Rozdział 7
Październik 2007 roku
Wiedział, że to nie będzie łatwe, wiedział od początku, jednak nie zmniejszało to w żadnym stopniu strachu, jaki odczuwał. Zmierzenie się z konsekwencjami okazało się najtrudniejszą częścią całej sytuacji, w którą się wpakował. Wcześniej, gdy myślał o planie uratowania Lisy, nie brał pod uwagę porażki. Pomysł, że ona może tego nie przeżyć był zbyt bolesny, by go rozważać. A jednak stało się.
Kiedy przekroczył próg Centrum, Jack i Gwen już tam byli. Starszy mężczyzna skinął mu sztywno głową i Ianto nieśmiało odpowiedział tym samym, choć wiedział, że gest ten niewiele znaczy. Chciałby wierzyć, że da się jakoś uratować ich niepewną przyjaźń, naprawdę. Tyle, że aktualnie za bardzo pogubiony był w swoich uczuciach, by choćby podjąć się próby tego.
W jakiś sposób nienawidził Kapitana. Nienawidził go aż do bólu. Za to, co zrobił Lisie, za jego piekielną nieczułość, za całą ignorancję i pychę. Była w nim taka część, która chciała, by Jack cierpiał tak mocno jak on w momencie, gdy kule przeszyły ciało jego ukochanej.
A jednocześnie była też ta druga część – pełna wstydu i poczucia winy – niepozwalająca mu na spojrzenie w oczy któregokolwiek ze współpracowników, a już na pewno nie w oczy Jacka. Część żałująca, że ratował Lisę za wszelką cenę, nie zważając, że może zranić przy tym wiele innych osób. Uczucie do niej przesłoniło mu wszystko inne i nawet nie zauważył, kiedy zaczął bronić potwora.
Po wydarzeniach piątkowej nocy nie został niemal żaden fizyczny ślad, jednak po całym weekendzie, kiedy nikt nie sprzątał przybywających w zastraszającym tempie śmieci, zdążył zrobić się niezły bałagan. Starał się sprzątać jak najsprawniej, pragnąc szybko móc ukryć się w archiwach. Był już bliski końca, kiedy drzwi otworzyły się z charakterystycznym wyciem alarmu i weszła przez nie Tosh. Wzdrygnął się i niemal upuścił tacę z brudnymi kubkami. Zaklął w myślach. Był prawie pewien, że strach przed każdym głośniejszym dźwiękiem ma już za sobą.
— Ianto. Mój gabinet — powiedział niespodziewanie Jack, który jakimś cudem znalazł się nagle za jego plecami.
Tym razem zaskoczenie było zbyt duże i naczynia z głośnym hałasem wylądowały na podłodze. Westchnął, przyglądając kawałkom potłuczonej porcelany i po chwili odwrócił się w kierunku swojego szefa. Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych emocji, kiedy schylił się i zaczął zbierać z ziemi odłamki. Ianto postanowił nic nie mówić i poszedł w jego ślady. Próbował robić to jak najostrożniej, jednak i tak udało mu się nabawić kilku skaleczeń. W pewnym momencie Jack wstał na nogi i podniósł tacę z resztkami tego, co kilka minut temu było brudnymi naczyniami. Odłożył ją na bok i Ianto podświadomie wiedział, czego oczekuje mężczyzna. Ruszył w stronę swojego gabinetu, nie odwracając się w jego stronę, lecz chłopak i tak ruszył za nim.
Zamknął za sobą ostrożnie drzwi i spojrzał na Kapitana, który siedział za biurkiem z niezadowoloną miną. Gdyby nie był tak zmęczony ciągłym odczuwaniem emocji, może udałoby mu się zdziwić, że mężczyzna ma mu jeszcze coś do powiedzenia. Sądził, że po jego ostatniej wizycie ich kontakty zostaną ograniczone do minimum. Że nie będzie ich w ogóle. Najwyraźniej się mylił.
Jack rzucił coś na biurko i Ianto podszedł bliżej, by móc się przyjrzeć, lecz nie zajął miejsca w krześle naprzeciw niego. Przełknął ciężko ślinę, dostrzegając, że tym, co wyprowadziło Kapitana z równowagi, była jego dokumentacja medyczna.
— Depresja endogenna — powiedział w końcu Jack, najwyraźniej dostrzegając, że archiwista nie zamierza przerwać kłopotliwej ciszy. — Depresja, Ianto. Sądziłem, że po piątkowej nocy nic mnie już w twojej kwestii nie zdoła zdziwić. A potem postanowiłem sprawdzić, jak wiele jeszcze o tobie nie wiem. Zamierzałeś mi kiedyś o tym powiedzieć?
Odwrócił wzrok w stronę szyby. Dostrzegł za nią Gwen, czytającą raport na jakiś temat, który z nieśmiałym uśmiechem wręczyła jej Tosh. Zastanawiał się przez chwilę, czy kobieta jeszcze kiedyś się tak do niego uśmiechnie.
— Depresja, do diabła! — ryknął Jack, uderzając dłonią w blat biurka.
— Nie zmieniałem nic przy mojej dokumentacji medycznej, sir — stwierdził, kierując spojrzenie w jego stronę. — To było tam przez cały czas. Nie rozmawiałem o tym nawet z... Nie rozumiem, dlaczego miałbym się chwalić tym przed panem.
— Jestem twoim pracodawcą!
— Więc powinien był pan przeczytać moją dokumentację medyczną — odparował, czując narastającą irytację. Uczucie to jednak minęło niemal tak szybko, jak się pojawiło, znów pozostawiając po sobie zimne otępienie.
Jack wziął głęboki oddech i potarł nos u nasady. Po chwili wskazał dłonią na krzesło, dając mu znać, że zanosi się na długą, trudną rozmowę, na którą żaden z nich nie miał ochoty.
— Od jak dawna? — zapytał krótko.
— Leczę się od lutego 2004 roku...
— Nie o to pytam — przerwał mu niecierpliwie i znów odetchnął. — Od jak dawna czujesz w ten sposób? — Wskazał dłonią na teczkę z dokumentami. — Smutek, uczucie bezsensu, myśli samobójcze. Na tym polega ten rodzaj depresji, prawda?
Zawahał się przez moment. Przerabiał to już kiedyś. Yvonne Hartman jako jedna z niewielu wiedziała o jego problemach; kobieta przywiązywała ogromną wagę do kwestii zdrowia psychicznego swoich pracowników i to właśnie ona poleciła mu sesję z terapeutą pracującym dla Torchwood Jeden. Nie wiedział jednak, czy chce rozmawiać o tym z Jackiem. Jackiem, który kilka dni wcześniej, bez choćby mrugnięcia okiem, zastrzelił Lisę. Wzruszył więc po prostu ramionami i mężczyzna pokręcił z rezygnacją głową.
— W Torchwood Jeden przyjmowałeś specjalne leki.
— Odstawiłem je kilka miesięcy przed... przed upadkiem Canary Wharf.
— Ianto... — powiedział niepewnie Jack po chwili wahania.
Ale on nie chciał tego słuchać. Usłyszał już wystarczająco dużo. Że Kapitan bez problemu dałby radę go zabić; że gdyby nie reszta zespołu, tkwiłby teraz w celi UNIT-u, którego metody radzenia sobie ze zdrajcami były bardzo głośne. Że wciąż może tam wylądować, jeśli nie da mężczyźnie dobrego powodu, by mu na nowo zaufał. Dlaczego więc miałby zwierzać się mężczyźnie ze swoich problemów? Nie tak dawno Jack powiedział mu, że wspomnienia Ianto to nie jego problem. Chłopak nie widział powodu, dla którego sytuacja miała się zmienić. Kapitan nie był już jego przyjacielem. Nie był pewien, czy w ogóle kiedyś nim był, lecz jeśli tak, to z pewnością minęło to bezpowrotnie. Jego przyjaciele zginęli na Canary Wharf i został sam w swoim bólu. Tym razem nie było już Lisy, która na nowo pokazałaby mu, że warto żyć.
— Proszę się nie martwić — powiedział, wymuszając uśmiech. Podniósł się z krzesła i ruszył w stronę drzwi. — Nic mi nie będzie, sir.
Lipiec 2007 roku
Był cały oblepiony krwią; miał wrażenie, że ta wręcz z niego spływa, choć gdzieś w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że tak nie jest, że wilgoć na twarzy to tylko łzy, a krew na dłoniach zaczęła już zasychać. Pomyślał krótko o Jane i, mimo że od dawna nie wierzył, zwrócił się w myślach do Boga; błagał, by pozwolił jej przeżyć to piekło. Może jeśli uda jej się wydostać z budynku Torchwood, będzie miała jakieś szanse. On sam nie mógł odejść bez Lisy. Nie bez niej.
Ostatni raz spojrzał na ciało Tommy'ego i przyklęknął przy nim. Ściągnął z ramion zniszczoną marynarkę, po czym okrył nią rozdartą pierś przyjaciela. Z trudem stłumił rozpaczliwy szloch. Wyciągnął drżącą dłoń, by zamknąć jego otwarte, puste oczy.
— Tak mi przykro — wyszeptał, lecz wiedział, że to jeszcze nie czas na żałobę.
Musiał znaleźć narzeczoną. Znaleźć i wyciągnąć z tego żywą. Zacisnął pewnie drżącą dłoń na pistolecie i ruszył w stronę szybu wentylacyjnego, który niedawno opuścili. Miał wrażenie, że było to w innym życiu. Innym lepszym życiu, w którym jego najlepszy przyjaciel nie był martwy. Wczołgał się do ciasnego pomieszczenia, lecz nie zaszedł daleko. Musiał się zatrzymać, przeczuwając, że jeszcze moment i dostanie ataku paniki. Ręce kompletnie go nie słuchały i, mimo że zaciskał je kurczowo na pistolecie, nie chciały przestać się trząść. Nie mógł na nie patrzeć, nie, kiedy wciąż całe były we krwi. Szyb wentylacyjny nie sprzyjał jego niezdiagnozowanej klaustrofobii, której nabawił się w dzieciństwie, lecz wiedział, że nie ma innego wyjścia – to była najszybsza droga do Lisy.
Doszedł do piętra piętnastego i, czując narastające niepokojąco szybko ciepło, postanowił przebyć resztę drogi schodami. Mógł mieć tylko nadzieję, że tutaj pożar nie dotarł. Nie zaszedł jednak daleko. Opuścił szyb i niemal natychmiast go dostrzegł. Nie wyglądał jak żaden kosmita, o którym wcześniej słyszał. Właściwie miał całkiem niewinny wygląd, gdyby nie ciała ludzi, które go otaczały. Stał odwrócony do niego tyłem, a przynajmniej taką miał nadzieję.
— Eksterminować! Eksterminować! — powtarzał jak zaklęty.
Zrobił kilka szybkich kroków w tył, po czym, kiedy maszyna nie zwróciła na niego uwagi, rzucił się do biegu. Niemal natychmiast instynktownie uchylił się przed laserową wiązką.
Nie przeżyje tego. Był pewien, że nie wyjdzie z tego żywy. Przyspieszył i skręcił za róg. Pomyślał o matce i pierwszy raz poczuł ukłucie radości, że nie ma jej teraz przy nim, że... że nie musi przez to przechodzić. Kolejny zakręt i w końcu dostrzegł drzwi prowadzące na klatkę schodową. Chciał ruszyć w ich stronę, lecz wtedy te otworzyły się z hukiem i miał wrażenie, że jego serce zatrzymuje się gwałtownie. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
— Nie — wyszeptał, czując, że łzy płyną mu z oczu i nie chcą przestać. — Błagam, nie.
Armia Cybermenów szła prosto w jego stronę i miał jeden wybór. Stawić im czoła lub odwrócić się i biec w stronę istoty, która bez wątpienia pozbawi go życia. Zacisnął oczy, a ciężkie kroki rozbrzmiewały coraz bliżej. Nie było żadnej szansy na ucieczkę; wiedział, że i tak tego nie przeżyje. W końcu nastała kilkusekundowa cisza, którą przerwał mechaniczny głos.
— Zostaniesz ulepszony.
Otworzył oczy i cofnął się wbrew rozsądkowi. Poczuł na ramieniu silny uścisk metalowej ręki. Spróbował ją wyrwać, jednak nic to nie dało. Uniósł drugą dłoń, w której trzymał pistolet, lecz ten szybko został mu wytrącony z ręki. Cóż, ta broń i tak nic by nie dała.
— Nie walcz. Opór nie ma sensu. Zostaniesz ulepszony. Będziesz taki jak my. Nie musisz się bać. Cybermeni usuną twój strach. Będziesz taki jak my. Zostaniesz ulepszony.
Październik 2007 roku
Obudził się zlany potem i zaplątany we własną pościel. Wyskoczył z łóżka jak oparzony, jakby pragnąc się przekonać, że nie jest już przywiązany do stołu konwersji, że sekundy nie dzielą go od bycia przemienionym. Zapalił światło i gwałtownym, spanikowanym ruchem otworzył okno, pozwalając, by zimny wiatr wypełnił pomieszczenie. Szybki rzut oka na zegarek powiedział mu, że jest chwila po pierwszej w nocy. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przespał spokojnie więcej niż trzy godziny. Ostatni tydzień był niczym koszmar, z którego nie potrafił się obudzić.
Po ich rozmowie, Jack całkowicie go ignorował. Czasami jedynie rzucał mu taksujące spojrzenie, kiedy sądził, że chłopak nie widzi. Skończyły się flirty i subtelne słowne potyczki. Był tylko protekcjonalizm i chłód. Nie był tym zbyt zaskoczony i nie miał do mężczyzny pretensji.
Zachowanie Tosh nie zmieniło się wiele, traktowała go jedynie z większą dozą dystansu i nieufności niż wcześniej, lecz, znając kobietę, Ianto nie sądził, by robiła to celowo. Gwen z kolei była kompletnie innym przypadkiem. Zagadywała go, kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja, zawsze kilka razy dziękowała za swoją kawę, jakby chcąc się upewnić, że na pewno to zrobiła. Miał wrażenie, że próbuje nadrobić te ostatnie tygodnie, kiedy traktowała go jak element wyposażenia, lecz jednocześnie nie wie, jak powinna się wobec niego zachowywać. W końcu ona również pociągnęła za spust tamtej nocy. Kiedyś pewnie doceniłby jej troskę, lecz teraz jej matczyny instynkt był bardziej męczący niż pomocny.
Doceniał więc towarzystwo Owena, choć wciąż nie znosił sarkastycznego lekarza. Z całego zespołu tylko on nie zmienił swojego postępowania względem niego. Wciąż mu dogryzał i wciąż w dość wulgarny sposób wyrażał swoje niezadowolenie, kiedy spóźniał się z kawą. A jednocześnie słowem nie wspominał o Lisie, udowadniając, że posiada coś takiego jak przyzwoitość.
Wziął kilka głębokich oddechów. Koszmary w postaci retrospekcji z Canary Wharf męczyły go już od miesięcy, jednak w trakcie ostatniego tygodnia nasiliły się kilkukrotnie, niemal całkowicie uniemożliwiając mu sen. Od kilku dni musiał polegać na ogromnych dawkach kofeiny. Po przebudzeniu się z takiego koszmaru za bardzo bał się ponownie zasnąć. Bitwa o Canary Wharf była piekłem na Ziemi, a teraz przeżywał jej fragmenty od nowa każdej nocy.
Zamknął okno i ledwie świadomy swoich czynów, ruszył w kierunku szafy. Wyciągnął pierwszy lepszy garnitur, położył go starannie na łóżku. Przeszedł do kuchni i niespiesznie przygotował filiżankę silnej kawy. Następnie udał się do łazienki. Zrzucił z siebie przepocony podkoszulek i bieliznę, po czym wziął szybki, chłodny prysznic, chcąc jak najszybciej pozbyć się senności. Czuł się tak piekielnie otępiały. Zawsze budził się z tych znów przerażony i następne zawsze przychodziło otępienie. Jakby już nic nie miało znaczenia. Jakby Lisa razem ze sobą zabrała całą jego wolę walki. Żył, bo Jack tak postanowił; tylko dlatego.
Godzinę później przekroczył próg Centrum, modląc się, by nie zastać tam Jacka, który bardzo dosadnie mógłby mu przypomnieć, dlaczego ma zakaz pracy po godzinach. Naprawdę starał się go przestrzegać, tyle, że poza pracą niewiele miał do roboty, a nie wiedział, jak inaczej mógłby powstrzymywać swoje myśli przed zapędzaniem się na niebezpieczne tereny. Nie sądził jednak, by był w stanie użyć tej wymówki przed swoim szefem. By ten w ogóle chciał słuchać jego usprawiedliwień. Miał wrażenie, że prędzej czy później mężczyzna i tak spełni swoją groźbę. Nie wiedział, jak miałby temu zapobiec. Jack chciał dowodu, że może mu zaufać. Tyle, że Ianto nie potrafił mu go dać. Nie był pewien, czy w ogóle sam sobie ufa.
Wszedł do pomieszczenia i na moment zamarł, gdy głośny alarm ogłosił jego przybycie. Na szczęście zdawało się, że w Centrum nikogo już nie było. Odetchnął z ulgą i rozluźnił się minimalnie. Przynajmniej teraz nie musiał znosić napiętej atmosfery, która natychmiast pojawiała się w pomieszczeniu, gdy tylko do niego wchodził. O dziwo w takich momentach nagle zamierały wszystkie rozmowy; Owen zwykł przewracać oczami, dziewczyny wymieniały spojrzenia, a Jack udawał, że go nie zauważa. Cóż, zasłużył na to. Na to i na dużo więcej. Nieważne jak podle się czuł, to nie miało szansy wrócić życia ani lekarzowi Lisy, ani Annie.
Zawahał się, po czym chwycił ze stolika pliki, które zostawił tam przed wyjściem. Ruszył w stronę komputera, jednocześnie przeglądając notatki. Chciał porównać je z ostatnimi prognozami pogody, lecz nagle zamarł. Oczywiście, mógł się tego spodziewać. Wpadł prosto na Jacka, którego kilka chwil wcześniej z całą pewnością tam nie było. Przełknął z trudem ślinę i przez moment po prostu patrzył na mężczyznę. Miał na sobie biały t-shirt i spodnie, jakie wyszły z mody dobre kilkadziesiąt lat temu, lecz Ianto zdążył się już przyzwyczaić, że Kapitan nie ubiera się zgodnie z dzisiejszą modą. Tym razem jednak zniknęła gdzieś koszula i szelki, a jego włosy były w delikatnym nieładzie i chłopak nie pierwszy raz zadał sobie pytanie, czy Jack aby przypadkiem nie mieszka w Centrum.
— Nie powinno cię tu być — stwierdził Kapitan, kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, lecz, o dziwo, w jego głosie nie było złości, a wyraz twarzy miał łagodny.
Nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. Jack wciąż mu nie ufał, nie miał co do tego wątpliwości, i każda wymówka mogła mu jedynie zaszkodzić.
— Ani pana — rzekł w końcu, próbując powstrzymać nerwy.
Spoglądali na siebie przez moment, po czym Ianto ruszył w stronę komputera. Usiadł na krześle i wziął głęboki wdech. Spróbował skupić swoją uwagę na obrazie z monitora. Ręka na jego ramieniu okazała się czymś kompletnie zaskakującym. Podskoczył lekko i rzucił Jackowi zdezorientowane spojrzenie, jednocześnie czując, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jego ciele. Delikatny, wspierający dotyk był ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał. Kapitan najwyraźniej jednak postanowił nie przejmować się jego zmieszaniem.
— Co tam masz? — zapytał najzwyczajniej w świecie i chłopak zmusił swój umysł do ponownego skupienia.
— Zabawne zjawiska pogodowe — odparł niepewnie.
Niemal mógł poczuć, jak mężczyzna się spina. Milczał dłuższą chwilę, lecz, kiedy miał porównać prognozy Cardiff z prognozami reszty Walii, w końcu przerwał ciszę.
— Zostaw to — powiedział i, choć nie było w jego głosie złości czy irytacji, instynktownie wiedział, że lepiej będzie, jeśli zrobi tak, jak mówi mężczyzna.
Jack zabrał dłoń, jednak, gdy młodszy mężczyzna wstał od komputera i ruszył w kierunku archiwum, poczuł uścisk na nadgarstku. Kolejny raz rzucił Jackowi niepewne spojrzenie, lecz tym razem mężczyzna wyglądał na równie zaskoczonego co on. Zmarszczył lekko brwi i Ianto wyraźnie widział wahanie wypisane na jego przystojnej twarzy.
— Powinieneś iść do domu, Ianto — rzekł wreszcie i uwolnił jego rękę.
Odwrócił się na pięcie, wszedł do swojego gabinetu, po czym zamknął za sobą drzwi i chłopak został sam. Znów. Opadł z powrotem na krzesło, oparł łokcie na biurku i ukrył twarz w dłoniach. Miał w głowie kompletny mętlik. Nie wiedział, co powinien zrobić ani, jak mógłby pozbyć się nieustannego bólu, a Jack, który raz po raz zmienił swoje nastawienie do niego, w niczym nie pomagał.
Podniósł się na nogi, poprawił krawat i ruszył w stronę wyjścia. Mógł mieć tylko nadzieję, że to koniec koszmarów na tą noc.
Przygotowywał właśnie kolejną porcję kawy, kiedy niespodziewanie poczuł silne zawroty głowy. Zaskoczony złapał się ściany i odczekał moment, aż obraz stał odrobinę bardziej stabilny. Ze zmarszczonymi brwiami próbował przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz coś jadł, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Dopiero teraz zdał sobie wyraźnie sprawę, że jego brzuch przeszywa silny, ssący ból. Sięgnął do kieszeni po telefon z zamiarem zamówienia czegoś, kiedy drzwi otworzyły się i jak burza wpadł przez nie zespół. Głośny alarm kolejny raz go zaskoczył i telefon skończył na podłodze. Schylił po niego i kiedy znów się wyprostował, mógł zobaczyć, jak drzwi do gabinetu Jacka zamykają się za nim delikatnie. Rzucił okiem na twarze reszty i uniósł pytająco brew.
— Co się stało? — spytał niepewnie.
Tosh zacisnęła mocniej usta, a Gwen pokręciła głową i kilka łez spłynęło po jej policzkach.
— Oddał ją! — warknął Owen, patrząc ze wściekłością w stronę, gabinetu, w którym przed momentem zniknął Kapitan. — Pieprzony dupek! Oddał im dziewczynkę!
Och. W porządku. Tego się nie spodziewał.
— Tak po prostu?
— Tak po prostu!
— Ale dlaczego? — naciskał, wciąż nie rozumiejąc.
Gwen otarła policzki i drżącym głosem pokrótce streściła mu całą historię. Kiedy skończyła, zapadła niezręczna cisza.
— Mogliśmy się im postawić — dodała szeptem brunetka.
— Tak, ale święty Jack wiedział lepiej! — syknął z ironią lekarz i zwrócił się w kierunku Toshiko. — Długo ci to zajmie?
Kobieta wstała z krzesła, na którym przed momentem usiadła i kliknęła coś na klawiaturze, a ekran komputera stał się czarny.
— Możemy iść — oznajmiła i cała trójka ruszyła do wyjścia.
— Idziesz, Jones? — rzucił Owen i kobiety spojrzały na niego wyczekująco.
Uniósł głowę z zaskoczeniem i przez moment rozważał tę opcję, choć znał już swoją decyzję. Każde z nich miało w dłoni pistolet tamtej nocy. Żadne z nich nie oceniało po tym Jacka, a jednocześnie żadne się nie zawahało. A teraz, kiedy Jack spieprzył, mieli czelność szukać jego poparcia. Wbił spojrzenie w drzwi do jego gabinetu i przypomniał sobie ciepłą dłoń na swoim ramieniu; niepewność w oczach mężczyzny, jakby chciał coś powiedzieć i jakby zmienił zdanie w ostatniej chwili.
— Mam pracę do wykonania — odparł, a Owen wzruszył obojętnie ramionami.
Drzwi zamknęły się za nimi i tym razem alarm go nie zaskoczył. Odetchnął głęboko, odłożył telefon do kieszeni i niepewnie skierował się w kierunku gabinetu Kapitana.
