Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.

Zapraszam też na bloga o książkach „Z pierwszej półki" (zpierwszejpolki. blox. pl), oczywiście bez spacji po kropkach.

Rozdział 56

- Słyszysz, maleńka? – spytała Sasha. Emma, po raz pierwszy odkąd zaczęła uzdrawiać swoją mentorkę, uniosła wzrok. Czemu odrywała ją od najważniejszej pracy? Mimochodem zanotowała, że horyzont pojaśniał do głębokiego granatu, zamiast dotychczasowe atramentowej czerni. Noc zmieniała się w dzień, a czas Sashy niebezpiecznie uciekał. Jej rany nie zasklepiały się tak, jak powinny.

- Nic nie słyszę – odpowiedziała Emma, a w jej głosie irytacja mieszała się ze strachem. Delikatna, zakrwawiona dłoń Sashy przesunęła twarz jej młodej protegowanej, aż ich spojrzenia się spotkały. Dziewczynka nie chciała patrzeć w twarz mentorki. Nie chciała wyczytać w nich prawdy: nie może zrobić nic więcej dla Sashy. Sukkub zmusi ją do akceptacji jej losu, a Emma nie zamierzała się jeszcze poddawać. Usiłowała zmusić oczy, by skupiły się na zadaniu, jednak ostatecznie uległa delikatnemu naciskowi ręki Sashy. Kiedy tylko ujrzała te pełne akceptacji spojrzenie, w jej oczach pojawiły się łzy.

- Właśnie, moja mała, tylko cisza. Bitwa się skończyła – poinformowała ją Sasha. Zamiast pociechy, wieści przysporzyły jej więcej lęku i niepokoju. Jej nowa rodzina mogła stracić życie, a Sasha wyglądała, jakby zaraz miała do nich dołączyć. Wszystko w jej życiu zaczęło się wreszcie układać tylko po to, żeby zostać brutalnie rozszarpane na strzępy.

Znad wzgórz nadleciał długi podmuch wiatru i przyniósł ze sobą odległe wiwaty zwycięzców. Na twarzy Emmy pojawił się lekki uśmiech. W głębi serca zrozumiała, że wygrali, a jej rodzina nie została rozbita. Wiedziała, że nie wszyscy będą mieli tyle szczęścia i była gotowa opłakać poległych. Miała tylko nadzieję, że Sashy wśród nich nie będzie.

- Czemu się nie leczysz? – załkała dziewczynka.

- To chyba sztylet – Sasha odkaszlnęła i aż skrzywiła się od bólu, który ją przeniknął.

- Nie rozumiem…

- Ten paskudny sztylet został stworzony tylko po to, by obrabować sukkuby z ich mocy. Najwyraźniej odebrał mi moją moc szybkiego leczenia. Lily chyba zadała mojemu ciału zbyt wiele obrażeń, bym zdołała to przetrwać. Powiedz jej, że nie mam jej tego za złe. Zrobiła co musiała. Żyłam długie, szczęśliwe życie na własnych warunkach. Jeśli bogini Morrigu tak zechce, opuszczę świat bez żalu – tłumaczyła Sasha swojej czeladniczce. Nie miały wiele czasu, a zostało wiele do przekazania.

- Jak możesz tak mówić? – wytrzeszczyła oczy Emma.

- Maleńka, nigdy nie sądziłam, że przeżyję tę wojnę. Dlatego właśnie dałam Harry'emu Szafę Wspomnień i myślodsiewnię. Pamiętaj, że wtedy naprawdę wierzyłam, że powiję mu córkę i to ona będzie tą, którą przepowiedziała Wyrocznia Zymiti. Jeśli stałoby się najgorsze i mój klan zostałby zmieciony z powierzchni ziemi, chciałam żeby mógł nauczyć naszą córkę wszystkiego co potrzeba, by została prawdziwą sukkub. Te wspomnienia są teraz twoje. Używaj ich mądrze, Maleńka, i myśl o mnie dobrze.

Sasha otarła łzę spływającą po policzku Emmy.

- NIE! Nie możesz się poddać – krzyknęła Emma i odtrąciła dłoń Sashy. Nie zamierzała kapitulować, nawet jeśli jej mentorka to zrobiła. Przypomniała sobie, że przecież ona przeżyła ranę od tego sztyletu. Nawet jeśli była tylko sukkubim animagiem, musiał istnieć jakiś sposób. W końcu była cholerną Wybranką. Orika powiedziała, że ona wszystko zmieni. Właśnie! Jak to szło? Emma przymknęła oczy, usiłując przypomnieć sobie te słowa. Wiatr zaświstał i odpowiedział na jej bezgłośne prośby.

Dzieci, nie traćcie nadziei i mych słów słuchajcie,

Nie zbaczajcie z drogi, dzięki temu przetrwajcie.

Odzyskamy co skradziono, zniknie dawny ból,

Gdy pewnego dnia się pojawi wielki Gadów Król.

Najmłodsze dziecię matriarchini zostanie porwane,

Lecz posiłkiem węża na pewno się nie stanie.

Pojawi się Obrońca, o oczach jak klejnoty,

Z Księżycowym Ostrzem wejdzie do tej groty.

Nauczcie go wszystkiego, bez cienia wahania,

Bo nigdy nie zdradzi waszego zaufania.

A potem pojawi się krew z krwi jego,

I co Le Fay zabrała, wróci do naszego.

Ona stanie się mostem między dwoma światami

I wtedy czarodzieje prawdziwie zjednoczą się z nami.

Emma drgnęła i otworzyła oczy. Tuż przed nią pojawiła się mglista postać Fleur Delacour. Bogini Marrigu pozwoliła jej powrócić jako cieniowi, podobnie jak w przypadku Remusa. By podzielić się wiedzą z tymi, którzy desperacko jej potrzebują i wiedzą jak słuchać. Fleur nie wiedziała, czemu bogini uznała Harry'ego i Emmę za wartych wiedzy, ale nie do niej należało kwestionowanie wyborów bogini. Miała mało czasu, więc musiała się spieszyć. Spojrzała ku Wierzbie Bijącej, Lestrange i znów przeniosła wzrok na Sashę, by wreszcie popatrzeć dziewczynce w oczy. Kolejny podmuch wiatru i jej mglista postać zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było.

Ostatnie cztery linijki przepowiedni wciąż brzmiały Emmie w uszach. Nagle poczuła, jak wszystko wpada na swoje miejsce. To ona była z dwóch światów i tylko ona mogła odzyskać to, co La Fey ukradła sukkubom. Żywica Wierzby Bijącej uleczyła obrażenia, które sztylet zadał jej skrzydłom. Pierwszą nauką Sashy było leczenie, nie ranienie. Mówiła, że każdy potrafi krzywdzić, ale tylko ktoś wyjątkowy potrafi leczyć.

Emma zerknęła na drzewo, które pomogło jej na prośbę Adama. Żywica Wierzby Bijącej uleczyła jej skrzydło, może pomoże i Sashy. Potem przeniosła spojrzenie na Lestrange. Sztylet La Fay wciąż tkwił w jej sercu, tam gdzie zostawiła go jej mama. Światło zamigotało w klejnocie na końcu rękojeści. Wcześniej był srebrny, była tego pewna, a jednak teraz przybrał odcień krwistej czerwieni. Sztylet kradł moc. Czy nie tak powiedziała Sasha?

To Krwawy Kamień! Te kamienie ciągnęły siłę z krwi, a w tym tkwiła krew sukkub i czarownicy czystej krwi. Harry mówił jej, że Magia Krwi opierała się raczej na intencjach niż inkantacjach. Runy tylko skupiały moc. Emma, gnana swoją wiarą i przekonaniem, popędziła do Wierzby Bijącej tak szybko, jak pozwoliły jej na to skrzydła. Miała nadzieję, że drzewo pamiętało, że przyjaźniła się z Adamem. Wylądowała u podstawy pnia, a roślina na szczęście jej nie zaatakowała.

- Proszę, pomóż mi potężna wierzbo. Użycz mi swojej żywicy, bym mogła pomóc innej, tak jak Adam pomógł mi – błagała Emma na kolanach, by okazać szacunek. Odpowiedziała jej cisza. Najwyraźniej zmarnowała tylko bezcenny czas. Jednak nagle na jej ramieniu wylądowało coś lepkiego. Szybko zgarnęła żywicę i podziękowała majestatycznemu drzewu.

Zatrzymała się jeszcze koło ciała Bellatrix Lestrange. Zebrała całą swoją gryfońską odwagę, chwyciła za rękojeść sztyletu i wyszarpnęła go z ciała martwej czarownicy. Na ostrzu nie pozostała nawet kropla krwi, tak jak się spodziewała. Szybko wróciła do Sashy.

- Co robisz, Maleńka? – spytała z lękiem Sasha. Desperacja prowadziła do straszliwych decyzji i nie zamierzała pozwolić, by jej podopieczna wkroczyła na tę ścieżkę. Na widok sztyletu Le Fay jej umysł opuściła zasnuwająca go mgła. W oczach Emmy dojrzała determinację. Za często widziała tę minę u Harry'ego, by opacznie ją zinterpretować. Cokolwiek powie, Emma nie da się zwieść z obranego kursu.

- Robię za Wybraną, a co myślałaś? – odparła Emma i z pomocą ogona nacięła sobie dłoń, w której nie trzymała żywicy. Popłynęła krew, ale zgodnie z jej przewidywaniami zaabsorbował ją sztylet i Krwawy Kamień. Dziewczynka wykorzystała kły, by oddzielić kamień od rękojeści. Ułożyła go na ranie, a następnie pokryła żywicą z wierzby.

Rana zaczęła się zamykać, a narastające ciało zaczęło zasłaniać Krwawy Kamień. Krwawiącą dłoń złożyła na kamieniu. Zerknęła przelotnie na anielską twarz mentorki, ale wyczytała w niej tylko dumę. Sasha w nią wierzyła i dzięki temu mogła kontynuować coś, czego efektów nie mogła być pewna.

O Pani Sprawiedliwa, przyjdź na pomoc mi,

Co La Fay ukradła, we mnie teraz tkwi.

Mam stać się mostem pomiędzy światami,

Z własnej więc woli rzeknę tymi słowami:

Niechaj ma moc dokona uzdrowienia,

By Matriarchini mogła uniknąć cierpienia.

Gdy tylko ostatnie słowo wyszło spomiędzy jej warg, bogini odpowiedziała na modlitwę. Poczuła potężne przyciąganie z Krwawego kamienia i oddała mu całą magię, której pragnął. Wyciągnął większość mocy, więc Emma wróciła do ludzkiej postaci. Kamień jaśniał tak mocnym światłem, że Emma osłoniła oczy, by ochronić je przed blaskiem. Ciało Sashy zaczęło wznosić się ku górze i Emma ześlizgnęła się z mentorki. Patrzyła w zdumieniu, jak sukkub obraca się w powietrzu kilka metrów nad nią. Kamień wciąż spoczywał na jej piersi i lśnił oszałamiającym światłem. Świecił coraz jaśniej i Emma zaczęła się wycofywać w strachu, że zaraz eksploduje.

Blask przeszedł z kamienia na ciało Sashy. Wyglądała jak byt utkany z czystego światła. A potem stało się niemożliwe. Cienie dwóch skrzydeł pojawiły się za jej plecami, a ogon wystrzelił z jej pośladków. Emma patrzyła jak urzeczona, choć nie czuła się godna być świadkiem tak wspaniałego wydarzenia. Zastanawiała się, czy tak wyglądają narodziny aniołów. Sasha zwinęła się w kłębek, jakby chroniła coś w środku.

- Wielkie odrodzenie! – krzyknęła Sasha. Wyprostowała się gwałtownie, odrzucając głowę w tył. Z jej ciała wystrzeliły setki świetlistych pocisków. Każdy z nich odszukał jedną z sióstr-sukkubów. Odpowiedź na ich długo ignorowane modły.

Powoli światło zaczęło znikać, a Sasha przybrała normalną postać. Zamachała skrzydłami i sprawnie wylądowała na ziemi. Potem tak skrzydła, jak ogon wtopiły się w ciało. Jej karnacja przybrała podobny ton jak u Emmy, a włosy zyskały kolor miedzi. Sasha ujęła pukiel włosów i stwierdziła, że ta barwa jej nie odpowiada. Natychmiast nabrały turkusowych odcieni, a matriarchini się uśmiechnęła. W jej naturze było wyróżnianie się, nie wtapianie w tłum.

- Możesz się metamorfować? Super! – zapiszczała Emma. Podbiegła do Sashy i zarzuciła ręce na szyję ludzko wyglądającej sukkub. Jej mentorka uściskała dziewczynkę z całej siły. Emma zadrżała. Jej ludzka postać znosiła zimno słabiej niż sukkubia. Skrzydła Sashy pojawiły się ponownie i otoczyły dziewczynkę ciepłym kokonem.

- Jesteś Wybranką, Maleńka. Udało ci się to, w czym wielu zawiodło. Chodź, poszukamy twojej rodziny.


Sami-Wiecie-Kto był wreszcie martwy, bitwa wygrana. Jednak Molly Weasley nie potrafiła się zmusić do radości. Wokół siebie widziała zbyt wiele i przypominało jej to o koszcie zwycięstwa. Zbyt wielu jej znajomych z Zakonu leżało martwych. Czarodzieje i czarownice znacznie lepsi od niej oddali swoje życie. Ku jej przerażeniu obok nich leżało kilku uczniów. Justin Finch-Fletchley dokonał żywota, gdy stanął na drodze Zaklęcia Śmierci lecącego w stronę Susan Bones, dziewczyny, którą potajemnie kochał od trzeciego roku.

Padma walczyła do samego końca, by kupić Radzie Starszych czas na ucieczkę. Parvati jakiś czas temu wróciła z pola walki i klęczała z ciałem siostry w ramionach. Sama odniosła ciężkie rany, jednak każda próba udzielenia jej pomocy spotykała się z groźbami. Odpuściła dopiero, kiedy przykuśtykał do niej Terry Boot i spojrzał jej głęboko w oczy. Być może pozwoliła mu zostać przy niej, bo walczyli ramię w ramię. Delikatnie odsunął splątane, brudne i pozlepiane krwią włosy z jej twarzy, a potem bez ostrzeżenia odchylił jej głowę do tyłu i wlał eliksir uzdrawiający do gardła. W samą porę. Udało mu się uratować jej nogę od trwałego uszkodzenia nerwów. Zamiast cisnąć w niego klątwą, przyciągnęła go do siebie i złożyła mu głowę na ramieniu. Przez kolejne lata Parvati miała wspominać ten słodko-gorzki moment, w którym ojciec jej dzieci zdobył jej serce, nie mówiąc słowa.

Zdolności Seamusa w kierunku Piromagii uratowały życie sukkuba, ale najprawdopodobniej kosztowały go utratę wzroku w każdym mugolskim i magicznym aspekcie tego zmysłu. Jego szlachetna postawa nie pozostała bez nagrody. Sukkub, którą uratował, wkroczyła do Gniazda Huncwotów i odnalazła go po zapachu. Wyglądała na szesnaście lat, nie więcej, a jednak było po niej widać, że stoczyła długą i krwawą bitwę. Usiadła na łóżku Seamusa. Ujęła go za rękę i złożyła na swojej twarzy.

- Jesteś ranna? – spyta z ciężkim, irlandzkim akcentem, gdy wyczuł pod palcami cięcie na jej twarzy. Na czubku jego palca pojawiła się krew. Dodała do niej łzę, która spłynęła jej po policzku na jego czułe słowa. Uniosła jego palec do ust i wyszeptała słowa, których nie rozumiał. Mikstura zalśniła na jego palcu, a ona rozprowadziła ją po swoich ustach. Potem zaczęła śpiewać nieznaną, mistyczną pieśń głosem, który podniósł wszystkich słuchających na duchu. Usunęła bandaże z głowy Seamusa i pocałowała oboje wypalonych oczu. Następnie położyła się przy nim i zawinęła oboje w skrzydła. Seamus zapadł w sen. Jego syrena kontynuowała pieśń, a lśniące odciski ust na jego oczach uzdrawiały go w sposób niedostępny dla jakiejkolwiek ludzkiej magii.

Molly zapatrzyła się na ten wspaniały widok, ale wkrótce zorientowała się, że ktoś stanął obok niej. Okazało się, że to kochanka jej syna. Ciągle trudno jej było uwierzyć w związek jej syna i Narcyzy Malfoy. Chociaż teraz nazywała się Cissy Black, ale nawet to nie ułatwiało ogarnięcia rzeczywistości. Przecież ta kobieta była wrogiem jej rodziny odkąd pamiętała. Jednak biorąc pod uwagę jak traktowała Charliego i jak on traktował ją, najwyraźniej wiele się w tej kwestii zmieniło. Do tego pomogła uwolnić Ginny z Dworu Lastrenge'ów.

- Dziękuję – odezwała się w końcu Molly, choć nie zdołała pozbyć się niepewności z głosu. - Wiem, że wiele ryzykowałaś, żeby pomóc mojej córce i… - zabrakło jej słów.

- Jeśli ktoś zasługuje na twoje podziękowania, to są to Lily i Harry. On uratował jej życie, a ona ją wyleczyła. To dzięki genialnym uzdrawiającym maściom Lilly Ginny nie ma żadnych blizn. Oboje zrobili dużo więcej niż ja – powiedziała Cissy. Molly nie mogła w to uwierzyć.

- Myślałam, że to Tonks uratowała Ginny?

- Musisz zrozumieć, że Lily, Syriusz i Harry wciąż się ukrywali. Tonks udała się do Syriusza po pomoc, ale w domu był tylko Harry. Nie pozwolił jej pójść samej i dobrze się stało. Inaczej moja siostra zabiłaby Tonks i dokończyła ten przeklęty rytuał na twojej córce.

- To… to on ją uratował? – wykrztusiła z niedowierzaniem Molly. Jej córka zniosła tak wiele, a ona wiedziała o tym tak mało. W chwili jej największej potrzeby to Potterowie jej pomogli. Teraz już rozumiała czemu Ginny była z nimi tak blisko.

- Jeśli chcesz szczegółów, musisz ich pytać. Powiem ci tylko jedno: tamtej nocy Harry mógł zabić Bellatrix, ale wymienił z Greybackiem jej życie za życie twojej córki. Był gotów oddać za nią życie, a wówczas była dla niego obcą osobą.

- Nie wiedziałam o tym. Jak mógł ryzykować tak wiele dla kogoś, kogo nawet nie znał? – spytała Molly. Naprawdę chciała to wiedzieć. Wiedziała, jak rzadko spotyka się podobne bohaterstwo. Osądziła go pochopnie i niesprawiedliwie. Wstyd przytłoczył jej serce. Jak ona mogła choćby przeprosić?

- Taka już jego natura. Natura, którą, jak podejrzewam, odziedziczył po matce. Wiem, że ty i Lily nie dogadujecie się najlepiej, ale ona dosłownie zawróciła Ginny znad krawędzi grobu. Wydaje mi się, że to daje jej pewien kredyt zaufania – zauważyła Cissy. Dostrzegła u Molly poczucie winy.

- Byłam głupia – załkała Molly, ocierając gwałtownie łzy spływające jej po policzkach. Wstydziła się swoich dawnych czynów z całego serca. Cissy jej współczuła, ale wiedziała, że Molly nie potrzebuje współczującego ramienia, a solidnego kopa w tyłek.

- To na pewno, ale przecież obie żyjecie, prawda? Będziesz zawodzić nad swoim ciężkim losem jak dziecko, czy zachowasz się jak matka? Napraw to, kobieto! – warknęła Cissy stanowczo. Głaskanie kobiety po głowie nie da jej na dłuższą metę nic dobrego. Molly nachmurzyła się. Nie podobał jej się ton i wyższość, z jaką Cissy wypowiedziała te słowa. Jednak po chwili nieco się rozpogodziła i pokiwała głową. Za wyjątkiem Lily od lat nikt jej porządnie nie ochrzanił. Przynajmniej odkąd zmarła jej matka. Zabawne jak przyjemnie wspominała dzisiaj te rzeczy, które wówczas niezmiernie ją irytowało. Molly potrząsnęła głową i zaśmiała się lekko.

- Nie jesteś taka, jak się spodziewałam. Teraz już widzę czemu podobasz się mojemu synowi. Myślałam, że to twoja uroda, ale teraz widzę, że również mądrość i siła. Kochasz go? – spytała Molly, choć wiedziała, że powinna zostawić temat w spokoju. Właśnie przez takie wtrącanie się połowa jej dzieci nie chciała mieć z nią nic wspólnego.

- Oddałabym za niego moje życie. Nie tylko uratował mi życie, ale też ocalił mnie… no cóż, przede mną. Jeśli rozumiesz o co mi chodzi – wyznała Cissy i z zaskoczeniem usłyszała chichot.

- Absolutnie wiem o co ci chodzi. Na pewno nie jesteś rudzielcem? – spytała Molly ze śmiechem. Niezależnie od tego, jak bardzo czasami Artur ją irytował, wiedziała, że bez niego by sobie nie poradziła. Wyglądało na to, że ma z tą kobietą więcej wspólnego, niż jej się wydawało.

- Tylko się z nimi zadaję. Niemniej potraktuję to jako komplement – odpowiedziała Cissy z uśmiechem. Drzwi do Gniazda Huncwotów stanęły otworem i do środka zaczęli się wlewać ci, którzy walczyli w polu z siłami Voldemorta. Grupę prowadził utykający Charlie. Szedł ku nim z pomocą Draco. Cissy poczuła ucisk w sercu na widok tych dwóch razem. Nawet nie śmiała mieć na to nadziei.

Nie czekała aż do niej dotrą i popędziła ile sił w nogach ku dwóm z trzech jej chłopaków. Uściskała ich z siłą, z której Lily byłaby dumna. Jej trzeci chłopak dołączył do nich z boku, gdzie do tej pory siedział z Jade. Charlie zmierzwił włosy Adama, a Cissy pocałowała Draco w policzek. Nigdy nie sądziła, że się tego doczeka i teraz dziękowała niebiosom za ten najcenniejszy z darów.

Molly dostrzegła w grupie swoją rodzinę i zaczęła sprawdzać, czy są wszyscy. Artur, Fred i George szli razem, ale nie sami. U boku George'a znajdowała się blondwłosa dziewczyna, a goblinka, która uratowała życie Molly kroczyła obok Freda. Wszyscy wyglądali na poszarpanych i zmęczonych walką. Molly cieszyła się, że przeżyli, ale jednocześnie czuła narastające przerażenie, bo nie było z nimi Ginny. Wtedy do pomieszczenia weszli Potterowie i zobaczyła, że jej córka znajduje się wśród nich.

Wyglądała na potłuczoną i wyczerpaną, ale promieniała. To, jak patrzyła na mężczyznę u jej boku wiele Molly wyjaśniło. Jej córka była ewidentnie zakochana po uszy i wyglądało na to, że jej uczucia są przynajmniej odwzajemnione. Ku swojemu zaskoczeniu Molly nie poczuła cienia niechęci, wręcz przeciwnie, cieszyła się jej szczęściem. Nauczyła się dziś, że życie potrafi być tragicznie krótkie. Czy Ginny tego chciała czy nie, mama zamierzała z nią porozmawiać.

Ginny zesztywniała, widząc zbliżającą się do niej matkę. Znała świetnie tę minę i szykowała się na nieuchronną konfrontację. Była gotowała na rudowłosy wybuch z pełną mocą, ale Harry szepnął jej coś do ucha i kompletnie rozbroił. Wypuściła powietrze i wtuliła się w niego, kiwając głową.

- I to jest moja dziewczyna – szepnął Harry i pocałował Ginny w skroń. Powoli się wycofał. Chciał stać u jej boku, ale wiedział, że jego ukochana musi temu stawić czoła sama.

- Dziękuję, że się ode mnie nie odwróciłaś. Nie zdziwiłoby mnie to – zaczęła Molly z pokorą.

- Dziękuj Harry'emu. Robię to dla niego. To jego powinnaś przeprosić – warknęła Ginny, krzyżując ręce na piersi. Nie zamierzała osłabiać czujności.

- I przeproszę. Tym razem porządnie i z serca. To dobry człowiek, aż za dobrze traktujący starą czarownicę, która tak łatwo dała się zwieść na manowce – odpowiedziała z żalem Molly. Pokora przyciągnęła uwagę Ginny. Nigdy nie widziała takiego zachowania matki.

- Słucham? – spytała z niedowierzaniem. Nie tego oczekiwała.

- Dumbledore rzucił na mnie urok, który miał mnie utrzymywać pod kontrolą i zablokować wszelkie informacje – próbowała wyjaśnić Molly, ale zorientowała się, że powinna się najpierw przyznać do własnych błędów. Oblicze jej córki znów zmieniło się na zacięte i nieprzystępne.

- Tak, Lily mi właśnie powiedziała, ale ta wymówka może wyjaśnić tylko pewne rzeczy. Potrzebowałam, żebyś była dla mnie mamą, ale ty za bardzo wkręciłaś się w jego oszustwa i kłamstwa. Cierpiałam, ale ty tylko widziałaś dziewczynkę, która nie pasuje do twojego ideału. To i szansę na tytuł Longbottoma. Chciałaś, żebym stała się kimś, kim nigdy nie chciałam być i ani razu nie spytałaś czego właściwie ja bym chciała – warknęła Ginny, ale głos jej się załamał. Zamilkła, żeby zebrać się w sobie, a Molly uznała, że to jej okazja, żeby się wtrącić:

- Wiem, że cię zawiodłam kochanie i że nie mam prawa tak do ciebie mówić. Powinnam być silniejsza. Lepsza matka zdołałaby się wyrwać spod uroku. Pozwoliłam, żeby moje marzenia o lepszym życiu dla ciebie przesłoniły mi zdrowy osąd. Wiem, że robiłam okropne rzeczy i domagałam się od ciebie okropieństw. Nie miałam prawa i jestem gotowa przecierpieć wszystko co przeszłaś po stokroć, jeśli będę mogła. Proszę, wybacz mi! – błagała Molly ze łzami spływającymi po policzkach. Na chwilę jej córka się zawahała. Jakimś cudem jej słowa dotarły do serca jej najmłodszej latorośli. Jednak zaraz wrócił upór.

- Zwykłe przepraszam nie wystarczy! – wrzasnęła Ginny i odwróciła twarz, by matka nie zobaczyła jej słabości. Chciała uwierzyć w jej słowa, ale jej serce nie zniosłoby drugiej takiej zdrady.

- Na wybaczenie trzeba zasłużyć i zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pokazać ci jak bardzo żałuję tego, co zrobiłam. Nie zasługuję na to, ale jeśli trzeba będę błagała na kolanach – zapewniała zdesperowana Molly. Ginny zignorowała błagania i efekt, jaki na niej wywierały. Musiała pewne rzeczy powiedzieć i nic jej nie mogło powstrzymać, na Merlina!

- Przestań dramatyzować. Może płynie w nas wspólna krew, ale jesteśmy sobie obce. Widziałaś tylko moje wady, nigdy cała mnie, prawdziwą mnie. Teraz uważam Lily za moją mamę, a wiesz czemu? Ona widzi mnie całą! – warknęła Ginny i wskazała na swoje serce. – Nawet gdybym skończyła po tym wszystkim jako pokryty bliznami potwór, ona wciąż widziałaby prawdziwą mnie, akceptowała mnie taką i kochała mnie taką. Bo taka powinna być mama! – jej głos narastał, dążąc do epickiego wybuchu na koniec. Jednak powstrzymał ją łagodny, delikatny głos, którego mądrość zawsze przyjmowała:

- I co bym ci powiedziała w tej sytuacji? – spytała Lily, kładąc dłoń uspokajającym gestem na ramieniu Ginny. Starała się trzymać dystans, ale zamierzała zaoferować radę. Ginny spojrzała Lily w oczy i jej ramiona opadły.

- Że szczerze żałująca osoba może odkupić wszystkie winy – odpowiedziała Ginny. Zeszło z niej powietrze. Jej gniew był usprawiedliwiony, ale samolubny. Widziała niepokój w oczach ojca i braci. Nie chodziło tylko o nią, była członkiem dwóch rodzin. – Dobrze, spróbuję. Ale nie dla ciebie i na pewno nie dla siebie. Zrobię to dla tych, którzy kochają nas obie.

- Dziękuję. Nie mogłabym prosić o więcej. Już nigdy cię nie zawiodę – zapewniła Molly z wdzięcznością. Będzie musiała przejść długą drogę, żeby odzyskać zaufanie córki, ale przejdzie ją niezależnie od trudów, jeśli na jej końcu będzie Ginny. W międzyczasie jej córka miała Lily. Ku zaskoczeniu Molly ta, myśl wywołała w niej nie zazdrość, a wdzięczność.

- Zobaczymy. Na razie daj mi czas. Porozmawiamy, kiedy będę gotowa – zdecydowała Ginny. Pospiesznie odeszła, by odzyskać zimną krew i sprawdzić co z Billem.

Teraz Molly musiała się pogodzić z bliźniakami. Zrozumiała, że wybory jej synów są właśnie tym, ich wyborem. Czy się z nimi zgadzała czy nie, zamierzała je szanować. Molly wiedziała, że dziewczyna u boku George'a była Ślizgonką, a goblińska przyjaciółka Freda uratowała jej życie. Nie mogła przecież mieć jej tego za złe. Zamiast tego Molly postanowiła przyjąć zmiany wokół niej. Niechętnie to przyznawała, ale czasami zmiany były dobre. Z tą myślą Molly ruszyła ku swojej rodzinie, by zbudować na nowo spalone mosty.


- Szczeniaczku, jak ci się udało sprzątnąć Greybacka i przeciągnąć jego watahę na naszą stronę? – spytał z dumą Syriusz. James stał obok swojego starego przyjaciela i uśmiechał się z dumą do swojego syna.

- Kiedy wyrwałem serce ich alfy okazali się bardziej skłonni do słuchania głosu rozsądku. Zaoferowałem im wsparcie bloku Blacków-Potterów w regulacjach ich dotyczących w Wizengamocie. Pomogła też obietnica darmowego Wywaru Tojadowego i wolnych terenów, na których będą mogli biegać w czasie pełni.

- Jesteś lepszym Lordem niż ja kiedykolwiek byłem – stwierdził James z szacunkiem.

- Bez Remusa by mi się nie udało – wyznał szczerze Harry, ale za chwilę pożałował słów wypowiedzianych tuż obok pewnej auror.

- Co? – sapnęła Tonks, Po rozmowie z Jamesem wiedziała już, że jej mąż nie wróci, ale to nie znaczy, że przestała o tym marzyć. Harry skierował na nią spojrzenie pełne smutku i poczucia winy. Jego ostatnie słowa do Remusa nie były zbyt miłe. Tonks natychmiast zrozumiała o co chodzi. – Harry, nie waż się! Wybaczył ci w chwili, kiedy to powiedziałeś. Gdyby tylko mógł, wziąłby na siebie cały twój ból. Byłeś dla niego jak syn – zapewniła Tonks, podchodząc do niego. Ujęła jego wielkie dłonie w swoje drobne ręce. Zamrugał, żeby pozbyć się łez, ale to ona musiała je otrzeć. To sprawiło, że Harry się rozkleił.

- Uratował mnie, Nimfuś – wydusił Harry. Tonks otoczyła go ramionami. Harry odwzajemnił ten gest. Otrzymała tyle pociechy, ile sama dawała. Po kilku chwilach odsunęli się od siebie, znacznie spokojniejsi niż przed momentem. – Już prawie się poddałem, a on wrócił i powiedział mi jak wybrać. Wiem, że to niemożliwe, ale zobaczyłem go i usłyszałem jego głos. Był jakby mgłą.

- Jak to możliwe? – spisał Syriusz.

- To cudowna moc bogini Marrigu. Często wysyła wskazówki tym, którzy mają otwarty umysł i których uzna za godnych – wyjaśniła Sasha.

- Ale ja zobaczyłam Fleur? – wyraziła wątpliwości Emma.

- Maleńka, nie można tak po prostu pogawędzić z boginią. Ona wysyła emisariuszy z krainy śmierci. Dwóch, którzy bardzo chcieli pomóc – kontynuowała matriarchini.

- To sporo wyjaśnia, chociaż odkąd się ostatnio widziałyśmy odzyskałaś co nieco – zauważyła Lily, wskazując na jej skrzydła i ogon. Harry spojrzał Sashy w oczy. Było w nim wiele radości, ale i wszechogarniającego poczucia winy, które wymagało jej pilnej interwencji.

- Niech Maleńka opowie tę historię. Bowiem bez niej nie byłabym nawet wśród żywych, a co dopiero w pełnej postaci – odparła Sasha, nie odwracając wzroku od Harry'ego. Wskazała głową na bok, a Harry potaknął. Dwoje ex-kochanków dyskretnie wyszło, podczas gdy pozostali skierowali uwagę na Emmę.

Kiedy odeszli poza zasięg słuchu, Sasha przemówiła:

- Nie zamierzam tego słuchać. Toczyliśmy wojnę, a ja dostałam się do niewoli. Nie pozwolę ci się za to obwiniać.

- To ja cię wysłałem na ten cmentarz – zaoponował Harry.

- Mogłam odmówić, ale nie odmówiłam. Moje czyny, czy raczej ich brak, doprowadziły do tego, że wpadłam w niewolę i wszystkiego co nastąpiło później – zauważyła Sasha, gładząc go po policzku jak zwykle, gdy był zdenerwowany. Kontakt był delikatny i upewnił go, że nie ma mu niczego za złe. Jednak poprawiło to jego humor tylko odrobinę.

- Skrzywdzili cię przeze mnie – nie ustępował Harry, a słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Wstyd go ogarniał i groził wybuchem. Sasha ujęła mocno jego twarz w dłonie i ściągnęła w dół, aż prawie zetknęli się nosami.

- Oni, nie ty. Tak jak oni użyli mojego ciała, by dokonać na ciebie zamachu. Winisz mnie za ich czyny? – spytała Sasha. Jej zmysł empatii wyczuł w nim zmianę. Harry był czasem aż zbyt szlachetny i uparty, ale na pewno nie głupi.

- Nie – sapnął, uznając porażkę. Nie chciał się z nią kłócić. Czuł ogromną ulgę, że była cała i zdrowa. Może jednak sprawiedliwość nie była tak ślepa, jak się wydawało?

- Harry, przyszedłeś po mnie. Wyrąbałeś sobie przejście przez watahę wilkołaków w znoju i krwi. Jaki szaleniec by to zrobił? Mój Obrońca, ot kto! Dotrzymałeś słowa i obowiązku z honorem. Zawsze byłeś i dalej jesteś moim bohaterem, Harry Jamesie Potterze – zakończyła Sasha i obdarzyła go spojrzeniem, które jasno powiedziało, że w innej sytuacji okazywałaby z radością swoją radość przez kilka najbliższych godzin na swój sposób. – Miło wiedzieć, że dalej mogę sprawić, że się zarumienisz – zachichotała bezwstydnie.

- Na to wygląda – przyznał Harry, a ona żartobliwie smagnęła go ogonem po tyłku. – Jak za dawnych dobrych czasów. To dalej boli, jakbyś chciała wiedzieć.

- Z tego co pamiętam, tak ci się podoba – zażartowała. Uśmiechnął się w odpowiedzi, ignorując ból, zadowolony że tragiczne przejścia nie zniszczyły jej ducha. Ogarnął spojrzeniem strzępy jej niegdyś eleganckiej sukni i niewolniczą obrożę na szyi. Najbardziej ubodły go słowa na niej wygrawerowane.

- Nie ma, kurwa, mowy – warknął Harry i chwycił obrożę. Nie miała wyraźnego łączenia i zapewne dlatego Sasha jeszcze jej nie zerwała. Harry czuł czarną magię, zaciskającą paskudny przedmiot na szyi, ale nie na darmo był Huncwotem. Siłą wtłoczył swoją magię w obrożę. Moc zamykająca była silna, ale jego potęga i determinacja silniejsze. Po kilku minutach obroża zniknęła.

Sasha westchnęła głęboko i potarła szyję, szczęśliwa, że uwolniła się od tego paskudztwa.

- Dziękuję.


Dumbledore obudził się w opuszczonym Hogwarcie. Natychmiast zorientował się, że to forteca jego umysłu, jednak w jakiś sposób wydawała mu się odmienna. Nie przypadkiem wybrał ten budynek do obrony umysłu. Spędził lata umacniając osłony, by uczynić je nieprzeniknionymi. W swojej arogancji wybrał konkretne osłony i to okazało się jego zgubą. Potter i Black przedostali się przez osłony Hogwartu, a on wzorował defensywę swojego umysłu właśnie na nich.

Poczuł ukłucie strachu i sprawdził osłony, szukając jakichkolwiek znaków ich osłabienia. Nie znalazł żadnych, ale wciąż czuł się niepewnie. Coś mu się nie zgadzało. Pospiesznie podążył do Wielkiej Sali, swojego sanktuarium, w którym czuł się najbezpieczniej.

- POTTER, CO DO CHOLERY ROBISZ NA MOIM KRZEŚLE! – rozdarł się Albus, gdy tylko wszedł do Wielkiej Sali. Harry siedział z nogami na stole.

- Al, czas najwyższy, żebyś przywlókł tu swoje dupsko. Imponująca obrona, muszę przyznać, ale jednak do przejścia – odpowiedział Harry, nie ruszając się z miejsca. Najwyraźniej w ogóle nie przejmował się zbliżającym się do niego rozwścieczonym czarodziejem.

- Najwyraźniej, ale to mój umysł i tutaj ja rządzę niepodzielnie, chłopcze! – zaryczał Albus i wyciągnął rękę. Oczekiwał, że magia bezróżdżkowa nauczy Pottera pokory, ale w jej miejscu była pustka.

- Wydawałoby się, że połapiesz się, że nie zamierzam grać według twoich zasad – zakpił Harry i przeskoczył nad stołem nauczycielskim. – Masz bardzo logiczny umysł, starcze. To twoja największa siła, ale i ostateczna słabość. Nie czujesz się dobrze w chaosie. Ja wręcz przeciwnie – wyjaśniał Harry, jakby mówił do dziecka. Potem Albus usłyszał warkot. Brzmiał, jakby dochodził zewsząd. Rozejrzał się i ujrzał niezliczone zielone ślepia, lśniące w każdym kącie pomieszczenia.

- Coś ty zrobił? – spyta Albus.

- Słyszałeś kiedyś o trzeciej zasadzie dynamiki Newtona? – spytał Harry, zbliżając się.

- Jakiś mugolski naukowiec.

- Mnij więcej. Fizyk.

- Tak, coś że każda akcja powoduje równie silną, przeciwną reakcję – odpowiedział zirytowany Albus.

- Zapamiętaj to sobie, Al. Dobrze zapamiętaj – powiedział Harry, po czym mrugnął i wtopił się w cień. Ostrzeżenie było jasne. Ogniste mrówki, które napotkał, gdy wszedł w umysł Pottera, udowodniły, że to, co dzieje się tu, dzieje się też na zewnątrz. Potter mógł wywołać u niego wylew lub sprawić, że te stwory przeprowadzą lobotomię i żaden uzdrowiciel w prawdziwym świecie nie zorientuje się, co się stało. Tak czy inaczej Dumbledore musiał przełknąć nawarzonego eliksiru. Nieważne jak byłby gorzki.


- James, czas na ciebie – oznajmił głos z przeszłości. Lily westchnęła najgłośniej z tych, którzy znali tę osobę. Przed Jamesem stała jego matka, Dorea Potter. Przyjęła niemal solidną postać dzięki magii Gniazda Huncwotów. Kilka osób wyciągnęło różdżki, ale Sasha podeszła do niej i klęknęła, schylając głowę.

- Bogini Marrigu, twoja obecność to zaszczyt. Czy ten mężczyzna nie zasłużył na druga szansę? – błagała.

- To nie jest przedmiotem dyskusji, Córo Księżyca. Jego czyny pomogły przywrócić równowagę między krainami żywych i zmarłych. Czarodziej zrodzony jako Tom Riddle spowodował wiele szkód w obu światach. Jednakowoż równowaga nie została w pełni przywrócona. A musi się to wydarzyć, jeśli oba światy mają wreszcie się uzdrowić – Dorea mówiła spokojnym, pewnym głosem, bez śladu złośliwości. Jednak Lily chwyciła męża za rękę. Nie chciała go wypuścić. Emma znalazła się u boku Jamesa, podczas gdy Syriusz zasłonił go własnym ciałem. Poczuł na ramieniu stanowczą dłoń i instynktownie wiedział, że należy do jego najlepszego przyjaciela. Dwaj starzy przyjaciele wymienili spojrzenia, które tylko bracia mogą zrozumieć.

- James, kurwa! To jest twój czas, ja zapłacę cholerną cenę – warknął Syriusz.

- Twoje przeznaczenie to rodzina z Gabriellą. I tak już wiele dla mnie poświęciłeś – sprzeciwił się James zadziwiająco spokojnym tonem.

- A więc walczymy o prawo do życia, bracie.

- Łapo, z boginią nie wygramy. Wierz mi, próbowałem – zapewnił James i wyszedł, by spotkać swój los. Lily ruszyła za nim, ale Syriusz z trudem ją przytrzymał. Nie zgadzał się z przyjacielem, ale zamierzał uszanować jego decyzję.

- Oddaj Insygnia, Jamesie Potterze, a przekonamy się, czy Los uznał cię za godnego – rzekła postać jego matki, a James poczuł, jak zamiera mu serce. Miał nadzieję, że posiadanie artefaktów pozwoli mu tym razem oszukać śmierć. – Czy sądziłeś, że bycie Panem Śmierci zwalnia cię od jej mocy?

- Tak jakby miałem nadzieję – przyznał James i niechętnie złożył u jej stóp pelerynę swojego ojca, a następnie świeżo pozyskaną różdżkę. Wziął głęboki oddech, bowiem nadszedł moment, którego obawiał się od chwili powrotu. W głębi serca sądził, że tylko pierścień utrzymywał go przy życiu. Jednak James Potter był Gryfonem do szpiku kości. Chciał po raz ostatni spojrzeć na Lily, ale wiedział, że odebrałoby mu to resztki odwagi, by uczynić to, co uczynić powinien. Severus Snape patrzył na to wszystko z nowym szacunkiem dla starego wroga. Potem zerknął na Lily i rozpacz na jej pięknej twarzy złamała mu serce.

Nikt nie był bardziej zaskoczony od Jamesa, gdy pierścień wylądował na ziemi, zawirował na kilka sekund i zatrzymał się, a on wciąż stał w tym samym miejscu. Lily wyrwała się z rąk Syriusza i objęła Jamesa od tyłu.

- Widzicie! On tu dalej jest! Nie możesz go zabrać!

- Wygląda na to, Lily Potter, że Insygnia zgadzają się z tobą. Niemniej równowaga musi zostać przywrócona, więc wciąż potrzebuję duszy – zgodził się mistyczny głos Marrigu.

- A więc ją otrzymasz – wtrącił się Severus Snape, stojąc na dygoczących nogach. – Jeśli potrzebujesz tylko duszy, moja powinna wystarczyć. Może być mroczna i zepsuta, ale chyba dalej się liczy.

- Zrobiłbyś to dla mnie, Snape? – spytał James. Nie mógł uwierzyć, że jego stary wróg złoży tak hojną ofertę.

- Dla ciebie Potter absolutnie nie, ale dla Lily jestem gotów zmierzyć się z nicością – odparł Severus, nie spuszczając oka z kobiety, którą kochał od dziecka.

- Severusie? – wyszeptała Lily drżącym głosem. Podeszła do swojego przyjaciela z dzieciństwa i spojrzała mu głęboko w oczy, szukając jakiegoś śladu fałszu. Jednak odkryła w nich chłopca, którego kiedyś znała, nie mężczyznę, którym się stał.

- Lily, nie przeżyłabyś drugiej takiej straty. Mogę go nienawidzić, ale nawet ja wiem, że nie pozwoliłby komuś innemu zająć swojego miejsca. Moje czyny odebrały ci męża, a twojemu synowi ojca. Pozwól mi na odkupienie win. Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Przepraszam, że nie byłem tym, kogo potrzebowałaś – wyznał Severus, ujmując jej dłonie. Wyciągnęła je, a zamiast tego uściskała go, kryjąc twarz na jego piersi.

- Och, Sewi – załkała Lily. Poczuła, jak obejmuje ją mocno. Poczuła, jak wraca stare poczucie przyjaźni. Zniknęły wszystkie negatywne wspomnienia, a te wspaniałe z dzieciństwa owinęły ją jak komfortowy koc.

- Długo czekałem, żebyś znów tak do mnie powiedziała. Kochałem cię od chwili, gdy zobaczyłem cię w tamtym parku. Po prostu nie byłem wystarczająco odważny, żeby ci to powiedzieć – wyznał Severus Snape, okazując przy tym emocje, które tylko Lily była zdolna w nim wywołać.

- Byłeś moim pierwszym przyjacielem i ja również cię kochałam. Tylko nie była to taka sama miłość. Przykro mi, że nie byłam kobietą, której potrzebowałeś – odpowiedziała w jego pierś.

- Bardzo za tobą tęskniłem – wykrztusił Severus. Może nie było to to, czego chciał od życia, ale wystarczająco, a na pewno więcej niż zasłużył.

- Ja też – wyszeptała Lily i pragnęła, by ta chwila się nie kończyła.

- Tak więc postanowiliście? – spytała postać Dorei. Severus i Lily powoli odsunęli się od siebie. Otarł jej łzy i potwierdził skinieniem głowy. Dorea Potter jedynie dotknęła jego ramienia i ciało osunęło się bezwładnie. James i Syriusz rzucili się naprzód i złapali je, nim upadło na ziemię. Unieśli go i złożyli obok Remusa. Nie przepadali za sobą za życie, ale umarł z honorem i zasłużył na ich szacunek.


Jeszcze przed obiadem cały Czarodziejski Świat dowiedział się, że Voldemort nie żyje i stało się to na Błoniach Hogwartu. Lekcje zostały odwołane, by uczniowie mogli wysłać sowy do rodziców z informacją, że są bezpieczni. Nie powstrzymało to dorosłych przed przybyciem i sprawdzeniem tego na własne oczy. Niestety nie wszystkie rodziny pozostały nietknięte. Niektóre listy do domów wróciły nieotwarte, a uczniowie pogrążali się w rozpaczy. Lily i Minerva spędziły większość dnia pocieszając załamaną młodzież, a na Błoniach i w zamku rozbrzmiewała anielska muzyka młodych sukkubów.

Profesor Sprout przeprowadziła długą i szczegółową rozmowę z Cissy i Adamem. Potwierdziła swoje podejrzenia. Adam rzeczywiście był druidem, jednak jeszcze bardziej zdumiewającą nowiną było, że Wierzba Bijąca albo Wally, jak nazywał ją Adam, była całkiem przyjacielska. Za namową Adama niezwykłe drzewo huśtało uczniów na swoich gałęziach w rytm „Wally, Wierzba Bijąca", skandowanego przez Bliźniaków Weasleyów. Długa kolejka do tej atrakcji składała się tak z pierwszaków jak z siódmoroczniaków, a przejażdżki poprawiły nieco humory po trudnościach poprzedniej nocy.

Dopiero następnego dnia zauważono brak niektórych uczniów. Wielu lojalnych wobec Voldemorta wybrało ucieczkę za granicę z rodzinami. Tylko jedno nazwisko przyciągało uwagę. Nigdzie nie było Romildy Vane. Kiedy odkryto, że jej młodszy brat został więźniem Śmierciożerców, wielu uznało ją za szpiega, który ukrył się w obawie o własne bezpieczeństwo. Kilkoro uczniów zeznało, że widziało, jak rozmawiała na osobności z Pansy Parkinson. Draco wyznał, że Pansy miała szpiega w Domu Gryffindora, ale nigdy nie powiedziała kogo. Wszyscy założyli, że na tym koniec zagadki, ale mylili się. Głęboko w podziemiach Hogwartu w Komnacie Tajemnic spoczywały dwie martwe dziewczyny i nienarodzone dziecko. Gdy Nevimort poległ, węże w Komnacie zwróciły się przeciw nim. Taki los stał się udziałem wielu służącym Czarnemu Panu.

Madame Bones wróciła z aurorami, uzdrowicielami i urzędnikami Ministerstwa. Każdy z nich miał swoje zadania. Każdego z nich zaskoczyło to, co znaleźli w szkole. Kiedy do Świętego Munga dotarła wieść, że sukkuby uzdrawiają rannych wysłanych do Hogwartu, sam Naczelny Uzdrowiciel wybrał się ze szpitala, by ujrzeć to na własne oczy. Po rozmowie z Sashą odkrył, że magia sukkubów jest niezwykle skuteczna przeciwko mrocznym klątwom. Matriarchini wysłała z nim kilka swoich sióstr, by udzieliły wszelkiej niezbędnej pomocy w szpitalu. Ci, których uzdrowiły tego dnia, zapamiętali sukkuby zupełnie inaczej niż w przeszłości i mówili o nich w zupełnie innych słowach. Wyglądało na to, że sytuacja wreszcie odwraca się na korzyść dla ludu Sashy.

Syriusz i James długo rozmawiali z urzędnikami o stworzeniach z Zakazanego Lasu, Klanie Desory i wilkołakach oraz o ich roli w pokonaniu Voldemorta. Przez pewien czas ministerstwo badało powrót Jamesa z martwych. Udawał nieświadomego motywów i czynów Voldemorta, a jednocześnie, z pomocą Gaby, unikał pytań odnoszących się wprost do jego powrotu. Zgodził się jednak udać do Świętego Munga w celu sprawdzenia, czy nie pozostały w nim jakieś ślady czarnej magii. Kiedy tylko Ministerstwo się upewni, James miał otrzymać z powrotem wszystkie swoje prawa, poza tytułem Lorda Pottera. To jednak nie przeszkadzało mu specjalnie. Planował ubiegać się o wakującą posadę nauczyciela transmutacji w Hogwarcie. Minnie będzie miała masę roboty jako nowa dyrektorka.

Madame Bones spodziewała się znacznie silniejszego oporu ze strony Dumbledore'a, gdy przyszła go aresztować, nawet biorąc pod uwagę, że Fawkes był jedynie pisklęciem, a Moody nie żył. Tonks miała rację, informując aurorów o dniu spalenia feniksa. Alastor, przy wszystkich jego wadach i paranoi, zginął z honorem jak na wojownika przystało. Został sam z całego oddziału, jednak zdołał zdjąć trzydziestu Śmierciożerców przy użyciu Reducto Maxima i uratował wioskę mugoli, których Śmierciożercy planowali zamordować za sam fakt istnienia.

Tonks już na nią czekała. Zdążyła zacisnąć Kajdany Antymagiczne na nadgarstkach starego i załamanego czarodzieja. Odczytała mu zarzuty i aresztowała Dumbledore'a. Gdy wyprowadzali go ze skrzydła szpitalnego, Amelia mogłaby przysiąc, że czuje jakąś obecność w ciemnym kącie, jednak nie dojrzała tam niczego poza cieniami. Na wszelki wypadek skinęła im głową. Do granic szkoły szli powoli, świadomi spoczywających na nich oczu uczniów i pracowników Hogwartu. Jednak mało kto żałował swojego byłego dyrektora.

Ginny z satysfakcją obserwowała to z Wieży Astronomicznej. Poczuła go za sobą, a ramiona Harry'ego owinęły się wokół niej. Wtuliła się mocno w niego, a jego usta pocałowały jej szyję i skubnęły ucho.

- Nie przestawaj, panie Potter, a może doczekasz się dzisiaj bardzo przyjemnego końca – jęknęła Ginny, odchylając głowę, by umożliwić mu lepszy dostęp.

- Może? – wymruczał Harry, skubiąc jej czułe miejsce.

- Siad, chłopcze. Zaciągnij na moment ręczny, bo mam kilka pytań – ostrzegła i lekko uderzyła jedną z błądzących po jej ciele dłoni. Wiedziała dokąd to zmierza, a Harry był w tym zbyt dobry, by mogła mu się zbyt długo oprzeć.

- Czyżbyś mówiła po mugolsku? A więc przeszłaś już kompletnie na Ciemną Stronę Mocy. Tańcz dla mnie, moja piękna – kontynuował Harry głosem, który Ginny rozpoznała jako antagonistę z filmu, który ostatnio oglądali, jednocześnie kompletnie lekceważąc jej żartobliwe protesty przeciwko jego zalotom. Dzięki Cieniowi czuł, jak rośnie jej podniecenie. Nieuczciwe, zdecydowanie. Ginny odwróciła się i powoli przeciągnęła po nim palcem.

- Mam tańczyć nago? – spytała Ginny, unosząc brew i uśmiechając się uwodzicielsko.

- Absolutnie – odpowiedział Harry ochrypłym głosem i ruszył do przodu. Ginny pchnęła go w pierś i odsunęła od siebie.

- Najpierw odpowiedz na moje pytania – zażądała z uśmiechem, który przypomniał mu, że i ona ma swoje możliwości.

- I dlatego mówię na ciebie Flirciara – sapnął oburzony Harry, ale uniósł ręce na znak, że będzie się zachowywał.

- Mogę pogłaskać jakieś wrażliwe miejsce, gdy będę zadawała pytania. Pomoże ci to? – spytała współczująco.

- Serio?

- Nie.

- Szlag! Nie mogę uwierzyć, że dałem się zrobić – zaklął Harry, ale uśmiechnął się. To była jedna z rzeczy, jakie w niej kochał. Potrafiła się odgryźć. Potrząsnął głową ze śmiechem. – Dobrze rozegrane, moja pani, a teraz pytaj.

- Dumbledore ucieknie, prawda? – spytała zmartwiona. Wiedziała, że gdy Kajdany Antymagiczne opadną, starzec umknie z Azkabanu. – Jest potężny i zna magię bezróżdżkową. Byłam głupia, myśląc, że można go w ogóle zamknąć w więzieniu. Moja duma wymagała, żeby ujawnić jego zbrodnie i zrujnować reputację. Ale on w końcu przyjdzie szukać zemsty. Nie chcę żebyś ty, nasze dzieci albo dalsi potomkowie musieli cierpieć za moje błędy.

Ten lęk dręczył Ginny już od dłuższego czasu. Byli tak zajęci, że odsunęła go od siebie, ale teraz znów doszedł do głosu i musiała się z tym uporać. Nie, oboje musieli się z tym uporać. Nie chodziło już wyłącznie o nią. Miała u boku dobrego mężczyznę, swojego kochanka i partnera. Nigdy już nie będzie sama. Jakby w odpowiedzi na te myśli Harry stanowczo lecz delikatnie uniósł jej brodę, by spojrzeć jej w oczy.

- Czy wyglądam na faceta, który pozwoliłby Dumbledore'owi odejść bez zabezpieczenia przyszłości kobiety, którą kocham i naszej przyszłej rodziny? – spytał. W jego oczach nie było cienia wątpliwości i Ginny poczuła, jak jej lęk się rozwiewa.

- Byłaś niegrzeczny? – Ginny raczej go pochwaliła niż zganiła. Nie wiedziała co on zrobił i nie była pewna czy chce wiedzieć. Cieszyła się po prostu, że ma mężczyznę, który zrobi co niezbędne, żeby ją ochronić.

- Byłem Huncwotem – powiedział Harry i machnął różdżką w stronę schodów w kilku skomplikowanych wzorach. Zaklęcie zapewni młodym kochankom spokój. Za przewodem swojego partnera Ginny wyczarowała bezprzewodowe radio i rozbrzmiała wolna piosenka. Z nadzieją wypełniającą jej serce objęła mężczyznę, który tak kompletnie skradł jej duszę. Mroczna przeszłość pozostała za nią a przed nią rozciągała się radosna przyszłość. A w niej smutki i radości. Takie było życie i Ginny wiedziała, że stawi mu czoła z Harrym u boku. Ale na razie przyszłość musiała poczekać, bo tej nocy…o tak, tej nocy będą nagie tańce.

KONIEC


Od tłumacza: Dzięki wielkie wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom. Trochę to trwało, ale dobrnęliśmy do końca :) Mam nadzieję, że wybaczycie ten czas oczekiwania na nowe rozdziały.

Na razie robię sobie przerwę od tłumaczenia, co nie znaczy, że do tego nie wrócę. Na wszelki wypadek zasubskrybujcie powiadomienia od autora, możecie to zrobić pod rozdziałem.

Na koniec jeszcze raz dziękuję Shaunee Altmann za współpracę przy tym tekście. Dzięki niej musieliście oglądać znacznie mniej literówek, a za wszystkie błędy odpowiadam ja i tylko ja :)