Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Rozdział 48
- TY NIE ŻYJESZ! WI… WIDZIAŁAM JAK PANSY CIĘ ZA… ZABIJA! – zapiszczała Romilda. Zeskoczyła z łóżka, gwałtownie cofając się od ciała Neville'a Longbottoma. Podążył za nią z rozbawioną miną, jakby przechadzał się po parku. Jego krwistoczerwone oczy przenikały do głębi jej duszy.
- Naprawdę nie masz pojęcia jak działa klątwa śmierci, co, głupia dziewucho? – spytał ją z lekkim, ale złowieszczym śmiechem, który wywołał lodowaty dreszcz na jej plecach. – A staruch nazywa to szkołą. Żałosne.
Plecy Romildy uderzyły w ścianę i wiedziała, że nie da rady cofnąć się bardziej. Zamknęła oczy i w ciszy czekała na śmierć. Jednak po chwili poczuła jego różdżkę, która przesunęła się po jej skórze od szyi aż po obojczyk.
- W takim razie jak działa? – Romilda zebrała całą swoją gryfońską odwagę i otworzyła oczy. W desperacji próbowała przedłużyć swoje życie tak bardzo, jak to tylko możliwe.
- Mogę ci powiedzieć, czemu nie. Niegdyś chciałem tu uczyć. Czy przed dzisiejszym dniem kiedykolwiek widziałaś, jak człowiek zostaje trafiony Avada Kedavra? – spytał tonem, który jak na jej gust zbyt przypominał McGonagall.
- Tak, profesor Black pokazywał nam zdjęcia na lekcjach – odpowiedziała Romilda, dumna, że się nie zająknęła.
- W takim razie wiesz, że ciało pozostaje nieuszkodzone – kontynuował z cieniem szacunku dla jej odwagi. Widział wyraźnie, że dziewczyna jest przerażona, ale wciąż patrzyła mu w oczy. Moja dziewczyna, pojawiło się w jego głowie na ułamek sekundy, ale zaraz przegnał tą myśl.
- Tak.
- W takim razie jak zabija to zaklęcie? – spytało ciało Neville'a, unosząc brew. Zapomniał dziwną myśl tak samo szybko jak się pojawiła. Dziewczyna zamyśliła się na kilka sekund, a potem uniosła głowę wstrząśnięta i zrobiła wielkie oczy.
- Zabija duszę – sapnęła.
- Blisko, bardzo blisko. Precyzyjnie mówiąc, wyrywa duszę z ciała. Ciało czarodzieja nie może żyć bez duszy, jednak jeśli jakiś jej cień pozostanie, można odebrać śmierci jej nagrodę – odpowiedział z czymś, co mogło uchodzić za uśmiech. Było coś w tej dziewczynie co sprawiało, że chciał ją lubić. Domyślał się, że to jakieś uczucia Longbottoma, które jeszcze nie zniknęły.
- Więc Pansy nie zabrała ci całej duszy? – Romilda powoli zaczęła składać wszystkie wiadomości do kupy.
- Oczywiście, że zabrała duszę Longbottoma, ale tak się składa, że miał zapasową – zachichotał, ale od razu się otrząsnął. Zaczynało go to wkurzać. Ostatnie czego potrzebował to szalejące hormony nastolatka. Zupełnie bezproduktywne.
- Jesteś Nim, prawda? - spytała, a w jej głosie ciekawość przeważała nad strachem. Uznała, że jeśli chciałby ją zabić, to już by tego dokonał.
- Sprytna dziewczyna. Może jeszcze będę miał z ciebie pożytek – odparł szczerze.
- Zabijesz mnie? – spytała, żeby się upewnić. W końcu w pewnym sensie był Tym, Którego Imienia Nie Można Wymawiać.
- To zależy od ciebie, moja droga – ostrzegł, ale zaczął podejrzewać, że nie zdoła tego zrobić i nie miało to nic wspólnego z wzrastającym w niej dzieckiem. Rozumiała mowę węży, a on był pewien, że to dzięki dziecku. Miało w sobie więcej z niego niż z Longbottoma.
- Nie chcę umierać – odpowiedziała Romilda, a jej dłoń instynktownie powędrowała do jej brzucha.
- W takim razie idź za mną, bądź mi posłuszna i nigdy mnie nie zawiedź – poinstruował stanowczo.
- Dokąd idziemy?
- Otworzyć ponownie Komnatę Tajemnic, moja droga.
Lily nie pamiętała, kiedy ostatnio obudziła się tak wypoczęta, pełna nadziei i szaleńczo szczęśliwa. Zaskakująca niespodzianka, biorąc pod uwagę emocjonalną huśtawkę, która stała się poprzedniego dnia jej udziałem. Może to dlatego, że jej rodzina znów była cała, a może dzięki temu, że razem z Jamesem doprowadzali się raz po raz na szczyt przez całą noc. A może po prostu potężne zadowolenie ze snu w ramionach mężczyzny, którego kochała do szaleństwa. Jednak tak naprawdę chodziło o każdą z tych rzeczy.
Udało jej się złapać zaledwie cztery godziny snu, ale to aż nadto. Nie chciała budzić Jamesa wystarczało jej, że mogła się w niego mocniej wtulić. Leniwie przesunęła palcami po Mrocznym Znaku na jego przedramieniu. Sięgnęła tak magią, jak swoimi czułymi zmysłami animagicznymi, by go zbadać. Pogrążyła się w rozwiązywaniu tej zagadki tak bardzo, że nawet nie poczuła, jak James się porusza, nim pocałował ją w skroń. Uśmiechnęła się z radością na to pełne uczucia przywitania, po czym uniosła głowę i obdarzyła go porządnym porannym pocałunkiem.
- Dzień dobry, kochanie – odezwał się James, gdy oderwali się od siebie.
- Nie, ukochany, to wspaniały dzień – zamruczała figlarnie Lily, po czym zainicjowała kolejny, znacznie dłuższy pocałunek. Kiedy go zakończyli, Lily wtuliła się w męża, a jej uwagę znów przyciągnął narysowany Mroczny Znak.
- Możesz ze mną żyć, skoro jestem naznaczony w taki sposób? – spytał James, jakby bał się odpowiedzi.
- To jakaś iluzja. Na pewno nie prawdziwy – odpowiedziała Lily, patrząc na niego z absolutnym zaufaniem.
- Jak możesz być taka pewna? – spytał kompletnie zdumiony jej przekonaniem i wiarą w niego.
- Nie pachniesz jak Śmierciożerca. Na tym jest magiczna sygnatura Lestrange. Musiała go na tobie umieścić, żebyś uwierzył, że jesteś jednym z nich. Znajdę sposób na pozbycie się tego, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz jaką kiedykolwiek zrobię – zapewniła go Lily, a ostatnia część wyrwała się z jej ust jako warkot.
- Ta psychopatka na pewno nie stosuje pieprzonych półśrodków – mruknął James. Lily drgnęła lekko. Nie wiedziała za wiele o tym, co ta suka zrobiła Jamesowi, by zwrócić go przeciw niej. Czuła jednak, że wycierpiał wiele. Bała się tej wiedzy, ale wiedziała, że muszą się z tym uporać prędzej czy później, a nie zamierzała pozwolić, by coś weszło między nią i Jamesa.
- Kochanie, wiem jakie wspomnienie ci pokazała. Przysięgam, że to nie byłam ja. Ta okropna Ślizgonka, która chciała zostać Butolizką zwinęła pewnego dnia włosy z mojej szaty. Użyła ich, żeby uwieść Snape'a. Nie wiem jakim cudem, ale znalazła gdzieś kilka moich starych włosów i usiłowała mi zrujnować reputację. Draco powstrzymał ją i wymazał jej pamięć. Z tego co wiem wysłała tylko jedno wspomnienie, ale może ich być więcej.
- To wiele wyjaśnia. Czekaj, Draco, jak syn Cissy? Myślałem, że on jest jednym z nich? – spytał zdumiony James.
- Był, ale się zmienił. Harry i Syriusz mu nie wierzą, ale po prostu znowu są nadopiekuńczymi zakutymi łbami. Chłopak ma w sobie więcej Cissy niż Lucjusza, daję słowo – zakończyła Lily błagalnym tonem. Gdyby tylko zobaczyli, jak oczy Draco rozświetlają się, kiedy opowiadała mu historie o Cissy. Tego się nie da udawać.
- W razie gdybyś jeszcze tego nie załapała, informuję, że całkowicie ufam tobie i twojemu osądowi. Jeśli mówisz mi, że się nawrócił, mi to wystarczy. Jeśli już, mam u niego dług – zapewnił ją James, przeczesując jej jedwabiste rude włosy. Lily westchnęła z zadowoleniem. Czuła się jeszcze bardziej w nim zakochana, jeśli to w ogóle możliwe.
- Dziękuję, James. Tylko co masz na myśli, mówiąc, że to wiele wyjaśnia? Dostałam szału, kiedy ta porąbana suka zaczęła się o ciebie ocierać. Jak mogłeś wytrzymać oglądanie Snape'a z kimś, kto wyglądał jak ja? – spytała Lily, w której ciekawość przeważyła nad ostrożnością.
- Powiedziałbym, że dziewczyna świetnie naśladowała twój głos i manieryzmy, ale jej aktorstwo miało… niedociągnięcia – zaśmiał się James, kręcąc głową. Domyślał się, że każda kobieta robi to inaczej.
- Zechcesz rozwinąć temat, kochanie? – nacisnęła Lily, unosząc brew i przeszywając go spojrzeniem.
- Ona… nooo, jakby to powiedzieć… nie wydawała takich dźwięków, ani nie robiła takich min ja ty, zwłaszcza… na szczycie pasji – wymamrotał James, wiedząc, że nadchodzi wybuch. Tego się po prostu nie dało taktownie powiedzieć.
- WIEDZIAŁEŚ, ŻE TO NIE JA, BO INACZEJ SZCZYTOWAŁA?! – zawyła Lily, obrażona i zawstydzona całą sytuacją. Nieco zaskoczyła Jamesa bezpośredniością swoich słów. Lily zmieniła się przez te lata znacznie bardziej niż mu się wydawało. Zniknęło gdzieś jej sztywne przywiązanie do dobrych manier. Nie żeby miał coś przeciwko, po prostu był zaskoczony.
- Nooo… nie chciałem tego ująć tak dosadnie, ale tak – odpowiedział James, a jego żona, ku jego zaskoczeniu, zaczęła chichotać, a wreszcie wybuchnęła śmiechem, tarzając się po łóżku i trzymając za brzuch. Od lat się tak nie śmiała.
- Przepraszam kochanie… za długo… z Harrym i Kundlem… moje poczucie humoru… chyba się wypaczyło – zdołała wyksztusić Lily między kolejnymi napadami śmiechu. James poczuł ukłucie żalu za tymi wszystkimi latami, które mu odebrano, ale wesołość Lily była zaraźliwa i wkrótce on również pękał ze śmiechu. Potrwało chwilę nim uspokoili się na tyle, by kontynuować rozmowę.
- Pewnie lepiej się z tego śmiać niż płakać – stwierdził James, wzruszając ramionami.
- Może później się popłaczę, na razie opowiedz mi co było dalej – zażądała nieco posmutniała Lily. James nie wiedział, o czym myśli, ale odłożył tę tajemnicę do rozstrzygnięcia na później. Opowiedział jak skłonił Lestrange, żeby z nim nie spała, a potem podstępem wydobył z niej cały proces przywracania go do życia. Czasami Lily śmiała się z pomysłowości, sprytu i bystrości swojego męża. Jednak częściej chciało jej się wyć na myśl o wszystkim co przeszedł. Zabije Lestrange, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, którą zrobi w życiu. Kiedy James zaczął mówić o ich wspólnej przyszłości, na twarz jego pięknej żony znów wpłynął smutek. Tym razem nie zamierzał odpuszczać.
- O co chodzi, kochanie? Przecież już ustaliliśmy, że wiem jak wyglądasz. Powiedz mi – błagał James. Wiedział, że coś ją męczy. Widział to w jej niesamowitych szmaragdowych oczach. Lily odwróciła wzrok, wiedząc, że to z nich James wyczytuje te informacje. Po minucie, która dłużyła się w nieskończoność, westchnęła ciężko i spojrzała na niego.
- Nie zmienię tego, co czas i grawitacja zrobiły z moim ciałem. Jednego dnia miałeś dwudziestoletnią żonę z jędrnym i świeżym ciałem, a teraz jestem na niewłaściwym końcu trzydziestki - wyznała Lily. Wiedziała, że przemawiają przez nią głupota i próżność, ale nie mogła pozbyć się tego lęku z głowy.
- Lily Rose Potter, jesteś równie piękna i pociągająca jak w dniu, w którym się z tobą ożeniłem! – warknął oburzony James. – Nikt nie może obrażać mojej żony, nawet ty!
- Jesteś słodki, ale nieobiek… - zaczęła Lily, ale on szybko jej przerwał:
- I do tego totalnie zakochany i pożądający tego nagiego, zabójczo pięknego, seksownego kociaka, który leży koło mnie – przerwał jej James i żeby podkreślić swoje zdanie pocałował ją namiętnie, zanim zdążyła wyrazić sprzeciw. Lily stopniała i cieszyła się prawdą tego, co on wyrażał bez słów. Kiedy ich usta się rozdzieliły, spojrzała w jego oczy i poczuła, jakby sięgały do głębi jej duszy. – Jeśli już, to z wiekiem jesteś coraz lepsza. Jesteś silniejsza, zwinniejsza i to mi się bardzo podoba. Wręcz uwielbiam twoją animagiczną wytrzymałość i asertywność.
- A to dlatego, że jesteś napalonym palantem – odpowiedziała Lily ze śmiechem i żartobliwie uderzyła go w pierś, ale zaraz kontynuowała poważnie: - Co nie zmienia faktu, że jestem starszą kobietą, a ty młodszym mężczyzną. Będziemy dyżurnym tematem do żartów w towarzystwie.
W końcu powiedziała to na głos. Mogła wcześniej udawać, że nie obchodziły jej wszystkie artykuły, które na jej temat pisała Rita Skeeter. Że nie miały żadnego znaczenia. Ale to i tak bolało. Nie obchodziło jej co myśli na jej temat banda napuszonych czarodziejów czystej krwi, ale James to zupełnie inna sprawa. Oczernianie dobrego imienia i pamięci Jamesa bolało ją najbardziej.
- Niech zobaczą jaki jestem szczęśliwi i zazdroszczą, że mam cię tylko dla ciebie. Nie mają dla mnie żadnego znaczenia, a ty jesteś dla mnie najważniejsza – zapewnił i zobaczył w jej oczach i po tym jak się rozluźniła, że wreszcie to do niej dotarło. – Poza tym popatrz na plusy tej sytuacji – dodał z figlarnym uśmiechem.
- A jakież to plusy, panie Potter? – spytała Lily, unosząc żartobliwie brew. Nigdy nie wiedział, czy to wyzwanie czy ostrzeżenie, tak czy inaczej reagował tak samo.
- Oboje jesteśmy na szczycie seksualnej sprawności, a do tego ty przechodzisz ruje – odpowiedział James. Legł na plecach i podłożył dłonie pod głowę. – Dla mnie to jak Boże Narodzenie każdego dnia, kochanie.
- Zapomniałam już, jakim potrafisz być napalonym skubańcem – zaśmiała się Lily i znów żartobliwie klepnęła go w pierś. Jednym płynnym ruchem James znalazł się na niej i wśliznął się między jej nogi. Lily wstrzymała oddech z zaskoczenia, ale i z niecierpliwości. Popatrzyła na niego, a w jego oczach ujrzała coś poza pragnieniem. Nigdy by mu się do tego nie przyznała, ale uwielbiała, kiedy tak na nią patrzył.
- Jeśli chcesz, wezmę Eliksir Postarzający. Zależy mi tylko, żeby być z tobą tak długo, jak pozwoli mi na to długość mojego drugiego życia – wyznał, a Lily nie potrafiła odnaleźć słów, słysząc czego on pragnie.
- Po prostu kochaj mnie, to reszta świata będzie nam mogła skoczyć – odpowiedziała, przesuwając palcami po jego piersi. I znowu użyła jednej z barwnych wypowiedzi swojego syna. Ten mały skurczybyk naprawdę ją zepsuł.
- I to jest moja dziewczyna! – podsumował James, przymierzając się do jej kobiecości.
- Co, tak bez gry wstępnej? – spytała Lily, nadymając wargi. Co prawda niezbyt jej teraz potrzebowała, ale dziewczyna musi mieć swoją godność.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – James wyszczerzył się figlarnie, a błysk w jego oku jeszcze wzmógł jej podniecenie.
- Dobra oooooodpowiedź! Jasna cholera, gdzieś ty się tego nauczył? EJ, CZY JA CI KAZAŁAM PRZERYWAĆ?!
Pansy poszukiwała Vane czując rosnący niepokój. Tuż przed końcem śniadania Madam Bones, ta auror metamorfomag i kilkunastu czarodziejów bojowych przybyli do Hogwartu. Podobno prowadzili śledztwo w sprawie ataku na Astorię Greengrass, ale Pansy szybko zorientowała się, że rozmawiają tylko z dziewczynami, do których dobierał się Longbottom. Nie podobało jej się to. Ale nie tylko to było dziwne. Potter, Blacka i Snape'a nie było przy stole nauczycielskim. Zauważyła, że w czasie posiłku Dumbledore kilka razy zerka na ich puste miejsca.
Poprzedniej nocy była tak zmęczona, że postanowiła zaczekać do ranka z poinformowaniem opiekuna jej domu o zgonie Longbottoma. Nieobecność Snape'a mogła znaczyć tylko jedno: został wezwany przez Czarnego Pana. Do nieobecnych zaliczali się również Harry i Emma Potterowie, Ginny Weasley, Astoria i Daphne Greengrass, Draco Malfoy, Neville Longbottom i Romilda Vane. Neville nie żył, więc nim się nie przejmowała, ale Romildę zostawiła poprzedniego wieczoru w Pokoju Życzeń. Jako że aurorzy celowali w dawne podboje Longbottoma, zapewne chcieliby przesłuchać także Vane, a to mogłoby zrujnować plany Pansy. Musiała dorwać tę kłopotliwą dziewczynę zanim zrobią to aurorzy.
Zupełnie innym problemem była absencja trójki Potterów, Weasley i Blacka. Ta banda na pewno coś knuła. Nieobecność sióstr Greengrass wyjaśniał dzisiejszy Prorok Codzienny. Ich dom został zaatakowany przez Śmierciożerców, a ich ojciec zabity. Plotki głosiły, że z odsieczą przybyli Huncwoci i zadali siłom ciemności dotkliwe straty dzięki mugolskiej broni. Ci skurwiele nie potrafili walczyć honorowo, ale trudno kwestionować ich efektywność. Najwyraźniej będzie musiała poszukać sposobów na skuteczną obronę przeciwko mugolskiej technologii.
I gdzie do diabła podziewał się Draco? Istniała szansa, że ze Snapem, ale to nie byłoby dobre. Z tego co ostatnio słyszała, Czarny Pan nie był zadowolony z Malfoyów. Wiedziała, że chłopak pracuje nad tym, żeby szlamowata nauczycielka mu zaufała, ale nie chciał zdradzać za dużo szczegółów. Pansy uznała, że za dużo z tym nie zdziała, więc postanowiła się skupić na czymś, co mogła zrobić, czyli na odnalezieniu tej cholernej Gryfonki.
Dumbledore i Bones właśnie kłócili się na temat przesłuchiwania przez nią uczniów. Kobieta miała wszystkie wymagane dokumenty i zgody, więc dyrektor wiedział, że nawet on nic nie wskóra protestując. Niemniej jednak jak zwykle nadymał się, by wydawać się ważniejszym niż był w rzeczywistości. Wszyscy przyglądali się tej pożałowania godnej scenie, więc Pansy udało się wymknąć z Wielkiej Sali relatywnie niezauważonej.
Szybkim krokiem dotarła na siódme piętro i zorientowała się, że drzwi do Pokoju Życzeń wciąż tam są. Nie podobało jej się to, więc postanowiła zachować szczególną ostrożność. Najpierw nasłuchiwała chwilę pod drzwiami, ale nie dotarły do niej żadne dźwięki z wnętrza. Potem zaryzykowała naciśnięcie klamki i ku jej uldze drzwi się otworzyły. Zastała Pokój dokładnie takim, jaki go zostawiła, z tym małym wyjątkiem, że nie było tam Vane ani ciała Longbottoma. Ostrożnie zaczęła przeszukiwać pomieszczenie. Pod przeciwległą ścianą znalazła bardzo staro wyglądające schody. Obejrzała się przez ramię na drzwi wiodące do Pokoju i machnięciem różdżki rzuciła na nie Zaklęcie Zamykające.
Strome schody wydawały się ciągnąć bez końca. Pansy zaczęła się zastanawiać czy nie wiodą przypadkiem do samego piekła. Po dziesięciu minutach ostrożnego schodzenia stopnie zakończyły się w słabo oświetlonej jaskini. Pansy użyła zaklęcia Lumos do rozjaśnienia terenu. Zauważyła dwa zestawy śladów stóp w pyle pokrywającym dno. Dwa? Kto z nią mógł być, do cholery? Narastały w niej złe przeczucia, ale ruszyła za śladami. Jaskinia zakręcała raz po raz i w niektórych miejscach trudno się było przecisnąć. Kilka razy przeszło jej przez myśl, że może lepiej by było zawrócić, ale zawsze ciekawość pchała ją naprzód. W końcu po bardzo długim czasie dotarła do okrągłych stalowych drzwi, pokrytych wyobrażeniami węży. Były otwarte, a zza nich dobiegało światło.
Pansy rozproszyła zaklęcie i ostrożnie weszła do kolejnego pomieszczenia. Kroczyła ścieżką między posągami z gigantycznymi głowami węży, aż natknęła się na szczątki ogromnego bazyliszka. Truchło było tak obrzydliwe, że nawet nie zauważyła braku kilku kłów. Jej wzrok przyciągnęła ściana, na której wyrzeźbiono twarz. Jej podobieństwo do portretu Salazara Slytherina z jej pokoju wspólnego było uderzające. Nie miała wątpliwości, że właśnie natknęła się na Komnatę Tajemnic.
W miejscu otwartych ust twarzy znajdowało się wejście. To przeważyło szalę. Wiedziała, że nie powinno jej tu być. Nie potrzebowała znać mrocznych sekretów założyciela jej Domu. Odwróciła się, by odejść, ale jej drogę blokował wielki wąż. Gad uniósł łeb i rozłożył kaptur na szyi. Pansy wiedziała, że nie należy patrzeć kobrze w oczy. Wycofała się, zerkając na węża kątem oka, a drugim kątem szukała możliwości ucieczki. Przesunęła się w prawo, ale jej drogę zablokował kolejny gad. Po lewej dołączył do nich kolejny wąż.
Zaczęły pełznąć w jej stronę, a ona się cofała. Zerknęła przez ramię i zorientowała się, że zapędzają ją do wejścia. Nie próbowały jej atakować, ale nie wątpiła, że zrobią to, jeśli spróbuje uciec. Pansy rozumiała, że jej obecność tu została dostrzeżona i nie miała większego wyboru. Postanowiła więc stawić czoła losowi jak dumna czarownica czystej krwi.
- DOBRA! Nie musicie być aż tak nachalne! – warknęła na węże i z wysoko uniesioną głową obróciła się i przemaszerowała przez wejście, najprawdopodobniej ku swej zgubie. Ujrzała korytarz. Po obu stronach znajdowało się kilka par drzwi. Jedne z nich były uchylone, a z pokoju dobiegało światło. Zebrała się w sobie i otworzyła je szerzej.
Wkroczyła do komnaty rytualnej, tego była pewna, zwłaszcza że na jej środku wznosił się rytualny ołtarz. Na nim leżała Romilda, której ciało pokrywały runy wymalowane krwią. Dopiero później miała się dowiedzieć, że była to krew bazyliszka. Pansy zaryzykowała i rzuciła okiem po pomieszczeniu. Nie dojrzała nikogo innego. Tak szybko i cicho jak mogła podeszła do Romildy. Oczekiwała, że dziewczyna będzie skrępowana i przerażona. Wręcz przeciwnie, Vane spojrzała na nią spokojnym, zrelaksowanym wzrokiem. Dziewczyna nawet uśmiechnęła się, choć jedynie odrobinę. Jej oczu nie przesłaniała mgła, więc Pansy wiedziała, że to nie Imperio.
Poświęciła chwilę, by przyjrzeć się runom. Nie rozpoznała żadnej, a Starożytne Runy były jej najlepszym przedmiotem w szkole. To z pewnością zły znak. Co więcej zdawały się zbiegać ku brzuchowi Romildy, a dokładniej ku jej pępkowi, w którym tkwił świecący purpurowy kryształ. Czuła jak falami wypływa z niego magiczna moc.
- Mugole mówią, że ciekawość to pierwszy stopnień do piekła. Co prawda jako czarownica, to według nich już dawno powinnaś się tam smażyć – wysyczał niespiesznie głos za jej plecami. Zaskoczona Pansy aż podskoczyła. Znała ten głos, a jego właściciel powinien być martwy. Sama go zabiła. Centymetr za centymetrem obracała się, przerażona perspektywą tego, na co zaraz miała spojrzeć. Czuła go w pobliżu, ale tuż za jej polem widzenia. Powoli obracała głowę, aż napotkała jego czerwone ślepia. – Pansy, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha – usłyszała syk i po tych słowach dumna Ślizgonka straciła kontrolę nad pęcherzem.
Ciało Neville'a zachichotało na widok niegdyś brutalnej i aroganckiej Pansy Parkinson, która zlała się w gacie. Odstąpił od zesztywniałej z przerażenia dziewczyny i spojrzał na leżącą Romildę niemal z uczuciem.
- Świetnie się spisałaś, moja droga – powiedział do niej, przesuwając dłonią po jej włosach. Romilda uśmiechnęła się, a on zdjął z niej kryształ.
- Dziękuję, panie – powiedziała zadowolona, mimo widocznego zmęczenia.
- Idź odpocznij, twój magiczny rdzeń musi się ponownie naładować – polecił jej, a Romilda zeskoczyła z ołtarza, jakby była na rutynowym badaniu u Madam Pomfrey. Nogi lekko się pod nią ugięły, ale po kilku chwilach odzyskała równowagę. Nie przejmowała się w ogóle swoją nagością. Wyszła z komnaty do pokoju, w którym znajdowało się łóżko. Gdy tylko opuściła pomieszczenie, czerwone ślepia spojrzały w brązowe oczy i Pansy ciężko przełknęła ślinę.
- Longbottom się w niej zakochał. Gdyby nie to, wyssałbym jej magię do cna – powiedział, jakby do siebie. Wkurzało go, że nie potrafi jej zabić. Wyglądało na to, że w swoich ostatnich dniach chłopak nauczył się kochać, a teraz słabość Longbottoma infekowała również jego. Pożądał dziewczyny, więc być może przyda się na coś, nim oczyści się z tych niechcianych uczuć.
Parkinson stanowiła kolejny dylemat, niemal równie niepokojący. Jego mroczna część osobowości czuła fascynację dziewczyną. Była wszystkim, czym powinna być ślizgońska czarownica. Ambitna, chytra, bezlitosna, bez kręgosłupa moralnego, przypominała mu młodą Bellę. Była atrakcyjna, jak druga dziewczyna, ale nie na tyle, by go to rozpraszało.
- A jaki będzie mój los? – spytała z wysiłkiem Pansy. Draco opowiadał jej kiedyś o czerwonych oczach Czarnego Pana i o tym, jak spoglądają do głębi duszy. Nie miała pojęcia jak to się stało, ale to właśnie on przejął ciało Longbottoma. Na jej pytanie uniósł brew. Wziął kryształ w jedną rękę i uniósł drugą, ujawniając karwasz wykonany z łusek czerwonego smoka. W jedno z wielu przygotowanych miejsc włożył kryształ skupiający moc.
Magiczny rdzeń Longbottoma można było określić jako co najwyżej przeciętny. Vane wcale nie dysponowała większą siłą, ale kiedy otoczył kryształy łuską smoka, mógł z nich czerpać w razie potrzeby. Jednak do dokonania tego, co planował, będzie potrzebował więcej, znacznie więcej. A ta dziewczyna mogła mu się przydać do zebrania innych dawców, ochotników lub wręcz przeciwnie.
- Pansy, jesteś wspaniałą czarownicą z silnym magicznym rdzeniem i przepyszną pogardą dla moralności. Twoje usługi dla mnie będą wyglądały zupełnie inaczej niż w przypadku Vane. Potter ma swoje suki, teraz ja mam moje. I niech rozpocznie się gra.
Sasha nie pierwszy raz obudziła się naga i związana. Miała nadzieję, że nie będzie to ostatnia taka sytuacja. Z odpowiednim partnerem mogła to być nader przyjemna zabawa. Jednak coś jej mówiło, że to nie będzie taki przypadek. Doświadczenie przykazało jej zachować spokój i zbadać otoczenie po kryjomu. Im dłużej wrogowie pozostawali nieświadomi jej przytomności, tym lepiej.
Wysiliła swoje wzmocnione sukubie zmysły, by lepiej ocenić sytuację, w której się znalazła. Czuła, że jej nadgarstki były skute, a dłonie zwinięte w pięści. Pokryto je jakąś kleistą substancją. Najwyraźniej nie chcieli dać jej możliwości użycia pazurów. Czuła też metalową obręcz na szyi. Nie znała jej przeznaczenia, ale obawiała się, że niedługo je pozna. Związano jej skrzydła, ale ogon już nie. Najwyraźniej myśleli, że tą część ciała ma tylko na pokaz. Wyprowadzi ich z tego błędu, ale musiała dokładnie wybrać właściwy moment. Nie związano jej stóp, ale ledwie dotykały one ziemi. To mogło się okazać zarówno atutem jak przeszkodą.
Do jej nosa dobiegały zapachy, które mówiły, że znajduje się w wilgotnym, zatęchłym lochu. W pomieszczeniu unosił się zastały odór Śmierciożerców. Tak stary, że ledwo go złapała przez wszechogarniający smród wilkołaka i, jeśli się nie myliła, przetrawionej brandy. Odkryła też ślady starej krwi i płonących świec.
Nasłuchując odkryła w pomieszczeniu trzy bijące serca. Od początku podejrzewała, że nie jest sama, teraz tylko potwierdziła te podejrzenia. Jej serce uderzało nieco za szybko, więc zmusiła się, by się uspokoić. Jeśli któryś z nich miał nadludzkie zmysły, na pewno wiedział już, że się obudziła. Sasha skupiła się na pozostałych uderzeniach serca, których dźwięk do niej dobiegał. Jeden silny i spokojny, drugie serce waliło energicznie, niewątpliwie komuś podobał się widok.
Sasha uchyliła nieznacznie powieki. Na szczęście miała opuszczoną głowę, więc jej włosy i cienie zamaskowały ten ruch. Jako istota lubiąca nocny styl życia Sasha widziała w ciemnościach równie dobrze jak w świetle. Co prawda jej oczy wyłapywały teraz głównie promieniowanie cieplne, ale funkcjonowały równie efektywnie. Po drugiej stronie lochu znajdowało się dwóch mężczyzn. Większy siedział spokojnie z kubkiem w dłoni. Drugi stał obok niego i bezruch sprawiał mu wyraźne problemy. Kilka razy musiał poprawić spodnie, ku niesmakowi jej i swojego towarzysza. Ten siedzący nachylił się, odchylił jej głowę i mocno wciągnął powietrze. Potem sapnął i znów rozsiadł się na krześle.
- Będziecie się tak na mnie gapili jak chłopcy z oklapłymi różdżkami czy pokażecie, że jesteście prawdziwymi mężczyznami? – rzuciła w ciemność Sasha, opierając stopy na podłodze tak mocno, jak była w stanie. Tak jak oczekiwała, miała odrobinę pola manewru. Miała nadzieję na jakąś odpowiedź z ich strony i nie zawiodła się. Jej przechwałka wywołała rechot, od którego ścierpła jej skóra. Z ciemności wyłoniło się dwóch mężczyzn. Widziała już wcześniej większego, a mniejszy był do niego tak podobni, że mogli być tylko ojcem i synem.
- Wydaje mi się, że ta panienka jest równie niebezpieczna jak piękna, Ryk. Szkoda, że nie mogę jej dodać do watahy. Mamy jeszcze kilka godzin nim wzejdzie księżyc, sporo czasu na zabawę przed spotkaniem – zaśmiał się Greyback, po czym zaczął krążyć wokół niej jak drapieżnik. Przy drugim okrążeniu z wilczym refleksem chwycił jej ogon i szarpnął nim, aż jej stopy oderwały się od ziemi. – Taki piękny, dojrzały owoc, gotowy do zerwania.
Uderzył Sashę z całej siły w pośladek, a dźwięk zabrzmiał w ciszy jak grom. Zabolało jak diabli, ale trzeba przyznać, że sukub wytrzymała, nie wydając żadnego dźwięku. Spodziewała się czegoś podobnego, odkąd zaczął wokół niej krążyć.
- I tyle? Spodziewałam się czegoś lepszego po wilkołaku. Bijasz jak rozpieszczone dziecko czystej krwi – drwiła Sasha z rozbawionym uśmiechem. Odpowiedź Greybacka była szybka i prymitywna jak on sam. Uderzył jej anielską twarz łapą z wysuniętymi pazurami i wystarczającą siłą, by zedrzeć większość skóry. Przynajmniej zdarłby, gdyby była człowiekiem. Sasha gwałtownie odchyliła głowę i popatrzyła na niego z wściekłością. Na jej twarzy widniały tylko lekkie zadrapania, które mogłyby świadczyć o uderzeniu.
- To było żałosne – zachichotała. – To działa tylko przy pełni księżyca, dupo wołowa – dorzuciła obelgę, której nauczyła się od Harry'ego. Wilkołak był równie przewidywalny jak brzydki. Rzucił się na nią i zaczął okładać jej twarz i tułów szaleńczą serią potężnych, wściekłych ciosów pięściami. Walił oszalały, napędzany jej uporem. Sukub ani razu nie krzyknęła z bólu, nie prosiła też o litość.
Ryk musiał odciągnąć ojca, gdy pod wpływem jego sadystycznego ataku łańcuchy krępujące Sashę zaczęły wywoływać pęknięcia w suficie, z którego zaczęły się sypać małe kawałki tynku. Jeśli trwałoby to nadal, wyrwałby jej ręce ze stawów albo łańcuch z sufitu. Dopiero wtedy zorientowali się, że z góry dobiegają jakieś dźwięki.
- Ojcze, myślałem że to miejsce jest nasze? – spytał Ryk, gdy ojciec go odepchnął. Greyback spojrzał w górę, nasłuchując i wąchając. Nawet tu w lochu czuł Śmierciożerców i Czarnego Pana.
- Nie, Lestrange oddała mi je w użytkowanie, by spłacić swój dług wobec mnie. Ta kobieta z reguły przebywa w Zamku Slytherina. Zobaczę co się dzieje, Szczeniaku. Ty miej na oku tą tutaj – rozkazał Greyback i wymaszerował z pokoju. Chwilę później drzwi się zatrzasnęły i młody wilkołak został sam z pobitą sukub.
Ryk nie spieszył się. Patrzył, oceniając obrażenia, jakie zadał jego ojciec. Jej skóra mogła odpychać magię, ale nie zapewniała odporności na siłę fizyczną, przynajmniej sądząc po siniakach szpecących jej atrakcyjne ciało. Miała złamany nos, a oczy zaczynała pokrywać opuchlizna. Nie żeby miało to dla niego znaczenia. Lubił mięso pod postacią bitek. Oblizał wargi i zbliżył się do niej. W końcu ojciec nie zabronił mu gwałcenia tej kobiety.
- Stój! – zawołała Sasha, unosząc stopę, żeby zablokować jego drogę. – Czy kiedykolwiek skosztowałeś rozkoszy, które sukub może zaoferować z własnej woli? – dodała, rzucając mu uwodzicielskie spojrzenie. Nawet w takim stanie miała na niego ogromny wpływ. Mogła to wesprzeć feromonami, ale nie sądziła, by były jej potrzebne i szczerze mówiąc poczytałaby sobie za porażkę, gdyby musiała ich użyć.
- Nie – odpowiedział, zmieszany jej pytaniem. Zbliżył się do niej jeszcze bardziej.
- Gwałt może dawać ci władzę, ale tak naprawdę pokazuje twoją porażkę jako kochanka. Ja nie mam problemu z robieniem rzeczy, które są nielegalne w większości cywilizowanych krajów – zamruczała namiętnie Sasha. Uniosła stopę i potarła jego krocze, a następnie palcami stóp rozpięła jego rozporek. – Myślałeś o wszystkich rzeczach, które mogę z tobą zrobić i których mogę cię nauczyć z moimi czterema wiekami doświadczenia w sztuce miłości? – kontynuowała, a jej stopy wśliznęły się do jego spodni i zaczęły pieścić jego męskość. Nie marnował czasu i szybko pozbył się ubrań.
- Będę się dobrze bawił – zadeklarował Ryk, szczerząc zęby w uśmiechu.
- Och, cała przyjemność będzie po mojej stronie, to ci mogę obiecać – odpowiedziała Matriarchini Desory, pokazując własne kły w uśmiechu. Odsunęła stopę, a jej ogon smagnął go po genitaliach niczym bicz, powalając mężczyznę na kolana. Krew trysnęła między palcami, którymi nieudolnie zakrywał zranione klejnoty. Sasha zamachnęła się ogonem i uderzyła ponownie. Tym razem owinęła go wokół niczym niechronionej szyi i przyciągnęła go do siebie. TRACH! Rozległo się w lochu, gdy kopnęła go w głowę.
- Podobało ci się, skarbie? – spytała Sasha. Postawiła stopę na jego ciele i wybiła się w górę. Wylądowała stopą na suficie nad swoją głową. – Wiem, ja też jeszcze czuję dreszcze - zapewniła, pchając z całej siły stopami i ciągnąc ramionami. Łańcuchy i zaprawa mocno trzymały. Sasha miała nadzieję, że sprowokowanie Greybacka do ataku przyniesie lepsze efekty. Zauważyła, że więzy na jej rękach to kokon akromatuli. Kiedy nić zastygła, była twardsza niż kamień. Wiedziała, że będzie potrzebowała więcej siły, by się z tego wydostać. Kłem przebiła skórę ramienia do krwi. Używając języka nakreśliła runy na ramionach.
- Doca benedicida nai Anu prestart o seu poder! – modliła się Sasha, pchając i ciągnąc ze wszystkich sił. Najpierw usłyszała słodki dźwięk pękającego kamienia, a potem z góry zaczął spadać pył i drobne fragmenty sufitu. Ostatnim, potężnym zrywem Sasha wyrwała się i runęła na podłogę. Na nią spadł ogromny kawał sufitu.
W następnym rozdziale:
- czy Sashy uda się uciec z posiadłości Lestrange'ów?
- Potterowie wracają do Hogwartu
