Rozdział 6

Czerwiec 2007 roku

— Tylko my możemy mieć takie szczęście — mruknął ze złością Ianto, chowając telefon do kieszeni swoich nowych, koszmarnie niewygodnych dżinsów. — W hotelu zgubili naszą rezerwację. Subtelnie dali mi do zrozumienia, że mogę ich pocałować gdzieś. Nie mają wolnych miejsc.

— Do diabła — odparła Lisa, jednak w jej głosie nie słychać było gniewu czy irytacji. — Wygląda na to, że jednak rozbijemy ten namiot na plaży — stwierdziła triumfalnie i oparła się o maskę zaparkowanego samochodu.

Ianto przewrócił oczami. Lisa, odkąd tylko usłyszała o wycieczce do Francji, nie chciała dać spokoju sprawie nocowania w namiocie na zimnej bretońskiej plaży i wciąż uparcie go na to namawiała, nie wierząc, że może istnieć na świecie osoba, która nigdy nie spała w namiocie.

— No dalej, mój przystojny Walijczyku — zawołała, gdy dostrzegła jego minę.

Odepchnęła się od maski auta, podeszła bliżej niego i, łapiąc lekko za kołnierzyk jego koszuli, spojrzała mu prosto w oczy ze słodkim uśmiechem na twarzy.

— Zgódź się. Będzie cudownie, zobaczysz. Tylko ja, ty i ocean... Wiesz, co moglibyśmy zrobić późną nocą? — zapytała uwodzicielsko.

— Odmrozić sobie tyłki?

Dziewczyna parsknęła śmiechem i odsunęła się, by otworzyć bagażnik ich niebieskiego, starego auta. Zaparkowali dosłownie kilka metrów od plaży i zza drzew wyłaniał się już ocean. Jego szum był głośny i uspokajający, lecz chłopak podejrzewał, że po nocy spędzonej przy jego akompaniamencie będzie miał go dość do końca życia. Lisa jednak zdawała się nie mieć podobnych zmartwień. Westchnął i ruszył w jej stronę.

— Nie kłopocz się, przed samym wyjazdem wypakowałem cały sprzęt kempingowy — mruknął i zamarł, kiedy bezceremonialnie została mu wepchnięta w ręce wielka torba.

— Owszem, a ja zapakowałam go z powrotem. — Posłała mu swój popisowy uśmiech, po czym wróciła do rozpakowywania rzeczy z bagażnika. — Zobaczysz, będziemy się świetnie bawić. Nie wierzę, że nigdy nie byłeś z rodzicami pod namiotami. Kiedy byłam mała, mama i tata ciągle mnie zabierali na jakieś biwaki.

Wzruszył obojętnie ramionami. Prawie się już przyzwyczaił, że jego dzieciństwo dalekie było od ideału, a z czasem coraz łatwiej było mu o tym rozmawiać z Lisą.

— Kiedy mama żyła, nigdy nie było na to czasu. Oboje ciągle pracowali. Raz wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę na wieś, ale jak szybko pojechaliśmy, tak szybko wróciliśmy. A potem mama umarła i... No cóż, powiedzmy, że ojcu nie wyjazdy były w głowie.

Lisa pokiwała ze zrozumieniem głową, lecz Ianto dostrzegł na jej twarzy wyraźny ślad dezaprobaty, który zawsze pojawiał się, gdy rozmawiali o jego ojcu. Odkąd opowiedział jej o swoim wczesnym życiu, dziewczyna pałała wyjątkową niechęcią do mężczyzny, choć nigdy nie powiedziała tego głośno i chłopak był jej za to wdzięczny.

Otrząsnął się z rozmyślań dopiero, gdy dostrzegł jeden z przedmiotów w dłoniach Lisy. Natychmiast wszystkie ponure myśli o przeszłości uciekły mu z głowy.

— Nie — jęknął z rezygnacją. — Nie zrobiłaś tego! Powiedz mi, że nie!

Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej.

— Rozpalimy ognisko i będziemy mogli zagotować wodę na herbatę — powiedziała, z dumą unosząc stary jak świat czajnik, który dostała ładne kilka lat wcześniej od babci.

— Lisa, to coś nie nadaje się do użytku! — jęknął. — Spójrz na niego tylko, jest cały zakamieniony. Obiecuję, że po powrocie do domu pierwszym, co zrobię, będzie zabranie cię do sklepu po nowy czajnik.

Rzuciła mu urażone spojrzenie i wydęła teatralnie usta, choć w jej oczach błyszczało rozbawienie.

— Wielkie dzięki, ale bardzo lubię ten czajnik. Dostałam go od babci gdybyś zapomniał.

— I nie sądzisz, że jest nieco zbyt stary?

Prychnęła z oburzeniem i uderzyła go w ramię.

— Mówisz tak, bo nie potrafisz się nim posługiwać!

— Ja nie potrafię? — zawołał z oburzeniem. — Wypraszam sobie! To ten czajnik przecieka w każdym możliwym miejscu! Nie moja wina, że kończę poparzony. Dawaj to, utopimy go w oceanie!

Wyrwał czajnik z rąk zaskoczonej Lisy i ruszył biegiem w stronę plaży, uśmiechając się zwycięsko.

— Ianto! Ani się waż! Wracaj tu! — krzyknęła, również kierując się w tamtą stronę.

— Radzę się pospieszyć, później wyłowisz go już tylko na wędkę — zawołał ze śmiechem.

Reszta dnia minęła im w dobrej atmosferze, nawet jeśli Ianto wciąż uważał pomysł z namiotem za idiotyczny i najchętniej spędziłby noc w samochodzie. Na jego dziewczynę jednak nie było mocnych, kiedy już się uparła, więc musiał się z tym pogodzić i starać się nie rzucać wrednymi komentarzami, gdy tylko wyobrażał sobie zimną noc w tym piekielnym kawałku tkaniny. Na samą myśl o tym miał ochotę się skrzywić, lecz postanowił robić dobrą minę do złej gry. Cóż, weekend w hotelu i restauracja przepadły, jednak wciąż miał pierścionek. Musiał tylko zaczekać na odpowiedni moment.

Mijały jednak minuty, a później godziny i w końcu nastał wieczór (chłodny, dokładnie tak, jak podejrzewał), rozpalili ognisko, a Ianto powoli zaczął sobie uświadamiać, że za bardzo się boi. Lisa akurat poszła się przebrać, kiedy dostał wiadomość od Tommy'ego.

No i jak? Zgodziła się czy obaj jesteśmy teraz kawalerami? Nie wiem, którą opcję oblewać, więc jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, pospiesz się, Jones!

Przewrócił oczami z politowaniem. To było tak bardzo w stylu jego przyjaciela. Spojrzał w kierunku namiotu, jednak nic nie wskazywało, by Lisa miała wyjść z niego w najbliższym czasie. Być może przesadzili nieco z winem i jej koordynacja ruchowa zostawiała sporo do życzenia. Wystukał na telefonie szybką i treściwą odpowiedź.

Nie mogę tego zrobić.

Nie martw się, Lisa Jones nie brzmi tak źle, może się zgodzi.

Dzięki, Tommy.

Spoko. A teraz bierz się w garść i nie bądź babą. Lisa jest kobietą, one szaleją za takimi rzeczami. Masz jak w banku, że się zgodzi. A jak nie, to porzucisz ją we Francji i po kłopocie.

Westchnął i podniósł się z koca, na którym do tej pory siedział. Serce waliło mu jak szalone, jednak Tommy miał rację... No, prawie, przynajmniej w kwestii tego, że powinien przestać panikować. Wyciągnął z kieszeni pudełko z pierścionkiem i wszedł do namiotu. Nie zdążył jednak zacząć żadnej z czułych przemów, które wcześniej sobie przygotował, gdyż jego dziewczyna najzwyczajniej w świecie zasnęła i teraz pochrapywała cicho. Pokręcił głową z uśmiechem, z pewną ulgą chowając pierścionek na miejsce. Mógł poczekać na lepszy moment.

Wrócił na plażę, zgasił ognisko, po czym stwierdził, że nawet piękne, rozgwieżdżone, bretońskie niebo nie jest warte zarwanej nocy. Szybko zmienił ciuchy, jednak zawahał się przed wejściem do śpiwora. Lisa drżała delikatnie, otulona – jak dopiero teraz zauważył – jedynie cienkim kocem. No tak, mógł się tego spodziewać. Mieli tylko jeden śpiwór... Dobudzenie dziewczyny nie było łatwym zadaniem, lecz ostatecznie skończyli, śpiąc przyciśnięci do siebie.

Kiedy obudził się następnego dnia, czuł, że spał bardzo krótko. Głowa bolała go lekko po wczorajszym winie i z niechęcią otworzył oczy. Namiot miał tylko jedną zaletę, nie przepuszczał ostrego światła. Mimo to było w nim w miarę jasno i mógł dostrzec Lisę, która z rozpaczą wpatrywała się w małe lusterko. Z uporem przejeżdżała szczotką po swoich długich, ciemnych włosach, jednak zdawała się nie być zadowolona z efektów. Spojrzał na zegarek i jęknął w duchu.

— Kochanie, jest siódma rano. Co ty wyprawiasz? — zapytał wciąż zachrypniętym od snu głosem.

Lisa odwróciła się i posłała mu mordercze spojrzenie, po czym wróciła do poprzedniego zajęcia. Parsknął cicho i wygramolił się ze śpiwora. Uklęknął za nią, zabrał szczotkę z jej dłoni, po czym zaczął kontynuować rozczesywanie jej włosów, jednak z dużo większą dozą delikatności.

— Jeśli będziesz taka brutalna, to niedługo w ogóle nie będziesz miała włosów.

— No i dobrze — powiedziała bez przekonania. — I tak wyglądam z nimi, jakby trzasnął mnie piorun.

— Wyglądasz ślicznie — stwierdził, gdy odwróciła się w jego stronę i pocałował ją szybko w czoło.

— Mówisz tak, bo jesteś moim chłopakiem.

Wzruszył ramionami.

— Jaki to ma związek? Przecież nie kocham cię za to, jak wyglądasz. Poza tym dla mnie i tak jesteś śliczna.

Tym razem Lisa w końcu się uśmiechnęła i pozwoliła mu się pocałować. Nie trwało to długo, jednak kiedy się od siebie oderwali, dziewczyna znów była tą samą, szczęśliwą Lisą, którą tak uwielbiał. Nic tak nie podnosiło go na duchu jak jej optymizm. Podejrzewał, że po części właśnie dlatego się w niej zakochał. Miała w sobie jakąś delikatną nutę niewinności, którą potrafiła urzec każdego. Bez wątpienia nigdy nie czuł czegoś tak silnego do kogokolwiek. Lisa była pierwszą kobietą, w której się zakochał i nie sądził by kiedykolwiek miało się to zmienić.

— Więc nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli po powrocie zetnę włosy? — zapytała po chwili.

— Sam zapłacę za fryzjera, jeśli chcesz — odparł i posłał jej szeroki uśmiech.

Październik 2007 roku

Płomień był ogromny i bił od niego nieprzyjemny żar. Odsunął się jeszcze dalej, czując, że zaczyna brakować mu tlenu. A może to jedynie jego wyobraźnia? Sam już nie wiedział. Wsadził dłonie w kieszenie spodni, obserwując, jak jego poprzednie życie idzie z dymem. Nie potrafiłby zdobyć się na wyrzucenie jej rzeczy, więc takie rozwiązanie było najlepsze. Mógł po prostu zamienić je w dym i popiół. Dokładnie tak, jak niedawno zrobił to z samą Lisą.

Rozejrzał się po okolicy i jeszcze raz pomyślał o tym, że dobrze było przyjechać na takie pustkowie. Sam do końca nie wiedział, gdzie właściwie jest, lecz miejsce to świetnie nadawało się do rozpalenia ogniska bez ryzyka wywołania ogromnego pożaru czy też zarobienia mandatu, na którego zapłacenie nie byłoby go aktualnie stać. Z drugiej strony nie było go też stać na benzynę, a mimo to pozwolił sobie na wycieczkę do Londynu. Potrzebował jej.

Wiedział, że niebawem będzie musiał się wyprowadzić. Nie mógł sobie dłużej pozwolić na opłacanie ślicznego mieszkanka w jednej z lepszych dzielnic Cardiff. Leczenie Lisy, sprowadzenie doktora Tanizaki, czynsz – to wszystko pochłonęło całe oszczędności, odszkodowanie po Canary Wharf i wystarczyło, by musiał zaciągnąć ogromny kredyt. Japoński lekarz naprawdę nie był tani, lecz nie istniało inne rozwiązanie.

Do domu dotarł około czwartej, wcześniej zatrzymując się w całodobowym markecie po coś do jedzenia. Zauważył przy tym, że stan jego konta w banku osiągnął alarmująco niski poziom. Cóż, w tym miesiącu będzie musiał odpuścić sobie rachunek za prąd i zaopatrzyć się w świeczki, bo czegokolwiek by nie zrobił, nie dałby rady go zapłacić.

Otworzył więc drzwi do mieszkania z myślą, iż powinien cieszyć się ostatnimi dniami w cieple i ze światłem. I tak spóźniał się już z zapłatą, odłączenie prądu było tylko kwestią czasu. Torchwood płaciło pracownikom całkiem sporo, nawet jeśli z całego zespołu dostawał najmniejszą wypłatę. Niestety w ciągu ostatnich kilku miesięcy zdążył się nieźle zadłużyć.

Wszedł do środka i kolejny raz zaskoczyła go pustka w pomieszczeniu. Z ciemnych paneli przedpokoju zniknął gustowny, biały dywan; podobnie wyglądała też sprawa z ramkami, które jeszcze do niedawna znajdowały się na ścianach – teraz zostały tam jedynie ślady po gwoździach. Obraz przedstawiający wazon z kwiatami ustąpił miejsca gołej, białej ścianie. Nawet mieszkanie przypominało mu o pustce, którą pozostawiła po sobie Lisa. Przeszedł do salonu, opadł na kanapę i wbił spojrzenie w ścianę. Pustka. Jedno słowo, które tak świetnie opisywało jego życie. Pustka po śmierci matki, pustka po ucieczce z domu, pustka po Canary Wharf. Uczucie straty towarzyszyło mu od zawsze i ostatecznie zostawiało po sobie tylko pustkę. Tracił każdą osobę, która była dla niego ważna.

W ciągu kolejnych dwóch godzin działał niczym robot. Podniósł się na nogi, przyszykował sobie coś do jedzenia i niemal natychmiast zwymiotował. Podjął kolejną próbę parę minut później. Tym razem udało mu się zachować zawartość żołądka na miejscu. Wziął szybki prysznic i po raz kolejny ubrał na siebie garnitur. Mimo iż był szyty na miarę i to całkiem niedawno, potrzebował paska do spodni. Koszula wisiała na nim jeszcze bardziej niż kilka dni temu, lecz postanowił to zignorować. I tak nikogo to nie obchodziło. O ile oczywiście kawa była podana punktualnie, a archiwa były idealnie uporządkowane.

Kilka minut przed wyjściem spojrzał w lustro. Spróbował się uśmiechnąć, lecz z cieniami pod oczami i włosami, które za nic nie chciały współpracować, wyszło to dość żałośnie. Lisa zawsze mówiła, że najlepiej wygląda z uśmiechem; że nigdy w życiu nie powinien płakać, bo straszy wtedy samym swoim wyglądem. Całe szczęście, że zabrakło mu już łez.

Postanowił, że spacer przed całym dniem w podziemnej bazie dobrze mu zrobi, więc zostawił auto na parkingu pod budynkiem, jednocześnie myśląc o tym, że dobrze zrobi to jego funduszom – w ostatnich tygodniach wydał majątek na samą benzynę. Naprawdę potrzebował nowego, tańszego mieszkania.

W połowie drogi zaczął dochodzić do wniosku, że długi, w założeniu relaksujący, spacer wcale nie był takim znowu dobrym pomysłem. Deszcz, który jeszcze do niedawna był lekką mżawką, zupełnie nagle zamienił się w potworną ulewę, a do Centrum wciąż został spory kawałek drogi. Zresztą, nawet nie licząc koszmarnej pogody (do której, mieszkając w Cardiff, trzeba się było przyzwyczaić), wycieczka o szóstej rano przez ciche uliczki dawała aż nazbyt dużo czasu na zmartwienia i rozmyślania.

Wiedział, że ma szczęście. Bardzo dużo szczęścia, biorąc pod uwagę fakt, że w starciu z Cybermenami na Canary Wharf życie straciły setki ludzi, a sama zdrada w Torchwood najczęściej karana była śmiercią (rzadziej Retconem, o ile występowały okoliczności łagodzące). Mimo to nie potrafił pozbyć się przytłaczającego smutku. Śmierć Lisy wciąż była zbyt świeża, a do tego dochodziła zdrada, jakiej się dopuścił wobec zespołu. Był pewien, że nikt łatwo mu tego nie wybaczy, a już na pewno nie zapomni. Może poza Gwen. Słodką, naiwną Gwen. Kobieta musiała być absolutnie wstrząśnięta zachowaniem Jacka, którego do niedawna uważała za bohatera, marzenie każdej kobiety.

Sam nie wiedział, czy bardziej boi się zawodu i złości w oczach Jacka, czy może jednak współczucia dziewczyny. Lubił Gwen, naprawdę, jednak czasem tęsknił za Suzie. Odkąd prawda o morderstwach wyszła na jaw, temat ich starej przyjaciółki stał się tematem tabu, więc Ianto nigdy o tym nie wspominał. Jemu samemu było wstyd przyznać się, że mógł dostrzegać przyjaciółkę w kimś, kto okazał się mordercą i ostatecznie, nie będąc w stanie ponieść konsekwencji swoich działań, odebrał sobie życie. A jednak Suzie nie zawsze była ogarnięta szalonym pragnieniem okiełznania rękawicy i kiedy Ianto spotkał ją po raz pierwszy, kobieta okazała mu najwięcej sympatii z całego zespołu. Nie było w niej nic ze złośliwości Owena czy nieufności Tosh, a po Kapitanie, który niemal nie odrywał wzroku od jego tyłka, była całkiem miłą odmianą, okazując absolutną obojętność na fakt, iż jest mężczyzną.

Tosh również była w porządku, jednak oboje byli zbyt nieśmiali, by któreś z nich zrobiło pierwszy krok ku przyjaźni. Suzie nie miała takich problemów i kilka razy udało im się wyskoczyć razem na kawę czy do kina. Później spotkania się urwały. Nie było żadnej kłótni ani nic podobnie dramatycznego. Ianto był zwyczajnie zbyt zajęty Lisą, a Suzie zaczęła pogrążać się w swoim własnym szaleństwie.

Ianto nie był pewien, czy mógłby ją nazwać przyjaciółką, lecz sądził, że może w innym życiu, gdyby wszystko potoczyło się inaczej, gdyby spotkali się gdzieś daleko od Torchwood, może wtedy mogłoby to zaowocować w trwałą relację. Lubił sposób, w jaki kobieta nie owijała w bawełnę, robiąc to jednocześnie dużo kulturalniej od Owena. Lubił to, że przy niej mógł niemal poczuć się sobą. Przypominała mu Tommy'ego.

Jednak z drugiej strony fakt, że dobrze się dogadywali o niczym nie świadczył. Nigdy nie pomyślał, by poprosić Suzie o pomoc. Suzie nie przyszła z nim porozmawiać, kiedy poczuła, że traci kontrolę. Nie łączyło ich nic więcej niż dobra znajomość, a niedługo potem Suzie popełniła samobójstwo. Ianto zajął się jej ciałem i spakowaniem wszystkich osobistych rzeczy, zaś Jack zatrudnił Gwen, nie dając im nawet przetrawić wiadomości o śmierci kobiety. Gdyby nie zamknięta komora w kostnicy z jej nazwiskiem, chłopak mógłby mieć wątpliwości, czy ktoś taki naprawdę istniał.

Zastanawiał się, czy i jego Jack tak łatwo by zastąpił i dlaczego właściwie tego nie zrobił. Po tym, co wydarzyło się kilka dni temu, miał do tego pełne prawo i, choć Ianto wciąż nie był pewien, czy jest za to wdzięczny, czy nie, zaskakiwał go fakt, że Kapitan postanowił dać mu kolejną szansę. Mógł być za to pewien, że nie będzie to łatwe.

Dotarł do placu i, wymijając spieszących się ludzi, przyspieszył kroku. Wciąż było wcześnie i pewnie w Centrum nikogo jeszcze nie było, mimo to nie chciał ryzykować i zamiast skierować się prosto do pracy, ruszył w kierunku znajdującej się niedaleko kawiarni. Było dopiero po siódmej, więc, zgodnie z tym, co powiedział Jack, mógł się pojawić na miejscu dopiero o ósmej. Nie uśmiechało mu się odkładanie nieuniknionego, nawet jeśli nie miał wyjścia.

Wszedł do niemal pustego pomieszczenia i uderzył w niego silny, charakterystyczny zapach kawiarni – kawa zmieszana z jakimiś słodkimi wypiekami. Poczuł, że jego żołądek buntuje się boleśnie i z trudem powstrzymał kolejne mdłości. Podszedł do lady, zza której uśmiechała się do niego młoda szatynka z włosami związanymi w wysokiego kucyka. Widać był jednym z pierwszych klientów, gdyż jej uśmiech nie zdążył jeszcze stracić na szczerości, a sama dziewczyna nie spoglądała co sekundę ze zniecierpliwieniem na zegarek.

— Paskudna pogoda, prawda? — zapytała luźnym tonem, jednocześnie wskazując znacząco głową na okno, za którym zacinał ostro deszcz.

— Tak, paskudna — mruknął niechętnie i z trudem powstrzymał cisnące się do głowy wspomnienie Lisy, która zawsze patrzyła z pogardą na każdą osobę, jaka nie chciała wychodzić z domu w czasie deszczu. — Espresso doppio poproszę — dodał po chwili, orientując się, że szatynka czeka na zamówienie.

Porządna kawa powinna mu dobrze zrobić, zwłaszcza, że tej nocy nawet nie zmrużył oka. Wspomnienie grobów było zbyt świeże, by mógł chociaż spróbować.

— Nic do jedzenia? Mamy świetne...

— Dziękuję, nie jestem głodny — przerwał jej i sięgnął do kieszeni po portfel.

Kilka minut później siedział przy oknie z kubkiem gorącej kawy. Nawet jej zapach, który zawsze uwielbiał, sprawiał teraz, że miał ochotę zwymiotować. Jeśli jednak nie chciał przez resztę dnia przypominać żywego trupa, powinien ją wypić. Wziął niepewny łyk i skrzywił się, kiedy wrzątek oparzył mu język. Odłożył filiżankę na spodek. Wsadził dłoń do kieszeni spodni, by wyjąć z niej telefon komórkowy. Skrzywił się, gdy na wyciszonym urządzeniu dostrzegł sześć nieodebranych połączeń od siostry. Nie był pewien, czy to dobry moment na odnawianie rodzinnych więzi, jednak musiał przyznać, że naprawdę za nią tęskni. W pewien sposób. Z westchnięciem zaczął wystukiwać literki na małej klawiaturze telefonu.

Nie martw się o mnie. Nic mi nie jest. Skontaktuję się z tobą, kiedy będę mógł.

Ianto

Zawahał się, jednak w kilku sekundowym przebłysku pewności nacisnął przycisk „Wyślij". Schował szybko urządzenie, bojąc się, że jeśli kobieta zadzwoni kolejny raz, postanowi odebrać. W tym momencie nie ufał samemu sobie, a nie było już Lisy, którą mógłby poprosić o radę. Lisa zawsze zdawała się wiedzieć, co robić. Nawet po śmierci rodziców pozostała silna, choć widocznie cierpiała. Dawniej Ianto nie mógł zrozumieć, czym zasłużył sobie na tak cudowną kobietę. Teraz już wiedział, że los zesłał mu ją tylko po to, by mógł ją stracić.

Dopił do końca kawę i nieprzyjemnym uczuciem w żołądku zauważył, że do godziny ósmej zostało kilka minut. Wiedział w co się pakuje; od samego początku. Nie powinien teraz mieć do nikogo pretensji. Może tylko do siebie. Gdyby nie był tak strasznym idiotą... Sam nie był pewien, dlaczego nie odeszli z Torchwood, kiedy tylko zaczęła się cała sprawa z duchami. Czy naprawdę byli aż tak zaślepieni? Czy chęć życia w dostatku odebrała im rozumy? Bał się odpowiedzi na to pytanie, choć w głębi ducha świetnie ją znał.

Odgonił na bok ponure wspomnienia niezliczony już raz tego dnia i ruszył w stronę wyjścia, po drodze rzucając szatynce przy kasie mało przekonujący uśmiech.

Okazało się, że w trakcie ostatniej godziny deszcz zdążył się nieco uspokoić, choć powietrze pozostało zimne i nieprzyjemne. Otulił się szczelniej płaszczem, po czym niechętnie skierował się w kierunku zatoki. Miał jedną, ostatnią szansę. Wiedział, że jeśli ją zmarnuje, Jack nie zawaha się i przekaże go w ręce UNIT-u.