Rozdział 8

Październik 2007 roku

Szybkim ruchem poprawił krawat, jakby miało mu to dodać pewności siebie. Po krótkiej chwili wahania zapukał do drzwi i pchnął je nieśmiało, przeczuwając, że i tak nie otrzyma odpowiedzi. Nie był pewien, czy Kapitan ma w tym momencie ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, lecz coś kazało mu nie wychodzić z Centrum bez uprzedniej rozmowy z Jackiem.

Wszedł do biura i obrzucił swojego szefa spojrzeniem. Siedział za biurkiem, z łokciami na blacie i twarzą ukrytą w dłoniach. Na głowie miał absolutny bałagan, jakby przejechał ręką po włosach niezliczoną ilość razy w bardzo krótkim czasie. Sprawiał wrażenie, że, mimo pukania, nie zdaje sobie sprawy z obecności swojego najmłodszego pracownika. Odchrząknął głośno, a Jack uniósł głowę, by posłać mu ostre spojrzenie, które wypadło żałośnie przez ogrom cierpienia wypisany na jego twarzy.

— Jeśli przyszedłeś mi powiedzieć, że miałeś rację, to możesz sobie odpuścić. Reszta zdążyła już wypowiedzieć się na temat mojego człowieczeństwa — powiedział, podnosząc się na nogi.

Ianto wzdrygnął się lekko, przypominając sobie, jak, nie tak znów dawno, wykrzyczał mężczyźnie, za kogo go uważa. Cóż, w tamtym momencie naprawdę postrzegał go jako potwora, jednak teraz sam już nie wiedział, co myśleć. Pierwszy szok dawno minął i zaczął rozumieć, że to, co zostało z Lisy po prostu musiało zostać zabite. Nawet jeśli metody Jacka zostawiały wiele do życzenia. Otworzył usta, lecz niespodziewanie zamarł, uświadamiając sobie bardzo wyraźnie, że wcale nie znalazł się w gabinecie Jacka z powodu dziewczynki. Nie przyszedł tu, by powiedzieć, że rozumie jego decyzję ani, żeby zaoferować swoje pocieszenie. To wszystko było w tym najmniej ważne, choć wiedział, że w życiu nie przyzna się do tego przed nikim, a już na pewno nie przed swoim szefem.

Poruszył się niepewnie, czując, że spojrzenie mężczyzny prześwietla go na wylot. Jack oparł się o krawędź biurka, założył ręce na piersi i Ianto odniósł wrażenie, że jest to swego rodzaju obronna poza.

— Nie chciałem tego zrobić — odparł, jednak póki co nie czuł się na tyle pewien własnych uczuć, by móc cofnąć słowa tamtej piątkowej nocy.

Na krótki moment zimna maska zniknęła z twarzy Jacka i przemknęło przez nią zaciekawienie.

— Doprawdy, Ianto? — zapytał jednak, zaraz unosząc protekcjonalnie brew.

Odwrócił wzrok, nie potrafiąc dłużej znieść tych natrętnych błękitnych oczu. Jack powinien dostać medal w dziedzinie rzucania spojrzeń, przez które człowiek czuł się absolutnie nagi i bezbronny. Nagle poczuł, że popełnił wielki błąd, przychodząc tu. Nigdy nie był dobry w pocieszaniu kogokolwiek – uczucia i wszystko, co z nimi związane zawsze było dla niego zagadką. Nie wiedział więc kompletnie, co takiego mógłby powiedzieć Jackowi, zwłaszcza, że ten wciąż widocznie nie znosił dobrze jego towarzystwa.

Dopiero po dłuższej chwili milczenia dotarło do niego, że jego serce bije nienaturalnie szybko, a mężczyzna stoi zdecydowanie zbyt blisko, by mógł nie czuć jego silnego, charakterystycznego zapachu, który podobno nie był wodą po goleniu. Miał w głowie kompletny mętlik, a do tego znów dopadły go mdłości. Nie powinien był tu przychodzić. Nic już go nie łączyło z Jackiem, mężczyzna nie potrzebował jego żałosnych prób pocieszenia. Czuł się jak kompletny idiota i przez moment rozważał szybkie opuszczenie pomieszczenia, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili, gdy kolejny raz dostrzegł na twarzy mężczyzny, ukryty pod grubą warstwą pozorów, ból. Znał dobrze tę mimikę. Mimikę mówiącą „Nic mi nie jest, wszystko w porządku", podczas gdy w środku umierało się z bólu. Znał ją, bo od lat z niej korzystał, jeszcze na długo przed Canary Wharf, przed spotkaniem Lisy, przed ucieczką z domu, kiedy jakieś nieliczne osoby pytały, czy aby na pewno nic mu nie jest. W takich przypadkach trzeba dobrze wiedzieć, czego się szuka, by dostrzec cudze cierpienie.

— Chciałem tylko powiedzieć... Rozumiem — rzekł niezbyt głośno, choć nie był pewien, czy mówi o Lisie, czy Jasmine. — To musiało zostać zrobione i może mi się to nie podobać, ale rozumiem.

Spuścił wzrok i wbił go w karafkę z whisky, która stała na biurku, tuż obok miejsca, w którym opierał się Kapitan. Lisa nie znosiła, kiedy pił, a i on nie robił tego zbyt często. Może od czasu do czasu, kiedy się pokłócili lub, gdy Tommy miał wyjątkowo dobry humor i nie przyjmował odmowy.

Odwrócił się w stronę drzwi, stwierdzając, że powiedział już wszystko, co chciał i dalsze sterczenie w gabinecie mężczyzny nie ma sensu. Dotknął właśnie klamki, gdy poczuł na swoim ramieniu znajomą męską dłoń. Nie wzdrygnął się tak jak ostatnio, lecz nagle zamarł, całkiem zapominając o pomyśle opuszczenia pomieszczenia. Od Canary Wharf niemal nie miał z nikim fizycznego kontaktu, jednak dopiero teraz zaczął sobie uświadamiać, jak bardzo za tym tęsknił. Za prostymi gestami, uściskami, przypadkowymi, nie wprawiającymi w zakłopotanie dotknięciami.

— Dziękuję — powiedział Jack, stojąc tak blisko, że młodszy mężczyzna mógł poczuć jego ciepły oddech na szyi.

Odwrócił się powoli w jego stronę i dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie powinien był tego robić. Kapitan stał zdecydowanie zbyt blisko niego, a do tego w jego oddechu wyraźnie czuć było zbyt dużo whisky wypitej w zbyt krótkim czasie. Na ogół nie bał się Jacka (choć może od wydarzeń z Lisą uległo to zmianie), lecz pijani ludzie zawsze budzili w nim obawy, nawet Tommy. Cóż, mógł winić za to tylko jedną osobę, o której za nic nie chciał teraz myśleć.

Odetchnął przez usta i udało mu się uspokoić narastający niepokój. Rzucił mężczyźnie oceniające spojrzenie. Tym razem na jego twarzy, poza nutą smutku, nie było nic więcej. Żadnej maski, żadnych ukrytych motywów. Wciąż nie był przekonany, czy dobrze postąpił, lecz mimo to skinął głową i otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć. Nie zdążył jednak tego zrobić, gdyż w tym samym momencie poczuł kolejną falę zawrotów głowy, która uderzyła w niego niczym tsunami. Zachwiał się – i to całkiem wyraźnie – i pewnie jego twarz zaliczyłaby bliskie spotkanie z podłogą, gdyby nie silne ramiona, które podtrzymały go w ostatniej chwili. Było mu tak piekielnie niedobrze i pewnie by zwymiotował, gdyby tylko miał czym. Miał wrażenie, że całkiem stracił kontrolę nad swoim ciałem i, ku swojemu ogromnemu zawstydzeniu, poczuł, że Jack, powiedziawszy coś do niego uprzednio, bierze go na ręce, a on całkiem zapomniał, jak użyć języka i nie potrafił zaprotestować. Zresztą pewnie i tak na niewiele by się to zdało, bo nawet gdyby mężczyzna go puścił, to nie sądził, by dał radę ustać na własnych nogach. Mógł więc tylko bezradnie czekać, aż Kapitan odstawi go... gdziekolwiek miał zamiar to zrobić. Pół świadomie zacisnął dłoń na koszuli mężczyzny, wbrew sobie ciesząc się jego bliskością. Czuł, że powoli dotyka granicy szaleństwa, a ciepłe ciało mężczyzny zdawało się przynosić ukojenie. Zamknął oczy i próbował nie myśleć o tym, jak dobrze czuje się w ramionach mordercy swojej narzeczonej. To śmieszne, bo przecież Jack wciąż nim gardził, tamtej nocy obiecał mu nawet egzekucję, a sam Ianto odwdzięczył się niewiele lepszą groźbą. Nadal wisiała też nad nim możliwość skończenia w celi UNIT-u. Mężczyzna nigdy więcej nie poruszył tego tematu, lecz nie cofnął też swoich słów i archiwista był pewien, iż dni jego wolności są skrupulatnie wyliczone. A jednak, czując ciepło bijące od Kapitana, mimowolnie się rozluźnił i powoli zaczął sobie przypominać, jak to jest czuć się bezpiecznym.

Grudzień 2006 roku

Leżała przytulona do jego nagiej klatki piersiowej i oddychała spokojnie. Obejmował ją jednym ramieniem w talii, a drugą ręką bawił się jej długimi, ciemnymi włosami. Na zewnątrz było już całkiem ciemno, lecz światła latarni, które oświetlały ulicę za oknem, pozwalały mu zobaczyć wirujące na wietrze płatki śniegu. Pierwszy i pewnie jedyny śnieg w tym roku i to przed samymi świętami.

— Wiesz — odezwała się cicho Lisa, odsuwając się tak, by mogła na niego spojrzeć — zawsze myślałam, że miłość to taka jedna wielka bzdura, na której zarabia Hollywood. Nigdy nie wierzyłam, że naprawdę się w kimś zakocham.

Uniósł brew i poczuł, jak drgają mu kąciki ust.

— Ciężko mi to sobie wyobrazić — mruknął z rozbawieniem.

Zaśmiała się delikatnie i mimowolnie zadrżał, gdy jej włosy przejechały po jego klatce piersiowej.

— Coś w tobie jest, Ianto — rzekła czule, przejeżdżając dłonią po jego policzku. — Przy tobie czuję się jak typowa kobieta, którą wzrusza każda romantyczna historyjka. To głupie, bo, zanim cię poznałam, byłam z wieloma chłopakami, niektórymi byłam nawet zauroczona, jednego albo dwóch przedstawiłam rodzicom.

— Robię się zazdrosny — wtrącił żartobliwie.

— Właśnie o to chodzi. Nie masz o co, głuptasie. — Westchnęła i jej zmarszczone brwi powiedziały mu, że szuka odpowiednich słów. — Kiedyś... — powiedziała ostrożnie. — Kiedyś myślałam, że pewnych rzeczy w życiu po prostu się nie osiągnie. Znasz to uczucie, kiedy myślisz o czymś i wydaje ci się to tak obce i absurdalne, że aż niemożliwe? Tak się czułam, kiedy myślałam o miłości do któregoś z nich.

Momentalnie przypomniał sobie pierwszy najgorszy dzień w swoim życiu, choć wiedział, że Lisa nie do końca to ma na myśli. Milczał przez dłuższą chwilę, lecz w końcu postanowił podzielić się z nią swoimi myślami.

— Pamiętam dzień, w którym dowiedziałem się, że mama jest chora — wyznał, odruchowo przyciszając głos. — To kompletnie inna sytuacja, ale chyba właśnie tak się wtedy czułem. Myśl, że jej może zabraknąć była tak... tak kompletnie obca. Chyba nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Nie sądziłem, że może jej się coś stać. Była czymś absolutnie oczywistym w moim życiu.

Przytulił ją do siebie mocniej, a ona wtuliła twarz w jego szyję, owiewając ją swoim ciepłym oddechem.

— Nie chciałam rozdrapywać starych ran — powiedziała przepraszająco po kilku minutach. — To co miałam na myśli, to... — Znów uniosła głowę, tym razem spoglądając mu prosto w oczy. — Kocham cię, Ianto i jesteś pierwszą osobą, do której czuję coś takiego. Dopóki cię nie poznałam, nie sądziłam, że można tak głęboko wpaść.

Uśmiechnął się, widząc jej nerwowy wyraz twarzy.

— Oboje wpadliśmy po uszy — stwierdził, złożywszy pocałunek na jej włosach. — Ja też cię kocham, Lisa — wyszeptał.

Październik 2007 roku

Czuł pod sobą śliską skórę, z jakiej wykonana była kanapa. Nieświadomie przejechał po niej dłonią. Powoli wracała mu świadomość i gdy po kilku chwilach zmusił się do otworzenia oczu, dostrzegł nad sobą wysoką postać. Zmrużył powieki, nagle czując, że światło w Centrum jest o wiele za jasne jak na jego gust.

— Lepiej ci? — zapytał Jack, wyciągając w jego kierunku szklankę wody.

Podniósł się powoli, jednocześnie rejestrując, że zawroty głowy nie do końca minęły. Przyjął napój z wdzięcznością, lecz nie spojrzał przy tym w twarz mężczyzny. Skinął jedynie głową, choć nie był pewien, czy faktycznie jest mu lepiej. Zimna woda uświadomiła mu, że kawa nie do końca spełnia rolę nawadniania organizmu, wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że jego gardło jest suche jak jeszcze nigdy. Opróżnił szklankę w kilka sekund i odłożył ją na stolik, choć wciąż czuł pragnienie.

Po chwili wahania Jack zajął miejsce tuż obok niego i chłopak z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie czuje już od niego zapachu alkoholu. Otaksował Kapitana szybkim spojrzeniem. Był pewien, że odpłynął najwyżej na kilka sekund, lecz jednocześnie nie było możliwe, by ktoś tak szybko wytrzeźwiał. Odruchowo spojrzał na zegarek na nadgarstku i zmarszczył brwi. O ile nie był zepsuty, to od wyjścia zespołu minęło najwyżej dwadzieścia minut.

— Wyjaśnisz mi, co to było? — Jack rzucił mu spojrzenie, które pozwalało wierzyć, iż temperatura w pomieszczeniu nagle spadła o kilkanaście stopni.

Zdał sobie sprawę, że wykręca nerwowo palce, lecz nie zaprzestał tej czynności, choć siła, z jaką to robił, sprawiała mu ból.

— Nie wiem — skłamał gładko — po prostu zrobiło mi się słabo.

Usłyszał, jak mężczyzna wzdycha i przez moment spodziewał się, że znów poczuje jego ciepły dotyk. Tak się jednak nie stało. Kapitan wstał z kanapy i Ianto rzucił mu niepewne spojrzenie, które ten odwzajemnił.

— Idź do domu — powiedział po chwili, a w jego głosie przebrzmiewało zmęczenie. — Zjedz coś i, na Boga, prześpij się. Naprawdę nie sprawia mi przyjemności patrzenie na ciebie w takim stanie.

Zmarszczył brwi i otworzył usta, by coś odpowiedzieć – sam nie wiedział co takiego – lecz Jack mu na to nie pozwolił.

— Musisz w końcu pozbierać się do kupy — rzekł powoli i wyraźnie, patrząc mu przy tym prosto w oczy. — Ona nie żyje i to, co sobie robisz, nie zwróci jej życia.

Drgnął, słysząc te słowa i przez sekundę bardzo wyraźnie pamiętał, dlaczego tak bardzo nienawidzi starszego mężczyzny. A potem Jack odwrócił się i na widok jego opuszczonych żałośnie ramion, Ianto znów poczuł iskrę współczucia, którą po chwili przykryła kolejna fala otępienia. Czasem miał wrażenie, że z każdym dniem zapada się coraz głębiej; jakby tonął i każda chwila przybliżała go do opadnięcia na dnie. Nie sądził tylko, że ktoś to zauważa. A już na pewno nie sądził, że tym kimś może być Jack Harkness.

Kolejny dzień zaczął od telefonu do właściciela najmowanego przez siebie mieszkania. Spóźniał się już z zapłaceniem czynszu i podejrzewał, że nie będzie mógł zapłacić go szybko. Szukał już w gazecie czegoś mniejszego i tańszego. Miał na oku kilka ofert, lecz póki co nic konkretnego. Wybrał więc numer i kiedy starszy mężczyzna będący właścicielem podniósł słuchawkę, zaczął niezdarnie przepraszać i wyjaśniać sytuację.

— Panie Jones — przerwał mu po kilku chwilach zmieszany mężczyzna. — Nie wiem, o czym pan mówi. Wczoraj dostałem pański przelew, który pokrywał opłaty na najbliższe dwanaście miesięcy.

Na krótki moment najzwyczajniej w świecie go zatkało. Nie miał pojęcia, co jest grane i o czym mówi mężczyzna. Nawet gdyby bardzo chciał, nie było go stać na pokrycie opłaty za mieszkanie, a już na pewno nie na zapłatę za rok z góry.

— Musiała zajść jakaś pomyłka — odparł powoli. — Z całą pewnością nie robiłem wczoraj żadnego przelewu.

— Ależ tak — odparł mężczyzna tonem, którym zwraca się do nierozumiejących czegoś dzieci. — To z całą pewnością pański numer konta, mogę ręczyć za to głową. Może powinien pan porozmawiać z dziewczyną czy kimś innym, kto ma dostęp do pańskiego konta? — zasugerował i nagle wszystko stało się jasne.

Był tak zajęty tłumieniem poczucia oburzenia i wstydu, że nawet nie zauważył wzmianki o dziewczynie, która w każdej innej sytuacji z pewnością przypomniałaby mu o Lisie.

— Tak — mruknął. — Tak właśnie zrobię. Przepraszam pana za kłopot, chyba już wszystko rozumiem.

— To żaden kłopot. Do widzenia, panie Jones.

Rozłączył się i ruszył szturmem w stronę drzwi, chwytając po drodze klucze. Miał nadzieję, że się myli i, kiedy dotrze do Centrum, Jack powie mu, że chyba postradał zmysły i nigdy w życiu nie wsparłby go finansowo po tym, co zrobił. Coś podpowiadało mu jednak, że to właśnie zrobił mężczyzna ostatniej nocy. Nie wiedział tylko, czy mogło to być spowodowane jakąś iskrą litości, czy może Kapitan chciał jeszcze bardziej wzmóc jego poczucie winy. Nie zamierzał jednak przyjmować nic od niego przyjmować. Do diabła, przecież nie byli nawet przyjaciółmi! Miał kompletny mętlik w głowie i znów czuł wściekłość, która przebija się spod jego skorupy. Czy Jack nie mógłby go po prostu nienawidzić? To znacznie by wszystko ułatwiło. Ale nie, mężczyzna oczywiście raz musiał grać świętego, a raz kompletnie go ignorować i sprawiać, że nie mógł znieść samego siebie. Boże, tak strasznie nienawidził Kapitana Harknessa!

Wyszedł z domu i natychmiast owiało go zimne październikowe powietrze. Poczuł się nieco lepiej i kiedy w pewnym momencie zobaczył ławkę, usiadł na niej niepewnie, wiedząc, iż musi pozbierać myśli. Kiedy minął pierwszy szok, myśl o Jacku, który w sekrecie spłacałby jego długi, wydawała się po prostu śmiesznie irracjonalna. Był pewien, że mężczyzna ma dużo lepsze rzeczy do roboty niż zajmowanie się swoim najmłodszym pracownikiem, który nie potrafi powiązać końca z końcem. Musiało istnieć jakieś inne logiczne rozwiązanie. Owszem, Lisa miała dostęp do jego konta, tak samo jak on do jej, lecz teraz... cóż, teraz nie było możliwości, by jego narzeczona miała z tym coś wspólnego.

Spojrzał na zegarek. Wciąż było wcześnie, więc miał czas na wizytę w banku. Podniósł się na nogi i ruszył w kierunku przeciwnym do Centrum.

Niecałą godzinę później sfrustrowany szedł jedną z wąskich, brudnych uliczek Cardiff, w dłoni ściskając wyciąg. Kobieta w banku nijak nie umiała mu pomóc. Pieniądze po prostu znalazły się na jego koncie i po pół godzinie doszukiwania się w systemie ich pochodzenia, padło tylko jedno słowo. Oczywiście.

— Nic więcej tutaj nie ma. Po prostu Torchwood — powiedziała zestresowana blondynka i przygryzła nerwowo wargę. — Żadnego przelewu, żadnego dochodu środków. Pieniądze po prostu nagle się pojawiły. Kilka minut później został dokonany przelew z pańskiego konta. Nie mogę zobaczyć żadnych szczegółów, wyświetla się tylko to. — Przesunęła monitor w jego stronę i musiał zwalczyć potrzebę przeklęcia, dostrzegając wyraźne logo Torchwood, które po kilku sekundach zniknęło.

— To wszystko wyjaśnia — mruknął do siebie.

— Przepraszam, nie wiem, jak panu pomóc. Powinnam zawołać kierownika? — zapytała.

— To nie będzie konieczne.

Wymusił uśmiech, jednocześnie sięgając dłonią do kieszeni, gdzie trzymał jedną, podstawową dawkę retconu. Zasada, której musieli przestrzegać wszyscy pracownicy Torchwood. Zazwyczaj nie czuł się komfortowo z tabletką zapomnienia w kieszeni, lecz teraz dziękował za to Bogu. Dziewczyna znów rzuciła okiem na ekran, a on skorzystał z jej nieuwagi i wrzucił tabletkę do jej kawy, po którą blondynka sięgnęła dosłownie kilka sekund później. Za kilka minut kobieta poczuje senność, zapadnie w krótką drzemkę, a kiedy się obudzi, nie będzie pamiętać ostatniej godziny. Najprawdopodobniej uzna, że powinna była się wcześniej położyć ostatniej nocy i cała sprawa pójdzie w zapomnienie.

Chciałby móc zrobić to samo. Wiedział jednak, że teraz kolejna rozmowa z Jackiem jest nieunikniona. Wspaniale. Po prostu wspaniale.