Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.


Rozdział 49

Zaledwie nieco ponad miesiąc temu Voldemort był na najlepszej drodze, by opanować Ministerstwo Magii. Umieścił ludzi we właściwych miejscach, tak aby zdjąć wszystkich, którzy mogliby się mu sprzeciwić, w jednym skutecznym uderzeniu. Zanim Departament Przestrzegania Prawa zorientowałby się, że następują jakiekolwiek ataki, zostaliby zneutralizowani do tego stopnia, że jakikolwiek opór byłby szaleństwem. Po takim pokazie mocy nawet Wizengamot ugiąłby kark w pokorze. A potem skierowałby całą swoją uwagę na Hogwart.

Rządziłby czarodziejską Brytanią żelazną ręką po wsze czasy, z głową Albusa Dumbledore'a zatkniętą za jego tronem w Wielkiej Sali. A kiedy zjednoczyłby cały kraj za swoją wspaniałą sprawą, zwróciłby swoje spojrzenie ku innym ziemiom potrzebującym światłego przywództwa. Mogłyby one podzielić geniusz jego wizji lub los starca. W swoim czasie wszystkie zajęłyby właściwe miejsca. A w tym wspaniałym dniu zaczęłyby się prawdziwe Wojny Czarodziejów. Świat mugoli by upadł, a z jego popiołów wyrósłby nowy Czarodziejski Świat. Świat wykuty wedle jego wspaniałych planów.

Więc dlaczego nagle wszystko waliło się niczym Zamek Slytherina? Jakim cudem cała jego ciężka praca, spiskowanie i manewry prawnicze rozsypały się niczym domek z kart? Odpowiedź była oczywista. Hucwoci powrócili, a w ich obecności jego nowy wspaniały świat mógł się nigdy nie ziścić. Skundlony zdrajca krwi, smarkaty Lord półkrwi i jego szlamowata matka dokonali tego, co nie powiodło się Ministerstwu czy Zakonowi Dumbledore'a.

Musiał niechętnie przyznać, że manewry polityczne, dzięki którym wysiudali jego zwolenników z Ministerstwa, były genialne. Zyskali kontrolę nad Wizengamotem i przeforsowali prawa, które uczyniły z tych nielicznych wartych noszenia jego Mrocznego Znaku poszukiwanych przestępców, za których głowy wyznaczono nagrody. Ukradli dobra i zawartość skrytek, a Gringott znalazł się pod ich kontrolą. Całe złoto, które jego ludzie uchronili przed konfiskatą, znalazło się pod gruzami Zamku. Ta złośliwa mugolska bomba, której użyli, zostawiła za sobą trujący gaz, który zabijał każdego, kto odważył się tam zejść.

Klan Wampirów, który miał do dyspozycji, został wybity do nogi. Pradawny został zabity przez Obrońcę sukubiego Klanu Desory w pojedynku, do którego nawet Czarny Pan nie stanąłby bez powodu. Jego Akromatule uciekły z Zakazanego Lasu, a może nawet z kraju. Tylko kilka pozostało, ale nie wyrosły na tyle, by stanowić realną siłę w bitwie.

Niedawno otrzymał wieści, że jego orcza armia została wyrżnięta przez Bestię Cienia, co zainspirowało Wolne Stada w Zakazanym Lesie do zwołania Rady Starszych. Jego lista wrogów stawała się coraz dłuższa, podczas gdy sojusznicy wykruszali się jedni po drugich. Nawet teraz jego żądania pomocy pozostawały bez odpowiedzi, a nowi rekruci czmychali ze swoich posterunków, a może nawet z kraju.

Aż do zeszłej nocy znał Bestię Cienia jedynie z raportów, które uważał za mocno przesadzone. Teraz znał już prawdę, a dzięki krótkiemu spotkaniu z potworem dowiedział się kilku rzeczy, których wcześniej nie wiedział.

Bestia była potężna, bez wątpienia. Użyła przeciwko nim Szatańskiej Pożogi i to bezróżdżkowo. Potrafiła przenieść przez cienie wielu ludzi. Jej głowa sugerowała jakieś pokrewieństwo z Panterą Cienia, co mogłoby pomóc w przewidywaniu innych mocy stwora. Najbardziej martwiło go, że jej działania znamionowały inteligencję. Lily Potter przywołała bestię, która najwyraźniej ją chroniła. Voldemort pamiętał, jak stwór poruszał się, by nieustannie znajdować się przed kobietą.

Do tego oczy bestii, które, co ciekawe, miały ten sam kolor i intensywność co u Lily Potter, podobnie zresztą jak jej syna, z tego co kojarzył. Raporty mówiły, że chłopaka nie ruszyło, kiedy Longbottom odezwał się w języku węży i że zaryczał jak wielki kot, co sprawiło, że beksa narobiła w majtki. Biorąc pod uwagę dziedzictwo młodego Lorda i osobę jego ojca chrzestnego, całkiem możliwe że Bestia Cienia nie była zwierzęciem, a człowiekiem.

Jakby tego było mało, okazało się, że bestia ma partnerkę. I to taką, która, jak miał okazję osobiście się przekonać, mogła strzelać błyskawicami z pyska. Voldemortowi udało się je zatrzymać na swojej tarczy, ale z dużym wysiłkiem. Jeszcze kilka sekund i tarcza by nie wytrzymała, a on zniknąłby razem z nią. Ale jeśli słusznie podejrzewał tożsamość Bestii Cienia, to miał też mocne przesłanki ku temu, kim była jego partnerka. Donosiciele twierdzili, że byli praktycznie nierozłączni. Zawsze wiedział, że dziewczyna jest potężna, a jej forma to Jaguar Burzowy, jeśli się nie mylił. To nie wróżyło dobrze jego ludziom. Oboje należało unieszkodliwić.

W bitwach w Posiadłości Greengrassów i w Zamku Slytherina stracił ponad trzy setki Śmierciożerców, a tylko siódemka z jego Wewnętrznego Kręgu i on sam wyczołgali się spod ruin zamku.

Co gorsza bezpieczni za murami Hogwartu Black i Potterowie szkolili uczniów w samoobronie podczas codziennych lekcji. Jego agenci w szkole zaczynali znikać, a plotki głosiły, że jednoczą się uczniowie z różnych domów, nawet ze Slytherinu.

Po zeszłej nocy nie miał wątpliwości, kim byli Huncwoci. Niezależnie od ich małej liczebności zadali większe straty jego sprawie niż starzec i jego Zakon przez te wszystkie lata. Huncwoci walczyli inaczej niż Zakon czy Ministerstwo, ale znacznie skuteczniej. Musiał odpowiedzieć potężnym i zdecydowanym ciosem albo wciąż będzie tracił zwolenników. Ci z którymi zawarł sojusze, musieli zostać pouczeni, że nie wolno ignorować jego wezwań. Jego rozmyślania zostały przerwane, gdy Greyback otworzył drzwi wiodące do lochu Bellatrix i wszedł do pomieszczenia.

- Co ty robisz w moim domu, zapchlony kundlu?! – warknęła Lestrange, gdy tylko go ujrzała.

- Nie zapominaj o naszych ustaleniach kobieto! Chyba że wolisz, żebym opowiedział, jak straciłaś kontrolę nad pęcherzem? – ostrzegł Greyback. Wszyscy wiedzieli, że nie znosi być jego dłużniczką, a on przy każdej okazji rzucał jej to w twarz.

- Uważaj na swój obrzydliwy jęzor w moim domu albo ci go wytnę i użyję jako składnika do eliksirów! Co robisz w moim lochu?

- Powiedziałem, że o pełnym księżycu zabiję Bestię Cienia i zamierzam to zrobić dzisiaj w nocy. Zatknę jego głowę na włóczni i pokażę wam siłę mojej watahy!

- Śmiałe stwierdzenie, wilkołaku. A powiesz nam jak zamierzasz go złapać i zabić? – spytał rozbawiony Voldemort.

- Złapałem matriarchinię Desory i użyję jej jako przynęty, żeby wywabić Bestię Cienia – pochwalił się wilkołak. Wszyscy uważali, że jest niegodny bycia Śmierciożercą, a jednak to jego szpony wzywali, gdy tylko pojawiała się jakaś brudna robota. Teraz im wszystkim pokaże.

- Mylisz się, kundlu. To mój dom i mój loch, więc sukub jest moim więźniem, z którym mogę robić co chcę! Na pewno wymyślę dla niej lepsze zastosowanie niż idiotyczna przynęta albo klacz rozpłodowa dla twojej bandy zboków – zadrwiła Bellatrix. Jeśli faktycznie miała w lochu sukuba, mogła przeprowadzić na niej cała masę eksperymentów. Sukuby były niezwykłymi stworzeniami, a ona mogła ukraść ich moce jak niegdyś Morgana le Fay.

- Bellatrix ma rację, mój futrzasty przyjacielu, a poza tym to raczej obrońca jej klanu po nią przybędzie. Ostatnio zabił Pradawnego w pojedynku. Na pewno czujesz się na siłach? – Voldemort również kpił z wilkołaka. A potem dotarło do niego, że orki zostały zabite zarówno szponem, jak ostrzem. Ale przecież to niemożliwe, prawda?

- Znam zapach Bestii Cienia i ta suka nim cuchnęła. Bestia przyjdzie do mojego stada, a ja rozerwę go na strzępy. A wtedy nie będzie wątpliwości, że sukub należy do mnie – zawarczał Greyback. Voldemort machnął różdżką i likantrop padł na podłogę skuty i zakneblowany. Pozostali od razu o nim zapomnieli.

- Bella, porozmawiajmy przez chwilę – przywołał swoją najbardziej cenioną dowódczynię. – Mogę mieć sposób, żebyś pomściła zdradę Jamesa i przy okazji zniszczyła kobietę, której tak pożąda – powiedział jej. Nachyliła się ku niemu, gdy wyjaśniał jej swój plan. Po chwili zaczęła chichotać jak mała dziewczynka, a nim skończył podskakiwała z emocji. Nagle jednak zrobiła się śmiertelnie poważna.

- Potterowie mają dar wymykania się naszej wściekłości, mój panie, ale tym razem im się nie uda. Przysięgam na własne życie – warknęła Bellatrix, a w jej fioletowych oczach tańczyło szaleństwo. Z tym błyskiem w jej oczach zawsze dzieje się coś ciekawego, pomyślał Voldemort.

- Bello, zbierz Krąg, mamy wiele do omówienia. Przed końcem nocy Ród Potterów upadnie, a jego członków wybijemy do nogi.


Sasha wyczołgała się spod gruzów zawalonego sufitu i oceniła obrażenia, jakich doznało jej ciało. Jej niegdyś nieskazitelną skórę pokrywały niezliczone rany i siniaki. Jedno z oczu zapuchło tak, że nic przez nie nie widziała, a jej ręce pętała substancja, w której rozpoznała sieć akromatuli. Jeśli nici stwardnieją, co niestety już się stało, ich rozerwanie było ekstremalnie trudne. Kiedy następnym razem zobaczy tego zapchlonego faceta, który jej to zrobił, rozbije mu tą siecią jego durny łeb. Zerknęła za plecy. Sieć pętała jej skrzydła jedynie częściowo, ale to wystarczyło, żeby kompletnie nie nadawały się do użytku.

Ruszyła sztywno ku wyjściu z celi. Zamykały ją ciężkie drewniane drzwi. Była zbyt słaba i obolała, żeby otworzyć je siłą. Poza tym to raczej w stylu Harry'ego, ona w podobnych sytuacjach wolała bardziej finezyjne rozwiązania. Odwróciła się plecami do drzwi i wsunęła ogon w zamek. Dotykiem odnalazła sposób na ich otwarcie i wreszcie usłyszała upragnione kliknięcie. Zajęło jej to tylko dwie minuty, ale i tak czuła zawód. Kiedyś potrafiła to zrobić w dwadzieścia sekund. Zebrała cała siłę, która jej pozostała i pchnęła tak mocno, że z jej ust wyrwało się stęknięcie. Ciężkie wrota ustąpiły, a za nimi ukazała się skąpo oświetlona klatka schodowa, wiodąca zapewne ku jej wolności.

Ramiona i nogi ciążyły jej jak zrobione z ołowiu. Szła w górę niekończącymi się schodami. Tylko dzięki swojej dumie i żelaznej woli mogła ignorować swoje ciało, które błagało o przerwę i wypoczynek. Sasha nie bez powodu była wybraną Matriarchinią swojego klanu i nie zamierzała teraz zwijać się w kłębek na podłodze i pokornie zaakceptować swój los. Była panią swojego przeznaczenia. Kiedy w końcu dotarła do szczytu schodów, znajdujące się tam drzwi stanęły otworem. Z dumnym okrzykiem bojowym sukubów runęła do ataku ku nieznanemu wrogowi.


Pansy wróciła z Pokoju Życzeń ściskając mocno w ręku dwa guziki. Choć raz bycie szkolnym pariasem na coś jej się przydało, bo najwyraźniej nikt nie chciał z nią rozmawiać. A poza tym co właściwie mogła im powiedzieć?

- Siema, jak twój dzień?

- Nic takiego, wszystko normalnie, wiesz, zabiłam Neville'a Longbottoma, ale on teraz jest takim Nevimortem i kazał mi zebrać uczniów i zaciągnąć ich do cholernej Komnaty Tajemnic, żeby mógł wydrenować ich magię. A co u ciebie?

Pansy wiedziała, że tańczy po cienkiej linii oddzielającej zwykłą złośliwość od nikczemności, ale nawet ona miała swoje zasady. Niegdyś jej idolką była Bellatrix Lestrange z jej bezczelnym lekceważeniem ludzkich ograniczeń, ale teraz uważała kobietę za niewolnicę szaleńca. Wejrzała w te bezduszne oczy i wiedziała już, że demony istnieją i właśnie dlatego Voldemort był nieśmiertelny.

W dłoni trzymała transmutowane ciała nieprzytomnych Maxwella Decana i Claire Jenkins. Dwójka zwykłych Krukonów, którzy wybrali niewłaściwą klasę na całowanie i obmacywanki. Słynęli z wymykania się z ich domu i późnych powrotów już w czasie ciszy nocnej, więc zapewne nikt nie zauważy ich zniknięcia aż do lekcji następnego dnia. Ale do tego czasu zostaną pozbawieni niemal całej swojej magii, ich wspomnienia zostaną zmodyfikowane i znajdą się tam, skąd ich porwała. Nevimort chciał ich wyssać do cna, ale udało jej się go przekonać, że doprowadzi to tylko do zwiększenia ilości aurorów w Hogwarcie. I kto by pomyślał, że Pansy ma sumienie, nawet jeśli w nieznacznych ilościach?

Ta parka była tylko pierwszymi ofiarami. Miała przed sobą długi dzień. Aurorzy zabierali na przesłuchania tak wielu uczniów, że nikt nie zauważy nieobecności kilkorga więcej. Nie podobało jej się to, co robił z jej kolegami i koleżankami. To czyn przeciw naturze i wiedziała, że będzie za to przeklęta, ale wolała to, niż stanie się kolejną ofiarą. Musiała uważać na mała bandę świętoszków Pottera, ale wiedziała kim są jego najważniejsi ludzie i mogła z łatwością ich unikać.

Pansy weszła do pokoju Życzeń i zbliżyła się do miejsca, gdzie wielki wąż zwinięty w kłębek strzegł schodów wiodących do Komnaty Tajemnic. Gad uniósł łeb i zasyczał na zbliżającą się dziewczynę. Wywróciła oczami i bez słowa rzuciła mu dwa guziki. Wąż złapał je w pysk i popełznął w dół schodami. Pansy zadrżała i ruszyła z powrotem na poszukiwania kolejnych przymusowych ochotników.


Draco i Snape zostali wezwani do Dworu Lestrange'ów. Obaj uznali za dziwne, że mieli stawić się tutaj, a nie w Zamku Slytherina, ale wiedzieli, że nie powinni odmawiać. Kiedy tylko zjawili się na miejscu, ciotka Draco przywitała chłopaka i odprowadziła go na bok.

Snape przyjrzał się Wewnętrznemu Kręgowi. Ich porozdzierane szaty pokrywał pył i brud, znacząca odmiana od ich zwykle nieskazitelnego wyglądu. Nawet Czarny Pan wyglądał na sponiewieranego, pierwszy raz odkąd Snape sięgał pamięcią.

- Mój Panie, wzywałeś. Jak mogę ci służyć? – spytał Snape, padając do stóp Voldemorta. Czarny Pan wyglądał na wściekłego, ale kontrolował to w sposób, który przerażał Severusa. Tak skupiony Voldemort był najbrutalniejszy i najbardziej bezlitosny. Snape wiedział, że jedno fałszywe słowo będzie miało straszne konsekwencje.

- Powiesz mi wszystko co wiesz albo choćby podejrzewasz na temat Harry'ego Potera. Chcę znać jego mocne i słabe strony, kogo pieprzy, a za kogo oddałby życie. WSZYSTKO! – warknął Czarny Pan. Potem wziął głęboki oddech i jego śmiertelny spokój powrócił. – A potem odbędziemy długą i oświecającą rozmowę na temat Lily Potter.

Draco za długo grał w tę grę, by pozwolić sobie na jakąkolwiek gwałtowną reakcję na nienawiść, która brzmiała w głosie Czarnego Pana, gdy wymawiał to nazwisko. Jednak obrzucił szybkim spojrzeniem obu mężczyzn, nim ciotka wyprowadziła go z komnaty.

- Mamy wiele do omówienia, Draco – powiedziała Bellatrix, prowadząc go wzdłuż korytarza do jej skrytki. Zdumiało go, że w ogóle pozwoliła mu przebywać w pobliżu tego miejsca. Strzegła go bardzo pilnie i chłopak często zastanawiał się, co właściwie tam trzyma. Zatrzymali się przy nagiej ścianie pomiędzy dwoma obrazami. Jeden przedstawiał Dwór widziany z oddali, równie majestatyczny jak zawsze, a drugi egzekucję goblina, która zapoczątkowała Wielką Rebelię Goblinów.

- Sprytne, rodzina jest wszystkim, a goblinom nigdy nie wolno ufać – zaśmiał się Draco. Bellatrix uśmiechem pochwaliła inteligencję siostrzeńca i zmierzwiła mu włosy. Było to najcieplejsze zachowanie, na jakie było ją stać.

- Tak bardzo przypominasz swoją matkę. Ona też była genialna i spostrzegawcza. Strasznie za nią tęsknię – wyznała Bella z uśmiechem. – Jesteś krwią z mojej krwi, Draco. To nas wiąże i czyni silnymi, nigdy o tym nie zapominaj.

Draco pokiwał głową ze zrozumieniem. Czuł, że kobieta cierpi. Widział to w jej oczach po raz pierwszy w życiu. Wcześniej zawsze trzymała innych na dystans. Coś się musiało zdarzyć, ale wiedział, że nie powinien naciskać.

- Czemu tu jestem, ciociu Bello? – spytał tak neutralnym tonem, na jaki mógł się zdobyć.

- Dziś w nocy zginęło wielu Śmierciożerców, między nimi mój mąż i jego brat. Szlachetny i Starożytny Ród Lestrange'ów potrzebuje nowego Lorda. Rudolf już dawno mianował cię jego dziedzicem. Nigdy nie miał ci za złe twoich dawnych niedociągnięć. Wiele złego można o nim powiedzieć, ale rozumiał siłę rodziny.

- Ministerstwo tego nie uzna.

- Ale magia uzna, a to znacznie bardziej wiążące niż prawa ustanowione przez czarodziejów o słabej woli. Stój u mojego boku, Draco, niezależnie czego od ciebie żądam, a zostaniesz wynagrodzony bogactwem i potęgą Rodu Lestrange'ów.

- A czego ode mnie oczekujesz, ciociu, po tej hojnej ofercie?

- Matka Rudolfa była znamienitą kolekcjonerką rzadkich i potężnych artefaktów – Bellatrix wręczyła Draco stare tomiszcze, a kiedy ten je ujął, pojawiło się na nim nazwisko niesławnej Czarnej Wiedźmy. Zrobił wielkie oczy i spojrzał na Bellę, ale ta przyglądała się skomplikowanym runom wyrytym na ceremonialnym srebrnym sztylecie. Na broni również widniało nazwisko właścicielki księgi. – Dzięki temu zdobędziemy zemstę, wolność i moc, równającą się mocy Czarnego Pana!


Podczas krótkiego przystanku na Grimmauld Place Łapa i Rogacz wpadli na genialny pomysł jak spędzić cały dzień w stylu Huncwotów ze swoimi damami tuż pod haczykowatym nosem Starucha. Cała piątka Potterów: Emma, Ginny, Harry, Lily i James wrócili do Hogwartu, chronieni skomplikowanymi iluzjami, które modyfikowały ich wygląd i głos i udali się do Gniazda Huncwotów. Lily narzuciła jednak kilka warunków, na które James musiał się zgodzić, nim pokazała mu, czemu jest mistrzynią zaklęć.

Po pierwsze musiał trzymać łapy przy sobie w miejscach publicznych. Nie potrzebowała plotek fruwających po zamku, jakoby ona i Syriusz byli sobie bliżsi niż w rzeczywistości. Na początku ją to bawiło, ale myślała, że z czasem te pogłoski umrą śmiercią naturalną. Z drugiej strony to był Hogwart i powinna była wiedzieć, że pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Za zamkniętymi drzwiami zabezpieczonymi zaklęciem, James mógł sobie poużywać, zresztą planowała go do tego zachęcać. Uśmiechała się szeroko na myśl o kuszeniu go na korytarzach.

Po drugie James nie mógł zaatakować Snape'a ani Dumbledore'a, przynajmniej póki nie nadejdzie właściwy moment. James nie był zachwycony i niewiele brakowało, by z tego powodu wycofał się z całego przedsięwzięcia. Wcześniej poznał skróconą wersję wydarzeń z ostatnich szesnastu lat. Tej dwójce należała się solidna zemsta w huncwockim stylu. W końcu zgodził się nie prowokować starcia, ale zareaguje, jeśli jego rodzina lub jakiś uczeń będą zagrożeni. Lily uznała, że to najlepsze co może wynegocjować, a poza tym chciała mieć swojego męża tak blisko jak to możliwe.

James rozejrzał się po Gnieździe, zdumiony tym jak wiele udało się osiągnąć jego synowi i kolejnej generacji Huncwotów. Starsi uczniowie pomagali młodszym w nauce wszystkich przedmiotów. Mapa Huncwotów 3D zajmowała środek pomieszczenia. Uznał ją za niezwykłe osiągnięcie. Inni starsi uczniowie ćwiczyli pojedynki, podczas gdy kilku trzecioroczniaków najwyraźniej pracowało nad transformacją animagiczną. Dostrzegł nawet uczniów usiłujących związać ze sobą różdżki, które zawierały magiczne rdzenie wzbogacone ich własną krwią. Tworzyli swoje własne różdżki. W dłoniach przywołujących pojawiały się obiekty znikąd. O wszystkim tym słyszał, ale mimo wszystko zdumiał się, widząc to na własne oczy.

- Tak przy okazji, mamo, to chyba twoje – szepnęła Ginny na ucho Lily i wcisnęła jej w dłoń mały kawałek jedwabnej bielizny. Trzeba przyznać, że odczekała, aż Emma pobiegnie do przyjaciół, a Harry zacznie oprowadzać Jamesa. Lily sapnęła, widząc co młodsza kobieta wsunęła jej w dłoń i gwałtownie schowała bieliznę do kieszeni. Jej policzki przybrały uroczą barwę czerwieni. Ginny zachichotała bez cienia skrępowania.

- Oj, przestań już! – syknęła Lily i żartobliwie uderzyła ją w ramię, a potem zapytała: - Tak w ogóle gdzie to znalazłaś, jeśli nie masz nic przeciwko odpowiedzi?

- Skrzaty domowe miały ogromny problem, by rano ściągnąć to z jednego z żyrandoli. Pomogłam im i obiecałam, że ci to oddam. A skoro jesteś moją dłużniczką, to poproszę o szczegóły – odparła Ginny z łobuzerskim mrugnięciem.

- Bez takich uśmieszków, młoda damo, albo odkryjesz że wcale nie jesteś zbyt stara na to, by cię przełożyć przez kolano – ostrzegła Lily, grożąc jej palcem.

- Racja, ale z reguły to Harry mi to robi – odgryzła się Ginny. - Pamiętam nawet jeden…

- Przestań zachowywać się jak Harry! – przerwała jej gwałtownie starsza kobieta. – Arrgh, mój syn kompletnie cię zdemoralizował – jęknęła sfrustrowana Lily.

- Jeszcze jak, ale sądząc po tych jedwabnych figach w twojej kieszeni James również dopuścił się sporej dawki demoralizacji zeszłej nocy – zażartowała Ginny, a Lily popatrzyła na nią spode łba.

- A skąd wiesz? Może to ja demoralizowałam jego? – odparła Lily, unosząc brew.

- Bo nie użyłaś zaklęcia ciszy – wyjaśniła Ginny z uśmieszkiem, który za bardzo przypominał minę Harry'ego, jak na gust jego matki.

- Szlag! Muszę zacząć o tym pamiętać – sapnęła Lily, potrząsając głową. Nie mogła uwierzyć, że rozmawia o tym z Ginny.

- To chyba ma związek z funkcją prefekt naczelnej. Emma na pewno by to doceniła – zażartowała Ginny, a Lily zrobiła wielkie oczy. Starsza kobieta zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Ginny uznała, że posuwa się za daleko i postanowiła zakończyć żarty na koszt swojej nowej mamy. Dotknęła jej policzka i powiedziała:

- Wygrałam.

- Zdajesz sobie sprawę, że to oznacza wojnę? – ostrzegła Lily, parząc na synową ponuro. Ginny wyszczerzyła się od ucha do ucha, zasalutował dwoma palcami i odeszła.

Lily widziała, że Harry i James zadzierzgają więź między ojcem i synem i poczuła ciepło na duszy. Musiała porozmawiać z Madam Bones nim kobieta opuści szkołę, a Mapa Huncwotów wskazywała, że wciąż przebywa w Wielkiej Sali z Tonks i Dumbledorem. Ruszyła w tamtą stronę, zostawiając swoich chłopców pogrążonych w rozmowie.

- Harry, to miejsce jest niesamowite. Żałuję, że nie pomyśleliśmy o czymś podobnym, kiedy jeszcze byliśmy w szkole – powiedział James, rozglądając się po Gnieździe. Był dumny z osiągnięć swojego syna i trochę zawstydzony, że on sam spędził tyle czasu w szkole na wygłupach.

- Tato, twoi Huncwoci utorowali drogę wszystkiemu co my tu osiągnęliśmy. Oszlifowaliście tak wiele umiejętności podczas planowania, rozstawiania i egzekwowania figli. Wymyśliliście i wykonaliście Mapę Huncwotów, odkryliście dawno zapomniane tajne przejścia w Hogwarcie. A poza tym zostaliście animagami i wymyśliliście cała masę innych rzeczy, które my jedynie ulepszyliśmy. Syriusz nauczył ich mnie, a ja przekazałem to dalej. Co wam zajęło niemal rok, starsze roczniki osiągnęły w ciągu miesiąca. Ale to wszystko dzięki geniuszowi oryginalnych Huncwotów, właśnie dlatego nazywają cię ojcem chrzestnym. To twoje dziedzictwo, tato – wyjaśnił ojcu Harry, który nie rozumiał, czemu starszy mężczyzna sam tego nie dostrzega. James uśmiechnął się, widząc jak wiele z Lily jest w Harrym. Ona też zawsze wiedziała co powiedzieć, by spojrzeć na cała sytuację z odpowiedniej perspektywy.

- Twoja mama i Syriusz dobrze cię wychowali. Jesteś dobrym człowiekiem, Harry, a z tego co słyszałem także znacznie lepszym Lordem niż ja kiedykolwiek byłem. Ja nigdy nie będę tak dobrym człowiekiem jak ty – powiedział James, ale zauważył zamianę na twarzy syna. Harry miał na niej wypisany wstyd i żal. – Co się stało? Nie mogę być dumny z własnego syna?

- Słuchaj, tato, chcę, żebyś usłyszał to ode mnie. Wczoraj złapałem Pettigrew. Kiedy przeszukiwałem jego umysł, natknąłem się na jego wspomnienie o tobie. Widziałem, że piorą ci mózg, chcą cię zaprogramować jako asasyna, który ma zabić mamę. Początkowo to nie mama miała cię uratować. Planowałem zmusić Snape'a, żeby poszedł jutro i ukryć się w jego cieniu. Chciałem to wszystko zrobić po cichu. Tyle że… jeśli bym musiał… byłem gotowy na… - Harry nie mógł tego z siebie wydusić, to było trudniejsze niż sądził. Dopiero co odzyskał ojca, ale był pewien, że to wyznanie zniszczy ich relacje. Uważał jednak, że James zasługiwał by wiedzieć o nim wszystko i do czego mógłby się posunąć, by chronić swoją rodzinę. Harry poczuł dłoń na ramieniu. Uniósł wzrok, a jego ojciec zajrzał mu głęboko w oczy i skinął głową ze zrozumieniem.

- Byłeś gotowy podjąć trudną decyzję, żeby chronić swoją mamę – powiedział po prostu James. Nie było w jego głosie urazy ani niechęci.

- Tak – szepnął Harry, opuszczając wzrok.

- Mężczyzna, który nie ucieka przed trudnymi decyzjami i potrafi ponieść odpowiedzialność za ich konsekwencje to rzadkość na tym świecie, Harry. Takiego mężczyznę z dumą nazywam moim synem. Masz w sobie niezwykłe pokłady cnoty i w swoim krótkim życiu wielokrotnie zostałeś wystawiony na próbę. Nie musisz się tego wstydzić – powiedział James z przekonaniem, które uniosło ciężar spoczywający na sercu Harry'ego.


Sasha rozbiła stwardniałe kokony wokół swoich rąk o pechowego Śmierciożercę, który otworzył drzwi. Korytarz zaścieliły jego zęby i krew, a ona pognała przed siebie. Mężczyzna zwalił się na ziemię i leżał zwinięty w kłębek. Na szczęście był sam i nie miał czasu, by powiadomić innych o jej ucieczce. Został wysłany, by zbadać hałas, który robiła. To zostawiło jej cień szansy, nim pojawi się kolejny. W tym krótkim czasie planowała oddalić się od tego przeklętego miejsca najdalej jak to możliwe. Kroczyła w dół korytarza szybko, lecz cicho, ku, jak miała nadzieję, swojej wolności.

Zamiast wglądać za róg, by sprawdzić czy teren jest czysty, Sasha wykorzystywała inne swoje zmysły. Ta taktyka pozwoliła jej przetrwać w młodości więcej razy niż chciałaby pamiętać. Dzięki swoim niezwykle wyostrzonym zmysłom wiedziała również, że budynek gwałtownie wypełnia się Śmierciożercami. Zły znak. Szybko rozważyła swoje możliwości. Uwolniła nieco feromonów i wśliznęła się do pustego pokoju.

Troje Śmierciożerców podążało korytarzem. Dwóch mężczyzn i kobieta weszli prosto w zostawioną przez nią chmurę. Wywalili drzwi kopniakiem, ona schowała się w cieniu w kącie, oceniając sytuację. Nie szukali jej, tylko miejsca, w którym mogliby się zabawić. Całą trójka była tak zajęta zrywaniem z siebie ubrań, że nie zauważyli, jak Sasha wychodzi z ich różdżkami. Zachichotała, połamała je i wrzuciła resztki do wazy. Pamiętała jak łatwo użyć pożądania jako broni przeciwko jej wrogom.

To jednak nie rozwiązywało jej obecnego problemu. Jej pierwszą myślą normalnie byłoby wydostanie się na dach lub do któregoś z górnych okien, skąd mogła po prostu odlecieć. Niestety obecnie jej skrzydła były spętane i nie miała możliwości, by je uwolnić. Jednak naprowadziło ją to na pewien pomysł. Wiedziała, że da radę wyskoczyć z okna na drugim piętrze i wylądować bez większych obrażeń. Oczywiście stanowiło to pewne ryzyko, ale z tej sytuacji nie da rady się łatwo wyłgać.

Znalazła schody bez większych problemów, ale teren nie był czysty. Jej wrogów było zbyt wielu, by wykorzystać przeciwko nim ich pragnienia. Kończył jej się czas i wiedziała, że musi podjąć walkę w biegu. Nie miała co liczyć na poprawę sytuacji, więc popędziła ku schodom. Dwóch Śmierciożerców u ich podstawy już wyciągało różdżki. Sasha odbiła się od ściany i wykorzystała swój pęd, by kopnąć jednego z nich w głowę. Jednocześnie ogonem rozcięła gardło drugiego z nich. Wylądowała kilka stopni w górę i nie obracała się. Usłyszała i poczuła, jak kopniętemu mężczyźnie pęka kark.

Kiedy wbiegła do połowy schodów, za jej plecami zaczęły śmigać klątwy. Nawet ranna i pobita Sasha wciąż była szybsza niż ludzie. Kilka kolejnych klątw pofrunęło w jej stronę, ale zdołała ich uniknąć i dotrzeć do drugiego piętra. Rozbrzmiał alarm, powiadamiając o jej ucieczce cała resztę, ale nie miało to znaczenia. W zasięgu jej wzroku znalazło się okno i Sasha wyskoczyła przez nie bez wahania. Wylądowała z kocim wdziękiem na trawniku, a wokół niej sypały się odłamki rozbitego szkła. Niestety przy okazji znalazła się w pobliżu patrolu, który właśnie wracał zwabiony alarmem.

Sasha wypuściła gigantyczną dawkę feromonów, większą niż kiedykolwiek wcześniej. I to feromonów zupełnie nierozcieńczonych. Zrobiła coś, czego surowo zakazywała wszystkim ze swojego klanu. Jeśli mugole wpadliby w takie stężenie feromonów, oszaleliby z pożądania, które zmieniłoby się w obsesję. Pragnęliby jej i nie spoczęliby, póki nie zaspokoiliby tego pragnienia. Większość z nich usiłowałaby je zaspokoić, póki nie padliby martwi.

W początkach jej rasy nie rozumiały efektów, jakie ich moce wywierają na innych i nie kontrolowały ich. To doprowadziło do wielu tragedii i wyrobiło im reputację demonicznych kusicielek, które kradły życia i dusze mężczyzn. Właśnie dlatego obecnie uwodzenie mugoli było zakazane.

Dzięki swojej magii czarodzieje byli bardziej odporni i znacznie trudniej było ich doprowadzić do szaleństwa z pożądania. Niemniej jednak taka dawka wywrze na nich ogromny efekt. Stracą wolę odmawianie jej czegokolwiek w nadziei na zadowolenie swojej pani. To była forma niewolnictwa, nawet jeśli tylko tymczasowego, a to ją obrzydzało. Nie miało to jednak w tej chwili znaczenia, przetrwanie było na pierwszym miejscu. Cały patrol krztusił się z powodu wysokiego stężenia wdychanych substancji. Zaledwie kilka sekund trwało, nim zaczęło działać. W tym czasie frontowe drzwi posiadłości stanęły otworem i zaczęli się przez nie wylewać Śmierciożercy.

- BROŃCIE SWOJEJ PANI, A SPEŁNIĘ WASZE NAJDZIKSZE FANTAZJE I DAM WAM ROZKOSZ PONAD WSZELKIE WYOBRAŻENIA! – wrzasnęła Sahsa i grupa pod jej urokiem zaczęła strzelać klątwami śmierci w swoich towarzyszy. Sukub kazała jednemu z nich stanąć za nią i uwolnić ją z kokonu, który pętał jej dłonie i skrzydła. Jednak niezależnie jak bardzo mężczyzna się starał, brakowało mu wiedzy lub umiejętności. Musiała uciekać, podczas gdy on został, by osłaniać jej odwrót. Odbiegła jednak zaledwie kilkaset kroków, gdy on wrzasnął i stanął w płomieniach. Sasha rzuciła okiem za plecy i ujrzała Greybacka, który przebija się przez jej sługi w pogoni za nią.

- TA SUKA ZBIŁA MOJEGO CHŁOPAKA! – zawył wilkołak, szarżując na nią. Na szczycie schodów, u boku samego Voldemorta, stała kobieta o kruczoczarnych włosach. Machnęła różdżką i dwa wielkie posągi minotaurów zeskoczyły z postumentów i ruszyły w stronę uciekinierki.

Sasha odwróciła się, by uciec, ale przebiegła jedynie kilkadziesiąt kroków, nim Voldemort pojawił się bezpośrednio przed nią. Rozłożył szeroko ręce i potężny podmuch wiatru odrzucił ją w tył. Pofrunęła w powietrzu, ale nie uderzyła w ziemię, bo zderzyła się z jednym z goniących ją minotaurów. Została wyrzucona jeszcze wyżej i kątem oka ujrzała, jak drugi minotaur przytrzymuje Greybacka. Opadła, jednak kamienny róg jeszcze raz wyrzucił ją w górę. Tym razem towarzyszył temu przeszywający ból, świadczący o złamaniu co najmniej dwóch żeber. W końcu wylądowała twarzą do ziemi u stóp Voldemorta.

Siła uderzenia wydarła niemal całe powietrze z jej płuc, a jakaś ogromna siła chwyciła ją za ogon. Jednocześnie potężna kamienna łapa uniosła z ziemi jej głowę. Ciało Sashy uniosło się, a ona zacisnęła zęby, żeby nie krzyczeć z bólu. Gdyby została podniesiona jeszcze wyżej, jej ogon albo głowa zostałyby oderwane od reszty jej ciała. Jej stopy wisiały bezradnie, podczas gdy zawiniętymi w kokon rękami tłukła w kamienną dłoń, trzymającą ją za głowę. Wtedy zza jej pleców wyszła czarnowłosa czarownica, okręcając w palcach ceremonialny sztylet.

- Jak już ci mówiłam, zapchlona mordo, ona jest moim jeńcem i mam dla niej zastosowania, jakich twój słaby, mały, prymitywny móżdżek nigdy nie zdołałby wymyślić – zakpiła Bellatrix z Greybacka. Potem zwróciła się do sukub: - A więc to ty zległaś z Potterem i Ministrem Magii, żeby twoja banda demonicznych kurew została zaklasyfikowana jako magiczne stworzenia? – spytała, pokazując palcami w powietrzu znak cudzysłowu przy słowach „magiczne stworzenia".

- Nie bądź taka zgorzkniała. To że twoje braki w łożnicy sprawiły, że twój mąż zwrócił się do innych mężczyzn w poszukiwaniu cielesnej rozkoszy to nie koniec świata – wysyczała Sasha przez zaciśnięte zęby. Może i nie udało się jej uciec, ale nie pokłoni się tej okropnej bandzie. Obelga rozwścieczyła Bellatrix i kobieta uderzyła trzymanym w dłoni sztyletem. Ku zaskoczeniu wszystkich, łącznie z Voldemortem, rozciął on krótki odcinek na nodze Sashy. Jedyną niezaskoczoną była Bellatrix Lestrange.

- Ten sztylet już nie pierwszy raz posmakował krwi sukubów – zachichotała Lestrange, zlizując krew z ostrza.

- Wy dwaj, ustawcie to stworzenie w takiej pozycji, żeby mogła się do niej zwrócić jej nowa pani i uważajcie na ten jej ogon!

Minotaur przytrzymujący Greybacka odrzucił wilkołaka na bok i złapał jedną z rąk Sashy. Drugi chwycił drugą kończynę, nie puszczając ogona, znajdującego się pod jego stopą. Została zmuszona do uklęknięcia i ukłonienia się.

Voldemort stał z uśmiechem. Uwielbiał patrzeć jak pracuje jego najlojalniejsza podwładna. Oczywiście tak naprawdę życie tego stwora należało do niego, ale przez pewien czas da Belli tą radość. W unikatowym szaleństwie tej kobiety zawsze była jakaś metoda. To właśnie brak jakiekolwiek moralności sprawiał, że była mu tak użyteczną.

- Może chciałabyś poznać imię osoby, której ten oto sztylet został specjalnie wykuty przez Czarne Krasnoludy z Endokan? – spytała Bella. Szarpnięciem odchyliła głowę Sashy i powoli kołysała sztyletem przed jej jedynym zdrowym okiem. Pławiła się w strachu swojego więźnia. Istota zbladła, a jej dolna warga zadrżała.

- Le Fay – wyszeptała przerażona Sasha.

- Dobra dziewczynka – zakwiliła Belatrix, gładząc głowę sukub, jakby był zwierzątkiem domowym. – widzę, że nie jesteś jednak taka głupia. Teraz przedstawię ci twoje opcje i powagę sytuacji, w jakiej właśnie się znalazłaś – kontynuowała Bella, okrążając i badając swoją nową zabawkę. – Tym sztyletem mogłabym z łatwością pozyskać z ciebie składniki eliksirów, które sprzedałyby się za kolosalną, wręcz nieprzyzwoitą ilość złota. To jednak byłoby z mojej strony miłosierdzie, a biorąc pod uwagę towarzystwo w jakim się obracasz i zniszczenia, jakich dokonałaś w moim domu, nie czuję się ani trochę miłosierna. Oczywiście tak właśnie skończysz swoje życie, ale zanim się to stanie, będziemy się znakomicie bawiły.

- Mam pradawną księgę, która pasuje do sztyletu – kontynuowała Bellatrix szeptem, tak żeby tylko Sasha słyszała. – Morgana prowadziła szeroko zakrojone eksperymenty na twoim ludzie zanim ukradła wasze moce, a jej ofiarami były zwykłe sukuby. Ty moja droga jesteś Matriarchinią, a twoje moce są znacznie potężniejsze. Przejmę wszystkie twoje dary, nim skończymy. Zdradzisz mi wszystkie informacje jakich potrzebujemy, żeby zniszczyć Potterów i tych nieznośnych Huncwotów.

- Nigdy go nie zdradzę! – krzyknęła stanowczo Sasha i zarobiła kolejne cięcie, tym razem na ramieniu.

- Nie przerywaj, to nieuprzejme! Wygląda na to, że trzeba cię złamać. Widzę też, że masz wysoką tolerancję na ból. Co by zrobić, co by zrobić… Mogłabym cię ciąć cały dzień, ale ten sztylet jest przeznaczony do rytuałów nie do dyscyplinowania. A jako że klątwy mają na ciebie niewielki wpływ, może powinnam pozwolić wilkowi, żeby się z tobą zabawił. Jest na ciebie mocno rozzłoszczony po tym, jak zabiłaś jego syna – stwierdziła rozbawiona Lestrange.

- W takim razie powinien był go lepiej wyszkolić – odcięła się Sasha. Jej nieustanny opór zaczynał wkurzać Bellatrix i wiedziała, że to ona musi ją złamać, bo to umocni ją w pozycji pani tego stwora. Bellatrix przykucnęła i przesunęła dłonią po skrzydłach i ogonie Sashy. Była wspaniałym przedstawicielem swojego gatunku i szkoda byłoby niszczyć jej ciało, by zyskać kontrolę nad umysłem. Z drugiej strony była córką Rodu Blacków, a sukuby to stworzenia pożądania. To było ich siłą, ale również największą słabością. Dzięki temu i jej próżności Bella planowała złamać dumę Sashy.

- Wiesz, byłby z tego świetny bicz – zauważyła Lestrange i było to jedyne ostrzeżenie, jakie otrzymała Sahsa, nim poczuła chłodne ostrze u podstawy swojego ogona. Sztylet Le Fay odciął trofeum Bellatrix, zadając zaskakująco niewiele bólu. Sasha myślała, że to tylko groźba, żeby zaczęła okazywać szacunek. Dopiero kiedy Lestrange stanęła znów przed nią zobaczyła swój ogon w rękach szalonej czarownicy.

- NIEEEEEE! – wrzasnęła sukub, a Bellatrix odchyliła głowę do tyłu i bezczelnie zarechotała. Po dziesięciu uderzeniach nowo pozyskanym batem tułów Sashy pokrywały rany i rozcięcia, ale Bella jeszcze nie skończyła wydzielania kar i upokorzeń. Nachyliła się, odcięła pukiel turkusowych włosów Sashy i wyczarowała fiolkę.

- Greybacku, urwij jej skrzydła. Jedno możesz zatrzymać jako trofeum, drugie wyślij Lordowi Potterowi z tym puklem i wspomnieniem, które pokaże mu, że to co kiedyś było jego, teraz jest moje – rozkazała Bellatrix, a Sasha poczuła, jak pazury wbijają się w jej bezcenne skrzydła. Tym razem nie oszczędzono jej porażającego bólu, gdy ta część jej ciała była brutalnie odrywana od pleców. Odrzuciła głowę do tyłu i zawyła z bólu ku niebiosom, jakby pragnęła łaski, choć wiedziała, że jej nie otrzyma.

Wtedy to się stało. To o co w głębi serca się modliła, ale myślała, że nigdy się nie zdarzy. Usłyszała jego ryk, a z nim przyszła nadzieja. Minotaur po jej lewej eksplodował, a odłamki poszybowały w stronę Voldemorta i szalonej czarownicy. Musieli osłonić się zaklęciami tarczy. Sasha usłyszała śpiew Księżycowych Ostrzy Cienia, które przecięły powietrze i głowę wilkołaka. Reszty cielska bestii użył jak maczugi, żeby zrzucić drugiego minotaura z Sashy. Lestange i Voldemort opuścili tarcze tylko po to, by ich gardła zostały rozszarpane przez Cienia.

Zagrożenie zniknęło, więc Cień wziął Sashę na ręce i zniknęli w jego cieniu. Przez kilka minut wszystko zmieniło się w czerń, ale potem wyłonili się w prywatnych komnatach sypialnych matriarchini. Dopiero gdy znalazła się w domu w ramionach swojego byłego kochanka, pozwoliła sobie na płacz. Złożył ją na łóżku i zmienił się z powrotem w Harry'ego. Wciąż tulił ją pocieszająco, jednocześnie leczył jej rany. W miejsce bólu napłynęła pociecha i przyjemność.

Spoczywała bezpieczna w jego objęciach, aż niemal ogarnął ją sen. Zaskoczył ją delikatny dotyk jego ust na jej wargach. Instynktownie zaczęła oddawać Harry'emu pocałunek. To było tak właściwe i naturalne. Jak bardzo za tym tęskniła, jak bardzo tego pragnęła. Jej ciało i serce błagały o więcej, choć umysł zaczął protestować. Ginny była jego partnerką, nie ona. Przysięgała, że zawsze będzie to szanowała.

Przekręciła się na górę i siadła na nim okrakiem. Spojrzała na jego przystojną twarz, a z oczu spływały jej łzy. Dłońmi wolnymi od kokonów pieściła jego policzki. Nachyliła się i pocałowała go po raz ostatni, po czym odsunęła się.

- Nawet nie wiesz jak bardzo tego pragnę – powiedziała mu, ujawniając emocje, których nigdy nikomu nie pokazywała. Tak szybko jak nadeszły, zmieniły się we wściekłość i czystą nienawiść. – Ale będziesz musiała postarać się bardziej, Lestrange! – z tymi słowami jednym szarpnięciem skręciła Harry'emu kark.

Rzuciło nią gwałtownie i Sasha ocknęła się w ciepłym, wygodnym łóżku. Elegancki pokój, oświetlony przyćmionym światłem świec, wskazywał na bogactwo właściciela. Sasha uspokoiła oddech i odzyskała władzę nad oczami i umysłem. Zastanawiała się, czy to był tylko sen?

- O, wreszcie się obudziłaś. Może powiesz mi, co tu się do cholery dzieje? – spytał Draco, prostując się na krześle, na którym ewidentnie zasnął. Zauważyła od razu, że rysy jego twarzy przypominają Cissy Black. Czuła od niego cień zapachu Śmierciożercy, ale był on słabszy i mniej wyraźny niż u innych.

- Trochę mi się kręci w głowie. Pilnowałeś mnie? – spytała Sasha z nadzieją, że pomoże jej się to zorientować w sytuacji. Wyglądał na rozdrażnionego jej pytaniem.

- Jeśli taką cenę płaci się za wejście do cudzego umysłu, to odpuszczę sobie szkolenie w tej dziedzinie, dzięki wielkie. Oczywiście, że cię pilnowałem, krew się tego domaga – warknął niezadowolony Draco. Milczała, jedynie spoglądając na niego, w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia, wywrócił oczami i kontynuował: - Kiedy wszyscy wyszli z komnaty rytuałów, a ciebie z nimi nie było, poszedłem sprawdzić, co się z tobą dzieje. Byłaś nieprzytomna i przywiązana do stołu. Wciąż jesteś panią tego domu i nie zamierzałem pozwolić na dalszy ciąg tej obelgi, więc przyniosłem cię tutaj.

Sasha odrzuciła przykrycie i próbowała się podnieść, ale jej ciało było bardzo słabe. Zignorowała to. To co słyszała nie miało sensu. Rozmawiał z nią, jakby znali się od lat. Jaka niby krew domagała się tego wszystkiego? Jak niby, na lewe jajo Merlina, mogła być panią tego domu? Czy on jej pilnował czy ją strzegł? Potrzebowała więcej odpowiedzi. Jednak gdy tylko stała, poczuła że traci równowagę i zwaliła się na podłogę.

- Oszalałaś? Przecież sama mi mówiłaś, że trzeba wziąć eliksiry wzmacniające po włamaniu do umysłu, zanim spróbuje się wstać – warknął Draco, obchodząc łóżko, żeby pomóc jej wstać. Sasha odesłała go machnięciem ręki. Oparła się o pobliską toaletkę i zdołała w ten sposób się podnieść. Ujrzała swoje odbicie w lustrze i wstrzymała oddech. Spoglądała na nią twarz Bellatrix Lestrange.


Od autora: Zanim mnie ukrzyżujecie, podkreślę, że większość tego, co przeżyła Sasha, odbyło się w jej głowie.


W następnym rozdziale:

- Draco wybiera stronę

- zaczyna się Ostatnia Bitwa