Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.

Zapraszam też na bloga o książkach „Z pierwszej półki" (zpierwszejpolki. blox. pl), oczywiście bez spacji po kropkach.


Rozdział 55

Molly po raz dwunasty już chyba zerknęła na Narcyzę Malfoy. Czy raczej Narcyzę Black, kobieta już kilkakrotnie poprawiała uczniów, którzy użyli niewłaściwego nazwiska. Bardzo chciała omówić związek tej kobiety i Charliego, ale na razie czekały na nią pilniejsze sprawy. Dilys przydzieliła każdemu sektor z przypisanymi do niego pacjentami. Każda starsza osoba miała do pomocy kilkoro młodszych uczniów. Molly nie mogła uwierzyć jak wiele potrafią te dzieci, znacznie więcej niż ona, gdy była w ich wieku. Niestety tak to już bywało z dziećmi dorastającymi w czasie wojny.

Jednak najbardziej zdumiał ją sposób, w jaki mówili o jej córce. O jej sile i odwadze. Jak wspólnie z Potterem poświęcali czas, by pomagać innym i jak Hogwart stał się znacznie bezpieczniejszym miejscem. Wszyscy uwielbiali Mugolski Wieczór z Filmami. Najwyraźniej co piątek zmieniali Gniazdo w salę, która wyświetlała mugolskie filmy. Molly, jak to matka, kilka razy próbowała podstępem wydobyć informacje o tym, jak Harry traktuje Ginny. Wywnioskowała, że ich związek jest może nieco bardziej intymny niż by chciała, ale najwyraźniej wypełniony wzajemnym szacunkiem i miłością. Musiała przeprosić za wiele, a nie miała najmniejszego pojęcia od czego zacząć.

Przybył kolejny pacjent, wyrywając ją z zamyślenia. Nie przez Fiuu, a przez specjalnie zaprojektowany świstoklik, który transportował ich przez osłony Hogwartu prosto do Gniazda Huncwotów. Nie spodziewała się, że tym pacjentem będzie jej syn, Ron. Popędziła do niego razem z Narcyzą i Dilys. Słynna uzdrowicielka od razu przejęła kontrolę nad sytuacją i zaczęła oceniać obrażenia. Molly nie spodobało się odstawienie na boczny tor. To w końcu jej syn i jej odpowiedzialność.

- Molly, pozwól nam uleczyć twojego syna. Muszę działać szybko, żeby uratować jego nogę. Do tego niezbędna mi chłodna głowa i spokojna dłoń trzymająca różdżkę! Przepraszam, ale jesteś zbyt mocno związana z pacjentem, żeby to zrobić.

- Proszę, uratuj nogę mojego dziecka – błagała Molly. Powstrzymywała się z całych sił, by nie ruszyć za nimi. Jednak strach sparaliżował ją i przykuł stopy do podłogi, więc jedynie stała i patrzyła na ich pracę ze swojego miejsca. To trwało dłużej niż oczekiwała i wiedziała, że musi czymś się zająć, albo zwariuje. Zaczęła chodzić tam i z powrotem. W pewnym momencie jej stopa uderzyła w przedmiot leżący na podłodze. Poczuła szarpnięcie za pępkiem i znalazła się pośrodku straszliwej bitwy.

Śmierciożercy wspierani przez wszystkie mroczne stwory, o jakich kiedykolwiek słyszała, walczyli z dziećmi, wspieranymi przez nadciągających Huncwotów i członków Zakonu. Molly musiała paść na ziemię, by uniknąć pikującego gargulca. Próbowała cisnąć w niego klątwą, ale stwór był szybki i wzleciał w niebo równie prędko, co z niego opadł. Nagle zimna, lepka łapa chwyciła ją za kostkę i Molly zawisła głową w dół metr nad ziemią. Wypaliła klątwę w trzymającego ją trolla, ale nie zrobiło to wrażenia na trzymającym ją gruboskórnym stworzeniu.

Trącił ją kilka razy palcem, jakby oceniał czy jest wystarczająco smaczna, by ją zjeść. Stwór ruszył w stronę ciemnego lasu, a przerażona Molly zaczęła wrzeszczeć na całe gardło. Nie mogła tak umrzeć, nie w potrawce jakiegoś potwora. Nagle noc wypełnił donośny bitewny okrzyk i z drzewa zeskoczyła goblinka. Zamachem potężnego miecza odrąbała łapę trollowi. Molly wylądowała na ziemi, a dłoń stwora wciąż zaciskała się na jej kostce.

Goblinka przetoczyła się między nogami trolla i szybkim machnięciem miecza przecięła mu podudzia. Bestia padła na ziemię, a wówczas wojowniczka wspięła mu się na ramiona i wbiła miecz w ucho tak mocno, aż wyszedł drugim. Zeskoczyła z walącego się na ziemię trupa i wylądowała przed Molly. Wyciągnęła do czarownicy zakrwawioną rękę, oferując pomoc przy wstawaniu. Wszędzie wokół niej gobliny pojawiały się jakby znikąd i ruszały na trolle. Wszystkie były kobietami i równie zawziętymi wojowniczkami jak ta, która pomogła Molly.

- Wstawaj, kobieto! – wrzasnęła goblinka ujęła czarodziejkę za rękę. Puściły się pędem przed polanę. Jak na taką małą istotę była zajebiaszczo szybka, jak powiedzieliby jej synowie. Molly ciężko było za nią nadążyć i przeklęła się w myślach za zaniechanie ćwiczeń fizycznych.

Na polanie sześcioro Śmierciożerców walczyło przeciwko Hermionie, Susan, Hannie i Lavender. Dziewczyny stały plecami do siebie i toczyły wyrównaną walkę. To jednak się skończyło, gdy u ich stóp eksplodowała ziemia i grupa została rozrzucona w różnych kierunkach. Śmierciożercy zaczęli ciskać na ślepo zabójcze klątwy w chmurę pyłu. Kiedy kurz opadł, ukazała się Susan, podtrzymująca obficie krwawiącą Hannę Abbott. W jej oczach lśniło szaleństwo.

Delikatnie położyła swoją najlepsza przyjaciółkę na ziemi i położyła na niej Świstoklik Huncwotów. Hanna natychmiast zniknęła. Następnie Susan udowodniła czemu nie należy wkurzać bratanicy Madam Bones. Wyczarowała trzydzieści sztyletów i cisnęła nimi w grupę trzech butolizów. Kiedy ci bezmyślnie wznieśli tarcze, ona ruszyła ku nim. W biegu dostrzegła wadę ich obrony. Może nie decydującą słabość, ale czasem trzeba wymierzyć kilka ciosów, nim powali się wroga.

- Celujcie wysoko, żeby nie opuszczali tarcz – poleciła Susan za pośrednictwem swojego zaklętego kolczyka. Lavender i Hermiona otworzyły gwałtowny ogień zgodnie z instrukcją. Susan zmieniła się w lisa i ruszyła ku wrogom poniżej nawałnicy klątw. Kilka metrów od przeciwnika zmieniła się na powrót w człowieka.

- Reducto! – krzyknęła Susan, padając na ziemię i celując pod krawędź tarcz. Trafiła butoliza pośrodku. Eksplodował, a na wszystkie strony poleciały fragmenty ciała i kości. Susan zdjęła trzech jednym uderzeniem, a ich tarcze ochroniły ją przed energią wybuchu. Całe szczęście, że uważnie słuchała historii opowiadanych przez ciotkę.

Za Lavender i Hermioną aportował się Śmierciożerca. Kopnął blondynkę w głowę i wymierzył różdżkę w serce prefekt naczelnej. Granger zawyła z bólu wywołanego przez Cruciatus. Nagle ból ustał. Hermiona zaczęła się zastanawiać, czy nie jest martwa. Dopiero po chwili ujrzała, że napastnik chwieje się na nogach, a część jego czaszki zniknęła. Kiedy zwalił się na ziemię, ujrzała za nim Draco Malfoya z wyciągniętą różdżką. Oczekiwała, że za chwilę znów uderzy ją Zaklęcie Niewybaczalne, ale on jedynie wyciągnął rękę i pomógł jej wstać. Hermiona nie mogła w to uwierzyć, ale potem przypomniała sobie, co zrobił dla Astorii. Przyjęła jego rękę i pomoc z uśmiechem.

- Ktoś zgubił matkę?! – krzyknęła Hesta, wychodząc z Molly na polanę. Nagle pojawił się jeden z Weasleyów, siedzący na czymś, co wyglądało na miotłę zdecydowanie zbyt drogą jak na jego możliwości finansowe. Molly zirytowało, jak rozrzutnie wydaje pieniądze, ale to jeszcze nic. Goblinka, która uratowała jej życia, wskoczyła na miotłę i namiętnie pocałowała Freda w usta.

- Co ci tyle zajęło, kochanie? – spytał Fred, przerywają pocałunek. Nie sposób było się naprawdę cieszyć pocałunkiem, kiedy tuż obok jego matka gapiła się na nich niczym gupik wyjęty z wody.

- Musiałam włożyć majtki, bojowe, a co myślałeś? – odparła Hesta z mrugnięciem, a potem okręciła się i usiadła za nim na miotle. Molly stwierdziła, ze ten komentarz był wysoce niestosowny. A jeszcze większy niesmak wywołało w niej miejsce, na którym spoczęła dłoń goblinki. Zauważyła też, że bliskość goblińskich szponów i krocza jej syna nie wywołała żadnego niepokoju u Freda.

- Przecież nie nosisz majtek – odparł Fred, ignorując wściekłe spojrzenie matki. To była jego kochanka i jego wybór. A jeśli Matce się nie podobał, to już jej problem.

- Nazywasz mnie kłamcą? – rzuciła Hesta tonem, który mógł oznaczać tylko jedno.

- Udowodnij – zażądał Fred z uśmiechem, wiedząc że czeka ich kolejna z tych nocy.

- FREDZIE WEASLEY! – zapiszczała Molly.

- Później, kochanku – powiedziała żartobliwie Hesta i zwróciła się do Molly: - Postaraj się nie wpaść ponownie w łapy wroga. A teraz przepraszam. Ten tu ogier musi zrzucić mnie na głowę olbrzyma, żebym pokazała mu, że wielkość można dostać również w małych opakowaniach.

Molly nie miała pojęcia co na to odpowiedzieć. Zanim zdążyła się jeszcze bardziej zirytować, od strony grupy trolli dobiegł donośny ryk. Dostrzegła, że kilka martwych bestii zaścielało ziemię. Wielki troll zatoczył się w tył, ściskając gardło, z którego tryskała posoka. Dopiero wówczas Molly dojrzała błysk srebra. Trolle padały jeden za drugim, a oczom Molly ukazał się stwór, którego nigdy wcześniej nie widziała. Pokrywała go krew trolli i srebrne futro. Na głowie bestii powiewała czupryna znajomych rudych włosów.

Molly wiedziała, że powinna bać się stwora, ale z jakiegoś powodu czuła się bezpieczna w jego pobliżu. Pełne wdzięku ruchy, którymi atakował trolle i wycofywała się, miały w sobie coś ze sztuki. Walczył zaciekle i Molly nie zadziwiała się widząc, że wkrótce tylko on pozostał na placu boju. Wtedy spojrzał w jej kierunku. Nawet z tej odległości Molly czuła, jak stworzenie zagląda w głąb jej duszy. Pragnęła odwrócić wzrok, a jednak nie mogła się do tego zmusić. Pochłonęło to cała jej uwagę i nie zwróciła uwagi na pyknięcie, które towarzyszyło aportacji za jej plecami.

Molly nie spuszczała wzroku z srebrnego stwora, a ten zaryczał i zaatakował. Poruszał się tak szybko, że przypominał rozmazaną srebrną smugę, ciągnącą się od miejsca gdzie stał, do punktu, w którym znajdowała się Molly. Matriarchini Weasleyów wiedziała, że powinna uciekać ale z jakiegoś powodu nie mogła oderwać oczu od srebrnej, kotowatej postaci. Stwór zatrzymał się centymetry od niej z łapami wyciągniętymi nad jej ramionami. Molly wciągnęła gwałtownie powietrze i powiodła wzrokiem za łapami. Ujrzała, że pazury stwora wbijają się z maskę Śmierciożercy, który pojawił się tuż za nią. Mroczny czarodziej wrzasnął, gdy przez jego głowę przebiegły błyskawice, generowane przez niezwykłego stwora. Dopiero gdy wróg padł martwy, kocie oczy spojrzały na Molly. Brązowe tęczówki pulsowały elektrycznością i magiczną mocą. Molly znów poczuła, że jest osądzana.

- Dzie… dziękuję – wyjąkała, a oczy jej wybawcy na moment złagodniały. Potem chwycił kobietę i wszystko stało się srebrną smugą. Kiedy Molly zdołała skupić spojrzenie, znalazła się w pobliżu miejsca, w którym walczyli Artur i Charlie. Zakręciło jej się w głowie i była blisko utraty kilku ostatnich posiłków. Zanim zdołała dojść do siebie, jej obrońca zniknął.

Daphne posłała kulę ognia w stronę najbliższego olbrzyma. Wrzasnął coś niezrozumiałego i uderzył ją maczugą, przypominającą pień drzewa. Pył i kamienie pofrunęły na wszystkie strony, ale gdy olbrzym uniósł maczugę, dziewczyny nie było. Rozglądał się tępo, szukając ofiary gdzieś na ziemi. W tym czasie ryś wbiegł po maczudze i jego ramieniu. Próbował zgnieść ją jak robaka, ale ona była za szybka, a on zbyt niezgrabny. Hellcat szybko dotarła do względnie bezpiecznego miejsca między jego łopatkami. Tam, poza jego zasięgiem, przybrała formę hybrydową. Jej futro stanowiło mieszaninę złotych i bursztynowych plam. Uszy zaostrzyły się na końcach, źrenice przybrały pionowy kształt, a pod skurczonym nosem wyrosły wąsy. Złote pukle włosów Daphne powiewały na wietrze.

Hellcat pokazała, że jest godna swego imienia. Wyskoczyła w górę, obróciła się w powietrzu i wylądowała na twarzy olbrzyma. Brutalnie machnęła pazurami i wyrwała lewe oko z oczodołu. Wykonała przewrót w tył i zeskoczyła z twarzy na ułamek sekundy, nim w to miejsce potężnie uderzyła olbrzymia dłoń. Jakaś ręka zgarnęła ją z powietrza i posadziła na miotle.

- Podwieźć cię, Blondi? – spytał George przez ramię. – Wyglądasz naprawdę seksownie w tej postaci, wiesz?

- Pobawimy się później – wymruczała mu Hellcat do ucha, a jego przebiegł dreszcz. – Zostały ci jakieś granaty?

George wręczył jej jeden, za co odwzajemniła mu się żartobliwym skubnięciem ucha. Olbrzym wył z bólu i na próżno machał maczugą, usiłując dosięgnąć napastników. To przyciągnęło uwagę innego olbrzyma, jednak ranny i spanikowany stwór rozbił maczugą czaszkę pobratymca. George i Hellcat krążyli nad nim. W końcu Hellcat zeskoczyła z miotły wprost na jego głowę. Kiedy olbrzym próbował po nią sięgnąć, Hellcat wepchnęła granat prosto w oczodół i zeskoczyła z głowy. Wylądowała niczym kocica, a z oczu, uszu i nozdrzy olbrzyma buchnęły płomienie. Ziemia zadygotała pod ciężarem padającego olbrzyma, ale Hellcat nie zwróciła na to większej uwagi. Udało jej się dopaść dwóch na raz, więc został już tylko jeden.

Hesta wspinała się po plecach ostatniego olbrzyma, używając jego długich włosów jak liny. Zatrzymała się, gdy jej stopy znalazły oparcie na wałku skóry na karku. Jak na razie olbrzym nie wiedział nawet, że ona tam jest. Dla niego była jedynie nieznośną muchą. Hesta zamierzała to zmienić. Wyciągnęła miecz i wbiła mu go w kark. Gruba skóra zapobiegła głębokiej ranie, ale nie zaskoczyło jej to, podobnie jak fakt, że miecz utknął w grubej skórze. To ostrze nigdy nie poradziłoby sobie z takim potworem i nie to było jej intencją.

Hesta mocno chwyciła olbrzyma za włosy i kopnięciem oddaliła się od jego szyi. Odleciała spory kawałek, a potem wróciła w miejsce, z którego wyruszyła, niczym na huśtawce. Tym razem kopnięciem wbiła miecz nieco głębiej, bliżej kluczowego węzła nerwowego, który był jej prawdziwym celem. Znów rozpędziła się i kopnięciem wbiła miecz jeszcze głębiej. To wreszcie przyciągnęło uwagę olbrzyma. W swojej głupocie próbował rozgnieść irytującego go robaka. Fred podleciał na miotle i ściągnął swoją kochankę z olbrzyma, który uderzeniem zakończył jej robotę.

Wielki stwór runął z hukiem. Hesta zeskoczyła z miotły Freda i wylądowała na olbrzymie, by wyciągnąć miecz z jego szyi. Leżał bezradny i sparaliżowany, a trucizna, którą powleczony był miecz Hesty, zmierzała powoli do jego serca.

Na widok upadku trzech olbrzymów obrońcy zaczęli wiwatować, ale szybko umilkli, gdy na placu boju zjawił się Voldemort z zastępem dementorów. Podszedł do brzegu Czarnego Jeziora i powiedział coś w mowie węży. Ku przerażeniu obrońców, z wody wyłoniła się horda inferiusów. Ci ze zwolenników Czarnego Pana, którzy byli w stanie, zgromadzili się wokół swojego władcy. Druga strona również się przegrupowała. Utworzyły się dwie linie bojowe, a to co nastąpiło później przeszło do historii jako Okrzyk Wolności. Było to miejsce, w którym odważni i wyczerpani bitwą Huncwoci wznieśli ostatnią redutę.


Bellatrix ruszyła w pościg z Emmą, korzystając z szybkości jej nowego ciała. Dziewczyna nie przyda jej się martwa, a jeśli któryś konar Wierzby Bijącej zmiażdży jej ciało, nie nada się nawet na składniki do eliksirów. Drzewo dostrzegło zbliżającą się sukkub i zaatakowało. Jednak Bella w tym ciele była zdecydowanie zbyt szybka dla drzewa i mogła z łatwością uniknąć młócących konarów.

Skoro uwaga drzewa skupiła się na Lestrange, Emma zabrała się za leczenie skrzydła. Zasklepienie ran nie trwało zbyt długo, ale nie potrafiła nic poradzić na pulsujący ból. Prawdopodobnie lot na tak uszkodzonym skrzydle nie był najlepszym pomysłem. Słyszała plotki, że pod korzeniami drzewa znajdowała się jaskinia prowadząca do Hogsmeade. Może zdołałaby się tam schować i przeczekać do czasu, aż jej skrzydło znów nada się do lotu. Emma podczołgała się do podstawy drzewa, robiąc co w jej mocy, by uniknąć ściągnięcia na siebie jego uwagi. Zauważyła ciemny otwór między dwoma korzeniami. Tyle że z ciemności wyjrzała na nią para błyszczących ślepi. Emma instynktownie odtoczyła się w tył, a wówczas szarpnięcie za włosy postawiło ją na nogi. Spojrzała w oczy Sashy, ale nie dostrzegła w nich ciepła, mądrości i umiłowania życia, jedynie lodowatą nienawiść. Emma spróbowała się uwolnić od tej piekielnej wersji swojej mentorki, ale druga ręka wroga zacisnęła się na jej szyi niczym imadło. Bella uderzyła Emmą o drzewo wystarczająco mocno, by człowiek stracił przytomność. Potem, korzystając z nadludzkiej siły Sashy, odrzuciła dziewczynkę poza zasięg konarów Wierzby Bijącej. Emma zdołała się unieść na czworaka. Bella zdała sobie sprawę, że w tej formie dziewczynka jest dużo twardsza. Emma uniosła głowę i zobaczyła, że Bellatrix zbliża się ku niej z dodatkowym błyskiem w i tak szalonym spojrzeniu.

- POMOCY! – wrzasnęła Emma,. Próbowała się wycofać, ale potknęła się i upadła na tyłek. Wciąż bolało ją skrzydło i wiedziała, że ma znikome szanse na odlecenie stąd. Belltrix zarechotała na widok desperacji dziewczynki. Dokładnie w tej chwili Wierzba Bijąca zrobiła coś niespodziewanego. Spod ziemi wystrzelił mały korzeń i owinął się wokół kostki Lestrenge. Próbowała się wyszarpnąć, ale kolejne korzenie owijały wokół następnych kończyn. Następnie zaczęły wracać pod ziemię, przyciskając nogi i ramiona Bellatrix do powierzchni gruntu.

Ku przerażeniu Lestrange kolejny korzeń pojawił się tuż za nią. Zakołysał się kilkukrotnie, aż wreszcie uderzył ją kilka razy w pośladki w sposób, którego nie doświadczyła od dziecka. Po każdym uderzeniu od strony drzewa dobiegało jedno słowo, które układały się w zdanie:

- ZOSTAW… EMMĘ… W SPOKOJU… TY… ZŁA… NIEBIESKA… PANI!

To upokorzenie przekroczyło granice jej cierpliwości i wściekła Bellatrix Lestrange użyła całej siły Desory, by wyrwać się korzeniom. Zatoczyła się, a Emma wykorzystała okazję, żeby wyrwać się ku bezpiecznemu drzewu. Dziewczynka zatrzymała się obok chłopaka o piaskowych włosach, który stał u stóp drzewa. Nie, to chyba niemożliwe? Przecież Druidzi zostali wybici do nogi podczas ostatniej wojny. To był jeden z pierwszych rozkazów, jakie wydał Czarny Pan. To dlatego Czarny Las został Zakazanym Lasem.

- Kim ty do cholery jesteś? – spytała ze złością Bella, upewniając się, że stoi daleko poza zasięgiem korzeni. Jeśli chłopak był Druidem, a Wierzba Bijąca wykonywała jego polecenia, to Czarny Pan będzie chciał się o tym dowiedzieć najszybciej jak to możliwe.

- Adam Black! A teraz odejdź albo umieraj! – oznajmił z dumą, zasłaniając sobą Emmę. Bellla nigdy o nim nie słyszała, a fakt, że był Blackiem, irytował ją jeszcze mocniej. Czyżby jakiś bękart jej kuzyna Syriusza? Ten człowiek raz po raz sprowadzał hańbę na ród Blacków.

- Śmiałe słowa chłopcze, ale chyba nie dasz rady ich zrealizować – zadrwiła Bella, formułując w głowie plan. Chyba najlepiej będzie zabić oboje i mieć problem z głowy.

- NIE, ale ona może! – krzyknęła Emma, wskazując miejsce gdzie za Bellą. Kobieta wywróciła oczami, widząc tą dziecinną próbę odwrócenia jej uwagi. Emma wyszła zza Adama i mówiła dalej: - Moja mama skopie ci dupę!

Bellatrix miała się zaśmiać, ale zza jej pleców dobiegł głośny ryk. Odwróciła się w samą porę, by spostrzec lwicę w skoku. Jej oczy zrobiły się jeszcze większe, gdy bestia zmieniała się w postać humanoidalną i kopnęła ją w pierś z półobrotu. Siła uderzania zbiła Bellatrix z nóg. Przeleciała kilka metrów i padła na plecy.

- Emma, zabierz Adama z powrotem do Gniazda i sprowadź tu z powrotem ciało Lestrange! – ryknęła Nala, a jej córka pokiwała głową. Miała właśnie powiedzieć mamie, że skrzydło ją boli, ale poczuła jak spada na nią coś lepkiego i ból zniknął. Emma spojrzała w górę. Z gałęzi ściekała żywica. Adam wyszeptał drzewu podziękowania. Będzie musiała pogadać z Adamem, kiedy będzie po wszystkim, ale póki co złapała go i pofrunęła w stronę Hogwartu.

- Pomóż cioci Lily! – krzyknął Adam do Wierzby Bijącej, nim odlecieli. Drzewo zgięło się, jakby chciało potaknąć.

- To ty, Potter? Pieprzona lwica, powinnam się była domyślić! – warknęła Bellatrix. Wstała i zaczęła okrążać najnowszy cel.

- To ty, Lestrange? – spytała Nala, również krążąc wokół wroga. Obie poruszały się z wdziękiem i wyrachowaniem. Lestrange dominowała siłą i szybkością, ale umiejętności i doświadczenie stanowiły atut Potter. Poza tym Nala czuła się znacznie swobodniej w swoim ciele niż Bellatrix pod postacią sukkuba i było to widać na pierwszy rzut oka.

Bella zaatakowała, próbując wykorzystać przewagę szybkości. Wycelowała pazury w gardło Nali. Przecięła tylko powietrze. Jej nadgarstek znalazł się w stalowym uścisku i poleciała na plecy. Odtoczyła się, unikając kopnięcia i zerwała się na nogi twarzą do wroga. Czekały na tę bitwę od dawna. Była nieunikniona. Obie zdawały sobie z tego sprawę i wiedziały, że tylko jedna z nich wyjdzie z tego z życiem.

- Naprawdę myślisz, że zdołasz przebić moje wyższe urodzenie, szlamo? – zadrwiła Bellatriks, jakby te bzdury były wiedzą przekazywaną z pokolenia na pokolenie od czasów samego Merlina.

- To chyba ciągłe krzyżowanie z kuzynami dało ci taką giętkość. Nie każdy potrafi wsadzić sobie głowę w dupę. Choć wyjaśniałoby to twój kolor włosów – odparła Nala, jakby słowa Lestrange nie wywarły na niej wrażenia. – A co do zakończenia dzisiejszego wieczoru to się nie przejmuj. Mój syn niedługo wyśle twojego półkrwi pana, żeby do ciebie dołączył.

- Kłamliwa kurwa! – zawyła Bella i rzuciła się do ataku z zawziętością dzikiego zwierzęcia. Nala zanurkowała pod nadlatujące szpony, chwyciła wroga za łydkę i szarpnęła niż w górę. Bella znów wylądowała na plecach, ale tym razem była na to gotowa. Kopnęła Potter w głowę i ruszyła, by zabić. Nala zachwiała się, a pazury Bellatrix przecięły skórę na jej brzuchu. Pierwsza krew dla Śmierciożerczyni.

- Zabiję ciebie, twoje dzieci, a potem dosiądę Jamesa i będę go ujeżdżała na twoim grobie – zakpiła Bella, zlizując sugestywnie krew z pazurów. Lily zignorowała ranę i ruszyła do zdecydowanego ataku. Bella się starała, ale nie zdołała uniknąć wszystkich ciosów. Teraz to lwica utoczyła krwi, a jej pazury zostawiły szramę od ucha po kącik ust.

Wściekła Bella wykorzystała sukkubią szybkość i zaatakowała w mgnieniu oka. Pazury sukkuba odwzajemniły dopiero co otrzymany cios. Jego siła była tak duża, że szyja Nali odskoczyła w bok. Gdyby była słabsza, skończyłaby ze skręconym karkiem. Umiejętności i trening lwicy pozwoliły jej zawirować od ciosu i wyprowadzić kontratak, ignorując ból. Uderzyła nisko i jej pazury chlasnęły tułów Lestrange.

Bella zatoczyła się, trzymając rękę na ranie. Nala chciała kopnąć ją z wyskoku w głowę, ale Lestrange opadła na kolano i cios przeszedł górą. Potter ruszała się tak szybko, że dla ludzkiego oka była tylko smugą, ale ciało Lestrange nie było ludzkie. Skoczyła Nali na plecy w chwili, gdy jej łapy dotknęły ziemi. Bella zdołała opleść ją nogami i przycisnąć tym jedną łapę wroga do tułowia. Wbiła pazury jednej ręki w biceps wolnego ramienia Nali i szarpnęła w tył. Szpony drugiej ręki pomknęły ku gardłu, by wyrwać szlamie gardło.

I ponownie życie Lily uratowały niezliczone godziny treningów z Syriuszem i jej synem. Wykonała salto w przód i wylądowała całą swoją wagę na Lestrange. Złowieszcza kobieta na moment rozluźniła uścisk, walcząc o złapanie oddechu. To wystarczyło Nali, by wyrwać się z jej uścisku. Wbiła łokieć w brzuch sukkub, a potylicą huknęła ją w nos.

Odskoczyła od wroga, podczas gdy Bellatrix próbowała zogniskować wzrok. Nie rozumiała jakim cudem jej manewr zawiódł. Nala uniosła obie pięści i wbiła je z całej siły w przeponę Lestrange. Rzeczony organ został wciśnięty w płuca, a to brutalnie wypchnęło całe powietrze z ciała Śmierciożerczyni.

Nala nie zamierzała zmarnować okazji. Chwyciła nogi Bellatrix pod kolanami i przewiesiła ją do góry nogami. Wiele razy widziała, jak Harry i Syriusz ćwiczą ten manewr i miała nadzieję, że jej też się uda. Wygięła plecy i rzuciła się w tył na ramię. Dzięki jej sile, szybkości i sile odśrodkowej udało jej się wbić twarz Bellatrix z ogromną siłą w ziemię.

Obie podnosiły się powoli, bo przedłużająca się bitwa zaczęła odciskać na nich swoje piętno. Pod światłem księżyca w pełni ciało Sashy było cholernie odporne. Nala wiedziała, że nie zdoła utrzymać takiej intensywności przez cała noc. Prędzej czy później Lestrange wyprowadzi celny cios, który przy jej obecnej sile i szybkości może się skończyć śmiercią. Musiała skończyć to szybko. Dość już tej piaskownicy, czas walczyć z Bellatrix jej własnymi sposobami.

Nala wzięła głęboki wdech, a przed jej oczami pojawili się członkowie jej rodziny. Obrazy odkąd pierwszy raz przestąpiła próg Wielkiej Sali, przez cały spędzony tu czas, aż po tą noc. Przyjaciele zdobyci i tragicznie utraceni, dumne zwycięstwa i upokarzające porażki, radosne chwile szczęścia i tragedie, każda gorsza niż poprzednia. Jednak nic nie było tak wyraźne jak obraz jej torturowanej synowej, której drobne, zakrwawione ciało spoczywało na granicy życia i śmierci w ramionach jej syna. Ta suka jej to zrobiła! I to bez jakiegokolwiek powodu, tylko dlatego, że wydawało jej się, że może to uczynić bez konsekwencji. Ale myliła się. Dziś skończą się rządy terroru Bellatrix Lestrange.

Nala wciąż miała w pamięci ten obraz. Transformowała się z powrotem w Lily, ale wciąż miała kły pazury oraz wzmocnione przez lwicę szybkość i refleks. Teraz mogła się skoncentrować jak należy. Lata ćwiczeń Tai Chi nauczyły ją takiej koncentracji, umożliwiającej niewiarygodne skupienie magii. Dzięki temu i ścisłej dyscyplinie zdołała wypracować własny styl walki, który mieszał techniki czarodziejskie i mugolskie. Do tej pory nie potrzebowała go używać, jednak w głębi duszy czuła, że kiedyś stanie przed taką próbą. I właśnie to przeczucie sprawiło, że ćwiczyła to do upadłego.

Lily zaczęła kata powoli, ale zdecydowanie, bo każdy ruch służył pewnemu celowi. Bellatrix patrzyła z niemądrym rozbawieniem na Lily, która dla niewprawnego oka wyglądała jak tańcząca jakiś dziwny układ. Jednak tak naprawdę sięgała po więcej mocy ze swojego magicznego rdzenia. W swojej arogancji i poczuciu wyższości większość czarodziejów i czarodziejek zapominało, że tak naprawdę są magicznymi stworzeniami. Wszystko sprowadzało się do starożytnego przysłowia:

Co było pierwsze, czarodziej czy różdżka?"

Zaczęła przyspieszać. Coraz więcej magii zaczęło przesączać się do jej kończyn, a potem skóry. Ruszała się tak szybko, że jej postać rozmyła się w oczach, aura stała się widoczna i zalśniła jasnym indygo. Bellatrix nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała i mądrze cofnęła się kilka kroków. Jednak to nie wystarczyło, bo Lily doskoczyła do niej w mgnieniu oka. Lśniąca Lily wydawała się być wszędzie i nigdzie jednocześnie. Uderzyła Bellę w pierś, a ta odczuła to jak dźgnięcie rozżarzonym żelaznym sztyletem. Poleciała w tył, ale otrzymała cios z tyłu i pofrunęła do przodu. Lily tańczyła wokół Bellatrix bombardując ją krótkimi, wąskimi promieniami magii. Pojedyncze nie stanowiły zagrożenia, ale w swej masie mogły zabić. Ból nie ustawał. Bellatrix była atakowana ze wszystkich stron. Wyglądała, jakby doznała potężnego wylewu, zamknięta w ciasnym kręgu bólu i z dawna zasłużonej zemsty wymierzanej przez Potter. W końcu Lily zatrzymała się przed nią. Ciało sukkub chwiało się przez kilka chwil, aż wreszcie przegrało z grawitacją i zmęczeniem.

- Groziłaś mojej córce, spiskowałaś, by zamordować mojego syna i próbowałaś uwieść mojego męża.

Nikt nie może zaatakować mojej rodziny i wyjść z tego cało. Ale to i tak nic w porównaniu ze wszystkim, co przeszła przez ciebie Ginny! – wrzasnęła Lily na kobietę leżącą u jej stóp. Wyciągnęła dłoń, w którą wskoczył sztylet La Fay. – Musisz umrzeć, suko!

- Mamo, nie! – krzyknęła Emma, nadlatująca z Sashą. Lily zignorowała córkę i usiadła na piersi śmiertelnego wroga, przyciskając kolanami jej ręce do ziemi. Bella spojrzała na nią, a w jej oczach, po raz pierwszy w jej życiu, pojawiło się czyste przerażenie. Potter była kimś więcej niż słabą szlamą. Kimś więcej niż żoną Jamesa i matką broniącą swoich dzieci. Lily to Matriarchini Rodu Potterów i to mściwa Matriarchini. W jej szmaragdowych oczach nie było cienia litości.

- Oj Trixi, tym razem nie uciekniesz – zadrwiła Lily, używając imienia, którego, jak zapewniła Cissy, Bellatrix nienawidziła. A potem zwróciła się do córki, nie spuszczając oka z wroga: - Zeszłej nocy niemal zabiła twoją siostrę, okaleczyła ciało Sashy i po co to wszystko? To się musi skończyć, Emmo. Trzeba ją zatrzymać, nawet jeśli miałabym zabić przyjaciółkę. Wybacz mi Sasho, ale to jedyny sposób – powiedziała Lily z żalem, ale niezachwianie przekonana.

- Zrób to, Lily! – krzyknęła Sasha, stojąca obok Emmy w ciele Bellatrix Lestrange. Na dźwięk swojego głosu Belatrix zrozumiała, że to nie przelewki. Czuła, jak z Potter falami wypływa słuszny gniew. Bella spojrzała w bok i napotkała spojrzenie tej, której ciało posiadła. Zobaczyła w nich akceptację strasznego losu.

- NIEEEE! – wrzasnęła Bella, a Lily wbiła jej sztylet w pierś. Potem zapadła ciemność.

Sasha spojrzała w dół, na sztylet pogrążony w jej piersi po rękojeść. Uniosła wzrok i wykrztusiła:

- Mam serce po prawej…

Lily mrugnęła do niej, a potem wyrwała przeklęty kolczyk i odrzuciła najdalej jak to możliwe.

Gdy tylko Bllatrix wróciła do własnego ciała wyrwała z włosów dziwnie wyglądającą spinkę. Przekierowała magię i błyskawicznie transmutowała ją z powrotem we własną różdżkę. Wyszczerzyła się od ucha do ucha i wycelowała w tył głowy małej Potter. Zabije dziecko i zdeportuje się do swojego Pana. Zaklęcie tnące znalazło się na jej ustach, ale wówczas Lily pojawiła się tuż przed nią. Złapała Lestrange za nadgarstek, szarpnęła i zaklęcie nieskutecznie przeszło bokiem. Bella spojrzała w szmaragdowe oczy Potter i poczuła gwałtowny ból w piersi. Chwiejnie zrobiła kilka kroków w tył i spojrzała w dół. Z jej lewej piersi sterczał sztylet Le Fay.

- Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci umrzeć jak czarodziejce? Chciałam, żeby ostatnią myślą w twoim spaczonym umyśle było, że umarłaś jak mugolka z ręki szlamy – warknęła Lily. Belatrix nie mogła pozwolić, by uszło jej to na sucho i stanowczo wyciągnęła sztylet z własnej piersi. Myślała tylko o jednym. Zabierze Potter ze sobą. Ale ta kobieta nie okazałą cienia strachu, jedynie uniosła brew w rozbawieniu.

Bellatrix nie była kobietą, z którą można zadzierać i zamierzała to pokazać tej szlamie. Jednak za późno zorientowała się, że sztylet stał się korkiem blokującym dziurę w jej sercu. Zdołała zrobić tylko dwa kroki nim osunęła się do stóp kogoś, kogo uważała za niższą istotę. Ostatnią obelgą, jaką musiała ścierpieć Bellatrix Lestrange, była Lily Potter, która odwróciła się do niej plecami, jak do kogoś zupełnie nieistotnego.


- Trzymać szereg! - ryknął Syriusz. Nowi i starzy Huncwoci oraz członkowie Zakonu stali ramię przy ramieniu naprzeciw Voldemorta i jego hordy. Wspólnie stworzyli imponujący mur tarcz. To jedynie opóźniło nieuchronne, ale dało Molly czas, by upuścić Świstokliki na najciężej rannych i wysłać ich do Gniazda po niezbędną pomoc medyczną.

- Musimy przenieść walkę do nich! – krzyknęła Hesta. Otaczali ją pozostali berserkerzy. Pozostało ich jedynie siedemnastu, ale na każdego ich poległego przypadło trzech zabitych wrogów. Mimo wszystko wciąż to Śmierciożercy mieli przewagę liczebną.

- Każdy kto potrafi rzucić pełnego Patronusa niech się wycofa i sformuje linię! – krzyknęła Daphne.

- Świetny pomysł, kochanie! Kiedy linia pęknie, niech ci co nie potrafią rzucić Patronusa sparują się z tymi, którzy potrafią. Pomogą im utrzymać koncentrację – powiedziała Gabriella do swojej pierworodnej, a potem odwróciła się do pozostałych.

- Zrobimy tak: najpierw patronusy żywiołów, potem Furia i berserkerzy. Patronusy powinny wbić się klinem w inferiusy i inne mroczne stwory, żeby berserkerzy mogli zaatakować bezpośrednio Śmierciożerców. Furio, to oznacza, że Wężogęby jest twój. Nie potrafi walczyć w bezpośrednim starciu fizycznym, więc wykorzystaj to. Zajmij go na tyle, by nie mógł nam posłać niczego paskudnego, ale jeśli nadarzy ci się okazja, wykorzystaj ją. Weasleyowie, zajmijcie czymś ich lotników – poinstruował Syriusz. Bardzo nie chciał posyłać Ginny samej, ale to była ich nadzieja, by przetrwać nim przybędzie wsparcie, po które posłała Gaby.

Ujął Gabriellę za rękę i poczekał chwilę, aż wszyscy zajmą pozycję. Jego ukochana spojrzała na niego z czułością.

- Nie tak wyobrażałam sobie pierwszą randkę – zażartowała.

- Kocham cię.

- O nie, nie waż mi się tu żegnać, Black. Powiesz mi to później, jak będziemy w łóżku nadzy i wyczerpani – zganiła go.

- Tak, Milady – Syriusz ukłonił się z szerokim uśmiechem.

- A żebyś wiedział, że tak, Milady – odpowiedziała. Pocałowała go szybko i zajęła miejsce pomiędzy rzucającymi patronusa.

- Na trzy! Raz… dwa… trzy!

Fred i George odpalili kilka smoczych fajerwerków w stronę gargulców, a potem sami wzbili się w powietrze. Smoczy patronus Charliego z czystego światła wzleciał, by związać dementorów walką. Tarcza opadła i dwanaście patronusów żywiołów, od płonącego Ponuraka Gabrielli do stalowego goryla Deana, ruszyło ku ścianie nadciągających inferiusów. Furia i berserkerzy szarżowali kilka metrów za nimi. Wojenny okrzyk goblinów i ryk jaguara zapewniały tych ukrytych za potworami, że nie zdołają zatrzymać tej szarży.

Patronusy żywiołów przebiły się przez inferiusy i stworzyły ciasną, ale solidną wyrwę w ich szeregu. Berserkerzy wbili klin w drugą linię, składającą się z trolli i innych mrocznych stworzeń. Im również udało się rozdzielić szyki wroga. Za nimi podążała srebrna smuga, która zręcznie unikała ognia klątw prowadzonego przez kolejną linię, składającą się ze Śmierciożerców, do tej pory schowanych bezpiecznie za plecami sojuszników.

Voldemort stał za swoimi Śmierciożercami. Patrzył na bitwę z niechętnym podziwem, widząc odwagę i determinację wroga. Nie zmieniało to faktu, że będzie ich musiał zmiażdżyć. Szkoda jednak, że nie chciał pracować dla niego. Wówczas Czarodziejski Świat nie miałby cienia szans. Z drugiej strony wartość mężczyzny można było ocenić po jakości jego wrogów i zdolności do zmiażdżenia rzeczonych wrogów.

- Sil Brath Sios! – Voldemort wyrzucił ręce w przód i wezwał starożytną magię, by stanęła na jego wezwanie. Niebo nad jego wrogami pociemniało, a na ziemię runęła lawina piorunów. Dementorzy, gargulce, Zakon i Huncwoci padali porażeni zabójczym atakiem. Voldemort nie dbał o straty we własnych szeregach, jak długo padali jednocześnie jego wrogowie. Pozostały tylko trzy patronusy. Pozostali czarodzieje zginęli lub musieli uciekać, by uniknąć porażenia.

Voldemort nie był jednak jedynym uzdolnionym czarodziejem w okolicy. Stało się to jasne, gdy kilkumetrowe stalowe pręty wystrzeliły z ziemi i otoczyły Huncwotów. Błyskawice zostały przyciągnięte do metalu, co zneutralizowało klątwę Voldemorta.

- Uwielbiam tę różdżkę – powiedział James. Podszedł do przyjaciela, obracając nową zabawkę w palcach. Bracia we wszystkim prócz krwi uśmiechnęli się do siebie, a James rzekł: - Longbottom nie żyje, a z nim pozbyliśmy się ostatniego horkruksa.

- To go czyni śmiertelnym, ale daleko nam jeszcze do końca – ostrzegł Syriusz, klepiąc przyjaciela w ramię.

- Nasi przyjaciele utknęli w gnieździe węży – zauważyła Gabriella, wskazując na mały oddział goblinów otoczonych najgorszym co mógł do walki rzucić Voldemort. Gdzieś w tej masie była również Furia, ale nie dało się jej dostrzec.

- W takim razie zabierzmy tę cholerną walkę do nich – odparł James, a Syriusz pokiwał głową. Rzucił zaklęcie, które opracował Szczeniaczek i cały obszar przed nimi zafalował jak woda.

- Walczymy w parach. Plecami do siebie, jeśli trzeba, ale walczymy! – krzyknęła McGonagall, która teleportowała się na pole bitwy z ostatnimi, którzy pozostali w odwodzie.

- Kto chroni szkołę i dzieci? – zawołała Molly.

- Systemy obronne Hogwartu są uruchomione i, wybacz moją arogancję, całkiem mocne. Poza tym wszyscy wiemy, że jeśli tu przegramy, zajęcie przez niego szkoły to tylko kwestia czasu. Jeśli mamy go zatrzymać, to tu i teraz – podsumowała stanowczo Minerva, nie pozostawiając pola na kontrargumenty. Potem spojrzała na Molly.

- Skończ wysyłania rannych do szkoły, a potem dołącz do nich. Obawiam się, że Poppy, Dilys i Narcyza mają pełne ręce roboty i przydałaby się im twoja pomoc.

- Tak, zostaw wojnę wojownikom – dodała Tonks. Przeszła obok McGonagall z determinacją w oczach.

- Widzę, że już doszłaś do siebie – powiedziała Minerva, mrużąc oczy.

- Przecież jestem aurorem – odparła Tonks i wywróciła oczami. Podbiegał do kuzyna i uderzyła go w ramię.

- Jak tam głowa? – spytał z uśmiechem. Zauważył mimochodem że wali mocniej, niż wskazywałby na to jej wygląd.

- My Blackowie jesteśmy znani z twardych łbów. Poza tym mam męża do pomszczenia.

Spojrzała na Jamesa. Cofnął się kilka kroków, jakby trafiony klątwą. Jednak to jej ostatnie słowa zraniły go bardziej, niż jakakolwiek klątwa. Uniósł wzrok, a w jego oczach płonął lodowaty gniew.

- A więc zrobimy to wspólnie – warknął Potter i stanął u boku Tonks. Wiedział, że nigdy nie zdoła zastąpić Remusa, ale zrobi co w jego mocy, by dziecko jego przyjaciela nie musiało dorastać bez matki. Spojrzenie Tonks nieco złagodniało, ale jej głos nie:

- Nie zostawaj z tyłu – rzuciła i ruszyła przez portal.

- Powodzenia, stary, ma niezły humorek – stwierdził Syriusz. Gabriella uderzyła go w ramię za brak taktu. Wiedziała, że próbuje rozluźnić atmosferę, ale i tak planowała mu później palnąć kazanie.

- Stary, mam rudowłosą żonę. Wiem wszystko o humorkach – odparł James i podążył za Tonks przez barierę. Pozostali poszli w jego ślady, zostawiając Molly z zadaniem przetransportowania rannych z powrotem do zamku.

Zakon i Huncwoci wyłonili się znikąd w samym środku sił Voldemorta i zaczęli miotać klątwami na prawo i lewo. Chaos opanował pole bitwy, bo walczący nie mieli czasu, by odróżnić przyjaciela od wroga. Jednak Voldemort wciąż miał liczebną przewagę po swojej stronie, a to oznaczało, że ostatecznie jego siły odniosą triumf. Już zaczynali otaczać mała grupkę bojowników o wolność.

Wówczas od Zakazanego Lasu dobiegł grzmiący tętent kopyt. Zza drzew wyjechali goblińscy wojownicy dosiadający centaurów i uderzyli na lewe skrzydło armii wroga. Strzały wzbiły się w niebo, a zestrzelone gargulce zaczęły spadać na ziemię. Bez chwili wahania runęli na Inferiusy.

Wówczas Voldemort coś wyczuł. Raczej jej magię niż obecność.

- Immobulus – krzyknął. Kilkanaście centymetrów od jego gardła zastygły zakrwawione szpony. Należały do tej samej bestii, która tamtej nocy niemal przebiła się przez jego tarczę. Nawet zamrożona wciąż się poruszała, choć teraz żółwim tempem. Stwór sprawiał imponujące wrażenie, do tego jego umysł chyba nie był tak chaotyczny, jak sugerowałaby postać.

- Homorphus.

Bestia zmieniła się w rudowłosą nastolatkę. Tą samą, która umknęła z ofiarnego ołtarza Bellatrix w zeszłym roku, a jeśli raporty mówiły prawdę, ogrzewała teraz łóżko młodego Lorda Pottera. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, już padłby trupem.

- Imponujące, Weasley, bardzo imponujące. Co za marnotrawstwo czarownicy czystej krwi. Masz taki potencjał – zadrwił Voldemort.

- POTTER! Nazywam się Potter. Zapamiętaj to, Tom, bo to nazwisko osoby, która cię zabije! – warknęła Ginny bez cienia lęku. Voldemort wybuchnął śmiechem. Jego oddziały panowały nad sytuacją. Miał czas zabawić się nieco z krnąbrną dziwką Pottera.

- Rozkładasz przed nim nogi, a on ci dał swoje nazwisko. Jakie to romantyczne. A mówią, że Weasleyowie nie są ambitni. Musisz być prawdziwą dziwką w sypialni.

- To się nazywa miłość, Tomuś, a ty nie jesteś nawet cieniem mężczyzny, którym on jest! – odcięła się Ginny, po czym wrzasnęła, czując klątwę Cruciatus. Wrzeszczała tak głośno, że jej głos poniósł się nad polem bitwy, zagłuszając wszystkie inne dźwięki. Nie wiedziała ile to trwało, ale gdy ból się skończył, została uwolniona z paraliżu i zwaliła się do stóp Voldemorta. Sięgnął w dół, chwycił garść rudych włosów i szarpnięciem uniósł jej głowę.

- Jeszcze się nauczysz szanować lepszych od siebie. O nie, nie zabiję cię. Dobrze mi posłużysz jako świeżo owdowiała Lady Potter – poinformował ją Voldemort. Usiłowała zebrać siły, by wyrwać się z jego uścisku, ale bez skutku. Niejednokrotnie cierpiała pod Cruciatusem Bellatrix Lestrange, gdy przebywała jako mimowolny gość w jej okropnej posiadłości. Ból, który odczuwała wtedy, nie umywał się nawet do tortury z rąk Riddle'a.

- Nigdy! – krzyknęła Ginny, jej usta zdobyły się na opór, na który nie mogło sobie pozwolić jej ciało.

- Rozejrzyj się, dziewczyno, przegraliście. Twój mąż już nie żyje. Padł z ręki Greybacka albo Bellatrix – zadrwił Czarny Pan i z przyjemnością obserwował, jak gaśnie światło w jej oczach. Jednak po chwili rozbłysło znowu i powrócił buntowniczy nastrój dziewczyny.

- Jest lepszy od tej dwójki – warknęła Ginny, czując, że Furia znów się w niej pojawia.

- Może od Greybacka, ale Bella kontroluje ciało Desory. Twój mąż zginie z rąk byłej kochanki. A wszyscy, których kochasz, wkrótce zginą wraz z nim.

- ALE JA ŻYJĘ! – wrzasnęła Ginny i wbiła na nowo uformowane pazury w łydkę Voldemorta. Zaczerpnęła z mocy Furii i posłała w niego strumienie elektryczności. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna Voldemort zawył z bólu. Fale elektryczności przepływające przez jego ciało wywołały gwałtowne konwulsje. Może nie takie jak przy Cruciatus, ale sposób Furii był nie mniej efektywny. Czarny Pan został odrzucony o kilka metrów z ciężko poparzoną nogą.

Cios był równie wyczerpujący dla Ginny jak dla Riddle'a. Niemal wyczerpała swój magiczny rdzeń. Miała nadzieję, że to wystarczy, by go zabić, ale Czarny Pan okazał się bardziej odporny, niż ktokolwiek podejrzewał. Dygoczącymi rękami wyciągnął spod szaty fiolkę z eliksirem. Dwukrotnie niemal ją upuścił, ale ostatecznie zdołał unieść do ust i przełknąć zawartość. Na kilka chwil zamarł w bezruchu, czekając aż eliksir zacznie działać. Wkrótce, zdecydowanie za szybko jak na gust Ginny, zaczął wstawać, a jej nadzieja rozwiała się jak dym. Ruszył w stronę młodej kobiety z różdżką w dłoni. Wszystko wydawało się stracone ale wtedy do jej uszu dobiegł najpiękniejszy dźwięk na świecie. Spojrzała w tamtą stronę. Na wzgórzu stał Cień i ryczał na całe gardło.

- To tylko jeden człowiek. Co może zrobić, co zmieniłoby losy tej nocy? – zadrwił Voldemort.

Jakimś cudem Ginny znalazła w głębi duszy siłę, by stanąć na nogi, mimo bólu przenikającego jej ciało. Zakończy to stojąc na własnych nogach, jeśli tylko zdoła. Voldemort potrząsnął głową z niedowierzaniem. Nie mógł uwierzyć w arogancję tej dziewczyny. Nagle spojrzał na wzgórze ponad jej ramieniem, a w jego oczach odbiło się zdumienie. Ginny odwróciła głowę, a jej oczom ukazała się szarżująca armia wilkołaków. Niebo nad nimi wypełniły sukkuby.

Początkowo Voldemort uznał, że wilkołaki atakują Bestię Cienia, ale te stwory zaczęły rozszarpywać jego inferiusy. Potem sukkuby runęły na dementorów i najwyraźniej miały jakąś osłonę przed ich złowieszczą mocą. Ich strzały i miecze lśniły, niczym blask księżyca. Huncwoci walczyli zawzięcie i szeregi Śmierciożerców zaczęły topnieć. Losy bitwy zaczęły się odwracać na niekorzyść napastników.

- Oj, Tomusiu, chyba jednak Bella i Wilczek nie dali rady. To jak będzie, zawalczysz jak mężczyzna, czy uciekniesz jak pizda? – kpiła Ginny, chcąc kupić Harry'emu cenny czas. Czy jej się to podobało czy nie, Ginny lepiej rozumiała słabości tego potwora niż ktokolwiek inny na świecie. Chyba jedyny pożytek z tego przeklętego dziennika.

- Głupia dziewczyno, problem z miłością polega na tym, że jeśli ją komuś odebrać, to jest to równie zabójcze jak Klątwa Śmierci. On przyjdzie do mnie, a wtedy wyślę go do niego.

- Jak na truposza pieprzysz strasznie dużo głupot – rozległ się tuż za nim niski, męski głos. Stał tak blisko, że niemal czuł ciepło oddechu Pottera na swojej bezwłosej głowie. Oczy dziewczyny pojaśniały od nadziei i czegoś, co uznał za miłość. Mroczny czarodziej obrócił różdżkę, celując za plecy i wypalił kościołamacza. Spodziewał się wrzasku bólu, ale usłyszał jedynie krótki śmiech po prawej. Obrócił się w tamtą stronę, ale otrzymał cios, który powalił go na jego żałosny tyłek.

- Nie trafiłeś, panienko – zadrwił Harry. Małymi krokami zdołał stanąć między starym sukinsynem i kobietą, którą kochał. Zamachał do niej dłonią trzymaną za plecami. Ginny ujrzała, że trzyma w niej eliksir. Przejęła go i bez wahania wypiła całą zawartość butelki. Po kilku sekundach poczuła się lepiej, nie miała wrażenia, że za chwilę może się przewrócić.

- Widzę, że zaczęłaś imprezę beze mnie? – rzucił Harry przez ramię. Ginny wyrzuciła buteleczkę, ujęła go za rękę i oparła czoło na jego ramieniu. Czuła, jak jego magia przepływa przez łączącą ich więź. To poprawiło jej dyspozycję bardziej niż jakikolwiek eliksir.

- Skończyłeś się popisywać, Dupku? – zażartowała. Czuła się wystarczająco dobrze, by przekomarzać się ze swoim kochankiem.

- Flirciara – odparł Harry, ale to było wszystko, co potrzebowała usłyszeć. Pocałowała znak na jego szyi, który głosił, że ten mężczyzna był jej i tylko jej. Potem nachyliła się i szepnęła mu do ucha:

- Skop mu dupę.

- Tak, skarbie.

- Zaraz się zrzygam – warknął Voldemort, patrząc na nich z wściekłością. Nienawidził miłości i każdy jej przejaw przyprawiał go o mdłości. Oboje byli potężni, ale widząc ich razem zrozumiał, że jako drużyna stanowią o wiele większą siłę. Ich potomstwo mogło się okazać jeszcze silniejsze. Nie mógł do tego dopuścić.

Voldemort rzucił na Pottera klątwę gnijącego ciała, ale smarkacz zrobił krok w bok z rozbawionym uśmiechem i uniknął promienia magii. Czarny Pan uznał, że czas nauczyć smarkacza manier i wystrzelił z różdżki wielką, płonącą rękę. Głupiec ruszył wprost na nią, ale w ostatniej chwili padł na ziemię, przetoczył się pod zaklęciem i wystrzelił strugę kwasu w swojego przeciwnika. Voldemort musiał rozproszyć swoje zaklęcie i wznieść tarczę. Zdołał się ochronić, ale na moment stracił Pottera z oczu.

Jako doświadczony wojownik Voldemort aportował się kilka metrów dalej. Zdążył na ułamek sekundy przed kamiennymi kolcami, które wystrzeliły z ziemi w miejscu, gdzie znajdował się wcześniej. Bez wątpienia sztuczka, której nauczył się od ojca. Voldemort dostrzegł Pottera i aportował się bezpośrednio za niego, by zadać śmiertelny cios.

- Expulso – powiedział Riddle. Zaklęcie Eksplodujące wystrzeliło praktycznie z przyłożenia. Jednak refleks Pottera okazał się znacznie lepszy, niż oczekiwał. Chłopak opadł na jedno kolano, a klątwa minęła cel o centymetry. Harry posłał za plecy Klątwę Wyrzuconych Wnętrzności. Voldemort zdołał ją z trudem odbić, ale wobec buta wymierzonego w głowę okazał się bezradny. Zachwiał się, zdołał utrzymać na nogach, ale kolejne kopnięcie z półobrotu obaliło go na ziemię. Riddle odkaszlnął krwią. Ten smarkacz się nie bawi. Jest równie bezlitosny w bitwie jak ja, pomyślał.

Voldemort usiłował podnieść się na nogi. Wypalił klątwę Confrigo, ale Potter ponownie odsunął się, oszczędzając magię. Chłopak znał się na walce i nie zamierzał zużywać mocy na podnoszenie tarczy. Voldemort nie wiedział dokładnie ile rezerw magicznych zostało jeszcze wrogowi. Na pewno musiał się zmęczyć podczas walki z Bellą i Greybackiem. Zresztą wyglądał na sponiewieranego.

Jednak wciąż był niebezpieczny. Jego fizyczne ataki były celniejsze i silniejsze niż Charliego Weasleya. W oczach Pottera tliła się wściekłość, ale panował nad sobą dużo lepiej niż Weasley. Jeszcze żaden przeciwnik, z wyjątkiem Dumbledore'a, nie przetrwał tak długo w walce z Voldemortem. Czarny Pan musiał niechętnie przyznać, że ten styl walki stawia go w trudnej sytuacji. Jeśli chciał przeżyć tę walkę, musiał jakoś wybić Pottera z koncentracji.

- Czas umierać, dziewczyno! Kitro Ziet Rotus – Voldemort wystrzelił zabójcze, lazurowe zaklęcie w dziewczynę, a Ginny pomyślała, że oto nadszedł jej koniec. Chciała uciec lub wykonać unik, ale jej ciało nie reagowało na polecenia. Harry bez cienia wątpliwości wiedział, jakiej klątwy Riddle użył na kobiecie, którą kochał. Dokładnie tej samej, którą Harry zastosował przeciwko Lestrange na schodach Gringotta. Harry nie miał pojęcia, jakim cudem kobieta wtedy przeżyła. Nie wiedział jakie jest lekarstwo. Najwyraźniej Riddle wiedział, ale raczej się nie podzieli.

Nie zdoła odbić zaklęcia na tyle szybko, by ocalić Ginny. Nie miał pojęcia czemu pędzi w próżnej próbie rzucenia się przed nią i zasłonięcia jej własnym ciałem. Cień kazał ruszać, a on nauczył się już dawno, by ufać animagicznym instynktom. Tyle że tym razem to nie Cień powodował jego ruchami. To część Furii, która rezydowała w jego Znaku Partnerstwa. Dzięki niej znalazł się przy niej w mgnieniu oka.

W tej chwili Ginny zrozumiała, jak poczuła się Lily na chwilę, nim James został zamordowany. Cała miłość jej męża płynąca ku niej z jego oczu. Żadnego żalu czy rezerwacji, jedynie poświęcenie w niedoścignionej miłości i oddaniu. Nic dziwnego, że Lily nie potrafiła ułożyć sobie na nowo życia uczuciowego. Bo kto mógłby się temu równać? Głupi, szlachetny Dupek, tak ojciec jak syn.

Jednak Ginny nie zamierzała tak po prostu przyjąć jego poświęcenia. Zadziałała instynktownie, korzystając też z instynktów Cienia. Wyciągnęła rękę za plecy Harry'ego. Jej Znak Partnerstwa zalśnił. Z ziemi uniósł się cień, identyczny do sylwetki Harry'ego.

Harry spodziewał się śmierci, bólu, przynajmniej wrzasku. Wrzask usłyszał, ale to nie on wrzeszczał. Dochodziło to z bliska. Obejrzał się przez ramię. Riddle wił się na ziemi w agonii, a jego ciało zaczęło gnić od środka. Cienista sylwetka stała, patrząc na mrocznego czarodzieja, a potem cień Voldemorta wrócił do normy.

- Nigdy więcej czegoś takiego nie rób – ostrzegła Ginny, a potem delikatnie przyciągnęła Harry'ego do siebie. Mówiła stanowczo, ale jej oczy przepełniały łzy, świadectwo strachu i wrażliwości.

- Jesteś niesamowita – wydusił z siebie Harry, przytulając ją do siebie. Odetchnęła głęboko i poczuła, że jest w domu. W jego ramionach, tam gdzie jej miejsce.

- No pewnie – potwierdziła Ginny i pocałowała go. Stali tak złączeni, biorąc od siebie to, czego najbardziej potrzebowali. Potem będą musieli porozmawiać o wszystkim, co się wydarzyło, ale na razie byli razem i tylko to się liczyło. Oderwali się od siebie, gdy wrzask Riddle'a zaczął cichnąć, a pozostali zbliżyli się do nich. Oboje uśmiechnęli się, gdy zrozumieli, że bitwa się skończyła.

- Co za ironia. Wielki, zły Czarny Pan umrze z własnej ręki – triumfowała Daphne. Podeszła do dwójki swoich przyjaciół. Lekko utykała, ale nie przeszkodziło jej to uściskać oboje. Wiedza, moc i odwaga. Dokonali tego, a ich trójca pozostała jednością. Czerpali z tego pociechę, nim ich równowaga została zakłócona.

- Jestem nieśmiertelny, szczylu. Nie mogę umrzeć – warknął Voldemort, podnosząc się na kolana. Jego twarz wykrzywiał grymas bólu, ale walczył z tym. Zdołał podnieść się na nogi i stanął dumnie wobec otaczających wrogów. Ginny jako pierwsza zrobiła krok w przód i odezwała się. Tylko jednym słowem, ale dla Toma było ono wstrząsające:

- Dziennik.

- Czarka – dodała Gabriella, również robiąc krok w przód. Riddle spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Medalion – warknął Syriusz. Voldemort wbił spojrzenie w brata Regulusa. Czy to właśnie on zdradził?

- Diadem – kontynuowała Lily, a w jego oczach pojawiło się zrozumienie.

- Pierścień – mówiła dalej Daphne z szerokim uśmiechem. Skóra Voldemorta zaczęła przybierać odcienie szarości. Spojrzał na swoje ręce.

- Wąż – syknęła Tonks. Zgnilizna zaczęła przybierać czarny kolor.

- Longbottom – dokończył James. Harry podszedł i wypowiedział ostatnie słowa, nim ciało Voldemorta rozpadło się w pył:

- Śmiertelny.