Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.
Rozdział 50
Sasha z przerażeniem patrzyła na twarz Bellatrix Lestrange, która naśladowała jej wyraz twarzy. Zamknęła oczy, pragnąc z całego serca, by ten koszmar się zakończył. To nie mogło się dziać, to było niemożliwe. Nie istniał żaden sposób, w jaki mogłaby się znaleźć w ciele tej szalonej kobiety. Zaczęła się zastanawiać nad wszystkimi możliwymi scenariuszami, w których to co widziała, mogło okazać się prawdą. Eliksir Wielosokowy działa tylko na ludzi, więc odpada. Być może to jakaś złożona iluzja, ale czuła się zupełnie obco w tym ciele i nie miała dostępu do swoich sukkubich zmysłów. Normalnie jej magia bardzo różniła się od ludzkiej. To ciało dysponowało silną mocą, ale Desory nie miała pojęcia jak do niej sięgnąć. Sasha ponownie spojrzała z wściekłą miną na twarz jej dręczycielki.
Blondwłosy mężczyzna, który się nią opiekował, pomógł Sashy dotrzeć do łóżka i wręczył jej eliksir. Wzięła go i pospiesznie podziękowała. Jeśli utknęła w tym ciele, zamierzała je utrzymać w tak dobrej formie, jak to tylko możliwe. Eliksir smakował paskudnie, ale przełknęła go bez skargi. Marudzenie nie poprawiłoby jej obecnej sytuacji. Młody człowiek stał i bardzo uważnie przyglądał się jej reakcjom i manieryzmom. Wyglądał na bystrego i wiedziała, że to tylko kwestia czasu, nim odkryje, że Sasha nie jest tym, na kogo wygląda.
- Jak długo tu jestem? – spytała Shasha, w nadziei na zdobycie jak największej ilości informacji o swojej sytuacji i młodym człowieku, z którym miała do czynienia.
- Kilka niepokojących godzin, ciociu Bello – odpowiedział Draco, ostrożnie dobierając słowa.
- Niepokojących? – dopytywała Sasha w nadziei na bardziej konkretną odpowiedź. Teraz znała relacje łączące go z jej dręczycielką i potwierdziła swoje podejrzenie, że to syn Cissy. Emma opowiedziała jej o wydarzeniach na szczycie Wieży Astronomicznej i o roli, jaką odegrał w nich ten młody człowiek. Lily nad nim pracowała, ale Harry mu nie ufał. Ciągle stał na granicy i mógł się zwrócić w każdą ze stron. To dawało jej kilka możliwości, ale będzie musiała bardzo ostrożnie dobierać słowa.
- Najwyraźniej cyklicznie przechodziłaś przez cykle wzmożonej aktywności podczas snu. Najpierw rzucałaś się, jakby coś cię niepokoiło, potem uspokajałaś się na chwilę, a następnie krzyczałaś coś w języku, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Potem z reguły następowały jęki, łkania i zupełnie inny rodzaj jęków – zakończył niezręcznie, jakby marzył, by wymazać to ze swojej pamięci. Przerwał, wziął głęboki oddech i kontynuował: - Uspokajałaś się na kilka minut, a potem znowu zaczynałaś.
- Rozumiem. Przez ile takich cykli przeszłam? – spytała, zastanawiając się nad jego słowami. Sukkuby posiadały naturalną odporność na umysłowe manipulacje, a ponad to przeszła w młodości szkolenie u jej matriarchini w dziedzinie dyscypliny umysłowej. Czuła się tak silna, że uraziło ją, gdy Harry zasugerował, że może jej pomóc się poprawić. W swojej arogancji oznajmiła, że jeśli mu się to uda, to ona nałoży na siebie psią obrożę i przez cały dzień pozwoli mu prowadzić się na smyczy. Jej córki nigdy nie pozwolą jej tego zapomnieć. Nie powinna była stawiać wyzwań Harry'emu.
Niemniej wyszło jej to na dobre. Nauczył ją, jak chronić najcenniejsze sekrety tak, by wydarcie ich zajęło wiele lat. Przynajmniej to zostało zabezpieczone przed mentalną inwazję Lestrange. Twierdza jej ludu i bezpieczne schronienia Huncwotów pozostały tajemnicą, podobnie jak tylne drzwi w otaczających te miejsca osłonach. Nauczyła się też o działaniu mentalnej sondy i walki umysłowej. Bez kotwicy te działania były tak samo męczące i niebezpieczne dla Lestrange jak dla niej. To by wyjaśniało, czemu umieściła ją najpierw w świecie złudzeń.
Bella uznała, że Sasha będzie walczyć z każdą inwazją na jej umysł. Dała jej zagrożenie, przeciwko któremu mogła stanąć. Stworzyła scenariusz, którego ego matriarchini nie mogło wygrać, więc postawi Sashę w roli ofiary. Poprzez powtarzanie i zwiększanie intensywności w końcu zdominuje jej umysł. Klasyczna taktyk kontroli umysłu… ale umysłu człowieka.
Nawet Sahsa musiała przyznać, że plan był genialny, ale miał wady. To prawda, sukkuby były stworzeniami pożądania, ale nie tylko pożądanie je definiowało. Rozumiały rodzinę, przyjaźń honor i uczciwość. Shasha dała słowo Ginny Potter i wiedziała, że Harry nigdy nie zdradziłby swojej partnerki.
- Kilka, pięć czy sześć – odpowiedział Draco i zrobił krok w tył, kompletnie zmieszany. Jego ciotka nigdy nie zadawała pytań. Ona domagała się odpowiedzi i nie pozostawiała wiele miejsca na dyskusję. Widział na jej twarzy, że wstydzi się, że pozwoliła, by trwało to tak długo. Pomyślał o tej chwili, gdy wszyscy wyszli, a sukkub do niego mrugnęła. – Nie jesteś moją ciotką, prawda?
- Nie. Jestem matriarchini Sasha Desory – odpowiedziała, potrząsając głową z lekkim uśmiechem. – A ty jesteś?
- Draco Malfoy – odpowiedział, wkładając ręce do kieszeni. Sasha widziała, jak namyśla się i waży różne opcje. Była za słaba, by cokolwiek zrobić, a nawet gdyby starczyło jej sił, szarża na ślepo to nie najlepszy pomysł.
- Czy jesteś moim wrogiem? – spytała go prosto z mostu. Od treści odpowiedzi i jego prawdomówności zależało jej dalsze postępowanie.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie z całą pewnością. Jeszcze nie. Ale nie pragnę twojej krzywdy, jeśli cię to jakoś pocieszy – odpowiedział Draco na tyle zgodnie z prawdą, na ile mógł. Oceniła jego odpowiedź. Mowa ciała sugerowała, że jest ostrożny, ale nie okazywał żadnych oznak wrogości. Najwyraźniej nie wiedział więcej od niej. Bardziej wyrównanego początku nie mogła się spodziewać.
- Na razie będzie mi to musiało wystarczyć. Proponuję zagrać w pewną grę, jeśli zechcesz wyświadczyć mi tą przyjemność – zaproponowała Sasha i umilkła, czekając na odpowiedź. Wzruszył ramionami i z powrotem usiadł na krześle, na którym spoczywał, gdy ona obudziła się z krzykiem. Ostrożnie odłożył starą książkę, którą czytał. Sasha zerknęła na tytuł i żołądek wywinął jej kozła z przerażenia. A więc nie wszystko było snem. Kiedy on zastanawiał się nad jej propozycją, ona rozglądała się po pomieszczeniu za przeklętym sztyletem.
- Czemu nie, to może być długa noc – odpowiedział Draco z półuśmiechem. Jeśli zauważył jak patrzyła na starą księgę, nie okazał tego w żaden sposób.
- To proste. Zadam ci pytanie, ty musisz odpowiedzieć zgodnie z prawdą. W zamian za to odpowiem szczerze na pytanie, które ty mi zadasz. Jeśli zadane pytanie sprawi, że naruszymy czyjeś zaufanie albo nasze słowo, możemy je ominąć. Zgadzasz się na te zasady? – spytała, a on znowu nie spieszył się z odpowiedzią. W końcu skinął głową.
Sasha zaczęła od ogólnych pytań dotyczących jego życia i dzieciństwa. Nic specjalnie osobistego, po prostu chciała go wyczuć i zapoznać się z jego mową ciała. Draco robił to samo, ale po dziesięciu minutach oboje byli gotowi, by przejść do poważniejszych spraw.
- Czy to księga La Fay?
- Tak. Czy jesteś Huncwotem?
- Właściwie nie, sojusznik byłby lepszym terminem. Czy istnieje pasujący do niego, ceremonialny sztylet?
- Ponownie tak, ale zabrała go ze sobą moja ciotka. Czy moja mama żyje?
- Tak, oczywiście. Jaki jest stan mojego ciała?
- Okaleczone przez tortury, ale w większości funkcjonuje. Kiedy ostatni raz ją widziałaś?
- Na krótko przed moim pojmaniem i zanim zapytasz, nie mogę ci powiedzieć gdzie. Czy mam dalej skrzydła i ogon?
- Niestety nie – odpowiedział Draco z żalem. Po jej policzkach popłynęły łzy. Sasha szybko je otarła. Usiłowała robić dobrą minę do złej gry, ale Draco musiałby być ślepy, żeby nie widzieć rozpaczy na jej twarzy. Wzięła długi wdech i skinieniem głowy potwierdziła, że jest gotowa na pytanie. Draco naprawdę żałował, że je zadaje. – Czy jest bezpieczna albo przynajmniej szczęśliwa?
- Tak – załkała Sasha. – Draco, jak ona mi to zrobiła? – spytała z desperacją. Początkowo nie odpowiadał, jakby zmagał się z czymś wewnętrznie. Najwyraźniej pytanie padło blisko linii, której nie mógł lub nie chciał przekroczyć i Sasha spodziewała się, że nie odpowie.
- Ciotka Bella to mistrzyni Sztuk Mentalnych, ale nawet ona ma swoje ograniczenia. Umysł rozpoznaje obcą obecność i broni się przed nią. To by zmarnowało jej czas, moc i energię. Postanowiła wykorzystać inne wyjście. Musiałaś być nieprzytomna lub w krainie snów, a ona musiała stworzyć pętlę rzeczywistości, by wejść do twojego umysłu. Kiedy złapała ciebie w pętli, mogła wejść bez szans na twój opór. Czy mama dostała moje listy?
- Słyszałam, że czyta je codziennie i dają jej wiele radości. Czy stworzenie tak skomplikowanej wizji nie zużyło równie wiele mocy i energii i czemu nie jakaś szczęśliwa wizja, żebym była zadowolona i odprężona?
- Życie rzadko bywa szczęśliwe, przyjemne i odprężające. Twój umysł zbuntowałby się przeciw temu. Tak jak już mówiłem, ona wolała, żeby twój umysł zajmował się osiągnięciem jakiegoś celu. Znając ciotkę Bellę, stawiam galeony przeciw orzechom, że zaprojektowała wizję, by osłabiła twoją pewność siebie i wolę. Coś, co uczyniłoby cię bardziej jej posłuszną. Zapewne wykorzystała jakieś niedawne, potężne wspomnienie i zmieniła je nieznacznie, jedynie na tyle, by pasowało do jej celów. Wiesz czy Greengrassowie są bezpieczni?
Draco potwierdził coś, co podejrzewała od dawna. Bellatrix jeszcze nie doprowadziła swoich planów do końca.
- Nie musisz być taki chytry, Draco. Z Astorią wszystko w porządku i cieszy się gościnnością twojej mamy. Muszę wiedzieć jak skończyłam w tym ciele i czy można to odwrócić? – dopytywała się Sahsa z nadzieją, że młody mężczyzna będzie wiedział jak odwrócić to, co jej się przydarzyło.
- Z umysłem zamkniętym w pętli łatwo go przenieść do jakiegoś naczynia. Poczekaj chwilę, zanim wyszliśmy ze skrytki, nałożyła parę bardzo starych kolczyków. Spytałem ją po co to robi, bo nie pasowały do jej tylu, a ona powiedziała, że będzie potrzebowała błogosławieństwa Hrabiny Batory tej nocy.
- Krwawa Hrabina*! – zapiszczała Sasha, instynktownie unosząc dłonie do uszu. Odsunęła włosy i spojrzała w lustro. Ku jej przerażeniu jedno z uszu miała nagie, ale w drugim kołysała się własność węgierskiej arystokratki. Jej próżność i zdeprawowana pogoń za wieczną młodością doprowadziły do śmierci przeszło sześciuset ofiar, w tym kilku sukkubów. Plotkowano, że jedna z jej kuzynek była czarownicą i stworzyła parę kolczyków, które pozwoliły hrabinie zamienić się umysłami z biedną służką, nim uwięziono ją na Zamku Čachtice. Kolczyk w lewym uchu Sashy wyglądał na dzieło z przełomu szesnastego i siedemnastego wieku.
- Tak, to jeden z nich. Podejrzewam, że wiesz, gdzie jest drugi – potwierdził Draco i nie zadawał więcej pytań. Powiedziała mu wszystko, co potrzebował wiedzieć. Poza tym czuł, że powinien jej pomóc, choć nie wiedział czemu, bo było to kompletnie nie w jego stylu. I kto by pomyślał, Lily Potter podstępem skłoniła go, żeby wyhodował sobie sumienie.
- Zakładam, że tylko ona może odczynić urok wiążący mnie z tym ciałem? – zawarczała Sasha, masując skronie. Czy ten koszmar się nigdy nie skończy?
- Najprawdopodobniej, a do tego będzie musiała być w zasięgu wzroku – odpowiedział Draco, a w jego głosie zabrzmiał szczery żal z powodu jej nieszczęścia. Niezależnie od tego, jak bardzo Sasha chciała wyrzucić z siebie wściekłość i frustrację, wiedziała, że to nie on powinien być jej celem. Postanowiła brnąć dalej.
- To mi dużo wyjaśniło. Dziękuję za twoją szczerość. Wiesz co się ze mną tak naprawdę stało?
- Zeszłej nocy padł Zamek Slytherina. Przetrwał tylko Czarny Pan i garść jego zwolenników z Wewnętrznego Kręgu. Najwyraźniej Huncwoci zaatakowali i zostawili za sobą mugolską bombę. Jak możesz się spodziewać, Śmierciożercy chcą zemsty. Wybrałaś sobie najgorszy możliwy moment, żeby dać się złapać, zwłaszcza że przy próbie ucieczki zabiłaś syna Greybacka i zdemolowałaś przy okazji sporą część domu mojej ciotki.
- Powinien go lepiej wyszkolić – odcięła się Sasha.
- Byłem z moją ciotką w skrytce, kiedy rozległy się alarmy. Zapieczętowała mnie w środku, więc znam to wszystko z plotek i fragmentów rozmów, które podsłuchałem.
- Rozumiem, ale proszę, muszę wiedzieć – błagała Sasha. Draco skinął głową i dalej opowiadał o wszystkim, co usłyszał.
- Podobno zostałaś powstrzymana tuż przed granicą osłon. Inni mówią, że Greyback wyrwał ci skrzydła, żebyś nie mogła już latać, a moja ciotka stłukła cię do nieprzytomności batem. Potem zostałaś wzięta do komnaty rytuałów – Draco urwał i nakrył jej dłoń swoją. Sasha nawet nie wiedziała, że dygoce. Potrzebowała chwili, by się w sobie zebrać.
- Gdzie jest teraz moje ciało? – załkała. W myślach ganiła się za okazanie słabości. Była matriarchinią swojego ludu i musiała być silna. Potrafiła się z tym uporać. Znajdzie jakiś sposób, by obrócić wszystko na swoją korzyść.
- Kiedy cię tu przynieśli, wyglądałaś, jakbyś przegrała walkę z górskim trollem – powiedział Draco ze współczuciem.
- Czy wiesz gdzie zabrali moje ciało? – naciskała.
- Tak, spytałem. Powinienem wiedzieć po odpowiedzi, że to ciotka Bella – odpowiedział i potrząsnął głową, żałując, że nie domyślił się wcześniej.
- Co powiedziała?
- Że idą do Zakazanego Lasu polować na Lorda.
- SZLAG! Wiedzą, kto jest Obrońcą mojego ludu! Muszę go ostrzec! – zawyła Sasha i spróbowała stanąć, ale Draco pchnął ją na łóżko, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.
- Ej! W razie gdyby to umknęło twojej uwagi, znajdujesz się w ciele zbiegłej Śmierciożerczyni, za której głowę wyznaczono nagrodę. Nie możesz rzucać zaklęć we własnej obronie. Do diabła, nawet ustać kilku sekund nie dasz rady. Musisz odpocząć!
- Będę spała jak umrę! Ona chce użyć mojego ciała, żeby się do niego zbliżyć! Będzie wyglądała jak ja, pachniała jak ja, a skoro moje ciało jest w tak fatalnym stanie, Cień przejmie prowadzenie. Widziałam to już! Niezależnie od ceny nie spocznie, póki wszyscy nie zginą. A wtedy ona uderzy, gdy on będzie najsłabszy, a jego poczucie winy nie pozwoli mu jej powstrzymać. Musisz mi pomóc go uratować!
- To faktycznie brzmi jak pomysł ciotki Belli, ale czemu ma to niby być mój problem? – warknął Draco. Współczuł jej, ale prosiła o zbyt wiele.
- Wiem co zrobiłeś dla Astorii Greengrass na szczycie Wieży Astronomicznej. Wiem co tam przeżyłeś – przypomniała mu Sasha, patrząc na jego ramię. Draco również tam zerknął, a potem popatrzył na nią, zastanawiając się, skąd ona wie. – Lily w ciebie wierzy – kontynuowała błagalnie Sasha. – Cissy chce odzyskać swojego syna, a Astoria swojego obrońcę. Proszę, bądź mężczyzną honoru, za jakiego one cię mają.
Nie mogła zrobić tego sama i oboje o tym wiedzieli. Wyszarpnął się z jej uścisku i zaczął krążyć po pokoju.
- Nie waż się używać ich przeciwko mnie! Może i nie wierzę w te bzdury, którymi karmi nas Czarny Pan, ale to nie znaczy, że chcę znaleźć się na miejscu twojego Obrońcy! Ścieżka honoru prowadzi jedynie do przedwczesnej śmierci! Co niby mam do zaoferowania Ast… eee… mojej przyszłej żonie i dzieciom? Mam pusty dom i równie pustą skrytkę. Bezwartościowe nazwisko. A moja ciotka właśnie podała mi na srebrnej tacy wszystko, czego potrzebuję. Może i jest świrem, ale też moją krewną – wylał z siebie potok frustracji. Dorastał w norze węży, a nie w lwiej jamie. Odważni zawsze umierali jako pierwsi. To ci z wolą przetrwania kształtowali świat.
Spodziewał się, że sukkub znów zacznie krzyczeć, ale ona jedynie westchnęła i wstała na nogi. Spokojnie i z godnością podeszła i stanęła przed nim wyprostowana. Sądząc po tym, jak zaciskała szczęki, nie było to bezbolesne, ale jej zdecydowanie nie zmalało nawet na chwilę. Najpierw podwinęła rękaw na jego lewym ramieniu, ukazując Mroczny Znak, który musiał przyjąć. Potem uniosła materiał z prawej ręki, ukazując wyleczony, ale wciąż zaczerwieniony ślad, pamiątkę po uratowaniu Astorii.
- Jestem realistką. Wiem, że nie wszyscy, którzy walczą pod znakiem Voldemorta, wierzą w jego sprawę. Niektórzy starają się chronić to, co dla nich najcenniejsze. Wiem, że moja prośba nie jest w porządku i wystawia cię na niebezpieczeństwo. Sprzeciwia się wszystkim wartościom, w jakich cię wychowano. Prawdziwego honoru nie można kupić, dostać lub wymienić. Trzeba go zdobyć przez swoje czyny i bezinteresowne poświęcenie. Draco Malfoyu, jesteś mężczyzną honoru. Jedno z tych ramion reprezentuje twoją największą porażkę. Drugie to honorowy order. Tylko ty możesz zdecydować które jest którym.
- Kochanie, znów masz tą minę – stwierdziła mimochodem Ginny, gdy obserwowali osoby schodzące się w miejsce, które wkrótce miało stać się ich terytorium w Zakazanym Lesie. Nie musiała nawet na niego patrzeć, żeby wyczuć jego napięcie. Czuła, że coś jest nie w porządku. Harry był lepiej pogodzony ze światem i swoim miejscem w świecie niż ona kiedykolwiek będzie. Podejrzewała, że to dzięki jego harmonijnej równowadze między nim a Cieniem. Ona i Furia powoli się docierały, ale podejrzewała, że minie jeszcze wiele lat, nim osiągną stan ich partnerów.
- Masz czasem uczucie, że zapominasz o czymś istotnym? O czymś, co powinnaś wiedzieć instynktownie? Czuję to, wręcz smakuję, ale ciągle umyka poza mój zasięg i strasznie mnie to wkurza – odpowiedział Harry po kilku kolejnych sekundach namysłu. Miał naprawdę złe przeczucie. Wszystkie jego instynkty wręcz wyły. Jednak Ginny przemawiała dziś do Rady Starszych, więc nie chciał jej tym zadręczać ani rozpraszać.
- Po tej emocjonalnej sinusoidzie z wczoraj… Dobre odniesienie do mugoli, prawda? – zaczęła Ginny.
- Bardzo dobre, kochanie, bardzo dobre.
- O czym to ja… A, to nic dziwnego, że coś ci umknęło. W końcu ci się przypomni – usiłowała go uspokoić i otrzymała w odpowiedzi delikatny uśmiech. Harry przypomniał sobie mugolskie przysłowie o drzwiach, które zamykają się w jednym miejscu, by otworzyć się w innym. Oznaczało zmianę, ludzie używali go też po jakiejś stracie. Powrót jego taty do żywych na pewno oznaczał zmianę. Jeśli jednak jego ojciec wszedł przez drzwi, to kto wyszedł? To właśnie go męczyło. Jego żona wyczuła zmartwienie. Ginny wsunęła swoje palce w jego dłoń i uspokajający efekt, który na niego wywierała, ukoił nieco Harry'ego. Wiedział, że bez względu na to, czemu będzie trzeba stawić czoła, Ginny będzie u jego boku, by mu pomóc.
- Mówiłem ci już dzisiaj, jak bardzo cię kocham, pani Potter? – wyszeptał jej Harry do ucha i skubnął płatek jej ucha.
- Wolałabym, żebyś mi to pokazał wieczorem, kochanku – jęknęła Ginny, oddychając głęboko.
- Ej! Tego nie chciałem oglądać! – krzyknął stojący niedaleko Ron. Harry i Ginny wywrócili oczami, ale zanim zdążyli odpowiedzieć, odezwała się Luna:
- W takim razie patrz na tyłek Hermiony. Przecież wszyscy wiemy jak to lubisz – powiedziała śpiewnie, dość głośno, a zawtórowały jej chichoty innych osób zgromadzonych na polanie.
- Wcale nie! – odparł z oburzeniem Ron, a jego twarz zapłonęła czerwienią. Dean i Seamus udali że kaszlą, że w rzeczywistości jednak chórem powiedzieli „Gówno prawda" i wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
- Czyżby moja pupa nie była wystarczająco ładna, żeby na nią patrzeć? – spytała wyzywająco Hermiona.
- Nie, nie, nie, nie o to chodzi, Mionko. Ja tylko… no wiesz… Jasna cholera, Harry, pomóż mi tu stary! – kręcił Ron, usiłując znaleźć coś na swoją obronę. Hermiona założyła ręce na piersi i postukała podeszwą buta. Jednak w samym środku Zakazanego Lasu nie wywarło to takiego wrażenia na Ronie jak zwykle.
- Mogę ci wyczarować kufel, ale poza tym sam sobie piwa nawarzyłeś i sam musisz je przełknąć – zaśmiał się Harry. Ginny podobała się poprawa jego nastroju. Najwyraźniej nie tylko ich bawił problem Rona, bo nagle usłyszeli głośny śmiech dochodzący z mroku między drzewami. Natychmiast wyciągnęli różdżki. Ron, Hermiona, Luna, Tracy, Susan, Hanna, Lavender, Parvati, Padma, Justin, Terry, Dean i Seamus sformowali krąg plecami do siebie, by osłaniać się wzajemnie przed tym, co nadchodziło. Jednak Harry i Ginny nie wyglądali na zaalarmowanych.
Z ciemności lasu dobiegło wycie i radosne okrzyki. Robiło się coraz głośniejsze, w miarę jak się do nich zbliżało, a w końcu ukazał im się widok, który nieprędko da się zapomnieć: goblinka jadąca na oklep na wielkiej hienie. Najwyraźniej fantastycznie się bawiła. Zatrzymała się tuż przed Harrym i zeskoczyła.
- To było super! – zaśmiała się i klepnęła hienę w tyłek. Fred szybko zmienił się w człowieka i mrugnął do siostry.
- Powinnam się domyślić, że będziesz hieną – powiedziała ze śmiechem Ginny i potrząsnęła głową.
- I to wymarłą hieną jaskiniową, jeśli się nie mylę – dodał Harry pod wrażeniem.
- W końcu byłem pałkarzem. Zaskoczona, siostrzyczko?
- Zawsze myślałem, że przy twoim sprycie będziesz fretką. A przy okazji to gdzie jest śmieszek numer dwa? – spytała Ginny. Odpowiedział jej rechot tuż za jej plecami. Ginny podskoczyła i zawirowała tak szybko, że Harry musiał ją przytrzymać, żeby nie straciła równowagi. Za nimi stała druga hiena z rysiem na grzebiecie. Daphne transformowała i zeskoczyła z uśmieszkiem.
- Uznałam, że jemu przyda się trening skradania, a ja musiałam wyrwać się z domu – wyjaśniła Daphne. Fred zmienił się w człowieka, a złotowłosy sokół wylądował na pobliskim pniaku. Po chwili siedziała na nim triumfalnie uśmiechnięta Astoria.
– Nie tylko ona – powiedziała nonszalancko.
- Czemu? – spytał Harry z ciekawością.
- Charlie szczerzy się jak idiota, CIssy rumieni się za każdym razem, kiedy są razem w pokoju i nawet nie chcę myśleć o mamie i profesorze Blacku. Naprawdę powinni pójść do łózka i mieć to za sobą – wyliczała powody Astoria. Jednak tak naprawdę potrzebowała czegoś do roboty, żeby nie myśleć o ojcu. Co prawda popełnił masę błędów, ale mimo wszystko w chwili próby okazał się prawdziwym ojcem. Nie pasowali do siebie z mamą. Wiedziała o tym, gdy miała sześć lat. A każdy kto miał oczy widział, jak ona i profesor Black do siebie pasują.
- Jade miała kiepską noc i nalegała, żeby mama z nią została – dodała Daphne, widząc zdumienie na twarzy Harry'ego. Wydawało mu się, że jego chrzestny i mama dziewcząt będą to już mieli za sobą. Jednak szybko się otrząsnął i zwrócił się do zgromadzonych:
- Dobra, słuchajcie ludziska! Tutaj będziecie udoskonalali wasze zwierzęce formy bez udziału wścibskich oczu. Ci, którym to już się udało, muszą się lepiej dostroić do swoich wewnętrznych bestii. Da wam to wiedzę, mądrość i równowagę. Zaufajcie mi, dzięki temu staniecie się lepszymi czarodziejami i czarownicami.
- Z Harrym i Hestią idziemy na Radę Starszych, a Astoria, Daphne i te tu rechoczące kundle wam pomogą – dodała Ginny. Zapadł już zmierzch, a miejsce Rady Starszych znajdowało się spory kawałek dalej.
- Czekajcie! Dzisiaj jest pełnia. Nie powinniśmy wracać do zamku? Nie chciałabym się dzisiaj spotkać z wilkołakiem – odezwała się przestraszona Lavender.
- Wilkołaki nie atakują innych zwierząt, chyba że się je sprowokuje. Odkryjecie też, że możecie się porozumiewać z innymi zwierzętami przez zapach, mowę ciała i hałas. Nie martwcie się, przyjdzie to do was instynktownie.
Po tych słowach Harry zmienił się w Cienia i poprowadził Ginny i Hestię między drzewa.
Nieco wcześniej Severus Snape wchodził do Fiuu w Hogwarcie w całkiem niezłym stanie. Teraz, gdy z niego wychodził, na jego podartych szatach widniały ślady ognia. Kilka razy, gdy Czarny Pan przesłuchiwał go w sprawie Lily, Snape zawahał się przed odpowiedzią. Szybko przypomniano mu, że nie wolno się wahać, kiedy Voldemort pyta. Czarny Pan wiedziałby, jeśli Severus by skłamał i zabiłby go na miejscu. A wówczas Snape nie zdołałby ostrzec Lily, a przynajmniej tak to sobie tłumaczył. W każdym razie ponownie stracił jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochał i której nigdy nie przestanie kochać.
I właśnie dlatego pospiesznie opuścił swój gabinet i udał się na jej poszukiwanie. Po raz pierwszy nie przejmował się ustawieniem zabezpieczeń wokół swojego biura. Teraz nie miało to znaczenia, bo nie spodziewał się przeżyć tej nocy. Nie on jeden zginie w jej trakcie. Jego jedynym pragnieniem było oszczędzić Lily tego losu. Ignorując ból przenikający całe jego ciało szukał jedynej prawdziwej przyjaciółki jaką miał w życiu.
Wolałby to zrobić w jej biurze albo w jakimkolwiek innym miejscu. Niestety znalazł ją podczas posiłku w Wielkiej Sali, wypełnionej po brzegi uczniami i pracownikami szkoły. Kilkorga kluczowych uczniów brakowało, ale nie zwrócił na to żadnej uwagi. Miał cel, od którego nic nie mogło go odciągnąć. Lily szła ku stołowi nauczycielskiemu plecami do niego. Kilka osób westchnęło głośno, widząc stan jego szat, ale zignorował to i szedł dalej.
- Severusie! – krzyknął wstrząśnięty Albus. Zerwał się na nogi, widząc stan, w jakim znalazł się szpieg. To przyciągnęło uwagę do niego, co było ostatnim, czego pragnął. Snape go zignorował. Dumbledore raz za razem udowadniał, że jest tylko nieskończoną studnią pełną pustych obietnic.
Lily obróciła się w pół kroku, a jej rude jedwabiste włosy zawirowały za jej plecami. Przez chwilę poczuł się jak w parku, w którym spotkali się po raz pierwszy. Jej włosy poruszały się i lśniły w ten sam sposób, jej zielone oczy również wyglądały podobnie. Wstrząs znaczący jej piękną, anielską twarz… Potem odkrył jej dobroć, humor i grację, wypływającą z niej falami bezwarunkowej akceptacji. Jak mógłby się w niej nie zakochać?
Teraz, wiele lat później, wciąż pozostawała równie piękna jak wtedy, może nawet bardziej. Jej akceptacja zniknęła, podobnie jak uśmiech, który rozpromieniał niegdyś jej twarz, gdy na niego patrzyła. Tęsknił za tym desperacko, tak jak za jej głosem, gdy nazywała go „Sevy". Te dni już minęły, a winić za to mógł tylko siebie. Nie był dla niej wystarczająco silny i kosztowało go to wszystko, na co kiedykolwiek miał nadzieję, o czym kiedykolwiek marzył. Najlepsze co mógł osiągnąć, to upewnić się, że jego ukochana przeżyje, a kiedy będzie o nim myśleć, o ile w ogóle będzie myśleć, w jej głowie pojawi się obraz chłopca, a nie mężczyzny, którym się stał.
- Lily! – krzyknął Snape, gdy ona się odwróciła i ruszyła z powrotem do stołu. Nie zwrócił uwagi, że Black podnosi się z wyciągniętą różdżką. Lily odwróciła się, ostrożna, ale zaciekawiona. Zmniejszył dystans między nimi. Choć jego organizm reagował na ból przenikający jego ciało, jego umysł tego nie rejestrował. Miał ważniejsze rzeczy na głowie. Szybkie spojrzenie na zegarek powiedziało Severusowi jak niewiele cennego czasu pozostało.
- Lily, zabierz swoją rodzinę i natychmiast uciekaj, nie oglądając się za siebie. Błagam – Severus złapał Lily za rękę i prosił. Z wahaniem poparzyła w jego oczy, oceniając jego intencje. Coś w jego głosie kazało jej się zastanowić. Coś, co przypominało szczerość i nie pozwalało od razu go odrzucić.
- Zabieraj swoje łapska, Snape! – wrzasnął James, zamaskowany jako Syriusz, zeskakując z podwyższenia, na którym znajdował się stół nauczycielski. Wycelował różdżkę, gotów przekląć obleśnego typa. Snape zlekceważył to i nie spuszczał wzroku z Lily. Liczyła się każda sekunda i nie zamierzał tracić czasu na nikogo innego.
- Nie, to jest mój dom – odpowiedziała Lily ostrożnie, jakby czuła nadciągającą burzę.
- Lily, niech to szlag! Przestań być Gryfonką, a zacznij być matką! Naprawdę myślisz, że po tym co zrobiliście wczoraj, nie będzie żadnych konsekwencji? – ryknął sfrustrowany Severus. Zapomniał jaka ona potrafi być uparta.
- Co wiesz o zeszłej nocy? – spytała Lily z niepokojem na granicy histerii.
- Nie ujawniono mi wszystkiego co tam zaszło. Jak widzisz Czarny Pan nie był w nastroju do rozmów. Całą swoją uwagę skupia na twojej rodzinie, a zwłaszcza na tobie. To oznacza tylko ból i cierpienie. Proszę, Lily, uciekaj, póki możesz – błagał ponownie Snape i tym razem to Lily złapała go za szatę i przyciągnęła go do siebie. Strach w jej oczach zastąpił lodowaty, zwierzęcy gniew.
- Co ty narobiłeś? Co mu powiedziałeś? – warknęła Lily, wbijając ślepia w jego oczy.
- To, co zawsze robiłem. Chroniłem cię, nawet jeśli tego nie chcesz. To ostrzeżenie będzie mnie kosztowało życie, ale to cena, którą dla ciebie zapłacą – zadeklarował Severus z niezachwianą pewnością i szczerością, której nie mogły zakwestionować żadne jej zmysły. James musiał ich rozsunąć siła i stanął między nimi z różdżką wycelowaną w gardło Snape'a.
- Jeszcze raz ją dotkniesz, rozwalę ci łeb – warknął James.
- Obawiam się, że nie mogę na to pozwolić, Syriuszu – zadeklarował Dumbledore, dobywając własnej różdżki. Lily okręciła się, czubek jej różdżki celował w serce dyrektora.
- Ostrzegałam, żebyś nie wtrącał się w sprawy mojej rodziny – warknęła jadowicie w jego stronę. Wolną ręką aktywował medalion wzywający członków Zakonu Feniksa.
Większość nauczycieli wstała z miejsc, gotowa do interwencji w razie konieczności. Jednak trudno było przewidzieć, po której stronie się opowiedzą. Ku zaskoczeniu wszystkich w Wielkiej Sali, Emma wskoczyła na stół Gryffindoru i wymierzyła swoją różdżkę prosto w dyrektora. Mogła być tylko pierwszoroczniaczką, ale i tak zamierzała bronić swojej rodziny.
Zamiast okrzyków oburzenia, Wielką Salę wypełniła nienaturalna cisza. Wszyscy obecni wstrzymali oddech w oczekiwaniu na rozpoczęcie walki. A potem, w ciszy, która zaległa przed burzą, zapiszczał alarm w zegarku Snape'a, przyciągając do niego uwagę zgromadzonych. On jedynie przymknął oczy i westchnął z rozpaczą, po czym ponownie je otworzył.
- Zaczęło się – powiedział z żalem i przerażeniem w głosie. Spojrzał ponad ramieniem Jamesa na Lily. – Wezwij swojego syna, Lily, póki jeszcze możesz.
Ginny i Hestia szły dalej same. Harry został wezwany do zamku przez swoją mamę. Właściwie Lily wezwała wszystkich, ale ich misja była zbyt ważna. Harry obiecał, że sprawdzi o co chodzi i wyśle wiadomość, jeśli sprawa faktycznie okaże się istotna.
- Czujesz to? – spytała Ginny. Zatrzymała się gwałtownie i mocno wciągnęła nocne powietrze. Goblinka również stanęła i wykorzystała umiejętności zdobyte podczas treningu do badania otoczenia. Coś było nie tak. Podejrzana cisza.
- Nie czuję, ale nie słyszę żadnego dźwięku a włosy na karku stoją mi dęba – odparła Hestia i bezszelestnie wydobyła miecz.
- Śmierciożercy – rzuciła jedynie Ginny i zmieniła się w Furię. Ponownie powąchała otoczenie, zawarczała cicho i zaczęła się skradać, jak na łowach. Wszystkie jej zmysły pracowały na najwyższych obrotach. Hestia podążała za nią, gotowa jej bronić lub wspomóc w ataku, w zależności od potrzeb.
Dotarcie na polanę, gdzie miała się zebrać Rada Starszych, nie zajęło im dużo czasu. Ku ich zgrozie, Starsi zostali otoczeni przez Śmierciożerców, Dementorów i kilka innych rodzajów mrocznych stworów, sprzymierzonych z Tomusiem.
- O ja jebię – syknęła Hestia, unosząc miecz.
„Dziel i rządź" to taktyka stara jak ludzkość, bo raz za razem okazywała się skuteczna. Nawet między jego zwolennikami okazywała się dewastująca. Zawsze podejrzewał, że Severus nie jest mu lojalny. Być może kiedyś tak było, ale kiedy na szali leżało życie Lily Potter, pękała oszukańcza maska Snape'a. A tej nocy pękła kompletnie, jego lojalność należała w całości do Lily. Mógłby zabić Snape'a, ale ten zdrajca krwi mógł się jeszcze okazać pożyteczny. Ostatecznie Severus Snape miał zginąć z rąk tych, których starał się ochronić. Voldemorta bawiła ta ironia.
Kiedyś tego nie rozumiał, ale po osobistym spotkaniu z tą kobietą musiał przyznać, że go zainteresowała. Jej determinacja, spryt, moc, śmiałość i tak, ta jej cholerna gryfońska odwaga, wywarły na nim wielkie wrażenie. Stanowiła całkowite przeciwieństwo Belli, ale okazała się nie mniej piękna i zabójcza. Czy jej pragnął? Tak. Czy to słabość? Ależ oczywiście. Czy zaspokoi to pragnienie? To zależy od tego, czy kobieta przeżyje tą noc. Jeśli jej się to uda, to może okaże się tego godna.
Gdy tylko Voldemort wysłał Severusa na jego samobójczą misję, skontaktował się z Bellą. W ciele sukkuba, nawet tak straszliwie okaleczonym, wywarła ogromny wpływ na jego libido. Lata celibatu zaczynały mu doskwierać. On i jego najbardziej lojalni słudzy odkryją wszystkie sekrety tych stworów, w tym ich moc i długowieczność. Gdyby Bella miała czas, szukałaby dłużej, ale sukkub miała silne bariery wokół umysłu, a czasu brakło.
Jednak to zadanie okazało się owocne również w innym aspekcie. Bella odkryła cień niedawnego wspomnienia, w którym sukkub była w objęciach Lorda Pottera i nazywała go swoim obrońcą. Nikt poza Bellatrix nie wyciągnąłby z tego więcej, ale ona rozpoznała pomieszczenie, w którym się znajdowali. Jako dziecko wielokrotnie siedziała tam na uroczystych wieczerzach. To Szlachetny i Starożytny Dom Blacków. Chociaż obecnie chroniło go Zaklęcie Fideliusa, udało im się pozyskać adres z jednego z wspomnień stworzenia.
Skoro nie mogli wejść, taktyka była prosta. Musieli skłonić ich, żeby wyszli na zewnątrz. Bella oparła się o słup latarni. Wyglądała na damę w niebezpieczeństwie. W obecnym stanie ciała sukkuba nie potrzebowała specjalnie udawać. Zaklęcie odpędzania mugoli zostało rzucone na okolicę, by nie przyciągać niepożądanej uwagi. Voldemort nie chciał póki co ujawniać swoich Śmierciożerców.
Bella wydała z siebie mrożący krew w żyłach wrzask i czekała, aż ciekawość zrobi resztę. Po krótkiej chwili dom się pojawił, a drzwi stanęły otworem. Ku ich zaskoczeniu chłopiec w wieku około dwunastu lat wypadł z drzwi i zbiegł po schodach.
- Jade, powiedz mamie, że błękitna pani jest ranna! – krzyknął za siebie Adam. Drzewa w parku, gdzie ukryła się większość Śmierciożerców w oczekiwaniu na rozpoczęcie akcji, zaszumiały choć nie było wiatru. Dziwne, ale jeszcze ciekawsze, że chłopak stanął jak wryty na środku ulicy. Miejsce troski na jego twarzy zastąpił strach. Popatrywał od drzewa do drzewa. Adam skinął głową i popędził do domu wrzeszcząc: - UWAGA, OBCY! UWAGA, OBCY!
Antonin Dołochow wyszedł z cienia i przywołał chłopaka zaklęciem do siebie. Adam usiłował się wyrwać, ale mężczyzn okazał się zbyt silny. Wyszedł w krąg światła i przystawił chłopcu różdżkę do gardła. Mała dziewczynka przy drzwiach z krzykiem uciekła do domu.
- Bella, zrobiłaś co do ciebie należało. Idź do Greybacka i przygotujcie się na Pottera – rozkazał Voldemort i rzucił jej świstoklik. Zniknęła, a Voldemort zwrócił cała swoją uwagę na dom. Wielki mężczyzna z rudymi włosami zeskoczył ze schodów i cisnął fajerbustem, który zwisł nad pakiem, oświetlając go lepiej i na dłużej niż zwykłe fajerwerki. To na moment odciągnęło uwagę napastników, a tymczasem z wnętrza domu wychodziło coraz więcej czarodziejów i czarownic, którzy formowali linię bitewną. Voldemort niektórych rozpoznawał, innych nie.
- ZOSTAW MOJEGO SYNA! – wrzasnęła stojąca na szczycie schodów Narcyza. Opierała się o framugę, a jej różdżka celowała w Voldemorta. Śmierciożercy pojawiali się z każdej strony. Przewyższali liczebnie Huncwotów trzy do jednego.
- Proszę, proszę. Dawno się nie widzieliśmy, Narcyzo. Tak wiele pytań nagle znalazło odpowiedź, a tak wiele innych pojawiło się w tym miejscu – syknął stojący na czele swoich oddziałów Voldemort.
Trzeba przyznać, że żaden z Huncwotów nie okazał strachu, jedynie determinację. Cissy mogłaby błagać, by wzięli ją zamiast Adama, ale to tylko przyspieszyłoby śmierć jej syna. Poza tym to by tylko sprowokowało Charliego do jakiegoś gwałtownego i nieprzemyślanego zachowania. Zamiast tego strzeliła palcami za plecami i pojawił się Zgredek. Nie wyciągając ręki zza pleców upuściła nóż, który złapał skrzat domowy. Wyprostowała jeden palec, potem drugi i wreszcie trzeci. Kobieta i skrzat ruszyli jednocześnie.
Słowniczek:
Krwawa Hrabina – Elżbieta Batory była żyjącą na przełomie XVI i XVII wieku węgierską arystokratką, siostrzenicą króla Polski, Stefana Batorego. W 1611 r. została skazana na zamurowanie żywcem z otworem do podawania pożywienia, zmarła w 1614 r. Została skazana za liczne morderstwa i tortury. Dziś dokładnie nie wiadomo, ile występków było faktycznie jej, choć nie ulega wątpliwości, że była sadystką, torturowała służących i uczestniczyła w orgiach, także homoseksualnych. Jednak jej czarna legenda ( . kąpiele we krwi dziewic) w pewnym stopniu została wyolbrzymiona przez rywalizujący z Batorymi o władzę na Węgrzech ród Habsburgów.
W następnym rozdziale:
- bitwa na Grimmauld Place
- Bella zastawia pułapkę na Harry'ego
