W związku z faktem, że dopiero teraz zdałam sobie sprawę z pewnych nieścisłości związanych z datami, które umieszczałam, musiałam zmienić kilka rzeczy. Na dłuższą metę nie ma to większego znaczenia, jednak uczciwie uprzedzam, że nieco za bardzo wyjechałam z akcją do przodu i tak naprawdę Lisa umarła w październiku 2007 roku, a nie, jak początkowo napisałam, w lutym 2008. Wszystko zostało już poprawione, przepraszam za wszelkie niedogodności :-)


Rozdział 5

Lipiec 2007 roku

17.07.2007

Nie żyją. Wszyscy nie żyją. Wszyscy moi przyjaciele. Wszyscy nie żyją! Boże, oni wszyscy. Każde z nich. Cały mój zespół! Doktor Carter... Mark jest martwy. Widziałem jego ciało, całe zakrwawione i... Był w komorze obok Lisy, ale kiedy go znalazłem był już martwy. Nie mogłem mu... Boże, nie mogłem mu pomóc. Maszyny na dwunastym piętrze nagle przestały działać, a on się wykrwawił, wciąż przypięty do tego diabelstwa. Jezu, krew była wszędzie, wciąż jestem cały nią ubabrany!

Nie wiem, jakim cudem Lisa przeżyła. Czy to ostatni gest litości jakiegoś boga w całym tym pandemonium? Nie chcę wiedzieć.

Lisa cierpi. Płacze i krzyczy na zmianę. Nie wiem, czy przeżyje noc.

Mam złamane żebro, może dwa lub więcej. Nie mogę jechać do szpitala. Nie mogę jej zostawić. W telewizji nie mówią o niczym innym. Jeszcze nie znają dokładnej liczby ofiar.

Boże, spraw, żeby ona przestała cierpieć, błagam!

Co mam robić?! Wyciągnąłem ją stamtąd, zabrałem razem z tą przeklętą maszyną. Tylko to utrzymuje ją przy życiu. Co dalej? Nie wiem, co robić. Boję się. Jeśli ktoś ją znajdzie... Oni nie zrozumieją. Zobaczą w niej potwora. Ale to ona. To wciąż ona. Widzę to w jej oczach, gdy na mnie patrzy.

Podałem jej jakieś leki, które mam od doktora Cartera, ale to nic nie dało. Wciąż ją boli. Nie wiem, co robić. Ta rana po oparzeniu, której nabawiłem się, gdy na dwudziestym piętrze drogę zagrodził ogień, nie wygląda dobrze. I cholernie boli. Czemu to tak boli?! Czemu narzekam, kiedy Lisa cierpi o stokroć bardziej?!

Boże, jeśli gdzieś tam jesteś, pomóż mi. Nie wiem, co robić!

Zamknął pamiętnik z większą siłą, niż powinien i rzucił nim z całej siły o ścianę. Udręczony szloch wyrwał się z jego piersi. To tak cholernie bolało. Miał ochotę zwinąć się w kłębek i płakać. Płakać, dopóki nie zabraknie mu łez, dopóki cały ten koszmar nie okaże się złym snem. Na dłoniach wciąż miał, zaschniętą już, krew – swoją, Lisy, doktora Cartera, Amelii i sam nie wiedział kogo jeszcze. Nie mógł powstrzymać drżenia rąk, które zaczęły się trząść gdzieś w trakcie tamtego piekła. Łzy paliły go prawie boleśnie i w końcu pozwolił im popłynąć. Nie wiedział, co robić; jak pomóc Lisie. Musiał, o Boże, musiał jej pomóc! Ona nie mogła umrzeć! Nie teraz, nie w taki sposób. Została mu tylko ona. Potrzebował planu, lecz nie potrafił się skupić. W głowie miał tylko wspomnienia z walki – gdzieś w jej trakcie zniknął zdrowy rozsądek, a razem z nim jego całe poukładane życie.


Październik 2007 roku

Decydując się przezwyciężyć swoje tchórzostwo, z walącym w piersi sercem ruszył w stronę korytarza. Zawahał się dopiero przy samych drzwiach. Po Kapitanie nie spodziewał się tak uprzejmego pukania – raczej wyważenia drzwi, w celu zrobienia odpowiednio wielkiego wejścia. Właściwie to mógł być każdy, choć aktualna liczba jego żywych przyjaciół zawężała listę możliwych osób do minimum. Po chwili namysłu otworzył powoli drzwi i, wbrew swojej płonnej nadziei, ujrzał w nich Kapitana. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz szybko zorientował się, że brakuje mu słów. Obrzucił mężczyznę szybkim spojrzeniem, po czym uciekł wzrokiem w bok. Jack był sam. Niewielka ulga, bo Ianto wiedział, że człowiek sam doskonale załatwi to, co zostało do załatwienia w jego sprawie. Retcon albo śmierć – to sprawiedliwa kara, biorąc pod uwagę, czego się dopuścił. Krótki rzut oka na mężczyznę wystarczył, by wiedzieć, iż cała jego zwyczajowa pogoda ducha gdzieś wyparowała. Zamiast uśmieszku jego twarz przybrała poważny, może nieco protekcjonalny, wyraz. Przełknął ciężko ślinę i bez słowa odsunął się, by wpuścić mężczyznę do mieszkania, nawet jeśli była to ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę.

W niewygodnym milczeniu przeszli do salonu, który nagle uderzył w niego swoją pustką. Niemal wszystko, co posiadał było w jakiś sposób połączone z Lisą i skończyło w kartonie lub worze na śmierci. Teraz pomieszczenie, nie licząc kilku zdjęć wiszących na ścianie, które przegapił przy sprzątaniu, wydawało się smutne i ponure. Lisa ze swoim nienagannym gustem obdarłaby go ze skóry, gdyby zobaczyła, co zrobił z ich mieszkaniem. Boże, tak strasznie za nią tęsknił, a przecież minęły niecałe dwa dni... Przygryzł mocno wargę, by powstrzymać cisnące mu się do oczu łzy, po czym odwrócił się w stronę Jacka, który przyglądał mu się z nieodgadnioną miną. Przeszedł go delikatny dreszcz, kiedy przypomniał sobie ich ostatnie spotkanie. Powiedział wtedy tyle rzeczy, których teraz się wstydził. Osoba, która tak rozpaczliwie próbowała ratować Lisę tamtej nocy, zdawała się być kimś zupełnie innym – nie mógł uwierzyć, że posunął się tak daleko. Choć z drugiej strony zawsze mówił Lisie, że zrobiłby dla niej wszystko. Tak bardzo ją kochał...

Kapitan zmarszczył lekko brwi, gdy dostrzegł jego spojrzenie, po czym ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu.

— Pusto tu. Wybierasz się gdzieś? — Uniósł nieco kpiąco brew.

Odwrócił wzrok i wbił go w jedno ze zdjęć na ścianie. Stał na nim z Tommym, Alice i Aleksem – cała trójka należała do jego zespołu. Z nich wszystkich Aleks zginął pierwszy. Zachował się jak wzorowy przywódca i odwrócił uwagę tych potworów, by jego podwładni mogli uciec. Szlachetna ofiara, która w ostatecznym rozrachunku nic nie dała. Tylko Ianto, szczęśliwym trafem, wyszedł z tego żywy.

— Jej rzeczy — powiedział po chwili cicho — okazało się, że stanowiły większą część tego mieszkania.

Nie potrafił się zmusić, by spojrzeć na Kapitana, choć tak wyraźnie czuł na sobie jego spojrzenie.

— Naprawdę wierzyłeś, że ona wyzdrowieje? — spytał Jack i tym razem w jego głosie zabrzmiała tylko ciekawość.

Nie odpowiedział, choć świetnie znał odpowiedź. Musiał. Musiał wierzyć, bo tylko to pozwalało mu nie zwariować i zmuszać się każdego ranka, by w ogóle wstawać z łóżka.

— Czy możemy po prostu z tym skończyć, sir? Oboje wiemy, dlaczego pan tu jest — stwierdził ze zmęczeniem.

— Wiemy? — odparł z kpiną Kapitan. — Nie wydaje mi się. — Prychnął pogardliwie. — Nie jestem Torchwood Jeden, nie zamierzam cię zabić.

— Jestem członkiem Torchwood Jeden, sir, nasz protokół jasno mówi...

— Byłeś — warknął ostro mężczyzna i spiorunował go spojrzeniem. — Torchwood Jeden już nie istnieje, Ianto Jones, rozumiesz?

Nie rozumiał, ale znów skwitował wszystko milczeniem. Jack musiał do reszty oszaleć, myśląc, że po tym, co zrobili Lisie, Ianto kiedykolwiek będzie uważał się za członka jego zdegenerowanego zespołu.

— Więc, mimo tego, co zrobiłem, po prostu pozwoli mi pan wrócić?

Jack uśmiechnął się niebezpiecznie i kiedy Ianto w końcu na niego spojrzał, natychmiast tego pożałował.

— Gdyby to ode mnie zależało, oddałbym cię w ręce UNIT-u i nigdy więcej nie zaprzątał sobie tobą głowy. Ale to była decyzja zespołu, więc tak, po prostu pozwalam ci wrócić. Nie myśl sobie, że to, co zrobiłeś nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji. Od teraz koniec z jakimikolwiek nadgodzinami. Będziesz ściśle przestrzegał godzin pracy. Tyle chyba nauczono was w Torchwood Jeden, hmm?

Jego słowa raniły i mężczyzna świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Przez jakiś czas Ianto uważał go za kogoś w rodzaju przyjaciela, lecz teraz po ich dawnej relacji nie został nawet ślad. Odwrócił się i podszedł powoli do okna. Każde wspomnienie o Torchwood Jeden było niczym nóż w plecy. Najlepszy czas jego życia; przyjaciele, akceptacja i Lisa... To wszystko zakończyło się w tak koszmarny sposób, że wciąż nie mógł spokojnie przespać jednej nocy.

— Poza tym — kontynuował beznamiętnie — masz zakaz wychodzenia w teren. Potrwa to, dopóki nie będę pewien, że możemy ci na nowo zaufać.

Ianto postanowił nie komentować faktu, że i tak nigdy nie opuszczał Centrum. Praca w terenie zdecydowanie nie była dla niego, jednak Jack zdawał się nie mieć o tym pojęcia. Jedna z kolejnych rzeczy na jego temat, o której Jack nic nie wiedział.

— Twój dostęp do broni i wszelkich niebezpiecznych artefaktów będzie ściśle przeze mnie kontrolowany. Zawaliłem, kiedy chodziło o Suzie i zrobiłem to też w twojej sprawie. Powinienem był coś zauważyć, ale wolałem udawać, że dokumenty wypełniają się same, a kawę parzy jakaś niewidzialna siła. To się nie powtórzy. Będziesz pod ścisłą kontrolą, Ianto. Jeśli ukrywasz coś jeszcze, uprzejmie proszę, powiedz mi o tym teraz.

— Była tylko ona — przyznał cicho. — Poza nią nie mam nic, sir. Ani nikogo. Wszyscy inni umarli na Canary Wharf — dodał z goryczą.

Jack westchnął ciężko i wyraz jego twarzy minimalnie złagodniał.

— Jest mi bardzo przyk...

— Niech pan tego nie robi — przerwał mu stanowczo. — Nie chcę, żeby mnie pan pocieszał. Przykro panu? — prychnął pogardliwie. — I co z tego? Nawet jej pan nie znał. Nie miał pan nic przeciwko zabiciu jej. Puste wyrazy współczucia nie wrócą życia mojej narzeczonej. Nie próbujmy wmawiać sobie, że tamta noc nie miała miejsca. Zabiliście ją i nigdy wam tego nie wybaczę.

— Naprawdę jesteś tak zaślepiony, Ianto? — zapytał Kapitan, marszcząc brwi. — Ona od początku była martwa! To coś wykorzystało to, kim kiedyś była i twoje uczucia do niej. Ale Lisa Hallett, ta którą znałeś i kochałeś, umarła na Canary Wharf. Musisz dopuścić do siebie tą myśl.

— Myśli pan — zaczął niskim, pełnym złości głosem — że nie znałem Lisy? Że Cyberman byłby w stanie podszyć się pod moją narzeczoną i nic bym nie zauważył?! Że nie widziałbym, jak coś zupełnie obcego zajmuje miejsce najważniejszej kobiety w moim życiu?! To była ona! Wyciągnąłem ją z tego piekła i to była ona! Przez te wszystkie miesiące, kiedy wy wszyscy mnie ignorowaliście, ona była przy mnie! Była powodem, dla którego po Canary Wharf... — Odetchnął głęboko i opadł na kanapę. — Aż do tamtej nocy była moją Lisą.

Jack przyglądał mu się uważnie przez moment, wciąż stojąc w progu drzwi do salonu i wciąż mając na sobie swój długi, ciężki płaszcz.

— Nigdy nie mówiłeś, że byliście zaręczeni — powiedział, nie chcąc wdawać się w kolejną kłótnię, która nie skończyłaby się dobrze dla żadnego z nich.

Nikt nigdy nie zapytał — pomyślał gorzko. — Nie sądzę, by ktoś w ogóle przypuszczał, że pracując w Londynie miałem swoje własne, niezwiązane z Torchwood, życie. Oświadczyłem się jej tydzień przed bitwą. Równy tydzień. Ironia, prawda? Ale żadnego z was nic to nie obchodzi! Macie gdzieś, że tamtego dnia zginęły setki niewinnych ludzi! Tamtego dnia, zupełnie nagle, włączył się alarm. Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza. Torchwood było zagrożone. W takich wypadkach na pomoc powinny przybyć wszystkie inne odziały instytutu. Ale nikt nie przyszedł. Pozwoliliście nam tam zdychać, jak zwierzętom w rzeźni. Chwilę później, dosłownie kilkanaście sekund po rozpoczęciu alarmu, do pomieszczenia wpadli Cybermeni. Zaczął się nasz koszmar. Najpierw zabili Aleksa. Był szefem zespołu, do którego należałem. Kilka tygodni i miałem awansować na tę pozycję. Próbowaliśmy znaleźć wyjście, ale wszędzie się od nich roiło — chciał wykrzyknąć. — Aleks dał nam trochę czasu, ale... Pracowaliśmy na czterdziestym piętrze. Windy były zbyt daleko i nie zmieścilibyśmy się do nich wszyscy. Znaleźliśmy schody awaryjne; mało kto o nich wiedział, a wejścia do klatki schodowej znajdowały się co pięć pięter. Ogień zagrodził nam drogę na dwudziestym piętrze. Weszliśmy więc na piętro dwudzieste. Tam już byli. Została tylko krew i kilka ciał tych, którzy próbowali walczyć. Kate zaczęła płakać. Była z nas najstarsza i najtwardsza, nie rozumieliśmy, dlaczego... Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że jedną z martwych osób jest jej mąż, Kevin. W jednej chwili staliśmy tam, nie wiedząc, co zrobić. Amelia też płakała. Dopiero do nas dołączyła, miała ledwie osiemnaście lat. Nie takiej przygody się spodziewała. W drugiej chwili sufit nagle się zawalił. Przygniótł Kate, Alice i Davida. Nie mieli szansy tego przeżyć. Nawet nie miałem czasu, by zdać sobie sprawę, co się właśnie stało. Przez dziurę wpadli Cybermeni i piekło znów się zaczęło. Tommy chwycił za rękę mnie i Jane. Pobiegliśmy. Zostawiliśmy ich tam. Po prostu... zostawiliśmy. Nie było czasu, żeby czekać na windę. Schody płonęły, więc nic nam było po nich. Znaleźliśmy szyb wentylacyjny. Głupi pomysł w czasie pożaru, ale czytałem, czym są Cyberemeni. Wolałem się ugotować w tym szybie, niż pozwolić im... Wyszliśmy na szesnastym piętrze. I dopiero wtedy pomyślałem o Lisie. Byłem takim tchórzem, że potrzebowałem na to kilku godzin. Pracowała na dwunastym piętrze; nie łudziłem się, że może wyszła na przerwę, bo kilka minut przed atakiem rozmawiałem z nią. Wiedziałem, że muszę się tam dostać, ale Tommy nie chciał o tym słyszeć. Był moim najlepszym przyjacielem. I nagle patrzyłem, jak wykrwawia się na moich oczach. Piętro szesnaste było Działem Eksperymentów. W czasie ataku protokoły bezpieczeństwa zostały naruszone. Sam nie wiem, co się stało. Najpierw krzyczał na mnie, że nie mogę po nią iść i nagle coś wybuchło tuż koło niego. Dym zasłonił mi widok, a eksplozja odrzuciła do tyłu. Jane była przy nim pierwsza. Zanim udało mi się wstać, słyszałem jej krzyk i wiedziałem... kurwa, wiedziałem, że nie jest dobrze. Rozerwało mu klatkę piersiową. Całą pieprzoną klatkę piersiową. Umieraliśmy tam, wszyscy po kolei, a wy siedzieliście sobie bezpiecznie w swoim Centrum, a kiedy całe to pandemonium się skończyło po prostu wyparliście się wszystkich, którzy to przeżyli! — krzyczał w myślach. — On wciąż żył, kiedy do niego podszedłem. Mówił coś, ale nie mam pieprzonego pojęcia, co! Nie słyszałem ani słowa, a on po prostu... po prostu umarł! Nie wiem, ile tam stałem, tylko patrząc się na jego ciało. Otrząsnąłem się dopiero, kiedy Jane uderzyła mnie w twarz. Nie mogłem mu pomóc, wiedziałem o tym. Mogłem nie skończyć medycyny, ale potrafię rozpoznać trupa, Torchwood dobrze o to zadbało. Był ewidentnie martwy. Ale Jane żyła. Była ode mnie starsza i pewnie dużo bardziej doświadczona, ale czułem się za nią odpowiedzialny. Znaleźliśmy jakąś broń, w czasie ataku nie mieliśmy swojej przy sobie. Głupio wierzyliśmy, że w Torchwood nic nam nie grozi, może nawet jeszcze wierzyliśmy, że wy nas uratujecie. Odprowadziłem ją do windy, dopilnowałem, żeby do niej wsiadła. I może gdyby nie to... może by przeżyła. Gdyby poszła wtedy ze mną, kto wie... — Zamknął oczy i niemal znów mógł poczuć swąd palonych ciał, krwi i... i stali. — A potem znalazłem Lisę, którą wy zabiliście kilkanaście godzin temu. Naiwnie sądziłem, że nas uratujecie, a wy okazaliście się gorsi od Cybermenów i Daleków. Oni przynajmniej byli szczerzy w swoich zamiarach. Wam ufaliśmy i to zaufanie zabiło prawie tysiąc niewinnych ludzi. Dziewięćset siedemdziesiąt trzy, jeśli być dokładnym.

Spojrzał na Jacka, który przyglądał mu się smutno. Wiedział, że nie mógłby powiedzieć mężczyźnie żadnej z tych rzeczy; że nigdy nie da rady powiedzieć tego głośno. Kapitan pewnie w ogóle się nie dowie, że chłopak wini go za dużo więcej, niż tylko śmierć Lisy.

— To już nie ma żadnego znaczenia — odpowiedział więc zamiast tego. — Jest martwa. Nie można poślubić trupa.

Obaj zamilkli, a cisza szybko stała się nieznośna. Ianto nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby powiedzieć osobie, której zaufanie doszczętnie zawiódł. Wstał z kanapy i, unikając spojrzenia Jacka, podszedł do okna. Mocował się przez moment z klamką, aż w końcu poczuł na twarzy zimny podmuch jesiennego wiatru. Za oknem zerwała się prawdziwa ulewa, a drzewa uginały się pod naporem silniejszych podmuchów wichury.

— Musisz wziąć się w garść — powiedział w pewnym momencie Jack, a po cieple w jego głośnie znów nie było nawet śladu. — Jutro poniedziałek, rano oczekuję cię w pracy. Jesteś na okresie próbnym. Masz miesiąc, żeby udowodnić mi, że nie powinienem powiadomić o sprawie UNIT-u.

Ianto spuścił wzrok, czując bolesne ukłucie w piersi. Instynktownie wiedział, że Kapitan zbiera się do wyjścia, lecz nie mógł się zmusić, by spojrzeć na mężczyznę.

— Sir — wyszeptał nagle i wbrew sobie rzucił na niego okiem.

Jack odwrócił się i uniósł brew w irytująco protekcjonalny, chłodny sposób. Nie był to wyraz, którego jego twarz zwykle nabywała podczas ich rozmów. Ten nowy, okrutny Jack, wiedzący o zdradzie, jakiej dopuścił się Ianto, w niczym nie przypominał człowieka, któremu chłopakowi zdarzało się zwierzać; którego w pewnym momencie mógłby nawet nazwać przyjacielem. Jego zimne spojrzenie i obojętna postawa szybko zniechęciły go do zadania pytania, które krążyło mu po głowie. Ostatecznie Jack już raz powiedział, że wspomnienia Ianto nie są jego problemem. Tym razem nie było inaczej.

— N-Nieważne. Przepraszam, to nic takiego.

Przyglądał mu się przez chwilę, aż w końcu skinął głową, a moment później Ianto usłyszał trzask drzwi. Dopiero wtedy pozwolił sobie na łzy.


Prowadził szybko i mało ostrożnie, jednocześnie walcząc z, przytłaczającą go, melancholią. Starał się nie myśleć, że bagażnik jego starego samochodu wypełniony jest wspomnieniami o przeszłości. O Lisie. Co jakiś czas, gdy skręcał gwałtownie lub zupełnie nagle hamował, słyszał, jak kartony przewracają się i wpadają na siebie. Na szczęście pół rolki taśmy klejącej dobrze zadbało, by przeszłość została tam, gdzie jej miejsce. Było już po dwudziestej, kiedy w końcu dotarł do Londynu. Następnego dnia miał pojawić się w pracy, więc noc w hotelu nie wchodziła w grę. Najwyżej jazda nocą, ciemną autostradą. Dobrze; i tak nie potrzebował snów, wypełnionych koszmarami. Auto zaparkował spory kawałek od celu swojej podróży – czuł, że spacer w angielskiej mżawce dobrze mu zrobi. Boże, tak strasznie tęsknił za tym miastem... Lisa kochała Londyn, a przy niej i on się tego nauczył.

Nie miał przy sobie wiele – jedynie skromny bukiet kwiatów – irysów – i dwa znicza. Do samego cmentarza dotarł niecałą godzinę później. Było już ciemno, a wiatr i deszcz zacinały ze znacznie większą energią niż na początku jego wycieczki. Cienki płaszcz był raczej marną ochroną przed zimnem, więc, kiedy ostatecznie dotarł do cmentarza, był przemarznięty i, dosłownie, trząsł się z zimna.

W ciemności znalezienie odpowiednich grobów nie było łatwe, zwłaszcza, że do tej pory odwiedził je tylko ten jeden raz. W końcu jednak dotarł na miejsce. Ofiary Canary Wharf miały na cmentarzu specjalnie wydzielone miejsca. Wszyscy razem, jeden obok drugiego. Cieszył się, że mrok zasłaniał mu widok na tyle, by nie mógł w pełni dostrzec, ile nagrobków się tam znajduje. Podejrzewał, że znów by zwymiotował, a tego jego obolałe ciało nie zniosłoby dobrze.

Światło z telefonu odbijało się lekko od starannie wygrawerowanego napisu: Lisa Hallett. Położył kwiaty obok jej pustego grobu i, przez dłuższy moment, po prostu stał w miejscu, wpatrując się w marmurowy nagrobek. Chciał płakać, lecz brakowało mu już łez. Lisa odeszła. Zniknęła na zawsze,

a on... on musiał z tym żyć. Tak ciężko było w to uwierzyć. Zaledwie kilka miesięcy temu nigdy nie wpadłby na podobny scenariusz. To wszystko zdawało się być jakąś tanią, straszną historyjką dla miłośników nieszczęśliwych romansów. Jego ukochana zmieniła się w potwora i próbowała zabić każdego, kto stanął na jej drodze, a on, zamiast ją powstrzymać, naiwnie jej na to pozwolił. Nie dostrzegł, kiedy miejsce jego narzeczonej zajął okrutny kosmita; żył głupią nadzieją, która ostatecznie kosztowała życie dwie osoby. Był winny ich śmierci. Nie Lisa, lecz on. To była jego wina, a teraz musiał nauczyć się z tym żyć.