, co na pewno miało być mądre i dowcipne, ale ona stanęła na palcach i pocałowała go. Pocałunek był wolny, delikatny, ale obiecywał znacznie więcej. Co zaplanowała jako szybki całus, przerodziło się w długi, pełen zaangażowania i głęboki pocałunek. W końcu Daphne zmusiła się do oderwania od jego ust, ale zamiast tego zetknęli się czołami. Z jakiegoś powodu nie chciała przerywać kontaktu.
- A to za co? – spytał George. Nie otwierał oczu, jedynie cieszył się uczuciem, jakie wywoływało trzymanie jej w ramionach.
- Za to, że przyszedłeś, zostałeś, nie ustąpiłeś, wysłuchałeś mojego gadania, nie osądziłeś mnie i okazałeś się kimś więcej niż podejrzewałam – odparła szczerze Daphne, pozwalając sobie cieszyć się chwilą. Czuła się wspaniale, gdy jego ramiona obejmowały jej drobniejszą postać. Czy to właśnie czuła Ginny, gdy Harry ją przytulał? Jeśli tak, nic dziwnego, że nie mogli się od siebie oderwać. Czuła się chroniona, pocieszana, wielbiona i zadowolona. Wszystko na raz.
- Kiedy tylko chcesz, Blondi – zażartował, niechętnie wypuszczając ją z objęć.
- Mam nadzieję, że wcześniej niż później, Rudy – odgryzła się Daphne, próbując nadać mu własne pieszczotliwe przezwisko. Wiedziała, że nie jest za bardzo oryginalna, ale lepsze to niż Marchewa. Nie planowała, że ten pocałunek wyjdzie poza szybki całus, ale nie znalazła powodu, by wycofać się ze wszystkiego, co się przed chwilą wydarzyło.
Gdy George wyszedł przez Fiuu, Daphne udała się w poszukiwaniu matki. Musiały porozmawiać. George delikatnie zasugerował Daphne, by porozmawiała z mamą o ataku. Weasley i delikatna sugestia. Kto by pomyślał?
- Lily, czy zostanie mi blizna? – zamartwiała się Cissy. Po klątwie rzuconej przez jej siostrę pozostała paskudna rana, która zaczynała się pod jej prawą piersią i biegła aż do lewego ramienia. Gdyby nie szybka reakcja Lily, zapewne nie uszłaby z życiem. Mroczne klątwy zawsze zostawiały blizny.
- Boisz się, że w takim razie Charlie nie będzie cię już chciał? - spytała Lily z troską. Czuła się winna ran zadanych jej przyjaciółce.
- Czy to próżność? Wiem, że najważniejsze jest, że żyję i Adam nie stracił mamy, ale nie chcę stracić Charliego. A jak on może mnie chcieć, skoro będzie musiał na to patrzeć w każdej intymnej sytuacji? – wyraziła swoje wątpliwości Cissy. Lily uniosła brew.
- To nie jest pusty facet. Jak możesz w ogóle tak myśleć? W jego oczach nie widzę pożądania, gdy na ciebie patrzy. To miłość. Na litość boską, ten facet dobrowolnie zadaje się ze smokami. Jeśli już to blizna jeszcze go podnieci – odparła Lily, nieco rozdrażniona krótkowzrocznością Cissy. Chłopak całkowicie oszalał na jej punkcie. Po prostu za bardzo się bała, by to przyznać, nawet sama przed sobą. Lucjusz pozostawił po sobie głębokie traumy, ale Charlie będzie w stanie je uleczyć, jeśli tylko Narcyza mu pozwoli. A biorąc pod uwagę co właśnie pokazało Lily zaklęcie diagnostyczne, jej przyjaciółka będzie potrzebowała Charliego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Nie odpowiedziałaś mi. Będzie blizna? – Cissy uniknęła tematu albo przesunęła tę rozmowę na inny termin. Lily zmrużyła oczy i przysięgła sobie, że nie pozwoli przyjaciółce na sabotowanie własnego szczęścia. Potem się uśmiechnęła, bo na to pytanie mogła udzielić krzepiącej odpowiedzi.
- Szczęśliwym zrządzeniem losu Ginny weszła w posiadanie osobistej księgi zaklęć Dilys Derwent. Ta kobieta była po prostu geniuszem, jeśli chodzi o medycynę. Zapisała w księdze cała masę starych potężnych zaklęć, uroków i przepisów na uzdrawiające balsamy, które zostały kompletnie zapomniane, bo składniki uznano za zbyt trudno dostępne, zbyt niebezpieczne lub zbyt kosztowne. Zapewne dlatego nie stosujemy ich obecnie. Na twoje szczęście mam dawnego nauczyciela eliksirów, którego owinęłam sobie wokół palca, a on ma kontakty na czarnym rynku – powiedziała Lily. Przez wiele lat była w stanie umykać uwagi Dumbledore'a dzięki bardzo zyskownemu partnerstwu z Horacym Slughornem. Lily i Syriusz lokalizowali składniki, których pozyskanie w inny sposób byłoby zbyt niebezpieczne, a następnie Horacy i Harry pozyskiwali odpowiednie substancje i sprzedawali na lewo.
- Czy jest w tej książce coś, co mi pomoże? – spytała Cissy z nadzieją.
- Tak. Z Ginny przyrządziłyśmy maść na blizny, przy której moja stara działa jak proszek na swędzenie. Nic ci nie będzie, poza tym, że nie będziesz mogła odwiedzać Draco w swojej postaci animagicznej – ostrzegła ją Lily.
- Jak ja ci się odwdzięczę za to, że się do niego przebiłaś? – załkała Narcyza, ogarnięta emocjami. Bardzo się cieszyła, że Draco wyłamuje się ze schematu, który zaplanował dla niego Lucjusz. Stawał się wolnym człowiekiem i zawdzięczał to Lily.
- On już ciebie szukał. Ja tylko wystawiłam mu świeczkę w oknie, by pomóc znaleźć drogę. Jeśli już, to ja jestem twoją dłużniczką. Odzyskałam mojego Jamesa. To ja powinnam leżeć na twoim miejscu – odparła Lily. Siadła na skraju łózka przyjaciółki i ujęła ją za rękę.
- Ale gdyby to się stało, nie mogłabyś go wieczorem przelecieć za wszystkie czasy. A moim zdaniem czas najwyższy, żebyś wróciła do akcji, nie sądzisz? – zakpiła Cissy z figlarnym uśmiechem. Potem wyciągnęła rękę, klepnęła czerwony policzek Lily i dodała: - Wygrałam.
- Dobrze rozegrane, pani Black, ale nie zgadza się na rozgrywkę bez możliwości rewanżu. CHARLIE! – krzyknęła Lily. Drzwi błyskawicznie stanęły otworem i do środka wpadł kochanek Cissy w stanie kompletnej paniki.
- Co się stało? Wszystko z nią w porządku? – spytał, dopadając do łózka Narcyzy i biorąc ją za rękę. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Charlie tak bardzo się starał, by udawać że to wszystko tylko zabawa, by nie czuła z jego strony żadnej presji. A jednak były chwile, kiedy przyłapywała jego spojrzenia i wiedziała, że jest w to poważnie zaangażowany. Okazywał ogrom cierpliwości Adamowi i traktował go jak własnego syna. Cissy nigdy nie powiedziała Charliemu, jak wiele dla niej znaczy. Jaki był dla niej ważny. Teraz spojrzała na niego i poczuła w głębi serca, że desperacko czegoś pragnie.
Lily nie odezwała się nawet słowem. Nie musiała. Po prostu wzięła ich splecione dłonie i złożyła je na brzuchu Cissy. Oboje spojrzeli w dół, potem na uśmiechniętą twarz Lily, wreszcie po sobie. Obojgu zabrakło słów. Lily wyszła z pokoju z wesołym:
- Druga runda dla Lily!
- Wszystko u ciebie w porządku, stary – powiedział Syriusz, kończąc badanie umysłu Jamesa. Tonks pełniła funkcję kotwicy, a Remus został jako wsparcie moralne. Kobieta rozumiała, że mężczyźni potrzebują chwili tylko we własnym gronie, więc pocałowała męża i zostawiła ich.
- Dzięki, Łapo. Chciałem się upewnić, że ta twoja psychopatyczna kuzynka nie zostawiła mi tam żadnych niespodzianek, zanim będę sam na sam z Lily – podziękował James.
- Nie zostawiła, aż zaskakujące. To nie w jej stylu, by coś pozostawić przypadkowi. W co ona sobie w ogóle pogrywała?
- Próbowała mnie przekonać, że masz z Lily romans i próbujecie mnie zabić. A poza tym, że była moją żoną i tym podobne bzdury. Peter jej pomagał – wyjaśnił James, potrząsając głową. Jak Peter mógł tak ich zdradzić?
- Tak dla twojej informacji, Peter próbował rano zabić Harry'ego – wtrącił się Remus.
- CO?! Zabiję skurwysyna! – wrzasnął James, zrywając się na równe nogi. Był gotów zabić skurwiela gołymi rękami.
- Twój chłopak potrafi o siebie zadbać, Rogaczu. Wyszkoliliśmy go, by walczył jak Huncwot – zapewnił go Syriusz.
- A Szczeniaczek sam wszedł na wyższy poziom – zaśmiał się Remus.
- Chcecie mi powiedzieć, że to wielkie, czarne, futrzaste coś to był Harry? Jakim jest animagiem?
- Pantera Cienia – odpowiedział Syriusz.
- A on to podbił do hybrydy, która uratowała dzisiaj nasze tyłki. To takie kombo pół człowiek, pół bestia – dodał Remus.
- Drogi Merlinie, w takim razie tą srebrną bestią, która strzelała błyskawicami z pyska była Ginny?
- To jej hybrydowa forma z Jaguarem Burzowym.
- W mordę! Ktoś jeszcze potrafi to zrobić?
- Moja żona ma hybrydę lisa – odpowiedział Remus.
- A Lily swojej lwicy.
- Lily została animagiem? – zdziwił się James. Przed jego śmiercią nigdy nie wykazywała zainteresowania tym tematem.
- Wydaje nam się, że początkowo robiła to dla uczczenia twojej pamięci, ale potem stało się to coś o tobie, czym mogła się podzielić ze Szczeniaczkiem – wyjaśnił Syriusz, klepiąc Jamesa po plecach.
- Zaskoczyło mnie, że nie jest łanią – wtrącił się Remus.
- Nie, moja ukochana to prawdziwa lwica. Odkąd ją zobaczyłem, wiedziałem, że trafi do Gryffindoru – odparł James, wyraźnie dumny z żony.
- Z tego co pamiętam, stary, potrafiła cię nieźle usadzić.
- A ja uwielbiałem ją wkurzać. To było jak…
- Gra wstępna – dokończyli dwaj pozostali Huncwoci.
- Czyżby? – spytała Lily oparta o framugę drzwi. Cała trójka spojrzała na nią jak dzieciaki przyłapane na psocie. Zanim którykolwiek z nich wymyślił coś na ich obronę, Lily przeszła przez pokój, złapała Jamesa za rękę i wyprowadziła z pomieszczenia. – Przetestujemy tę teorię.
Kiedy dotarli przez Fiuu do Dworu Potterów, rezydencja była cicha, a pokój pusty. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę późną porę. Skrzaty domowe zapewne spały. James spodziewał się ujrzeć Lily, która przeszła chwilę przed nim. Kiedy jego oczy przystosowały się półmroku, James zobaczył szatę ze skóry bazyliszka, którą jej żona rzuciła na podłokietnik fotel mniej więcej w pół drogi na korytarz. Przeniósł wzrok dalej i dojrzał jeden but na podłodze w korytarzu tuż za drzwiami.
Nie marnował nawet chwili. Ruszył śladem, który mu pozostawiła. Jej drugi but wisiał za obcas na świeczniku w połowie holu. Na końcu dojrzał błysk czerwieni i podążył w jego stronę. Nie wyobraził sobie tego, a dowodem były jej dżinsy, które leżały na rogu. James zauważył jak atrakcyjnie obejmowały jej pośladki, gdy zabrała go od kumpli w domu Łapy.
James wiedział, gdzie ona się udaje, więc przyspieszył kroku. Nagrodził go widok Lily stojącej u stóp schodów wiodących do sypialni. Zerwała z siebie bluzkę i odrzuciła ją jakby była jej ciężarem. Zatrzymała się na ułamek sekundy, obejrzała się, mrugnęła do niego i zaczęła się wspinać po schodach w samej bieliźnie. Każdy jej krok był powolny, uwodzicielski i przykuwał jego uwagę do jej ledwo zakrytych krągłości.
Lily zniknęła na półpiętrze, na którym schody rozdzielały się na dwie klatki, biegnące do dwóch oddzielnych skrzydeł sypialnych. James ruszył do góry, po dwa schody na raz. Nagle nadleciał jej stanik. Korzystając z wyrobionego na quidditchu refleksu, chwycił go w locie. Materiał wciąż by ciepły i czuł na nim jej charakterystyczny zapach. Potem dojrzał ją na szczycie schodów prowadzących do głównej sypialni. Nachyliła się i zdjęła ostatni element garderoby. Jej wypięte pośladki i obnażona kobiecość wołały ku niemu śmiało.
Do tej chwili zachowanie Lily było nadzwyczaj odważne. Nigdy nie ośmieliła się wcześniej na coś takiego. Jednak dla niej to chwila prawdy, moment, w którym dowie się, czy James wciąż uważa ją za atrakcyjną. Jej ciało mocno się postarzało, odkąd ostatnim razem ją widział. Przerażało ją, że musi poddać się takiemu testowi, ale musiała wiedzieć. Więc Lily zebrała cała swoją gryfońską odwagę i obróciła się, stając w całej swej nagiej chwale przodem do Jamesa.
Ona oczywiście powiedziałaby, że ostatnie szesnaście lat mocno zmieniło jej ciało, ale on tego nie dostrzegał. Jeśli już to jej nogi i ramiona były bardziej kształtne i muskularne niż pamiętał. Po latach treningów po jej brzuchu nie było widać śladów porodu. Jej piersi, choć może nie tak jędrne jak kiedyś, wciąż go zachwycały. Światło księżyca iluminowała jej nagą postać i Lily wydawała mu się niczym bogini. Nic nie dałoby mu większej radości niż wielbienie jej do końca swoich dni. Oczy Jamesa powiedziały jej wszystko co chciała wiedzieć. Miłość, pragnienie i pożądanie wezbrały w niej i wypełniły Lily ciepłem, które zaparło jej dech w piersi.
- Nie złapiesz tego znicza, jeśli będziesz tam tylko stał i się ślinił, Potter – zażartowała Lily z nową pewnością siebie. Złapała swoje figi palcami u stóp i rzuciła je w jego stronę. Tak jak stanik, je też złapał z powietrza.
- Złap mnie, jeśli potrafisz – rzuciła wyzwanie z uśmiechem i popędziła w głąb skrzydła. James odrzucił oba kawałki materiału za siebie i ruszył w pogoń.
James ledwie przekroczył próg komnaty, gdy został rzucony na ścianę. Jedno szarpnięcie rozerwało jego koszulę, a gorące wygłodniałe usta jego żony przywarły do jego warg. Uczucie jej piersi przyciskającej się do jego nagiej skóry rozpaliło mu zmysły. Jedna z jej dłoni wpiła się w jego włosy, a druga rozpięła mu spodnie. Lily uniosła jedną nogę. Wsunęła stopę za pasek i mocno szarpnęła w dół, ściągając spodnie. W ten sam sposób pozbyła się bokserek.
James wiedział, że na wierzch wychodzi pierwotna strona jego żony, ale i on posiadał pierwotny aspekt i zamierzał przejąć aktywną rolę w dzisiejszym świętowaniu. Złapał jej pośladki i uniósł ją z ziemi. Instynktownie oplotła nogami jego biodra. James okręcił się i to jej plecy uderzyły o ścianę. Lily wykrzyknęła jego imię i przeciągnęła paznokciami po jego plecach.
Lily poczuła go przy wejściu, ale nie opuścił jej na siebie. Wydała cichy jęk zawodu, oczekiwała szybkiego i dzikiego pieprzenia. James odsunął się od niej lekko, a wyraz jego oczu upewnił ją, że czeka ją długa i szalona noc. Uniósł ją wyżej, aż poczuła jak jego ciepły oddech owiewa jej piersi. Wygięła plecy, przysuwając je bliżej, jednocześnie zaplotła nogi mocniej wokół jego bioder. Dzięki temu podtrzymywała swój ciężar i uwolniło jego ręce.
Ujął ustami jeden jej sutek, a dłonią pieścił drugi. Jego druga dłoń błądziła w delikatnych okolicach jej sromu. Była mokra i gotowa na niego. James szybko odnalazł jej słodki punkt i odnowił znajomość. Lily pisnęła, gdy to uczucie zawładnęło jej zmysłami. Złapała dwoma dłońmi jego kruczoczarne włosy i mocno oderwała go od siebie.
- Przestań się ze mną drażnić, Potter – warknęła dla efektu. On odpowiedział promiennym uśmiechem. Miał ją tam, gdzie chciał. Oboje o tym wiedzieli. James odsunął ją od ściany i zaniósł do łózka.
Rzucił żonę na materac, a ona podskoczyła kilka razy na sprężynach. Przygryzła uwodzicielsko dolną wargę i uniosła na niego wzrok. Jego oczy błądziły po każdym centymetrze jej wspaniałego ciała. Jak na schodach, światło księżyca objęło jej nagą, kuszącą postać. Zarumieniła się jak dziewczyna, widząc tą pożądliwą inspekcję.
Lily nie chciała być submisywna. Wcześniej przyjęła tę rolę w sypialni z Jamesem, myśląc, że tego się po niej oczekuje. Ale teraz była inną kobietą. Szesnaście lat niezrealizowanych potrzeb domagało się rekompensaty. Duma kazała jej być bardziej asertywną i stać się kochanką na równych prawach. Między innymi dlatego go zaatakowała. Teraz jednak czuła się jak dziewica na Balu Bożonarodzeniowym. Ociekała wręcz oczekiwaniem, a jednocześnie czuła lęk.
- Jesteś piękna – powiedział delikatnie James, przerywając jej zamyślenie. Popatrzyła na niego zaskoczona. Uniósł jedną jej nogę i ucałował kostkę. – Urocza – kontynuował, przechodząc ustami po łydce. – Wyjątkowa – ucałował udo tuż nad kolanem Jej oddech przyspieszył, podczas gdy czubek języka szukał swojej nagrody. – Zapierasz mi dech w piersiach – zakończył, całując jej guzik rozkoszy, a Lily krzyknęła czując ogarniającą ją przyjemność.
James nakreślił runę na jej łonie i wyrecytował gaelickie zaklęcie. Lily wygięła plecy w łuk, zacisnęła pięści na prześcieradle, a każdy z receptorów przyjemności zapłonął potrójną rozkoszą.
- DROGI MERLINIE! CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE? – krzyknęła, a jej nogi zaczęły dygotać. James wciąż kreślił runy na jej łonie. Fale rozkoszy jedna za drugą zabierały ją na skraj szaleństwa. W jej wnętrze wniknęły dwa palce i zaczęły się gwałtownie poruszać. Podwinęły jej się palce u nóg, zaczęła ciężko oddychać, a każde zakończenie nerwowe w jej ciele śpiewało.
Lily nie mogła już tego znieść. Z całą agresywnością i zręcznością lwicy przerzuciła Jamesa na plecy i dosiadła go. Poprowadziła go do wejścia i natychmiast zorientowała się jak wiele czasu minęło odkąd był w niej. W pewien sposób ponownie traciła dziewictwo i to z tym samym mężczyzną. Na szczęście była dobrze nawilżona i szybciej dostosowała się do jego rozmiaru niż za pierwszym razem. Lily zaczęła unosić się i opuszczać na jego męskości, aż jej paznokcie wbijały mu się w pierś. Przesunęła dłonie w górę i mocno chwyciła go za nadgarstki.
Miała Jamesa na swojej łasce, więc usadowiła się tak, że jej piersi unosiły się tuż przed twarzą Jamesa, ale poza jego zasięgiem. Bez litości ujeżdżała i drażniła męża. James gwałtownie rzucił głową. Jego usta odnalazły jej pierś i zajęły się nią. Lily poddała się temu, a jej tempo stawało się coraz szybsze i gwałtowniejsze. James i Lily nie wiedzieli jak długo utrzymywali to tempo. Mogły to być minuty, godziny, a nawet dni. Było im za dobrze, by mieli się tym przejmować. Dwa huragany namiętności zderzyły się, gdy jednoczesny orgazm przetoczył się przez ich ciała. Lily odrzuciła głowę i zaryczała ku niebu, a ich Więź Małżeńska odnowiła się, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
W następnym rozdziale:
- Pansy, Romilda i wskrzeszony Neville
- Co się stało z Shashą?
Od tłumacza: Drodzy Czytelnicy, jak widzicie po częstotliwości nowych rozdziałów mam mało wolnego czasu. Podtrzymuję jednak obietnicę, że historia zostanie ukończona, choć nie wiem kiedy.
