Rozdział 2
Listopad 2003 roku
Spotkanie Lisy było tylko zwykłym łutem szczęścia, za który w późniejszym czasie dziękował wszystkim znanym sobie bóstwom. Był w takim stanie, że jeszcze tydzień – może dwa – i dziewczyna mogłaby ewentualnie pomóc zorganizować jego pogrzeb. A jednak los chciał, że Lisa Hallett akurat tamtego dnia przechodziła przez akurat tamten park, w którym leżał nieprzytomny i pobity. A jej wrodzona empatia zrobiła resztę.
Możliwe również, że los miał coś wspólnego z faktem, iż jego lekarzem został Mark Carter, dla którego z biegiem czasu stał się niemal synem, i który trzy lata później dołączył do Torchwood Jeden.
Rzadko wracał myślami do czasów sprzed spotkania Lisy. Żyć zaczął – tak naprawdę – dopiero w tamtym szpitalu, gdy otworzył oczy, zobaczył jej delikatny uśmiech i usłyszał tylko cztery słowa. Cztery, słowa, które wszystko zaczęły.
„Napędziłeś mi niezłego strachu."
Jedyna rzecz, na jaką było go stać, to wlepienie w nią otępiałego spojrzenia. Od razu wiedział, że próba wyartykułowania czegoś sensownego nie przyniesie większego rezultatu, zwłaszcza, że jego gardło zdawało się płonąć z bólu.
— Lepiej zawołam pielęgniarkę — powiedziała zmartwionym tonem.
Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Doktor Carter bardzo dosadnie wytłumaczył mu, do jakiego stanu doprowadził swój organizm, i nie dając mu wyjaśnić, że sytuacja ta była jednorazowa i na ogół nie kończy na ławce w parku, zmył mu głowę.
Kilka badań później i po zapewnieniu, że nie ruszy się ze szpitala przez następny tydzień, a może i dłużej, wróciła Lisa. Nim jednak zdążył zacząć jej dziękować, ta machnęła zbywająco ręką.
— Ktoś mi bliski brał narkotyki i również skończył na ławce w jakimś parku. Ale jemu nikt nie pomógł. Ciężko jest mi przechodzić obojętnie obok ludzi, którzy potrzebują pomocy.
Spuścił spojrzenie, a dosłownie sekundę później dziewczyna chwyciła go za rękę.
— Wiem, że to nie przez narkotyki skończyłeś na tej ławce – nie wyglądasz na narkomana. Weź się w garść, póki nie jest za późno. Poproś rodziców o pomoc, zamiast szlajać się po mieście bez dachu nad głową. Doktor Carter jest przyjacielem mojego taty. Mówi, że na bank uciekłeś z domu i nie miałeś dokąd pójść. Przełknij dumę i idź do rodziców — poradziła, wpatrując się w niego intensywnie, tymi swoimi brązowymi oczami.
W tym momencie powinien się uśmiechnąć i skinąć głową. Powinien potwierdzić, że rozumie i zbyć ją. Powinien skłamać i za nic nie wiedział, czemu tego nie zrobił. Nie miał absolutnie żadnego pojęcia, dlaczego postanowił powiedzieć prawdę, choć przypuszczał, że mogły mieć z tym coś wspólnego jej piękne oczy. I serce, którego bicie wydało mu się nagle wyjątkowo głośne.
— Uciekłem rok temu. Miesiąc temu skończyłem osiemnaście lat. Moja mama nie żyje, a ojciec prędzej by mnie zabił, niż mi pomógł — powiedział ze złością i pod koniec odruchowo zacisnął zęby.
— A jakaś inna rodzina? — nalegała, wciąż trzymając jego dłoń, jakby naprawdę jej zależało.
Pokręcił tępo głową, wcale nie musząc rozważać tej opcji. Zrobił to już i tak zbyt wiele razy w ciągu ostatnich kilku lat. A o siostrze, z którą, podobnie jak z ojcem, nie widział się od ponad roku, nie musiała wiedzieć każda przypadkowo spotkana osoba – nawet taka, która uratowała mu życie. Zresztą to i tak nie naprawiłoby ich kontaktów. Wątpił, żeby cokolwiek było w stanie to zrobić. On i Rhiannon byli rodzeństwem już tylko na papierze.
— Nie mam innej rodziny.
Milczała przez moment, po czym wstała, łapiąc ze stolika torebkę i chłopak był pewien, że w końcu dała sobie spokój. Dopóki nie pochyliła się, by pocałować go w czoło.
— Wymyślę coś i wrócę jutro, obiecuję. A ty odpocznij, jasne?
Wciąż zaskoczony skinął głową jak w transie, na co ona uśmiechnęła się szeroko. Była już przy drzwiach, kiedy w ostatniej chwili odwróciła się w jego stronę.
— Swoją drogą, jestem Lisa. Lisa Hallett.
— Ianto Jones.
— Wiem. — Uśmiechnęła się po raz ostatni, po czym zniknęła za drzwiami, zostawiając go z mętlikiem w głowie.
Dopiero po kilku sekundach zdał sobie sprawę, iż wstrzymuje oddech. Natychmiast wypuścił powietrze z płuc. Stan jego organizmu, fatalne samopoczucie (które nie opuszczało go od miesięcy) i podwyższona temperatura nijak miały się do poczucia wstydu, jakiego się najadł – nie tylko przed pracownikami szpitala, ale i przed dziewczyną. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, co ta musiała sobie o nim myśleć, zwłaszcza, że ojciec zawsze powtarzał mu, iż bezdomni ludzie na ulicy, alkoholicy, narkomani – oni wszyscy sami zapracowali na swój los. A on, ku swojemu zawstydzeniu, przez jakiś czas naprawdę w to wierzył.
Kilka godzin później, podczas kolejnej bezsennej nocy, był już pewien jednej rzeczy. Przy Lisie jego serce, pierwszy raz od dawna, zabiło szybciej nie z powodu strachu.
Lisa nie kłamała i wróciła następnego dnia z gotowym planem i swoim nieodłączonym uśmiechem na twarzy – Ianto szybko dostrzegł w niej ten entuzjazm, którego pozbawiła go śmierć matki i późniejsze zachowanie ojca.
— Chciałam kupić ci coś do jedzenia, z doświadczenia wiem, jak karmią w szpitalach, ale doktor Carter mówi, że jesteś niedożywiony i musisz przestrzegać restrykcyjnej diety...
— Nie sądziłem, że wrócisz — przerwał, ignorując jej słowa.
Dopiero wtedy dziewczyna zdała sobie sprawę z jego nieufnego spojrzenia i napiętej postawy.
— Przecież obiecałam, że wrócę — odparła z najbardziej autentycznym zdziwieniem w głosie, jakie Ianto kiedykolwiek słyszał.
Mimo to prychnął głośno i spojrzał na nią, jak na wariatkę.
— Ludzie dużo obiecują.
Jego gorzki ton głosu ani trochę jej nie zraził. Wręcz przeciwnie, Lisa uśmiechnęła się jeszcze szerzej i usiadła na krześle dla odwiedzających.
— Ja to nie „ludzie". Jestem Lisa, pamiętasz? Po prostu Lisa.
Powiedziała to tak beztroskim tonem, że na krótką chwilę udzielił mu się jej optymizm, a kąciki ust drgnęły mu niemal niezauważalnie. Ona jednak to dostrzegła.
— Hej, ponury chłopcze! Czyżbym widziała uśmiech?
— Jestem pewien, że tylko ci się wydawało — odparł poważnie.
— O nie, nie, nie, Ianto Jones. Nie wymigasz się! Odkryłam twój sekret! Potrafisz się uśmiechać! Widzisz? — zawołała radośnie, gdy w końcu przegrał walkę z rozbawieniem.
Rozproszył ich dźwięk jej komórki. Wyjęła urządzenie z kieszeni płaszcza, który cały przemókł od ulewy za oknem. Dopiero teraz Ianto zdał sobie sprawę, że Lisa jest cała morka i szła do niego w taką pogodę, choć nie była mu absolutnie nic winna. To dziwne uczucie, podobne do wzruszenia, ścisnęło mu gardło.
— Wiadomość od taty, nic ważnego — mruknęła jakby sama do siebie, po czym odłożyła komórkę na malutki blat szafki nocnej. — To mi o czymś przypomniało. Mówiłam już, że doktor Carter jest przyjacielem mojego taty? Przyszedł wczoraj na kolację i rozmawiałam z nim o tobie. Nie rób takiej miny, ma o tobie całkiem dobre zdanie. Tak się składa, że w jego domu znajduje się wolny pokój, który może ci wynająć po naprawdę dobrej cenie.
— Lisa, ja nie mam...
— Pieniędzy, wiem. Ale pomyślałam o tym. U mnie w pracy szukają archiwistów. To żadna wielka praca, ale nieźle płacą, a ci dobrzy szybko zostają zauważeni. Sprawdziłam cię, Ianto, nie jesteś głupim chłopakiem. Ianto Jones, urodzony dziewiętnastego sierpnia 1984 roku. Wzorowy uczeń, nie poszedłeś na studia, ale szkołę skończyłeś z wyróżnieniem. Czekałeś z ucieczką, aż skończysz edukację, prawda?
— Myślałem, że to pomoże. Kiedy uciekałem z Cardiff, byłem pewien, że w Londynie znajdę pracę, że jakoś to będzie. A potem uderzyła we mnie rzeczywistość.
— Torchwood daje młodym ludziom szansę, Ianto, pracuję tam od dwóch lat i jestem bardzo zadowolona. Nawet doktor Carter rozważa pracę tam.
— Dlaczego właściwie mi pomagasz — zapytał nagle. — W ogóle mnie nie znasz, nie wiesz, czy jestem tego wart, czy tego nie zawalę.
— Taka już jestem. — Wzruszyła ramionami. — Ludzki odruch, Ianto.
— Litość? — zakpił, marszcząc brwi.
— Raczej człowieczeństwo. Zasługujesz na szansę, jak każdy. To twoja sprawa, czy ją wykorzystasz, choć mam nadzieję, że zrobisz to w stu procentach.
Grudzień 2004 roku
Rok później wszystko miało się inaczej. Wciąż był nieco wycofanym, nieśmiałym chłopakiem, lecz, pierwszy raz od dawna, naprawdę cieszył się życiem. Praca w Torchwood, ludzie, których poznał, Lisa, doktor Carter (do którego wciąż nie potrafił mówić po imieniu, choć ten tyle razy mu to proponował) – to wszystko zmieniło go nie do poznania. Patrząc w lustro miał wrażenie, że z każdym dniem czuje coraz mniejsze obrzydzenie do siebie, jakie wpoił mu ojciec. To chyba była największa zmiana. Brak kontaktu z ojcem tyranem i stabilny tryb życia obudziły w nim ukrytą chęć życia. Wciąż dręczyły go koszmary, wciąż nienaturalnie stronił od jakiegokolwiek kontaktu fizycznego i nawet najbliższych przyjaciół trzymał na dystans (w tym i Lisę). Jednak wszystko powoli się zmieniało. Między innymi jego relacje z panną Hallett.
To był zimny grudniowy wieczór – pamiętał to doskonale, bo w późniejszym czasie niezwykle często wracał myślami do tego wspomnienia. Umówili się w parku, przy olbrzymiej choince, którą, ze względu na jej niemal ekstrawagancką wielkość i przyozdobienie, nie sposób było przeoczyć. Jak zawsze pocałowała go na powitanie w policzek, a po roku z nią spędzonym, nie miał już nic przeciwko. Zmarszczył za to brwi na jej cienki strój.
— Czyś ty zwariowała? — zapytał, natychmiast zdejmując płaszcz i zarzucając go jej na ramiona. — Wychodzić w taką pogodę bez płaszcza? Chcesz się nabawić zapalenia płuc?
Uśmiechnęła się do niego uspokajająco, jak zawsze, kiedy robił jej wykłady na temat zdrowia.
— Wylałam na siebie kawę, kiedy wychodziłam z kawiarni. Zaniosłam płaszcz do pralni, ale nie miałam czasu wrócić do domu po jakąś kurtkę. — Wzruszyła ramionami, jednak spojrzała na niego z wdzięcznością i naciągnęła jego płaszcz mocniej na zmarznięte ramiona, dyskretnie wdychając zapach jego perfum.
— Rozchorujesz się przed samymi świętami — stwierdził, kiedy ruszyli przez park, prawie nieświadomie łapiąc się za dłonie.
— Prędzej ty, aktualnie to ja mam twój płaszcz — zauważyła. — Chodź, znam niedaleko świetną czekoladziarnię, oboje się rozgrzejemy. — Pociągnęła go w stronę wyjścia z parku. — A skoro już jesteśmy przy świętach, to masz jakieś konkretne plany?
Tym razem to on wzruszył ramionami.
— Pewnie posiedzę przy papierach, żeby po powrocie do pracy nie mieć masy roboty — stwierdził obojętnie.
Od dawna nie obchodził świąt i niespecjalnie rozmyślał o tym, jak spędzi je w tym roku.
— Mama kazała cię zaprosić do nas. Koniecznie chce cię poznać.
Wsadził jedną rękę do kieszeni, po czym posłał jej dziwne spojrzenie.
— To rodzinne święto — odparł po chwili, odwracając wzrok.
— Przyjdzie też doktor Carter. Jest dosyć samotny, odkąd się wyprowadziłeś. Wiesz, że będzie przeszczęśliwy, kiedy cię zobaczy. Tata też chciałby cię poznać. Dużo im o tobie opowiadałam, są ciekawi człowieka, z którym ich córka spędza każdą wolną chwilę.
— Lisa, ja nie mogę...
Zaszła mu drogę, tak, że musiał się zatrzymać i nim zdążył dokończyć swoją wypowiedzieć, położyła mu palec na ustach.
— Chcę, żebyś przyszedł — powiedziała stanowczo.
Ich twarze powoli zbliżały się do siebie, aż w końcu mógł poczuć jej oddech na swoich ustach. Wyciągnął rękę z kieszeni i położył ją delikatnie na jej plecach, przyciągając dziewczynę bliżej siebie. Po kilku sekundach wahania i niepewności, które zdawały się być wiecznością, ich usta zetknęły się ze sobą w niezgrabnym pocałunku, który niemal natychmiast przerwał, odskakując od niej, jak oparzony.
— O Boże, Lisa, przepraszam, nie wiem co mnie naszło... — powiedział tak szybko, że nie był pewien, czy dziewczyna cokolwiek zrozumiała.
Nim zdążył się zorientować, co się dokładnie dzieje, Lisa chwyciła mocno jego koszulę i bez żadnych ceregieli wpiła się w jego usta. Tym razem pocałunek trwał znacznie dłużej i był o wiele bardziej namiętny. Oderwali się od siebie dopiero, kiedy zabrakło im tchu.
— Nie przepraszaj — powiedziała cicho, z trudem łapiąc oddech. — Podobało mi się.
Ostatecznie święta spędzili z rodzicami Lisy, będąc już oficjalnie parą. John i Janet Hallett byli prostymi, życzliwymi ludźmi, którzy szybko go zaakceptowali i chociaż wylewność kobiety często wprawiała Ianto w zakłopotanie, to chłopak uwielbiał czas spędzony z rodziną swojej nowej dziewczyny. W tym roku na Boże Narodzenie zjechała się cała rodzina i kilkoro bliższych przyjaciół. Atmosfera była niesamowita; taka, jakiej chłopak nie zaznał od wielu lat.
Wieczorem, już po kolacji, wyszedł razem z Lisą i jej ośmioletnią kuzynką do ogrodu, ulegając naleganiom małej, by pomóc jej ulepić bałwana. Pamiętał doskonale, że w dzieciństwie, jeszcze za życia jego matki, ubóstwiał zabawy w śniegu. A sama Lisa zdawała się wręcz przepadać za dziećmi, więc jak mógł jej odmówić? Ann, bo tak miała na imię dziewczynka, okazała się prawdziwym wulkanem energii i kiedy on i Lisa wrócili ledwie żywi, cali przemoczeni i padnięci, mała poleciała do swoich rodziców, prosząc o wspólne śpiewanie kolęd. Ostatecznie pomysł podchwyciła pani Hallett i ci, którzy mimo późnej pory jeszcze nie pojechali do domu, zostali zmuszeni do kolędowania. Ianto nie miał nic przeciwko i właściwie całkiem nieźle się przy tym bawił, mimo że żadne z nich nie było szczególnie utalentowane wokalnie (choć Lisa zawsze powtarzała, że ma naprawdę przyjemny głos i wspaniale się go słucha).
— Nigdzie was nie puszczę o tej godzinie! — zawołała z oburzeniem mama Lisy, kiedy oznajmili, że zbierają się do wyjścia. — Jest masa wolnych pokoi, zostajecie na noc! Nie będziecie się o tej godzinie tłukli autobusami! Jeszcze nam brakuje jakiegoś nieszczęścia!
— Mamo, Ianto ma samochód — zaprotestowała Lisa, jednak delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy.
— O, jeszcze lepiej! Chłopak jest zmęczony i na pewno nie pozwolę mu wsiąść teraz do auta! Prosicie się o wypadek. Pełno śniegu, ciemno, obrzeża, a oni będą wydziwiać. Zostajecie i bez dyskusji. A ja chcę lepiej poznać przyszłego zięcia, skoro w końcu raczyłaś go przyprowadzić.
— Mamo — jęknęła dziewczyna, rumieniąc się wściekle.
Ianto uśmiechnął się z rozbawieniem, ściskając dyskretnie jej dłoń, by pokazać, że nie ma nic przeciwko słowom kobiety.
— Zostaniemy, jeśli to nie problem, proszę pani.
— Żaden, mój drogi. Bardzo się cieszę, że w końcu cię poznałam, Lisa wciąż mówiła tylko o tobie. Mam tylko jedno poważne zastrzeżenie. Musisz mi mówić po imieniu, mój drogi.
— Powodzenia, Janet — rzekł ze śmiechem doktor Carter, który właśnie wszedł do pomieszczenia. — Mieszkał ze mną przez ponad pół roku i wciąż nie mówi mi po imieniu.
Chłopak uśmiechnął się, tym razem z zakłopotaniem i przejechał dłonią po włosach.
— Mam do pana zbyt dużo szacunku.
— Jasne, Ianto, ale szacunek nijak ma się do tego, że mnie nie odwiedzasz. Zadzwonię do ciebie w tygodniu i koniecznie chcę, żebyś przyszedł na obiad, jasne?
— Jak słońce, sir.
— No, to skoro to sobie uzgodniliśmy, to mogę się z czystym sumieniem zbierać do...
— Możesz sobie pomarzyć, Mark. — Pani Hallett prychnęła pod nosem, prawdopodobnie szykując się do zrobienia lekarzowi tego samego wywodu, co przed chwilą swojej córce i jej chłopakowi.
Widząc to, Lisa dyskretnie wyciągnęła Ianto z kuchni do salonu, gdzie siedziało już tylko kilka osób.
— Te prezenty dla twoich rodziców... Damy je im jutro, skoro zostajemy, tak?
Dziewczyna z uśmiechem skinęła głową.
— Choć, pokażę ci, gdzie będziemy spać.
— Lisa?
— Tak, Ianto?
— Dziękuję ci za to. Od dawna nie obchodziłem świąt w taki sposób — powiedział z lekką nostalgią.
Lisa dotknęła czule jego policzka, robiąc to tak naturalnie, że Ianto niemal zapomniał, że są razem tak krótko. Przez moment miał wrażenie, że zna ją całe życie, a jego resztę chce spędzić tylko z nią. Kiedy patrzył w jej piękne brązowe oczy, jego serce niezmiennie wypełniało to niesamowite, jedyne w swoim rodzaju uczucie.
— Ianto — powiedziała poważnie, tak, żeby tylko on słyszał — wiem, że nie miałeś łatwej przeszłości i nie lubisz o niej mówić, ale gdybyś kiedykolwiek chciał porozmawiać...
— Wiem — przerwał jej z delikatnym uśmiechem. — Wiem, kochanie.
Lipiec 2005 roku
Wszystko zdawało się iść idealnie. Pół roku po pamiętnych świętach, Lisa i Ianto postanowili razem zamieszkać, wywołując tym żartobliwe komentarze Tommy'ego – przyjaciela Ianto z pracy – na temat ślubu i dzieci. Oboje jednak zgodnie twierdzili, że jest jeszcze na to za wcześnie i wolą się skupić na pracy. Właściwie jedyną rzeczą, jaka nie zmieniła się od czasu, kiedy się poznali, były koszmary, które dręczyły chłopaka niemal każdej nocy. Koszmary o przeszłości, ojcu, śmierci matki, o życiu przed Lisą. Ale sama obecność dziewczyny, budzenie się przy jej boku, jej ciepło i czułość – to zdawało się być idealnym lekarstwem na każdy koszmar.
I wtedy zdarzył się wypadek. Jak na tych wszystkich filmach. Pijany kierowca i Bogu ducha winni ludzie. Lisa bardzo przeżyła stratę rodziców, a Ianto, który zdążył mocno się z nimi zżyć (W przyszłości Ianto nauczy się trzymać ludzi na dystans, pamiętając, jak bardzo boli strata – lecz jeszcze nie teraz.) nie miał pojęcia co zrobić, by ją pocieszyć, przy czym jego własny żal niczego mu nie ułatwiał. Ostatecznie zajął się organizacją pogrzebu, mając nadzieję, iż choć trochę pomoże tym swojej dziewczynie. Pogoda jakby postanowiła sobie z nich zakpić i dzień ostatniego pożegnania zmarłych okazał się bardzo ciepły i słoneczny, zupełnie nie jak w Anglii.
Ianto nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek wcześniej widział doktora Cartera płaczącego. Mężczyzna zawsze zdawał się być wzorem spokoju i opanowania, co zmieniało się tylko po szklance whisky z panem Hallettem i (rzadziej, o wiele rzadziej) z Ianto. Tego dnia ani on, ani Lisa nie potrafili grać szczęśliwych – smutek był zbyt silny, zbyt wyraźny. Trzymali więc po prostu swoje dłonie i starali się nie rozsypać.
Miłość do Lisy była uczuciem, którego sam nie potrafił pojąć. Tylko przy niej wszystko inne traciło znaczenie, tylko przy niej czuł, że może stawić czoła każdemu. Cały strach i niepokój znikały, gdy trzymał ją w ramionach. Sama Lisa mogłaby uchodzić za wzór idealnego człowieka – dobra, empatyczna, emanująca współczuciem, taka właśnie była, a Ianto wiedział, że nieczęsto spotyka się takie osoby.
Tommy często śmiał się, że nie widzą świata poza sobą i właściwie miał rację. Odkąd się poznali, coś ciągnęło ich ku sobie. Zaczęło się od przyjaźni, bardzo bliskiej, co dla chłopaka było sporą nowością. Nie przywykł do faktu, że ktoś się o niego troszczy, chce go słuchać i naprawdę interesuje go, co ma do powiedzenia. Sam nie wiedział, kiedy zaczął czuć do dziewczyny coś więcej niż przyjaźń. Może już wtedy w szpitalu coś przeczuwał? A może wszystko zaczęło się rozwijać znacznie później? Po dłuższych zastanowieniach jednak zawsze dochodził do wniosku, że nie ma to żadnego znaczenia, tak długo, jak ich uczucie trwa.
Styczeń 2006 roku
Ianto nie zamierzał mówić Lisie o swojej siostrze. Nigdy. Gdyby to od niego zależało, najchętniej w ogóle zapomniałby o jej istnieniu. Tak jak i o swoim ojcu. Ale jak to w życiu bywa, plany pokrzyżowały mu okoliczności. Pewnego dnia po prostu zadzwonił telefon i chłopak usłyszał w słuchawce głos, którego nie słyszał od długich kilku lat.
— Ianto Jones przy telefonie, kto mówi?
— Znalazłam twój numer w książce telefonicznej. Pomyślałby kto, że będę musiała w ten sposób kontaktować się z własnym bratem — powiedziała na wstępie kobieta, głosem wzbudzającym wyrzuty sumienia. — Tata zmarł wczoraj w nocy, jeśli cię to interesuje. Chciałabym, żebyś pojawił się na pogrzebie. Tyle chyba możesz zrobić po tych wszystkich zmartwieniach, jakie na niego ściągnąłeś. Wyślę ci szczegóły SMS-em.
Nie czekając na odpowiedź, rozłączyła się, zostawiając zszokowanego chłopaka własnym myślom. I Lisie, która zaczynała mieć dosyć jego tajemnic.
— Kto to był, Ianto? — zapytała spokojnie, nie przeczuwając ogromnej kłótni, która z tego wyniknie – ich pierwszej, poważnej kłótni.
— Nic mi nie mówisz, Ianto! — krzyknęła w końcu dziewczyna, gdy kolejny raz wymigał się od odpowiedzi. — Czasem mam wrażenie, że w ogóle cię nie znam! Pojawiłeś się znikąd i jesteś zagadką! Ty wiesz o mnie wszystko, znasz każdy mój sekret, ja nie wiem o tobie nic! Nie mam pojęcia, kim w ogóle jesteś! Nigdy nie wspominasz o swojej przeszłości! Nie sądzisz, że już najwyższy czas to zmienić?! Znamy się prawie trzy lata, a ty wciąż masz dwie osobowości! Mój Ianto, ten którego kocham i ten drugi, o którym nie mam zielonego pojęcia! Czego mi nie mówisz?!
Odwrócił się do niej plecami i zacisnął palce na krawędzi parapetu, nie mogąc oderwać wzroku od widoku za oknem. Starał się skupić na słowach dziewczyny, nie na jej podniesionym tonie, którego tak nie znosił.
— Nic nie ukrywam, Lisa — odparł, jednocześnie starając się ukryć drżenie swojego głosu. — Nie ma dwóch mnie. Jestem tylko ja. Zakochany w tobie do szaleństwa chłopak, nie znoszący swojej przeszłości. Czy to nie wystarczy?
— Nie, Ianto — odparła już spokojniej, jednak wciąż z wyraźną nutą złości. — Mam dość sekretów. Nie mogę zapytać cię o nic, co stało się przed naszym spotkaniem, bo nagle robisz się niespokojny i zmieniasz temat. Unikasz bliskości innych ludzi, nie kontaktujesz się z ojcem ani starymi przyjaciółmi. Naprawdę długo to akceptowałam, ale nie potrafię patrzeć, jak jeden telefon całkiem cię roztraja. To ma coś wspólnego z twoją przeszłością, tak?
— Nie drąż, proszę.
— To ja proszę! Powiedz mi wreszcie prawdę! Chcę wiedzieć!
— Ale ja nie chcę o tym mówić! — ryknął w końcu, niemal natychmiast tego żałując.
— Ianto... — zaczęła Lisa, prawie nieśmiało, lecz natychmiast jej przerwał.
— Nie! Nie chcę o tym mówić — powtórzył.
— Powiedz mi, kto dzwonił — poprosiła łagodniej, kładąc dłoń na jego ramieniu – strącił ją niemal brutalnym ruchem.
— Moja siostra, zadowolona?! — warknął, po raz pierwszy od dawna czując tak ogromną złość. — Zadzwoniła, żeby mi powiedzieć o śmierci ojca!
Lisa zmarszczyła brwi i chłopak był pewien, że prawdziwa awantura dopiero nastanie. I niestety miał rację.
— Przecież ty nie masz...
— Mam! Jak widać mam!
— Ale mówiłeś...
— Kłamałem! Czy to, do cholery, takie dziwne?! Wszyscy kłamią, ja też!
Później było już tylko gorzej. Oboje coraz bardziej podnosili głosy, aż w końcu Ianto był pewien, że o ich „sprzeczce" wie przynajmniej całe piętro. Ostatecznie chwycił z wieszaka płaszcz, w duchu żałując, że nie zrobił tego wcześniej, i wyszedł, trzaskając mocno drzwiami, zostawiając za sobą zapłakaną Lisę.
Świeże powietrze dobrze mu zrobiło, choć nie było w stanie przepędzić gniewu i dziwnego rodzaju melancholii, którą wywołał telefon od siostry i informacja o śmierci ojca. Do tej pory był pewien, że ta wiadomość przyniosłaby mu ulgę, że na zawsze wyzwoliłaby go od okropnych wspomnień. A jednak, idąc przez centrum Londynu, czuł na policzkach gorzkie łzy. Sam nie wiedział, co dokładnie je spowodowało.
Następnego dnia miał wolne, więc stanął pod drzwiami Tommy'ego z całkowicie czystym sumieniem – a przynajmniej próbował to sobie wmówić – wiedząc, że tej nocy pierwszy raz spije się do nieprzytomności. Jego przyjaciel nie był osobą, którą trzeba było długo namawiać. Wystarczyło hasło „pijaństwo" by na jego twarzy pojawił się szeroki, szczery uśmiech. Tym razem jednak chłopak, wyjątkowo, wykazał się odrobiną empatii i dostrzegł, iż coś jest nie tak.
— Chodzi o Lisę? Pokłóciliście się?
Ianto wzruszył niemrawo ramionami, wpatrując się smętnie w szklankę z piwem. Szczęście, że Tommy zawsze miał w lodówce zapas alkoholu, przynajmniej nie musieli iść do sklepu czy baru.
— Nie martw się, stary. — Poklepał go po plecach i uśmiechnął się krzepiąco. — Najwyższy czas na to. Jesteście razem tyle czasu, a prawie nigdy się nie kłócicie, to niezdrowe, nie wiem, jak wy to robicie. Ja bym nie dał tak rady.
— Twój najdłuższy związek trwał miesiąc — zauważył sucho, na co Tommy wybuchnął serdecznym śmiechem.
— Punkt dla ciebie. Ale wszyscy się czasem kłócą, tak to już jest. Zobaczysz, kupisz jej jakieś chabazie, palniesz czułą przemowę, jakim to jesteś dupkiem, a ona padnie ci w ramiona. Kobiety uwielbiają takie rzeczy. I koniecznie dodaj, że kłótnia była twoją winą.
— Bo była. — Westchnął ciężko i dopił do końca piwo, krzywiąc się na jego gorzki smak. — Chce rozmawiać o mojej przeszłości.
Tym razem przyszła kolej Tommy'ego, by wzruszyć ramionami.
— To może z nią porozmawiaj? — zaproponował, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
— Gdybym chciał to zrobić, to raczej nie siedziałbym tutaj — warknął, czując nagłą irytację. — Nie chcę z nią o tym rozmawiać! W ogóle nie chcę o tym rozmawiać! Moja przeszłość nie ma znaczenia! Dlaczego nikt, do jasnej cholery, nie może tego uszanować?!
— Spokojnie, stary. — Uniósł pokojowo ręce. — Nie chcesz, to nie mów, to tylko propozycja.
— A masz jakąś inną? Bo ta jest beznadziejna — powiedział, próbując jednocześnie zdusić narastającą złość.
— Jeśli chcesz porad sercowych, to dam ci numer do Kate, ona jest urodzonym empatą. Ja mogę się z tobą, co najwyżej, schlać.
— Dzięki, Tommy — powiedział ironicznie — twoja subtelność i gotowość pomocy jest po prostu niezastąpiona.
Chłopak wzruszył obojętnie ramionami, w ogóle nie biorąc sobie jego słów do serca.
— Wiesz jaki jestem. Dla mnie to całkiem proste. Jeśli ją kochasz i wyobrażasz sobie z nią przyszłość, to prędzej czy później i tak jej wszystko opowiesz, a jeśli zrobisz to teraz, zaoszczędzicie sporo kłótni.
— To nie jest takie proste — rzekł, kiedy White podał mu kolejne piwo. — Chciałbym z nią porozmawiać, ale... Cholera, tak bardzo nienawidzę tamtego okresu swojego życia, który ciekawi Lisę... Nie chcę tego pamiętać. Urwałem z tym wszelki kontakt, a teraz jeden przeklęty telefon i wszystko wraca, niszcząc moje obecne życie. To niesprawiedliwe.
— Takie życie. Wszyscy dostajemy od niego po dupie i nic na to nie poradzisz. Tradycja.
Roześmiał się ponuro. Tommy od zawsze miał idiotycznie ponure podejście do życia, podczas gdy w Ianto wciąż jeszcze kryły się pokłady optymizmu, chęci życia i woli walki. Jeszcze. W późniejszym okresie to zdanie będzie wracało do niego niezliczoną ilość razy, a on za każdym razem będzie odkrywał, jak ogromną rację miał jego przyjaciel.
Ostatecznie, po dwóch dniach spędzonych u przyjaciela, skorzystał z rady Tommy'ego i udał się do kwiaciarni, a następnie, niosąc sporych rozmiarów bukiet róż, wrócił do ich mieszkania. Opuszczając je kilka dni temu w nerwach zapomniał kluczy, więc pokornie zapukał i czekał, aż Lisa otworzy mu drzwi. Gdy tylko się to stało, od razu wiedział, że nie tylko on miał za sobą ciężki czas. Dziewczyna wyglądała, jakby przepłakała całą noc, a do tego, co Ianto zauważył z rozczuleniem, miała na sobie jego koszulę, która była na nią za duża o dobre trzy rozmiary.
Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, dziewczyna wpiła się czule w jego wargi, obejmując go mocno ramionami.
— Przepraszam — wyszeptał, opierając czoło o jej czoło. — Opowiem ci wszystko, jeśli chcesz, ale, proszę, nie kłóćmy się więcej, nienawidzę tego.
— Ja też — odparła i wciągnęła go za rękę do mieszkania.
Dotrzymał obietnicy i opowiedział jej wszystko. Tym razem już naprawdę wszystko. O tym, jak świetną rodziną byli za życia jego matki, jak blisko był ze starszą siostrą i jak kochał ojca. O tym, jak u jego mamy wykryli nieuleczalną chorobę, jak kobieta umierała każdego dnia i jaki wpływ wywarło to na jego tacie. O tym, jak wyprowadziła się jego siostra, nie potrafiąc znieść potwornej atmosfery, jaka panuje wokół umierającej osoby, o tym jak w końcu jego mama umarła. I mówił o tym, jaki stał się wtedy jego ojciec. Opowiedział Lisie o wszystkich nocach, które spędzał zamknięty w piwnicy, drżąc ze strachu przed pijanym ojcem, wyjaśnił, skąd wzięły się te wszystkie blizny na jego ciele, które tak ją martwiły. A Lisa, jak to miała w zwyczaju, wykazała się ogromną dozą empatii i zrozumienia.
Ianto, pierwszy raz w życiu, czuł, że ma osobę, która zna go prawie tak dobrze, jak on sam i akceptuje go mimo każdej wady. Wiedział, że takie szczęście nie może trwać długo. I, na własne nieszczęście, miał rację.
Długo nie mógł podjąć decyzji w kwestii pogrzebu ojca, natomiast panna Hallett nie zamierzała w niczym mu pomóc, utrzymując, iż jest to jego wybór i musi dokonać go sam. W tamtym momencie walczyły w nim dwie tury wspomnień – te sprzed śmierci matki, gdy mężczyzna był dobrym, choć nieco zbyt wymagającym ojcem, lecz ostatecznie też takim, który nigdy w życiu nie skrzywdziłby swojego dziecka. I te o człowieku, który stał się utożsamieniem każdej jego obawy. Człowieku bijącym go bez żadnego wyraźnego powodu (jeśli, rzecz jasna, nie liczyć alkoholu krążącego w żyłach mężczyzny), zamykającym go w piwnicy na całe noce. O idealnym, bogatym wdowcu, każdego wieczoru rozpętującym w domu piekło dla swojego syna.
Wciąż pamiętał człowieka ze szczerym uśmiechem i szczęściem w oczach, lecz minął mu już okres dzieciaka, który wierzył, że tatuś naprawdę go kocha, nawet, gdy leje go pasem po plecach – czasem aż do momentu, w którym pojawiła się krew.
Potrafił wiele zrozumieć i jeszcze więcej wybaczyć, ale nie lata katorgi, które prawie kosztowały go życie.
— Jeśli chcesz znać moje zdanie — powiedziała w końcu Lisa, nie mogąc dłużej znieść jego emocjonalnego rozedrgania — to ten człowiek nie zasłużył na twoje wybaczenie.
Popatrzył na dziewczynę, która opierała się nonszalancko o parapet, trzymając w dłoniach kubek z gorąco czekoladą (nawet jego kawa zawsze z nią, czekoladą, przegrywała). Wyglądała tego dnia wyjątkowo pięknie, nawet ze swoimi potarganymi, długimi włosami i zaspanym spojrzeniem. Westchnął ciężko, jednocześnie przejeżdżając dłonią po włosach.
— Nie zawsze był takim potworem — odparł żałośnie. — Śmierć mamy strasznie go zmieniła.
— I alkohol, Ianto. — Zajęła miejsce na kanapie tuż obok niego i położyła swoją ciepłą, małą dłoń na jego spiętym ramieniu. — Jesteś jego synem, nie miał prawa.
Spojrzał jej w oczy, próbując skupić się na dotyku jej dłoni – nie na, wzbierającym w nim, uczuciu rozgoryczenia.
— Tak sądzisz? — zapytał niepewnie.
— Tak. Gdyby to mi się coś stało...
— Lisa...
— Nie, daj mi skończyć. Gdyby to mi się coś stało, Ianto, chciałabym, żebyś tęsknił, może płakał, gdybyś czuł taką potrzebę, ale żebyś nie zapomniał przy tym, jak się śmiać. I, na miłość boską, nie chciałabym, żebyś tak pogrążył się w swoim żalu, by ranić przy tym innych.
— Lisa, wiesz, jak bardzo cię kocham, prawda?
— Zawsze miło to usłyszeć. — Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.
— Kocham cię. Bardziej niż cokolwiek na świecie. We wszechświecie. Gdybym musiał poświęciłbym za ciebie wszystko i wszystkich, Lisa. Kocham cię.
— Mmm, mój mały romantyk — zamruczała, odłożyła kubek na stolik i objęła go ramionami. — Ja ciebie też, Ianto. Ale musisz się ogolić. Nie mogę się całować z papierem ściernym — dodała ze śmiechem.
Wrzesień 2006 roku
Doktor Carter w końcu dołączył do Torchwood i z tej okazji wyprawili małe przyjęcie. Czas spędzili w małym gronie, lecz nikt nie narzekał, bo zabawa była naprawdę dobra. Świętowali w eleganckiej i piekielnie drogiej restauracji, jednak Torchwood – jak przystało na instytut zajmujący się łapaniem kosmitów – dobrze płacił swoim pracownikom i mogli sobie na to pozwolić. Mogli wszystko. A tak przynajmniej mu się wtedy zdawało.
Lipiec 2007 roku
Ich związek nabierał rumieńców – co do tego nie było żadnych wątpliwości. Kłócili się od czasu do czasu, były rzeczy, których wręcz w sobie nie znosili, jednak mimo wszystko byli w sobie do szaleństwa zakochani. I to wystarczyło, by pewnego lipcowego popołudnia, gdy wracali spacerem z pracy wzdłuż brzegu Tamizy, podjął decyzję, do podjęcia której zbierał się od kilku tygodni.
— Wpadłam wczoraj na Aleksa — mówiła beztrosko Lisa, nie zdając sobie sprawy z jego emocjonalnych rozterek. — Yvonne wspomniała coś o awansie dla niego. Powiedział, że musiałby w takim wypadku wybrać swojego następcę i jak na razie masz u niego pierwsze miejsce.
— Lisa — przerwał jej, łapiąc jej dłoń i zatrzymując się.
Dziewczyna spojrzała na niego pytająco. Oblizał nerwowo usta, czując jednocześnie niepokojącą suchość w gardle. Biorąc głęboki oddech, wsadził dłoń do kieszeni marynarki i wyjął z niej malutkie, granatowe pudełeczko – nosił je przy sobie od ponad miesiąca i bezgranicznie bawił tym Tommy'ego. Uklęknął na jedno kolano, patrząc w jej zszokowane oczy.
— Wyjdź za mnie, Lisa — powiedział zachrypniętym ze stresu głosem, jednocześnie czując, że jego serce bije szybko jak jeszcze nigdy w życiu.
— Boże, Ianto — wyszeptała i przyłożyła dłoń do ust. — Boże, tak!
Kiedy zakładał jej pierścionek na palec, jakiś olbrzymi ciężar spadł mu z serca. Lisa śmiała się radośnie, obejmując ramionami jego szyję, a on śmiał się razem z nią. Miał wrażenie, że w tym momencie jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Dwa tygodnie później miejsce miała bitwa o Canary Wharf. I szczęście się skończyło.
*Ianto jest rok młodszy niż w kanonie
