Rozdział 9

Lipiec 2007 roku

— Gratulacje, mój drogi. Nawet nie możesz sobie wyobrazić, jak bardzo cieszę się waszym szczęściem.

Doktor Carter uścisnął jego dłoń, klepiąc go jednocześnie po ramieniu z szerokim uśmiechem na twarzy, który sprawiał, że wyglądał przynajmniej kilka lat młodziej. Ianto również się uśmiechał, a właściwie szczerzył jak głupi i niemal nie mógł przestać odkąd poprzedniego dnia Lisa powiedziała tak. Miał wrażenie, że euforia, jaka się wtedy w nim pojawiła, nie opuści go przez następny rok.

— Przyszedłeś w samą porę na herbatę — stwierdził po chwili Mark, kiedy szok spowodowany nowiną Ianto nieco opadł.

Chłopak zerknął na zegarek, który nosił na nadgarstku i spostrzegł, że faktycznie dochodzi godzina piąta. Po kilku latach spędzonych w Londynie (i sześciu miesiącach, przez które mieszkał z doktorem Carterem) zdążył się już przyzwyczaić do zwyczaju picia herbaty równo o godzinie piątej. Nawet w Torchwood, które cały dzień walczyło o obronę planety, raz dziennie przerywano na moment swoje zadania i siadano przy filiżance herbaty. Dla Yvonne Hartman nic nie było tak ważne, jak pielęgnowanie brytyjskich zwyczajów.

Ianto dość mgliście pamiętał, że kiedy był młodszy, jeszcze zanim mama zachorowała, w jego domu również często pito popołudniową herbatę. Kobieta urodziła się w Londynie i mimo że, jak twierdziła, nie przepadała za herbatą, nie mogła się wyzbyć tego zwyczaju.

— Ustaliliście już datę? — zapytał mężczyzna, wyrywając go z zamyślenia.

Drgnął lekko i szybko skoncentrował swoje myśli na teraźniejszości. Niepierwszy raz coś tak banalnego jak herbata przywoływało do niego nieproszone wspomnienia. Spojrzał na filiżankę, którą przed momentem postawił przed nim Mark i sięgnął po mleko.

— Nie do końca — przyznał. — Ale Lisa wspominała coś o grudniu. Choć nie sądzę, żeby to wypaliło. Londyn w grudniu nie jest najbezpieczniejszym miejscem.

Wymienili porozumiewawcze uśmiechy i nagle chłopak poczuł dziwne ciepło rozchodzące się po całym jego ciele. Tak wiele razy marzył o normalnym życiu, rodzinie, przyjaciołach. A teraz miał to wszystko. Wkrótce poślubi Lisę, Tommy już zgodził się zostać jego świadkiem, a doktor Carter – Mark – siedzi tu teraz przed nim i patrzy na niego z czułością i ciepłem, których od lat nie widział w oczach własnego ojca. Lecz ten jeden raz czuł, że jego przeszłość nie ma znaczenia. Zaczynał zupełnie nowy etap w swoim życiu. Etap u boku Lisy.

— A jak stoicie z pieniędzmi? Wesele to niezbyt tanie przedsięwzięcie.

Skinął powoli głową. Myślał już o tym.

— Mamy trochę oszczędności, Torchwood dobrze płaci, a my chyba nie chcemy nic zbyt dużego. Tylko najbliżsi.

Lekarz uśmiechnął się i upił łyk herbaty.

— Gdybyście potrzebowali jakieś pomocy, nie wahaj się o nią poprosić, mój drogi. Ty i Lisa jesteście dla mnie jak dzieci.

— Dziękuję, doktorze.

Uśmiechnął się, kiedy jego towarzysz pokręcił niecierpliwie głową. Niemal mógł usłyszeć naganę za to, że nie mówi do mężczyzny po imieniu, lecz ten w ostatniej chwili powstrzymał się od przeprowadzenia po raz tysięczny tego samego wykładu.

— Pewnego dnia zaczniesz mówić mi po imieniu, Ianto. Pewnego dnia.

Październik 2007 roku

Kiedy wszedł do Centrum, wciąż jeszcze było wcześnie, choć światło w gabinecie Kapitana już się paliło. Przełknął ciężko ślinę. Nie miał pojęcia, jak załatwić tę sprawę. Być może powinien wparować do pomieszczenia i zrobić głośny wykład na temat swojej dumy i tego, co sądzi o przyjmowaniu pieniędzy od morderców? Brzmiało wspaniale, lecz wiedział, że nigdy się na to nie odważy. Nie był też pewien, czy Jack ostatecznie zasłużył na takie traktowanie.

Wypuścił głośno powietrze. Potrzebował kawy. Jakiejś naprawdę mocnej kawy i czasu, którego jak na złość nie miał. Jeśli chciał porozmawiać z Kapitanem, musiał to zrobić od razu.

Ruszył w kierunku jego gabinetu, myśląc o tym, że przebywanie sam na sam w towarzystwie Jacka trzeci raz w ciągu kilku dni, to o trzy razy za dużo. Najchętniej trzymałby się z daleka od enigmatycznego mężczyzny, a jeszcze lepiej od całego Torchwood, jednak tamtego deszczowego dnia w Londynie, kiedy pierwszy raz przekroczył próg instytutu, wydał na siebie dożywotni wyrok. Wciąż dobrze pamiętał swój zachwyt pomieszany z nutą niedowierzania i strachu, gdy dowiedział się, na czym będzie polegać ta praca. Nie wierzył, że mógł być tak naiwny. Jak mógł myśleć, że zadzieranie z kosmosem dobrze się skończy? Wszyscy oni byli z góry skazani na upadek i gdyby nie Doktor, pociągnęliby za sobą resztę świata. Pokręcił głową. Nie mógł znów myśleć o Canary Wharf – zbyt wiele go to kosztowało. Nie sądził, by mógł sobie pozwolić na utratę jeszcze choćby odrobiny swojego ubogiego zdrowia psychicznego.

Zapukał do drzwi i bez czekania na odpowiedź, wszedł do środka. Zatrzymał się zaraz po przekroczeniu progu i obrzucił Kapitana spojrzeniem. Mężczyzna na moment przerwał próbę zawiązania krawata, jednak nie wyglądał na zaskoczonego jego wizytą. Ku jego zaskoczeniu, uśmiechnął się delikatnie, po czym wrócił do swojego zajęcia. Ze zdziwieniem zauważył, że Jack ma na sobie ciemny, elegancki garnitur i do idealnego wyglądu brakuje mu jedynie odpowiednio zawiązanego krawata.

— Mogę ci w czymś pomóc, Ianto? — zapytał neutralnym głosem i przez krótką sekundę miał wrażenie, że nic się nie stało, że Jack wciąż nic nie wie o jego zdradzie, że wcale go nie nienawidzi.

Minął moment, lecz obaj milczeli. Ciszę przerwało dopiero zniecierpliwione westchnienie Kapitana, który ze sfrustrowaną miną ściągnął kawałek materiału z szyi.

Jak w transie, Ianto podszedł do mężczyzny, zabrał mu krawat z dłoni i kilkoma szybkimi, wyuczonymi ruchami zawiązał go, próbując ignorować brak wystarczająco dużego dystansu między nim a Kapitanem. Nie był pewien, kogo bardziej zaskoczył swoim zachowaniem – Jacka czy siebie. Skończył i odsunął się na bezpieczną odległość, czując, że robi się cały czerwony.

— Dziękuję — mruknął z zaskoczeniem starszy mężczyzna, obrzucając go uważnym spojrzeniem swoich bystrych, szaro-niebieskich oczu.

Skinął sztywno głową, spuszczając wzrok. Podłoga nagle wydała mu się niesłychanie interesująca. Minęła kolejna chwila niezręcznej ciszy. Ianto zastanawiał się, czy Jack czuje się tak samo niezręcznie w jego towarzystwie jak on w Jacka. Czy tylko on wciąż miał w głowie żywe obrazy z tamtej nocy?

— Wybiera się pan dokądś? — spytał, kiedy poczuł, że jego myśli zbaczają na niebezpieczne tory. Nie oczekiwał żadnej obszerniejszej odpowiedzi na swoje pytanie. Chyba po prostu chciał odwlec rozmowę, w celu jakiej tu przyszedł i przerwać tę koszmarną ciszę. Zaledwie kilka tygodni temu cisza w towarzystwie Kapitana – tego zawsze mającego coś do powiedzenia mężczyzny – wydawała się pojęciem wręcz abstrakcyjnym.

— Dziś jest pogrzeb mojej przyjaciółki — odparł ku jego zaskoczeniu mężczyzna i uśmiechnął się smutno, gdy Ianto spojrzał na niego z zakłopotaniem.

— Przykro mi, nie chciałem...

— Wiem, Ianto — przerwał mu łagodnie. Chwycił z wieszaka płaszcz, lecz w ostatniej chwili go odłożył.

Ianto mgliście zarejestrował ten fakt, lecz postanowił go nie komentować. To sprawa Jacka, czy ma ochotę marznąć na walijskim, październikowym powietrzu i deszczu, który, znając Cardiff, wkrótce się pojawi.

— To znaczy... Była pańską przyjaciółką, a żadne z nas... Chyba nikt nie złożył panu kondolencji. Musi być panu ciężko.

Skinął powoli głową.

— Jest, nawet bardzo — mruknął, przez moment wpatrywał się w ścianę za plecami Ianto z pustym wyrazem twarzy, po czym wyminął go i ruszył do drzwi.

Chwilę później usłyszał ich trzask i alarm, który oznaczał, że Jack opuścił Centrum. Więc to by było na tyle, jeśli chodziło o szczerą rozmowę o płaceniu jego długów. Przeklął głośno i z trudem powstrzymał chęć zrzucenia wszystkiego z biurka mężczyzny na ziemię. Zniechęcał go fakt, że prawdopodobnie sam by to wszystko posprzątał.

Toshiko pojawiła się niecałą godzinę później, akurat kiedy kończył przygotowywać pierwszą porcję kawy. Położył przed nią kubek bez słowa, kompletnie ignorując to, jak przez cały czas mu się przyglądała. Wyglądała, jakby miała coś powiedzieć, lecz sama nie wiedziała, co takiego. Skierował się w kierunku schodów do archiwów. W ostatniej chwili zatrzymał go jej cichy głos.

— Ianto?

Odwrócił się w jej stronę, przybierając jak najlepszą maskę profesjonalizmu. Sam nie wiedział, dlaczego właściwie jest zły na kobietę. Zazwyczaj bardzo ją lubił, cenił jej spokój i inteligencję, jednak teraz odczuwał wielką niechęć w jej kierunku. Szybko odpędził myśl związaną z tym, że jej wczorajsze zachowanie w stosunku do Jacka mogło mieć z tym coś wspólnego. W głębi ducha jednak wiedział, że spodziewałby się tego po każdym, ale nie po Tosh, która... Och, do diabła! Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło! Ostatnia rzecz, na jaką miał teraz ochotę, to granie adwokata Jacka!

W porządku, być może tym razem zgadzał się z mężczyzną i decyzją jaką podjął. I okej, zespół nie zachował się w porządku wobec ich Kapitana, ale, do jasnej cholery, Jack wciąż był tym przeklętym potworem, który tamtej nocy oczekiwał, że zabije swoją narzeczoną! Który dzień wcześniej bez wahania poświęcił niewinne dziecko! Powinien się go brzydzić, unikać jak ognia, nienawidzić!

Och, Ianto — rzekł cichutko jakiś rozbawiony głosik w jego głowie, który niebezpiecznie przypominał Lisę. — Przecież sam w to nie wierzysz.

Zmarszczył odruchowo brwi, lecz zaraz skorygował wyraz twarzy, przypomniawszy sobie, że Tosh cały czas na niego patrzy.

— Tak?

— Czy... — Przygryzła niepewnie wargę, lecz zaraz kontynuowała: — Nie wiesz może, gdzie jest Jack? Sprawdzałam w jego biurze, ale nie ma go tam.

— Jest na pogrzebie — odparł chłodno, jednak jego postawa nieco złagodniała, kiedy zobaczył smutek mieszający się ze wstydem na twarzy kobiety.

— Boże, kompletnie o tym zapomniałam — mruknęła i spojrzała mu w oczy, szukając zrozumienia. — Nasza reakcja wczoraj... — Westchnęła ciężko. — Przegięliśmy. Jack jest naszym szefem, ale, co ważniejsze, jest też naszym przyjacielem. Tak przynajmniej lubię myśleć. Należą mu się przeprosiny. Długo go znam, on nie jest potworem, Ianto. Po prostu zrobił to co musiał. Nie wiem, czemu wczoraj tego nie widziałam.

— Byłaś zła. Wszyscy byliście. Szok robi różne rzeczy z ludźmi — odparł nieprzytomnie, niemal automatycznie wracając myślami do chwili, kiedy sam wykrzyczał Jackowi prosto w twarz, co o nim sądzi.

— Zostałeś z nim wczoraj, prawda? — zapytała nagle Japonka, patrząc na niego z błyskiem zrozumienia w oczach.

Nie odpowiedział, lecz widocznie nie musiał. Toshiko doszła już do własnych wniosków. Pokiwała powoli głową i uśmiechnęła się do niego blado.

— Cieszę się. Nie mogłam zasnąć w nocy. Wciąż mnie to dręczyło, ta sprawa z Jasmine Pierce. Cały czas myślałam, o Jacku i... Cieszę się, że chociaż ty tam dla niego byłeś. Strasznie mi wstyd.

To chyba była najdłuższa rozmowa, jaką kiedykolwiek odbył z Azjatką. Kobieta na ogół była bardzo cicha, a jeśli już się odzywała, to zazwyczaj do Owena, który z kolei był kompletnym dupkiem i nigdy nie zauważył, co ta do niego czuje. Z całego zespołu chyba tylko doktor Harper mógł być tak ślepy. Nawet Ianto, który uważał samego siebie za wyjątkowo mało spostrzegawczą osobę w kwestii uczuć, mógł zauważyć, że kobieta od dawna darzy Owena czymś więcej niż sympatią.

— Może powinnaś powiedzieć to Jackowi? — zaproponował delikatnie i kiedy kobieta z niepewnością pokiwała głową, posłał jej lekki uśmiech i ruszył znów w kierunku archiwów.


Listopad 2007 roku

Minął nieco ponad tydzień od wydarzenia z wróżkami i bardzo powoli wszystko zaczęło wracać do normalności. Ianto podejrzewał, że Tosh wzięła sobie jego radę do serca i porozmawiała z Jackiem, gdyż relacje między tą dwójką najszybciej się poprawiły. Gwen dopiero niedawno zaczęła znów odzywać się do Kapitana, a Owen... Cóż, ciężko stwierdzić, czy nastąpiła jakaś zmiana w jego zachowaniu. Być może większą uwagę skupiał na wymyślaniu pogardliwych komentarzy pod adresem Jacka niż Ianto, lecz relacje między nim a Harknessem chyba nie mogły się bardziej oziębić. Ta dwójka nigdy nie była szczególnie blisko, choć czasem – raczej rzadko, bo Owen swoim zachowaniem nie pozwoliłby, aby było inaczej – Ianto sądził, że lekarz widzi w ich Kapitanie jakiś rodzaj autorytetu. A może po prostu był naprawdę żałosny w odczytywaniu cudzych uczuć. Jedno z dwóch.

On sam z kolei wrócił do unikania Jacka i chyba wychodziło to im obu na dobre. Co za tym szło, nie poruszył też tematu tajemniczego przelewu, choć kilka razy miał zamiar to zrobić. I za każdym razem tchórzył w ostatniej chwili. Wmawiał sobie, że czeka na odpowiedni moment, a później zaśmiewał się z własnej naiwności.

Tego dnia mieli sporo roboty, zwłaszcza, gdy w atmosferę wkroczył statek kosmiczny z, jak się potem okazało, turystami z planety Kiaryzexs, której nazwę Ianto ledwie mógł wymówić, a co dopiero zapisać. Przybysze byli niezwykle mili, lecz bariera językowa sprawiła, że ciężko im było wytłumaczyć, iż Ziemia w XXI wieku nie jest najlepszym miejscem dla pochodzących z innych planet. I że nie można tu ot tak sobie latać wielkim statkiem i robić nim zdjęć z fleszem, który jest w stanie oślepić połowę miasta.

Zanim pozbyli się turystów, z awanturą zdążył zadzwonić Minister Obrony i cała masa podlegających mu urzędników. Ianto tylko czekał, kiedy następnym razem, gdy podniesie słuchawkę, nawrzeszczy na niego królowa. Ostatecznie jednak nie miał okazji z nią porozmawiać, a kryzys na moment został zażegnany. Dopóki, rzecz jasna, nie okazało się, że Kiaryzexsyczycy zostawili niechcący dwójkę swoich, którzy za pomocą zepsutych teleportów wylądowali gdzieś na obrzeżach Londynu. Statek znów pojawił się nad Cardiff i ponownie zaczęły się telefony.

Tak więc wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy wiele godzin później Kapitan statku pomachał do Jacka przez monitor, uśmiechnął się, powiedział coś niezrozumiałego i ekran stał się czarny. Jack jako jedyny z całego zespołu był w stanie porozumieć się z przybyszami za pomocą języka, którego nazwy młody archiwista nie odważył się wymówić, choć i tak szło mu to opornie.

— Nie licząc faktu, że minister obrony ma ochotę nas zamordować, że postawiono na nogi połowę wojska Wielkiej Brytanii i że pewnie mówią o tym w każdych możliwych wiadomościach, to chyba dobrze się spisaliśmy — mruknął pod nosem, kiedy podawał wszystkim po kubku z kawą, choć nie oczekiwał żadnej odpowiedzi.

Być może relacje między Jackiem a resztą wracały do normy, ale on wciąż miał wrażenie, że Kapitan darował mu życie tylko po to, by nie marnować miejsca w kostnicy. A jednak, ku jego konsternacji, starszy mężczyzna zaśmiał się serdecznie, a na twarzy kobiet pojawiły się małe, zmęczone uśmiechy.

— Saxon może się pieprzyć — syknął za to Owen z pogardliwą miną i rozłożył się wygodniej na kanapie. — Chciałbym zobaczyć jak on w tym swoim garniturku szybciej załatwia sprawę. Nic mu nie poradzę, że odwiedziły nas największe osły wszechświata.

— Ci przynajmniej nie chcieli dokonać apokalipsy Ziemi — odparła Gwen, uśmiechając się zza kubka.

— Chyba muszę uciąć sobie pogawędkę Saxonem. Wytłumaczę mu sprawę i dowiem, skąd, do diabła, wie o Torchwood. Podlegamy królowej i tylko królowej i nikt poza nią, premierem i UNIT-em nie powinien o nas wiedzieć.

Gwen wzruszyła ramionami, postukując dłonią o kolano, najwyraźniej nie mogąc się doczekać, aż Jack wypuści ich do domu.

— Saxon i tak pewnie zostanie premierem. To tylko kwestia czasu. Gdyby wybory odbyły się jutro, mogę się założyć, że zmiażdżyłby rywali. Ludzie go kochają. I słusznie. Ma świetny program. Harriet Jones nie ma z nim szans.

Owen prychnął pogardliwie.

— Po tym szumie w mediach? Tylko idiota by na nią zagłosował. Babka wygląda jakby potrzebowała długiej wizyty w sanatorium. Chyba tylko cudem nie dostała wota nieufności.

Ianto zmarszczył brwi, jednocześnie notując w głowie, by przejrzeć program wyborczy. Do wyborów było jeszcze sporo czasu, lecz nie szkodziło być dobrze poinformowanym w tych sprawach.

— To nie ma nic do rzeczy. Nie powinien mieć pojęcia o Torchwood. — Mężczyzna westchnął. —Możecie wracać do domów, ale jutro pierwsza rzecz, jaką chcę widzieć na moim biurku to raporty z dzisiaj, jasne?

Wszyscy skinęli niemrawo głowami i z ociąganiem powlekli się w stronę wyjścia – Ianto również, choć myśl o powrocie do pustego domu napawała go niechęcią. Niemal odetchnął więc z ulgą, słysząc głos Jacka:

— Ianto, zostań na moment.

Tosh spojrzała na niego z zaciekawieniem, a on w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. Kobieta posłała mu delikatny, pokrzepiający uśmiech, po czym zniknęła razem z resztą za drzwiami. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do faktu, że od ich rozmowy na temat Jacka, Tosh przestała traktować go jakby był powietrzem. Z całą pewnością nie byli jeszcze przyjaciółmi i wymieniali głównie podstawowe uprzejmości, lecz chłopak cieszył się, że jest teraz w Centrum ktoś, do kogo może otworzyć usta.

Poczekał aż drzwi zamkną się za zespołem, po czym przybrał na twarz beznamiętną maskę i odwrócił się w stronę Kapitana. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś poczuje się w jego towarzystwie tak swobodnie jak na początku ich znajomości.

— O co chodzi, sir? — spytał i powoli podszedł bliżej, pilnując jednak, by zachować odpowiedni dystans.

Jack westchnął i dał znać ręką, by poszedł za nim do jego biura. Kiedy się tam znaleźli, Jack wyciągnął z szuflady biurka jakiś plik papierów i rzucił go na blat. Ianto uniósł brew.

— Policja poprosiła nas o pomoc. To lista osób, które zaginęły w ostatnim czasie w określonym rejonie. Zaznaczyłem go na mapie.

Mężczyzna wskazał dłonią na mapę zawieszoną na ścianie za nim, której Ianto do tej pory nie zauważył. Zerknął na nią i prawie się uśmiechnął.

— Brecon Beacons. Urocze miejsce — mruknął.

— Byłeś?

— Zdarzyło mi się. Mój tata był fanem natury, kempingów i tych spraw — skłamał, choć sam nie wiedział dlaczego. Wycieczka była pomysłem mamy, a ojciec zgodził się na nią tylko z powodu dzieci, które nalegały. Chyba kłamstwo stało się już dla niego tak naturalne jak oddychanie.

— Znaczy, że masz doświadczenie. Świetnie, bo jedziemy tam pojutrze z samego rana. Myślę, że w garażu mamy jakiś sprzęt kempingowy, jeśli nie, skocz jutro na zakupy i wszystko przygotuj. Dzieje się tam coś dziwnego i nie wrócimy stamtąd, dopóki nie dowiemy się co. Więc radzę naszykować ciepłe ciuchy.

— Sir? — zapytał Ianto, patrząc na niego niepewnie.

Jack najwyraźniej odczytał wszystko z jego miny, gdyż nie musiał nic dodawać.

— Ty też jedziesz.

— Czy to absolutnie konieczne, sir?

— Masz z tym jakiś problem? — odparł Jack i tym razem to on uniósł brew.

— Ależ skąd — powiedział, mając nadzieję, że nie słychać było w jego głosie ironii. — Ale obawiam się, że pan może mieć, kiedy coś nas zaatakuje, a ja nie będę miał pojęcia, co robić.

— Widziałem twoje pliki, miałeś w Torchwood Jeden podstawowe szkolenie obronne i byłeś całkiem niezły.

Poruszył się niespokojnie pod uważnym spojrzeniem mężczyzny. Teraz myśl o byciu samym w swoim mieszkaniu nie wydawała się już taka zła. Przy Jacku czuł się dziwnie skrępowany i zawstydzony.

— To było dawno temu — mruknął, nie patrząc mu w oczy.

— Wiesz, że kiedy kłamiesz prawie zawsze dotykasz lewą dłonią prawej? — ton Kapitana był lekki, niemal konwersacyjny.

Ianto zerknął najpierw na swoje dłonie, a potem na Jacka, który uśmiechał się triumfalnie. Zaklął w duchu. Nikt nigdy wcześniej nie zwrócił na ten fakt uwagi, nawet on sam.

— Nie pogryzę cię, jeśli powiesz mi prawdę, Ianto, poważnie. No, chyba, że poprosisz.

Ianto nie odezwał się ani słowem, choć kącik jego ust drgnął lekko. Podskoczył, kiedy nagle poczuł dłoń na swoim ramieniu. Uniósł wzrok i jego oczy spotkały się z oczami Jacka.

— Wciąż nie lubisz, gdy ktoś cię dotyka — stwierdził, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Powiedz mi prawdę, Ianto. Dlaczego nie chcesz jechać?

— To była prawda, sir. Nawalę w kryzysowej sytuacji i znów będzie musiał mnie pan ratować.

— Tak sądzisz?

Odsunął się gwałtownie do tyłu, zrzucając rękę Jacka z ramienia.

— Ja to wiem! — odwarknął. — Ledwie mogę spojrzeć na pistolet, nie mówiąc już o trzymaniu go! Bo za każdym razem zamiast celu, widzę ją. Ich wszystkich. Znów jestem na Canary Wharf i nic nie mogę na to poradzić! Nie nadaję się do pracy w terenie!

— Retrospekcje — stwierdził Kapitan z nagłym zrozumieniem, które mieszało się ze smutkiem. — Czy ktoś po bitwie badał cię pod kątem zespołu szoku pourazowego?

— Jedyne co zrobiono dla nas po bitwie, to dobicie tych, którzy uznani zostali za zagrożenie — odrzekł gorzko. — Potem przyjechaliście wy, przeszukaliście zgliszcza i to by było na tyle. Radźcie sobie sami.

Jack wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, lecz nim zdążył to zrobić, Ianto ruszył w kierunku wyjścia.

— Dobranoc, sir — rzucił przez ramię i nie czekał na odpowiedź.

Opuszczając Centrum, miał wrażenie, że czeka go kolejna ciężka noc, pełna koszmarów.