Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.
Rozdział 51
- Avada Kedavra! – krzyknęła Cissy. Po raz pierwszy w życiu Voldemorta ktoś ośmielił się rzucić w jego stronę Zaklęcie Śmierci. Idiotka wykazała się odwagą, ale przez to zginie. Chciał się aportować za jej plecy, ale odepchnęły go osłony domu i wylądował na tyłku na ulicy z bardzo mało dystyngowanym plaśnięciem. Co gorsza jego własne obszerne szaty zaczęły go atakować, ku zdumieniu jego Śmierciożerców.
Jednak to nie wszystko co działo się w tym momencie. Dokładnie w tej samej chwili, w której Zaklęcie Śmierci Cissy frunęło w stronę Voldemorta, Zgredek z pyknięciem pojawił się między nogami Dołochowa i z całą siła wbił sztylet trzymany w dłoni w udo Śmierciożercy. Członek wewnętrznego kręgu Voldemorta nie mógł uwierzyć, gdy ciemnoczerwona krew zaczęła z niego wypływać w rytm uderzeń jego serca. W pośpiechu, by zatamować krwawienie, stracił całe zainteresowanie Adamem. Mogłoby mu się udać, gdyby różdżka nie wyślizgiwała się z jego pokrytych krwią palców. W całym tym chaosie nikt nie zwrócił uwagi na małego skrzata domowego, który zniknął razem z chłopcem.
Zgredek i Adam pojawili się pod bramami Hogwartu. Lojalny skrzat Cissy nie tracił czasu i wiódł chłopca ścieżką ku zamkowi. W połowie drogi Adam stanął jak wryty.
- Paniczu Adamie, musimy się spieszyć – poganiał go Zgredek, ale Adam tkwił w miejscu.
- Gdzie idziemy?
- Pani powiedziała Zgredkowi, że jeśli będą kłopoty, Zgredek musi zabrać panicza do Lily Potter.
- A co z Jade? Nie powinniśmy wziąć też Jade? – błagał Adam. Dziewczyna była jego przyjaciółką i martwił się o nią.
- Ale pani… - Zgredek nie chciał sprzeciwiać się rozkazom Cissy. Bardzo stanowczo kazała mu wypełnić dokładnie ten rozkaz.
- Mama też by chciała, żeby ona była bezpieczna! – nalegał Adam, zdeterminowany, by pomóc nowej przyjaciółce.
- Ale…
- Rozkazuję ci pójść po Jade, Zgredku! – zażądał Adam, w nadziei, że to pomoże.
- Tak, paniczu Adamie. Zgredek to dobry skrzat domowy i zawsze robi, co mu się rozkazuje. Niech panicz tu zostanie, Zgredek zaraz wraca.
Adam patrzył, jak Zgredek znika z pyknięciem i pożałował, że na niego nakrzyczał. Emma była jego pierwszą przyjaciółką, ale Jade go rozumiała i nigdy nie patrzyła na niego z żalem, gdy myślała, że on jej nie widzi. Planował pozostać na swoim miejscu, ale jego uwagę przyciągnęła samotna wierzba rosnąca na zboczu wzgórza. Czuł silną potrzebę rozmowy z drzewem, ale zanim zdążył tam podejść zobaczył Zgredka, który pędził w jego stronę z Jade u boku.
Skrzat domowy ujął oboje za ręce i powiódł szybkim krokiem ku zamkowi. Adam obracał się kilka razy, by popatrzeć na wierzbę, która tak bardzo chciała z nim rozmawiać.
Daphne prowadziła ćwiczenia dla szósto- i siódmorocznych Huncwotów, które miały im pomóc w utrzymywaniu ich form animagicznych bez zbytniego drenowania ich mocy. Nagle poczuła jak włoski na karku stają jej dęba. Zaczęła nasłuchiwać i wykryła, że ktoś zbliża się do nich z dużą prędkością. Ledwie zdołała wyciągnąć różdżkę, nim Furia gwałtownie zahamowała tuż przed nią. Hesta zeskoczyła z grzbietu bestii i Ginny zmieniła się z powrotem w człowieka.
- Ile potrzebujesz czasu, żeby wrócić tu z Armią Goblińską? – Ginny spytała Hestę, wywołując zdumione sapnięcia innych uczniów.
- Wracam z plutonem berserkerów w dziesięć minut, z resztą armii w dwadzieścia – odpowiedziała Hesta i wyciągnęła czerwony wisiorek z galeonem z dekoltu.
- Do tego czasu Rada będzie martwa. Wygląda na to, że musimy wytrzymać w walce, póki nie dostaniemy waszego wsparcia – stwierdziła Ginny z lodowatą determinacją.
- Ale zostaw mi kilku do zabicia – zażądała Hesta i odleciała świstoklikiem.
- Co się stało? – spytała Daphne. Wokół nich zgromadziła się reszta Huncwotów. Ginny sięgnęła do swojej szaty i wyciągnęła małą drewnianą garderobę. Postawiła ją na ziemi i powiększyła ją. Otworzyła drzwi. We wnętrzu wisiał rząd szkarłatnych szat bojowych.
- Dementory, Butolizy i inne mroczne paskudztwa otoczyły Radę Starszych. Koniec rozgrzewki, czas zacząć mecz – powiedziała Ginny i zaczęła rozdawać szaty Huncwotom. Potem zwróciła się do wszystkich: - Macie trzy minuty na przebranie się. Jeśli Rada upadnie, Zakazany Las upadnie, a oni będą mieli bazę do uderzenia na Hogwart. Po to właśnie ćwiczyliśmy.
- Co z Harrym? To on jest naszym dowódcą? – spytał Seamus.
- Harry tak nas wytrenował, żebyśmy funkcjonowali skutecznie nawet kiedy zabraknie przywódcy. Wierzcie w siebie, tak jak on w was wierzy – odpowiedziała mu Daphne. Potem spojrzała na siostrę. – Będziemy potrzebowali całej pomocy, jaką możemy zdobyć. Astoria, możesz dostać się do Hogwartu nie przyciągając niczyjej uwagi. Powiedz Harry'emu co się dzieje i załatw wsparcie nauczycieli.
- Może wystarczy patronus? – odparła Astoria. Jeśli jej starsza siostra usiłowała ją odesłać przed akcją, to się boleśnie nauczy, że nie można jej lekceważyć.
- Bo, droga siostrzyczko, jeśli oni się oprą, to ty się uprzesz. A teraz zasuwaj! – rozkazała Daphne i wskazała w stronę zamku. Astoria spojrzała na nią spode łba. Nie cierpiała, kiedy jej siostra miała rację i jeszcze zdołała ją przekonać.
- Wrócę tu – ostrzegła Astoria, po czym zmieniła się w sokoła i wzbiła się w powietrze. Ginny i Daphne stanęły ramię w ramię przed pozostałymi Huncwotami w pełnym rynsztunku bojowym. Ginny wzięła głęboki wdech i przemówiła:
- Wiem, że się boicie. Tylko głupiec się nie boi. Idziemy w sam środek bagna, a nasz wróg przewyższa nas liczebnie. Nie należą do najbardziej miłosiernych. Przekonałam się o tym boleśnie i nie chciałabym, żeby ktoś przeżył coś podobnego. Odłóżcie na bok wasze skrupuły. Nie ma na nie miejsca w bitwie. Przez nie zginiecie lub spotka was los gorszy od śmierci. Tak, jest coś gorszego od śmierci, a oni są w tym zajebiści. Jeśli poczujecie, że znika wasza determinacja, przypomnijcie sobie o co my walczymy i w imię czego oni zabijają – Ginny mówiła im prawdę, bo zasłużyli, by wiedzieć, na co się piszą.
- Czy to ma nas niby natchnąć do walki? – zażartował Seamus, żeby nieco rozluźnić zebranych. Daphne postanowiła zabrać głos:
- Ona po prostu mówi szczerze co was czeka. A teraz pozwólcie powiedzieć, co ja widzę przed wami, drodzy koledzy, przyjaciele i nowa generacjo Huncwotów. To jest nasz czas. Czas by pokazać nasze możliwości nie tylko tym, którzy przyszli przed nami, ale i tym, którzy zjawią się na tym miejscu po nas. Dziś zaczynamy pisać własną historię. Opowie ona, jak uczniowie wszystkich czterech domów w Hogwarcie stanęli zjednoczeni po raz pierwszy od otwarcia szkoły. Słabsi liczebnie? Owszem. Przestraszeni? Owszem. Gorsi od przeciwnika? Absolutnie nie! Widziałam waszą siłę, tą fizyczną i mentalną, a w waszych oczach odbija się czystość waszych serc. To nasi bladzi wrogowie kryją się w paskudnych skorupach. Jeśli zginę dziś w nocy, stanie się to w najlepszym towarzystwie, w imię najszlachetniejszej idei i bez cienia żalu. Dziś napiszemy nową kartę w historii Legionu Huncwotów. NASZEGO LEGIONU! HUNCWOCI! – zaryczała Daphne, unosząc w górę zaciśniętą pięść.
- HUNCWOCI! – odpowiedział jej ryk pozostałych, a do jej ręki dołączył las pięści.
Nevimort i Romilda postanowili pojawić się na kolacji. W tym czasie Pansy odstawiła ostatnią dwójkę „ochotników" do komórki na miotły, gdzie mieli poczekać aż ktoś ich znajdzie. Dzięki temu złowieszcza parka miała świetny widok na całe przedstawienie. Dumbledore lekkim ruchem pokazał mu, żeby trzymał się z daleka od sprawy. Stary głupiec wciąż myślał, że chłopak jest jego pionkiem. Nevimort skinął mu głową. Póki co będzie grał w tę grę. Nie chciał, żeby stary pierdziel zaczął coś podejrzewać. Na razie obserwował przeciwników w poszukiwaniu ewentualnych słabości.
McGonagall, jak zwykle głos rozsądku, zdołała skłonić większość nauczycieli, żeby zajęli miejsca. Potter i Black nie zamierzali się podporządkować. Nawet metamorfomag pierwszaczka odmówiła opuszczenia różdżki, mimo polecenia opiekunki jej Domu.
Cień ponownie zmienił się w Harry'ego tuż przed dotarciem do Wielkiej Sali. Nie spodziewał się tego, co zobaczył po wejściu. Jego tato trzymał różdżkę pod szczęką Snape'a, a jego mama i Emma celowały swoimi w Dumbledore'a. Nauczyciele za stołem siedzieli, ale różdżki trzymali w gotowości. Większość z nich wyglądała, jakby nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Hagrid wesprze starucha, tego Harry był pewny. Co do MacGonagall, podejrzewał, że wesprze jego rodziców. Reszta nauczycieli stanowiła niewiadomą. Zauważył, że większość jego Huncwotów trzyma różdżki w gotowości. Reszta uczniów wyglądała na przestraszonych albo rozbawionych. Powietrze zgęstniało od napięcia i groźby przemocy.
- Gdybym wiedział, że to Meksykańska Noc Pojedynków, przygotowałbym nachosy – rzucił Harry, w nadziei, że trochę absurdalnego humoru pomoże rozładować sytuację. Kilkoro uczniów zachichotało, ale nic ponad to. – Trudna publika – stwierdził i pokazał swoim ludziom, żeby się rozluźnili. Szedł w stronę rodziców, jakby nie działo się nic niezwykłego. Wątpił, żeby w ten sposób kogoś oszukał, ale nie zaszkodziło spróbować. Jeśli klątwy zaczną fruwać, wielu uczniów zostanie trafionych przypadkowym ogniem. I to zapewne był jedyny powód, dla którego wciąż nie zaczęły.
- Ten oślizgły kutas groził twojej matce – warknął James przez zaciśnięte zęby.
- Ostrzegałem ją, ale tobie myślenie nigdy nie szło za szybko, Potter – odwarknął Snape do zamaskowanego Jamesa.
- Powiedział, że jego pan ma dla ciebie wiadomość, Harry – krzyknęła Lily, nie spuszczając oczu i celownika różdżki z Dumbledore'a. – Miałeś też przyprowadzić pozostałych – syknęła na tyle głośno, by usłyszeli ją jedynie animagowie.
- Dzisiaj spotkanie Rady Starszych, zbyt ważne, żeby je opuścić – odpowiedział Harry szeptem, całując mamę w policzek. Potem powiedział głośno, na pokaz: - Co to za zamieszanie?
- Zdurniałeś, chłopcze? Powiedziałem, że Czarny Pan ma wiadomość tylko dla ciebie, Potter – odezwał się Snape poirytowanym głosem. W efekcie nastawienia obleśnego dupka, czubek różdżki Jamesa wbił się mocniej w jego szyję. Severus sapnął cicho. Albus poruszył się lekko, ale Lily ustawiła się w taki sposób, że nie mógł przekląć jej męża bez trafienia również jej.
- W takim razie jej wysłuchajmy. I niech ktoś powie skrzatom domowym, żeby przestawili stół nauczycielski na kawę bezkofeinową – Harry ponowił próbę rozluźnienia atmosfery. Znów nie dało to żadnych rezultatów, więc postanowił wysłuchać Snape'a. Nauczyciel eliksirów ostrożnie sięgnął do szaty i wydobył coś owiniętego kawałkiem materiału. Harry wziął to od niego, a Snape spojrzał Lily w oczy ponad ramieniem Jamesa.
- Przykro mi, Lily. Jestem tylko posłańcem – rzekł z żalem i jakby nutą wyrzutów sumienia. Groza ścisnęła serce Lily lodowato zimną obręczą. Ze strachem spojrzała na syna. Za późno by go ostrzec, już rozwinął materiał. Wewnątrz spoczywało coś, co wyglądało na turkusową wstążkę i zwiniętą figurkę wyobrażającą węża gotowego do ataku. Jej matczyny instynkt zadziałał i ruszyła, by wytrącić pakunek z rąk Harry'ego. Spóźniła się o mgnienie oka. Wąż zbudził się do życia i wystrzelił ku czołu jej syna. Zamiast go ukąsić, wśliznął się w głowę. Emma. Lily i James patrzyli bezradnie, jak Harry chwiejnie cofa się i osuwa na podłogę.
- NIEEEEEEEEEE! – wrzasnął, choć nie z fizycznego bólu, ale ogromu udręki. Udręki tak głębokiej, że przejęła wszystkich w Wielkiej Sali z jednym wyjątkiem. Nevimort uniósł rękę, by ukryć uśmiech. Cieszył się rozpaczą chłopaka. Trójka Potterów podbiegła do Harry'ego.
- Przytrzymaj go! – krzyknęła Lily do Jamesa, przykładając różdżkę do miejsca, w którym wąż wniknął pod czaszkę. – Co to było, do cholery? – warknęła, patrząc na Snape'a.
- Jej wspomnienie o wszystkim, co jej zrobiono – odparł Snape z żalem. Nie brał udziału w torturowaniu biednej sukkub, ale słyszał jej wrzaski. Emma tuliła Harry'ego, usiłując nieść pociechę i wówczas coś podpowiedziało jej, żeby użyć sukkubich zmysłów na nauczycielu eliksirów. Sapnęła i zaczęła szaleńczo szukać tego, co Harry upuścił.
- Transmutowane wspomnienie, muszę przyznać, że to genialne. Można je ożywić i przenieść bezpośrednio do umysłu odbiorcy bez użycia myśloodsiewni. Mimo jego wielu wad Tom zawsze był uzdolnionym i inteligentnym czarodziejem – powiedział Dumbledore, ruszając ku swojemu powalonemu uczniowi. Zamierzał pomóc, ale James nie postrzegał tego w ten sposób i wycelował różdżkę w dyrektora, wciąż trzymając syna.
- Trzymaj się z dala od niego! – warknął, a Dumbledore uniósł ręce, pokazując, że nie planuje niczego złego.
- Albusie, to nie czas na podziwianie magicznej kreatywności! Twoim podstawowym obowiązkiem jest ochrona twoich uczniów! – zganiła McGonagall. Lily spojrzała Dumbledore'owi w oczy i zrozumiała, co starzec miał na myśli. W odpowiedzi Albus lekko skinął głową. Ona również była uzdolnioną i inteligentną uczennicą. Lily rzuciła zaklęcie do ekstrakcji wspomnienia i po kilku chwilach ogon węża wyłonił się z czoła jej syna. Zaklęcie walczyło przeciwko jego usunięciu, ale determinacja Lily okazała się znacznie silniejsza.
- Mogłeś jej po prostu powiedzieć! – skarciła Dumbledore'a McGonagall, uderzając go grzbietem dłoni w pierś. Ten mężczyzna czasami bywał po prostu nie do zniesienia.
- Jak w takim razie mogłaby się czegokolwiek nauczyć? – odpowiedział Albus jakby to było oczywiste. W głębi serca starzec czuł się przede wszystkim nauczycielem magii. Jego styl polegał na ofiarowaniu jedynie okruchów wiedzy, wystarczających, żeby uczniowie zdołali sami dojść do rozwiązania. Wiedział, że w tej krytycznej sytuacji powinien wyrazić się bardziej bezpośrednio, ale zakorzenionego instynktu nie można tak po prostu włączyć i wyłączyć.
Lily przelała całą swoją magię w to zadanie i w końcu wyciągnęła wspomnienie z głowy syna. James rozsadził je na drobne kawałki, nim zdołało znowu zaatakować Harry'ego. Matczyny instynkt kazał Lily przyciągnąć syna do piersi i kołysać go, jak robiła, kiedy był małym chłopcem.
- Czyje pieprzone wspomnienie to było? – zapytał James z wściekłością przez zaciśnięte zęby. Całą siłą woli powstrzymywał się przed ciśnięciem klątwy w mężczyznę, który był jego wrogiem odkąd wiele lat temu spotkali się w Ekspresie Hogwart.
- Sashy – załkała Emma, ściskając skurczone skrzydło sukkuba, obwiązane puklem turkusowych włosów.
- Podobno Greyback i jego wataha złapali ją na cmentarzu w Dolinie Godryka – odpowiedział Snape na niewypowiedziane pytanie Lily.
- Gdzie ona jest? – spytał zachrypnięty głos i Lily spojrzała w dół, wprost w oczy jej syna. Jego bestia przebudziła się, bardziej zabójcza niż kiedykolwiek wcześniej. Usiłował wyrwać się z jej ramion, ale trzymała mocno. Wiedziała, że Harry nie utraci kontroli, póki będzie blisko niej. Niestety milczenie Snape'a doprowadzało go do szału.
- NIE! – krzyknęła Lily, czując jak młody mężczyzna dygocze z wściekłości. Sasha była jego pierwszą kobietą i na zawsze zachowa specjalne miejsce w jego sercu, ale tym razem chodziło o coś jeszcze. To on ją tam posłał i Lily wiedziała, że jej los będzie go zawsze prześladował.
Nie zaskoczyłoby jej, gdyby zmienił się w swoją hybrydową formę tu i teraz. Jednak zamiast tego rozległ się głośny trzask, który przyciągnął jej uwagę do otwartych dłoni Harry'ego. Nad nimi zaczęła lśnić magia w postaci żółtawej kuli, przypominającej księżyc w pełni. Moc zaczęła przyjmować coraz bardziej materialną formę, a z ust młodego mężczyzny wydobył się niebezpieczny warkot. Lily wstrzymała oddech, widząc znajome kształty. Ułamek sekundy później wystrzeliły w stronę Snape'a. Część uczniów wstrzymała oddech, inni krzyknęli, a kilka osób zemdlało. Profesor Snape, postrach większości uczniów, stał z szyją pomiędzy dwoma zabójczymi Księżycowymi Ostrzami.
- GDZIE ONA JEST? – ryknął Harry, wyrzucając z siebie taką ilość pierwotnej mocy, że nawet jego mama skuliła się pod jej naporem. Brzmiał niemal jak demon. Lily wiedziała, że jej syn stapia się ze swoją bestią na bardzo niebezpiecznym poziomie. Wystarczył lekki nacisk na ramieniu Snape'a, by nauczyciel eliksirów osunął się na kolana. Lily próbowała skłonić Harry'ego, by puścił Snape'a, nie dla dobra Severusa, ale dla dobra jej syna. W odpowiedzi Harry warknął ostrzegawczo i chapnął w jej stronę kłami, które wyrosły mu z ust. Lily cofnęła się, rozumiejąc, że skończył się cały wpływ, jaki mogła na niego mieć.
- Snape, odpowiedz mu! Za kilka sekund nawet ja nie przemówię mu do rozsądku! – ostrzegła. Nawet tak znakomity i doświadczony czarodziej jak Dumbledore nie do końca pojmował co się dzieje. Albus wiedział, że Potter jest potężny i poważnie podejrzewał, że pełni rolę Obrońcy klanu Desory. Jednak nie podejrzewał nawet, by potrafił przyzwać magiczne ostrza jedynie siłą woli. W jego umyśle zniknęły wszystkie wątpliwości. To właśnie o Harrym mówiła przepowiednia.
Dyrektor szybko otrząsnął się z zamyślenia. Sytuacja wymykała się spod kontroli i musiał natychmiast zakończyć ten konflikt. W tym celu wysłał w stronę Pottera swoje najpotężniejsze zaklęcie ogłuszające, jednak jego nauczyciel Obrony stanął między nimi i odbił czar. Spojrzał dyrektorowi wyzywająco w oczy.
- Powiedział, żeby podążać za Księżycową Serenadą – wykrztusił Snape, a po jego szyi spłynął strumyczek krwi. Nacięcie było minimalne, a ostrze ledwo go dotknęło. Broń, którą władał Potter, było ostre jak brzytwa, a Severus czuł, jak promieniuje magią. Nawet Miecz Gryffindora nie wydzielał takich ilości mocy.
- To pułapka! – wrzasnęła do Harry'ego Emma w języku sukubów. Dość oczywiste, biorąc pod uwagę, że to wilkołaki porwały ją w czasie pełni.
- W takim razie pokażemy im zemstę sukubów – warknął Harry, patrząc przez ramię na Emmę, a w jego oczach tańczyły najbardziej krwiożercze rozwiązania. Dziewczynka skinęła ze zrozumieniem głową. Powoli ruszyła ku wyjściu.
Członkowie Zakonu zaczęli przybywać do Wielkiej Sali dzięki naszyjnikom-świstoklikom, które rozdał im Dumbledore. Molly Weasley sapnęła głośno na widok Snape'a na kolanach z dwoma ostrzami przy szyi gotowymi do dekapitacji. Jeszcze mocniej wstrząsnęło nią, że to chłopak jej córki nimi władał, ale powstrzymała ochotę, by na niego nawrzeszczeć. Ten mężczyzna był dla Ginny bardzo ważny, a jej pochopne sądy i jeszcze pochopniejsze słowa już sprawiły, że odwróciła się od niej trójka jej dzieci. Poza tym sama kilka razy miała ochotę przekląć Snape'a. Milczała więc, walcząc z własną naturą.
Moody, który właśnie pojawił się na miejscu, nie marnował nawet sekundy i w odpowiedzi na zagrożenie dla szpiega Dumbledore'a i wypalił potężnego ogłuszacza w Pottera. Harry błyskawicznie przywołał jedno z ostrzy i odbił zaklęcie z powrotem do źródła, nawet nie patrząc w tamtą stronę. Potem kopnął Snape'a w warz z siła wystarczającą, by mężczyzna poleciał do tyłu.
Harry odwrócił się w stronę starego wojownika. Jego Księżycowe Ostrza zalśniły mocą. Uniósł wargi, ukazując kły. Moody potrafił rozpoznać drapieżnika, więc nie zwlekając zaatakował. Harry maszerował ku ex-aurorowi obijając ostrzami jeden czar za drugim.
- Confundus, Levicorpus, Munnification! – krzyknął Harry, wykręcając ciało w tańcu uników, a zaklęcia strzelały naprzemiennie to z jednego to z drugiego ostrza. Efekty okazały się co najmniej ciekawe. Moody najpierw wyglądał na oszołomionego, potem zawisł do góry nogami, a wreszcie jego szaty owinęły się wokół niego. Niektórzy uczniowie parsknęli śmiechem, inni westchnęli. Molly wrzasnęła, bo wyglądało, że Harry zamierza skrócić przeciwnika o głowę. Jednak miecze zatrzymały się chwilę wcześniej. Moody wyglądał jak wielka, lewitująca pinata*, wisząca na środku Sali.
- Huncwoci! – krzyknął Harry, a na to wezwanie podnieśli się uczniowie ze wszystkich Domów. Popatrzył na Dumbledore'a z nienawiścią. Dyrektor i uczeń demonstrowali swoją siłę. Potter miał przewagę liczebną, choć jego ludzie nie dorównywali tamtym doświadczeniem. Wystarczyłaby jedna lekkomyślna klątwa. – Zaprowadźcie uczniów z powrotem do dormitoriów, zanim mordercy starucha przypadkiem zabiją kogoś niewinnego.
Wielka Sala szybko opustoszała. Wielu uczniów nie miało nic przeciwko oddaleniu się stamtąd. Nawet ci najmłodsi rozumieli powagę sytuacji. Emmie udało się wymknąć w zamieszaniu i udać na Wieżę Astronomiczną.
- Mamo – odezwał się Harry.
- Niech zgadnę: przyjdź sam, albo ją zabijemy? – spytała Lily, wywracając oczami.
- Niezbyt to oryginalne, ale tak – zaśmiał się Harry.
- Nie pójdziesz sam – stwierdził James. Wspólnie z Lily i Harrym sformowali trójkąt, w którym strzegli nawzajem swoich pleców.
- Emma nad tym pracuje. Utrzymacie zamek? Mam wrażenie, że dzieje się tu więcej niż widzimy – odpowiedział Harry. James i Lily również to czuli. Harry machnął ostrzem w stronę Snape'a, który zaczął się podnosić. Szarpiący się Moody poleciał prosto na niego. Zderzyli się i stracili przytomność.
- Zadbałeś o Snape'a i Moody'ego, ale dalej mamy za mało ludzi – przypomniał mu James.
- Nie do końca kochanie – wyszeptała Lily. – Arturze! Już czas przypomnieć Dumbledore'owi, że manipulacja źle się kończy!
- Najwyższy pieprzony czas! – krzyknął Artur, celując różdżką w żonę.
- Arturze, o czym ona…? Nie celuj tym we mnie! – wrzasnęła Molly chwilę przed tym, jak jej mąż rozproszył Zaklęcie przymusu wraz z kilkoma innymi, nałożonymi na nią przez Deumbledore'a. Przez kilka chwil Molly wyglądała, jakby zupełnie odleciała. Potem na jej twarzy odbiły się kolejno zmieszanie, wstyd i w końcu gniew, który przerodził się w szaleńczą wściekłość. Jej oczy niebezpiecznie się zwęziły.
- Ty skurwysynu! Jak śmiałeś zrobić coś takiego mi i mojej rodzinie! – zawyła i cisnęła w Dumbledore'a klątwą, którą ten z łatwością odbił.
- Ależ Molly, spójrz na szerszy obraz – zaczął Albus. - To co zrobiłem, było dla…
- A ten znowu z tym gównem o większym dobru! – przerwała Lily. – Czy ty naprawdę jeszcze wierzysz w te bzdury? Nie ma usprawiedliwienia dla tego, na co skazałeś Ginny i jej rodzinę! – krzyknęła i posłała klątwę w narzędzie Dumbledore'a.
Poirytowane rudowłose kobiety zaczęły się drzeć na Dumbledoe'a, podkreślając swoje słowa okazjonalnymi klątwami. W zamieszaniu Harry zapadł się we własny cień. Nikt tego nie zauważył, wszystkich pochłaniała magiczna napaść Lily i Molly na Dumbledore'a. Harry wyłonił się z cieni za drzwiami Wielkiej Sali, a w oddali rozległo się wycie wilków.
Bitwa przerodziła się szybko w chaos, choć siłami Śmierciożerców dowodził osobiście Voldemort. Huncwoci okazali się irytująco nieprzewidywalni. Poprzednie starcie nie było wyjątkiem, jak miał nadzieję, ale normą. Szarżowali prosto w najcięższy ogień, zamiast kryć się za osłonami domu.
Voldemort spodziewał się, że pełnia księżyca da mu przewagę nad Potterem, ale zapomniał, że wróg ma swojego wilkołaka. Lupin przemienił się i zaatakował rekrutów Voldemorta. Bestia z łatwością przebijała się przez szeregi sił Czarnego Pana. Mężczyzna najwyraźniej wziął Eliksir Tojadowy. Nigdy wcześniej nie widział wilkołaka, który tak dobrze by nad sobą panował. Wiedział o umiejętnościach Lily Potter w dziedzinie eliksirów, więc uznał, że to ona ulepszyła oryginalną formułę.
Dołochow leżał martwy w kałuży własnej krwi. Jeden z jego elitarnego Wewnętrznego Kręgu został zabity przez skrzata domowego. Black przywołał na ulicę trzy golemy, które zaatakowały najbardziej doświadczonych wojowników Czarnego Pana. Śmierciożercy roztrzaskiwali stwory na drobne kawałki, ale one natychmiast się odtwarzały. Kontrolowanie ich wymagało mnóstwa koncentracji, co wystawiało Syriusza na inne ataki. Wrogowie nie mogli jednak z tego skorzystać, bo Greengrass osłaniała go potokiem śmiertelnych klątw.
Voldemortem wstrząsnęło, że Narcyza zdradziła i wciąż żyje, jednak ta kobieta miała czelność, by spróbować pokonać go zaklęciem śmierci. Ta obraza nie mogła ujść płazem. Walczyła ramię w ramię z Charliem Weasleyem, a ich działania wzajemnie się uzupełniały. Będzie musiał to przerwać. Wyczarował potężną szatańską pożogę pod postacią węża i kazał jej zaatakować tę dwójkę.
- Expecto Patronum Elementia! – krzyknął Charlie. Z jego różdżki wystrzelił potężny lodowy smok i starł się z ognistym wężem. Dwa gady zderzyły się w potoku pary, która pokryła pole walki gorącą i gęstą mgłą. Ograniczyło to widoczność i walczący przestali rozróżniać kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.
To właśnie wtedy Huncwoci zadawali najwięcej strat. Wydawali się po prostu wiedzieć, gdzie znajdują się Śmierciożercy. Wilkołak zawył, a ludzie Voldemorta, do których się zbliżał, krzyczeli ze strachu. Trzy golemy powalały jego najlepszych wojowników. Szanse zaczynały się wyrównywać.
Voldemort rozproszył mgłę potężnym podmuchem wiatru i w tym momencie nadział się na potężną pięść Weasleya, która wbiła się w jego głowę. Został uderzony po raz pierwszy od czasów dzieciństwa w sierocińcu, a bolało nawet bardziej, niż wtedy. Weasley poprawił sierpem w żołądek, kolanem w głowę i prostym w nerkę. Choć w magii górował Voldemort, Weasley dysponował siłą fizyczną, której Czarnemu Panu brakowało.
- Odpierdol się od mojej rodziny! – wrzasnął Charlie, zadając błyskawiczne, potężne ciosy. Sześć miesięcy temu nie uwierzyłby, że może stanąć z Voldemortem twarzą w twarz w tradycyjnym bokserskim pojedynku. Potem spotkał niezwykłą kobietę, która odmieniła jego życie. Dla niej, Adama i nienarodzonego dziecka był gotów zmierzyć się diabłem, nawet jeśli miałoby go to kosztować życie.
Pobliski Śmierciożerca trafił Charliego zaklęciem uderzającym. Obaj z Voldemortem padli na ziemię. Najwyraźniej tylko ciągła seria uderzeń utrzymywała do tej pory Czarnego Pana na nogach. Gdy obaj mężczyźni zaczęli się ponosić, zbliżyli się do nich inni Śmierciożercy. Kilka zielonych zaklęć pofrunęło w stronę rudzielca, ale nim dotarły do celu, Cissy aportowała się koło niego i deportowała ze swoim mężczyzną. Pojawili się tuż przed drzwiami domu Syriusza. Na szczęście osłony przepuszczały tylko teleportujących się Huncwotów.
- Ty nadopiekuńczy, odważny, uparty… GRYFONIE! Ty… - reszta przygany Cissy została urwana, gdy Charlie namiętnie ją pocałował. Niestety w tej sytuacji musiał ograniczyć się do krótkiego pocałunku, ale nieźle przekazał swój punkt widzenia.
- To nie koniec rozmowy, Weasley – zagroziła Cissy, opierając swoje czoło o jego i oplatając go ramionami.
- Zabierz Adama przez Fiuu do Hogwartu. Chcę, żebyście byli bezpieczni – nalegał Charlie, parząc jej w oczy.
- Nie wypędzą mnie z mojego domu! Nie zostawię cię! – upierała się Cissy, ale wystarczyło, ze Charlie z czułością położył dłoń na jej brzuchu, by zachwiać jej postanowieniem. – Niech cię szlag.
Atak Charliego wstrząsnął Voldemortem i zniszczył jego iluzję wszechpotęgi. Remus czuł z bliska jego strach. Voldemort był wystawiony na atak. Nawet jego najbardziej oddani zwolennicy ujrzeli na własne oczy, że ostatecznie był tylko człowiekiem. Lupin uznał, że drugi raz taka okazja mu się nie trafi. Wilkołak zawył i ruszył przez szeregi Śmieciożerców, żeby dostać się w pobliże ich wodza. W świetle księżyca jego pokryte krwią pazury lśniły jasno. Wybił się w powietrze i zaczął opadać, by zadać śmiertelny cios.
W każdej bitwie nadchodzi moment, kiedy los się odwraca, chwila, w której kruszy się wola i pękają serca, gdy jedna śmierć prowadzi do nieprzemyślanych czynów i jeszcze większej ilości bezsensownych strat. Gabriella Greengrass ujrzała ten moment, gdy Voldemort przewrócił się na plecy, a z jego różdżki wystrzelił srebrny harpun. Krew wilkołaka trysnęła na niego, gdy Remus został przebity i odrzucony w tył tuż przed trafieniem w cel. Mogli jedynie patrzeć, jak śmiertelnie ranny wilkołak pada. Wszystko działo się na oczach Syriusza. W uszach Gabrielli zabrzmiały pełne udręki krzyki jej ukochanego, gdy jeden z jego najlepszych przyjaciół został przybity do pnia drzewa.
Gabriella rozejrzała się po polu walki. Okropny los Remusa przykuł uwagę Billa na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, żeby znalazł się na drodze fioletowej klątwy. Fleur zasłoniła go własnym ciałem, w desperackiej próbie uratowania narzeczonego. Jej ciało uniosło się w powietrze, targnęły nią konwulsje. Rozległ się jej wrzask, pomieszany z trzaskiem pękających kości. Bill patrzył na to bezradnie i został trafiony zaklęciem bombardy w pierś. Odrzucony dobrych kilka metrów, wylądował niedaleko ciała Remusa.
Na schodach do domu Charlie przerzucił sobie Cissy przez ramię i poniósł ją do środka. Na szczęście nie widział tego, co stało się z jego bratem. Gabriella nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo rozwścieczony Syriusz zaszarżował na Voldemorta, odpalając klątwę za klątwą. Bitwa się skończyła. Nie mogła pomóc poległym, ale wciąż mogła uratować Syriusza. Wzięła przykład z Cissy, aportowała się przy ukochanym i deportowała ich oboje przed kominek w domu przy Grimmauld Place.
- Przysięgałeś mi, że nigdy mnie nie zostawisz! – wydarła się na niego Gabriella, nim zdołał zaprotestować. Wiedziała, że to emocjonalny szantaż, ale w końcu była Ślizgonką i musiała go chronić przed nim samym. Wisiało jej, czy później ją za to znienawidzi. Jeśli będzie mógł to zrobić, będzie to oznaczało, że przeżył.
- To mój najlepszy przyjaciel! – odparł Syriusz, choć w głębi ducha wiedział, że przegrali tę bitwę.
- A ty jesteś moim partnerem! Chcę przyszłości z tobą, a nie łez nad twoim grobem! – odpowiedziała Gabriella z niemą prośbą w oczach. Nie wiedziała czy to jej ton, czy może słowa, ale zobaczyła, że coś w nim mięknie. – Kto będzie chronił dziecko Remusa? Kto mu opowie jakim mężczyzną był jego ojciec?
- Pan musi iść i zabrać panią w bezpieczne miejsce. Stworek zostanie i będzie bronił domu. Dom wie jak radzić sobie ze szkodnikami. Zemsta pana Oriona zostanie podtrzymana, a przyjaciel mojego pana zostanie pomszczony – powiedział Stworek. Podszedł do Fiuu i położył na nim ręce. Ukryte w cegłach runy zaczęły lśnić. Ku zaskoczeniu Gabrielli tył kominka zafalował jak powierzchnia wody.
- Wygląda na to, że Szczeniaczek to skończył. W samą porę – powiedział Syriusz, a widząc zdumienie Gabrielli wyjaśnił: - To bezpośrednie i natychmiastowe połączenie między tym domem i Gniazdem Huncwotów. Uznaliśmy, że dobrze coś takiego mieć, na wypadek gdyby trzeba było szybko ewakuować z Hogwartu większą liczbę uczniów. Byliby tu bezpieczni. Nigdy nie myślałem, że użyjemy go w drugą stronę.
- Nie musisz mi powtarzać – rzucił Charlie nie zwalniając. Wniósł na ramieniu bardzo oburzoną Cissy i wszedł w portal.
- Gdzie Jade?! – krzyknęła Gabriella, słysząc jak zaklęcia uderzają w zewnętrzne tarcze budynku.
- Zgredek zabrał ją do Hogwartu, zanim zdążyłem mu powiedzieć o tej drodze – odparł Stworek i skrzywił się, gdy kolejna salwa rozbiła się o osłony domu. Wyglądał, jakby osobiście odczuwał każde uderzenie. Nie bez powodu nazywano je skrzatami domowymi. Do ich podstawowych obowiązków należało dbanie o bezpieczeństwo domu i wszystkich w nim przebywających. To był ich przywilej, ich obowiązek i traktowały go bardzo poważnie. Stworek dodawał swoją moc do osłon domowych. Syriusz spojrzał mu w oczy i zorientował się, że skrzat nie zdoła się już wycofać.
- To co robisz wymaga poświęcenia twojego życia i magii, Stworku, najbardziej lojalny i wierny ze skrzatów domowych Rodu Blacków - powiedział Syriusz. Przyklęknął na jedno kolano i położył Stworkowi dłoń na ramieniu. Niewielu Lordów okazałoby taki szacunek swojemu skrzatowi. Jednak Syriusz nie był typowym Lordem. Nienawidził tej części jego obowiązków, ale musiał chronić sekrety rodziny. Dom Blacków nie mógł wpaść w ręce wroga.
- To cena, którą tylko skrzat domowy może zapłacić. Stworek zawsze będzie służył wiernie Rodowi Blacków – odpowiedział z ukłonem skrzat. Potem spojrzała na Gabriellę. – Pani Gabriello, opiekuj się proszę moim panem i daj mu wkrótce dziedzica.
Łza spłynęła po jej zarumienionym policzku. Nachyliła się, ucałowała stworzenie w policzek i wyszeptała mu coś do dużego ucha. Cokolwiek to było, wywołało uśmiech na twarzy drobnego skrzata. Wzięła Syriusza za rękę, ale on wciąż opierał się przed wyjściem. Dom zadygotał, gdy opadły osłony. Stworek zachwiał się i opadł na kolano. Popatrzył błagalnie na swojego pana.
- Panie, idź już, proszę!
Tym razem pozwolił Gabrielli przeprowadzić się przez Fiuu. Gdy tylko przeszli, Stworek zdjął dłoń z Fiuu, które zapadło się w sobie. Wyprostował się z dumą, gdy pomieszczenie zaczęli wypełniać Śmierciożercy. Natychmiast zaczęli przeszukiwać dom i żądać od niego ujawnienia, gdzie kryje się jego pan i jego przyjaciele. Odpowiedziała im głucha cisza, nawet gdy potraktowali go klątwami. Nagle zamarli w ciszy, a do pokoju wszedł Voldemort i popatrzył na samotnego skrzata.
- Co my tu mamy? Opuszczony sługa? Czy mam wierzyć, że potężni Huncwoci czmychnęli jak zające? Czuję się rozczarowani – zakpił Voldemort, a jego poplecznicy bez zwłoki wybuchnęli śmiechem.
- Kradnący czarodzieje z kazirodczych związków w domu mojego pan. O tak, bardzo plugawe. Starożytny i Czcigodny Dom Blacków nie toleruje złodziejstwa – powiedział Stworek. Rozejrzał się po otaczających go Śmierciożercach, a potem przeniósł wzrok na ich przywódcę. – Stworek was pamięta. Czy czarny mag przyszedł po wisiorek pana Regulusa?
Przeniósł wzrok z Voldemorta na portret wiszący za jego plecami. Przedstawiona na nim czarownica zaczęła się zmieniać. Jej włosy stały się długie i czarne, a jej wychudzona twarz przybrała trupie barwy. Zaczęła przypominać szyszymorę, jak wszystkie inne portrety w całym domu. Stworek uśmiechnął się złowieszczo do Voldemorta, a wszystkie drzwi i okna zatrzasnęły się z hukiem.
- Spóźniłeś się, Tomusiu. Znalezione, nie kradzione.
Z każdego portretu w domu wychynęła głowa szyszymory. Powszechnie wiadomo, że wycie szyszymory zabija, jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że postarza ono swoją ofiarę, podobnie jak całe otoczenie. A ten budynek wypełniały szyszymory. Voldemort to dojrzał i zadziałał jego instynkt samozachowawczy. Użył całej swojej mocy, by deportować się z domu do pobliskiego parku.
Stamtąd dojrzał jak okna budynku rozświetlają się, gdy rozbrzmiało w nich demoniczne wycie. Dom zaczął się nagle starzeć. Wszystkie sekrety, które ukrywał, wkrótce zostaną pochłonięte przez rozkład. Z wściekłością zabarwioną goryczą patrzył, jak Starożytny i Czcigodny Dom Blacków zapada się w sobie, aż pozostały po nim jedynie ruiny. Zawył, widząc jak kosztowne okazało się to zwycięstwo.
- I znów Huncwoci śmieją się ostatni – wykrztusił gdzieś za jego plecami Bill. Voldemort odwrócił się gwałtownie. Rudzielec leżał na ziemi i trzymał w ramionach połamaną kobietę. Za tą bezczelność miał go potraktować zaklęciem śmierci, ale chmury nad jego głową uformowały się w dwa miecze i przebiły Mroczny Znak. Wąż padł martwy, a park wypełnił się aportującymi pracownikami Departamentu Przestrzegania Prawa. Pierwsza na miejscu stawiła się wściekła Nimfadora Lupin, a za nią Madam Bones i elitarna grupa aurorów.
Voldemort bez zwłoki deportował się. Na widok Billa i Fleur Madam Bones wezwała uzdrowicieli. Pękało jej serce, gdy widziała, jak młody mężczyzna tuli sponiewierane ciało kochanki. Tonks spojrzała na resztki domu jej kuzyna i modliła się, żeby udało im się stamtąd uciec. Park zaścielały ciała Śmierciożerców. Niektórzy zmiażdżeni, inni najwyraźniej poszarpani przez bestię. Tonks badała ciała, wtem niemal pośliznęła się na krwawym szlaku. Popatrzyła jego śladem ku Billowi. Musiał podczołgać się do Fleur. Potem jej oczy podążyły w drugą stronę krwawej ścieżki, aż zatrzymały się na drzewie. Jakiś biedak został do niego przyszpilony, ale nie widziała jego twarzy. Mogła go chociaż odczepić.
Wszystkie lata służby w korpusie aurorów nie zdołały przygotować na przerażający wrzask z głębi pękniętego serca, który rozdarł noc:
- REMUS!
Słowniczek:
Pinata – wisząca maskotka, w którą dzieci uderzają kijem, dzięki czemu wypadają z niej ukryte w środku łakocie. Popularna na amerykańskich kinderbalach.
