Rozdział 10

Listopad 2007 roku

Rzucił niedbale płaszcz na wieszak i, nie kłopocząc się z zamknięciem drzwi na klucz, ruszył w stronę kuchni. Mieszkanie było zimne i ponuro ciche, lecz starał się o tym nie myśleć. Nastawił wodę na herbatę i na moment pozwolił swoim myślom wrócić do Kapitana. Nie powinien był tracić nad sobą kontroli. Przygryzł wargę, aż poczuł w ustach metaliczny posmak krwi. Nie powinien był nic mówić. Miał już wystarczający bałagan w życiu; nie potrzebował dokładać do tego wszystkiego jeszcze Jacka, a coś mu mówiło – być może wspomnienie tego, co przez sekundę było widać w oczach starszego mężczyzny – że ich rozmowa wcale nie była skończona, a jedynie odroczona w czasie.

Kilka minut później wciąż był pogrążony w ponurych rozmyślaniach, gdy nagle czajnik zagwizdał głośno, sprawiając, że chłopak podskoczył. Wciąż miał problemy z każdym głośnym dźwiękiem i nic nie zapowiadało, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Podejrzewał, że to jakiś zespół szoku pourazowego, o którym mówił Jack, albo inna podobna bzdura, lecz jednocześnie świetnie wiedział, że nigdy nie zapyta o to Owena. Mężczyzna mógł być świetnym lekarzem (a jednocześnie kompletnym dupkiem), lecz Ianto wciąż miał problemy ze spojrzeniem w oczy któremukolwiek z członków zespołu. Jedna jego część tak strasznie ich nienawidziła, podczas gdy druga płonęła ze wstydu.

Nalał wody do kubka z herbatą i wyciągnął z lodówki mleko, podczas gdy jego myśli powędrowały w inną stronę. Czas płynął nieubłaganie, a on prawie zaczął przyzwyczajać się do myśli, że już nigdy nie pozbędzie się bólu, który każdego dnia rozrywał mu serce. Lisa umarła – być może stało się to już miesiące temu, choć z tą myślą wciąż się nie pogodził – a on z jakiegoś powodu przeżył. Zawsze, gdy o tym myślał, czuł w sobie pustkę – za każdym razem odrobinę większą i zdarzało mu się łapać na myśli, że wolałby nie dostać od Jacka drugiej szansy, że może faktycznie będzie lepiej, gdy jego okres próbny minie i zajmie się nim UNIT. W ich więzieniu przynajmniej nie wytrzymałby długo. Nie liczył, że po śmierci spotka Lisę – już dawno wyparł się wiary w Boga i jakiekolwiek życie pozagrobowe i ta jedna rzecz nie została mu odebrana przez Torchwood. Gdyby ktoś zapytał, pewnie prawdziwym powodem byłaby któraś z nocy spędzonych w zimnej piwnicy w strachu przed pijanym ojcem. Jeśli przed śmiercią matki miał w sobie jakąkolwiek wiarę, to okrucieństwo ojca skutecznie go z niej wyleczyło.

Chwycił kubek w dłonie i przeszedł z nim do salonu. Włączył telewizor, by przerwać panującą w pomieszczeniu ciszę. Na BBC One leciał jakiś serial, który kojarzył z tych wszystkich leniwych niedziel, które spędzali z Lisą przed telewizorem. Odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy, mocno ściskając w dłoniach nagrzany kubek. Miał wrażenie, że fala samotności, jaka go zalała, była jeszcze silniejsza niż zwykle.


Obudził go głośny dźwięk budzika. Próbując się wyplątać z kołdry i pozwijanego prześcieradła, niemal wypadł z łóżka, lecz ostatecznie udało mu się wyłączyć urządzenie i po chwili z powrotem opadł na materac z walącym szybko sercem. Powoli uspokoił oddech i zaczęło do niego docierać, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów udało mu się w pełni przespać noc. Bez koszmarów.

Powoli podniósł się na nogi i przeszedł do kuchni, gdzie czekała na niego kolejna niespodzianka. Mimo pory roku i wczesnej godziny, za oknem świeciło w najlepsze słońce. Ianto podejrzewał, że pogodzie daleko jeszcze do upalnej, lecz dzień zapowiadał się pogodnie i słonecznie. Czuł w piersi małą iskrę nadziei, że może i w jego życiu coś w końcu zaczęło się zmieniać, tym razem na lepsze.

Wziął szybki prysznic i ubrał przygotowany poprzedniego wieczoru garnitur. Nie zajęło mu to więcej niż pół godziny i wkrótce był gotowy do wyjścia.

Do Centrum dotarł przed ósmą, lecz światło w gabinecie Jacka już się paliło. Przełknął z trudem ślinę i ruszył w stronę ekspresu do kawy. Mógł mieć tylko nadzieję, że mężczyzna nie będzie chciał kontynuować ich ostatniej rozmowy. Zwierzanie się Jackowi ze swoich problemów było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

Kilka chwil później zapach świeżej kawy wypełnił pomieszczenie i drzwi do gabinetu Kapitana otworzyły się. Jack, jak prawie zawsze, wyglądał nienagannie; zupełnie inaczej niż powinien wyglądać normalny zarywający każdą noc człowiek w czwartkowy poranek. Uśmiechnął się lekko na widok Ianto i chłopak nie po raz pierwszy poczuł z tego powodu irytację. Wciąż nie mógł rozgryźć Jacka i niezmiernie go to denerwowało. Raz mężczyzna kompletnie go ignorował, innym razem zaszczycał swoimi uśmiechami przez cały dzień. Było to piekielnie dezorientujące.

— Ianto — zawołał radośnie, jakby chcąc potwierdzić to, o czym myślał chłopak. — Tak myślałem, że czuję zapach twojej kawy.

— Sir — mruknął, unikając jego spojrzenia. Wręczył mężczyźnie kubek i przez moment stali w niezręcznej ciszy. Po chwili odważył się spojrzeć Kapitanowi w twarz.

Jack wyglądał, jakby miał zamiar coś powiedzieć, więc Ianto odchrząknął i uprzedził go w tym. Niekoniecznie miał ochotę na spędzenie reszty dnia w samotności, lecz podejrzewał, że lepsze to, niż próby udawania, że wszystko jest między nimi w porządku.

— Zajmę się przygotowaniami do jutrzejszej podróży, sir. Zakładam, że jeśli wspomniał pan o sprzęcie kempingowym, to szukanie hotelu będzie zbyteczne? — upewnił się, jednocześnie myśląc o minie Owena w momencie, w którym Jack informuje go o konieczności opuszczenia miasta.

— Giną tam ludzie, a my nie mamy pojęcia, co za tym stoi. Lepiej, jeśli będziemy działać po cichu. Nie chcemy wywoływać wilka z lasu.

— Naturalnie, sir. — Skinął ze zrozumieniem głową.

— Poza tym dobrze jest od czasu do czasu opuścić Centrum. Kto wie, może to nic poważnego, a nam uda się złapać odrobinę walijskiego słońca?

Ianto parsknął z rozbawieniem, wywołując tym zadowolenie w oczach Jacka, którego on sam jednak nie zauważył.

— Walijskie słońce, sir? Listopadowe, walijskie słońce?

— W porządku, tak naprawdę mam tylko skrytą nadzieję, że uda nam się wrócić suchym — przyznał mężczyzna, uśmiechając się do niego.

— Zdaje pan sobie, że to płonna nadzieja?

Mężczyzna nie zdążył otworzyć ust, by odpowiedzieć. Rozległ się alarm i drzwi do Centrum otworzyły się z hałasem. Ianto przygryzł boleśnie policzek w próbie powstrzymania okrzyku zaskoczenia, zdając sobie sprawę, że Jack cały czas przygląda mu się uważnie.

Odwrócił w stronę Toshiko, która na widok jego i Jacka uśmiechnęła się lekko i skinęła im głową. Następnie podeszła na swojego cennego komputera i już po chwili pochłonęła ją praca, którą tak lubiła. Spojrzał znów na Jacka, który wciąż stał w tym samym miejscu co chwilę temu. W jego oczach wciąż widać było ślad rozbawienia, a na twarzy błąkał się cień uśmiechu. W tej kwestii Jack nieco przypominał mu Lisę; dziewczyna nie ruszała się nigdzie bez grymasu radości na twarzy. Miał wrażenie, że i na twarzy Jacka zawsze maluje się zalążek uśmiechu.

— Powinienem w takim razie zacząć przygotowania — stwierdził z dziwnym żalem.

Jack bez słowa skinął głową i chłopak odwrócił się na pięcie, by ruszyć w kierunku garażu. Dopiero kiedy był na miejscu, zorientował się, że zauważył w mężczyźnie coś nowego. Z niedowierzaniem zdał sobie sprawę, że chłód w postawie Jacka, który towarzyszył mu od sytuacji z Lisą, gdzieś przepadł. Nie był pewien, czy jest za to wdzięczny, czy wręcz przeciwnie.


— Chyba sobie jaja robisz — stwierdził doktor Harper, przyglądając się Jackowi z niedowierzaniem.

Toshiko westchnęła, z góry wiedząc, że ich jutrzejsza podróż będzie ubarwiona skargami i sarkastycznymi uwagami Owena. Gwen tylko przyglądała się Kapitanowi z zainteresowaniem.

— Obawiam się, że nie — odparł ich szef z rozbawieniem. — Spotykamy się jutro punktualnie o 05.00. Weźcie ze sobą ciepłe ciuchy i porządnie się wyśpijcie, bo mamy dużo roboty.

— Nie wprowadzisz na w sprawę? — spytała Gwen.

— Na to będzie czas, kiedy dojedziemy na miejsce. Teraz zmykajcie do domów.

Nikomu nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Wszyscy zgodnie ruszyli do wyjścia, po drodze zbierając swoje rzeczy. Ianto był już przy samych drzwiach, kiedy, wiedziony nagłym impulsem, obejrzał się za siebie i spostrzegł, że Jack wpatruje się w niego uważnie. Po chwili jednak starszy mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę swojego gabinetu, by kilka sekund później zniknąć za jego drzwiami.


Wcale nie był zdumiony, że przez całą drogę byli skazani na zrzędzenie Owena. Na początku w aucie grało radio i atmosfera, mimo że dziwnie napięta, była nieco bardziej znośna. W pewnym momencie podróży zaczęli niestety tracić zasięg i kiedy charczenie i buczenie zaczęło bardziej irytować niż uspokajać, Jack całkiem wyłączył urządzenie. A co za tym szło, za ich jedyną rozgrywkę służył już tylko doktor Harper. Ianto tylko czekał na jego reakcję, kiedy dowie się o namiotach.

Po prawie dwóch godzinach jazdy, kiedy chłopak zaczynał czuć się naprawdę niekomfortowo, wciśnięty między swoje dwie współpracowniczki, Jack w końcu postanowił się zatrzymać. Wyjrzał przez okno i dostrzegł powód ich przystanku. Na poboczu stała niezbyt urokliwa budka z jedzeniem. Zerknął ukradkiem na Jacka, lecz mężczyzna nie patrzył na niego. Mimo to, Ianto miał wrażenie, iż Kapitan w dużej mierze zatrzymał się właśnie z jego powodu. Z zakłopotaniem przypomniał sobie, jak zaledwie trochę ponad tydzień temu upadł prosto w ramiona Jacka, jak jakaś cholerna dama w opałach.

Wysiadł z auta i rzucił Kapitanowi pytające spojrzenie. Jack wyjął z kieszeni zmięty banknot i wręczył mu go z kamienną twarzą.

— Kup każdemu po hamburgerze, nie wiem, kiedy będziemy mogli spokojnie usiąść i coś zjeść, kiedy zaczniemy badać sprawę.

Skinął głową i ruszył w stronę budki.

— Ja podziękuję za jedzenie stąd — zawołała za nim Tosh, która stała najbliżej niego i Jacka.

Spojrzał na nią z zaskoczeniem, lecz nie skomentował tego w żaden sposób. On sam nie zamierzał się sprzeczać. Po pierwsze z powodu Jacka, po drugie naprawdę nie sądził, żeby zasłabnięcie na tym pustkowie, gdzie w tajemniczych okolicznościach znikają ludzie, było dobrym pomysłem.


Jeśli być szczerym, to od samego początku nie uważał, żeby ta podróż – zwłaszcza jego uczestnictwo w niej – była dobrym pomysłem. I jak widać, miał rację, ale oczywiście nikt – a właściwie Jack – nie chciał go słuchać. I proszę, wylądował zamknięty w cholernej piwnicy, nie mając pojęcia, co robić. Dokładnie tak, jak mówił. Wbrew rozsądkowi odczuwał ulgę, mając przy sobie Tosh. Podejrzewał, że Azjatka robi się zmęczona jego paniką i brakiem doświadczenia, lecz mimo to cieszył się, że ma ją przy sobie. Pewnie nie byłby w stanie zapanować nad histerią, gdyby obudził się tam sam.

Udało mu się kopnąć w zamknięte drzwi zaledwie raz albo dwa, kiedy nagle usłyszeli czyjeś zbliżające się kroki. Cofnęli się nieufnie od drzwi i wymienili spojrzenia. Ianto zobaczył w oczach Toshiko, że nie jest już jedyną przerażoną osobą, pełną obaw o to, jak to wszystko się skończy.

Wystarczyło zaledwie kilka minut, by znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Przynajmniej z pozoru. Od początku miał wątpliwości, co do intencji kobiety, która po nich przyszła. Grała przestraszoną i nie mającą wyboru, lecz wyraźnie bił od niej fałsz. Zdawała się szczera w swoich emocjach, a jednak było w niej coś, co napawało go przerażeniem. Tosh też to czuła; wystarczył jeden rzut oka na jej napiętą postawę, by rozumiał to bez słów. Nie mieli jednak żadnego wyboru – wycelowany w nich karabin skutecznie im go odbierał.

Zostali zaprowadzeni do domu, który z każdej możliwej strony otoczony był drzewami gęstego lasu. Gdzie by nie spojrzeć, tylko las, las i las. Chłopak podejrzewał, że nawet gdyby udało im się jakimś cudem wydostać z domu, do którego byli prowadzeni, to w mroku, który nastał, nigdy nie udałoby im się odnaleźć właściwej drogi.

Przekroczyli próg i pierwszym co w nich uderzyło, był zapach, a raczej smród. Obrzydliwy smród nieświeżego, jeśli nie gnijącego, mięsa. Nie miał czasu dłużej się nad tym rozwodzić, bo chwilę zawahania przypłacił dźgnięciem karabinu w plecy. Miał wrażenie, że kobieta nie zawahałaby się zrobić z broni użytku, więc posłusznie ruszył w głąb domu. Z każdym krokiem zapach stawał się coraz intensywniejszy, a strach, który odczuwał – silniejszy.

To wszystko niebezpiecznie zaczynało przypominać mu Canary Wharf. Starał się oddychać powoli i głęboko – to naprawdę był koszmarny czas na atak paniki. Byli w wystarczająco złym położeniu, nie mógł teraz zostawić Tosh samej tylko dlatego, że metaliczny zapach krwi wypełniający pomieszczenie przyprawiał go o zawroty głowy, przypominał mu o tych wszystkich ludziach, których wtedy pozbawiono mózgów, człowieczeństwa i... Cholera! Musiał się uspokoić! Głębokie, spokojne oddechy – mógł to zrobić. Jack wierzył, że da sobie radę, inaczej by go tu nie zabrał. Ta myśl sprawiła, że poczuł się nieco spokojniej i był w stanie wrócić myślami do rzeczywistości.

— Jeśli nam pomożesz — powiedziała Toshiko, zwracając się do wciąż mierzącej w nich kobiety — możemy zatrzymać to wszystko. Proszę.

Kobieta spojrzała na nich z żalem i pokręciła przecząco głową.

— Przykro mi. Cofnijcie się!

Zrobili jak mówiła, a Ianto poczuł, że nie spodoba mu się to, co kryły zwisające z sufitu płaty plastikowej folii.

— Boże, ten smród — wyszeptała Tosh, odgarniając na bok jeden jej fragment.

Stanął jak wyryty, choć chyba nie powinien być zaskoczony. Wiedział, że to zapach krwi i psującego się mięsa wypełniał pomieszczenie. Mimo to, widok jaki ich czekał był makabryczny. Był pewien, że jeśli uda im się wyjść z tego żywym, to nie zapomni go do końca życia. Wszędzie było pełno pociętych części ciał; dosłownie zwisały one z sufitu. Gdzie by nie obejrzeć, ludzki kończyny i krew. Cała masa krwi. Z trudem utrzymał zawartość żołądka na miejscu.

— Czym są te stworzenia? Wyglądają jak my? — zapytała Japonka.

Twarz kobiety była pełna lęku i obrzydzenia, lecz Ianto wiedział, że i w jej głowie elementy układanki zaczęły łączyć się w całość. Tu wcale nie chodziło o kosmitów. Nie było żadnej obcej ingerencji ani potworów nie z tego świata...

— A jak inaczej mielibyśmy wyglądać?

...tylko ludzie. Mógł się tego spodziewać. Człowiek – największe monstrum ze wszystkich. Czuł jak adrenalina krąży w jego żyłach i wbrew logice rzucił się do przodu. Podejrzewał, że i tak lepsze to niż bezczynne czekanie na zostanie poćwiartowanym. Swoją nieprzemyślaną próbę ucieczki przypłacił ciosem w brzuch i kajdankami na nadgarstkach, które boleśnie wbijały się w jego skórę. Ładnych kilkanaście sekund zajęło mu odzyskanie oddechu.

Ich sytuacja była kompletnie beznadziejna. Walijska wioska i przeklęci kanibale. Przestawał się dziwić, dlaczego Owen tak bardzo nienawidził wsi. Być może stronienie od nich nie było takim złym pomysłem. Cóż, teraz i tak było już za późno.

Rzucił okiem na mężczyznę, który wyszedł po coś za teren wyłożony folią. Jeśli nic nie zrobią, oboje skończą martwi. Być może nie był to najgorszy obrót spraw, bo w ostatnim czasie jego życie coraz bardziej przypominało jakąś koszmarną serię porażek i bólu. Oczywiście zjedzenie przez kanibali niekoniecznie należało do szybkich i bezbolesnych sposobów na śmierć, jakie by preferował, lecz czy nie lepsze było to od spędzenia reszty życia w rękach UNIT-u? Ci tutaj przynajmniej nie będą go torturować przez wiele dni, nim wreszcie pozwolą mu umrzeć. Ani nie wytną mu żywcem mózgu, by później umieścić go w zimnej metalowej skorupie. Nie był to wymarzony sposób, by umrzeć, lecz jeśli się nad tym zastanowić, to istniało wiele gorszych rodzai śmierci.

Pozostawała jednak sprawa Toshiko. Możliwe, że on miał wystarczająco nasrane w głowie, by dać się pociąć tym psycholom, lecz kobieta z całą pewnością nie zasługiwała na coś podobnego. Przełknął z trudem ślinę. Wciąż bał się jak cholera, nieważne, co powtarzał sobie w głowie. Zdawało się, że odezwał się jego dawno zapomniany instynkt przetrwania. Świetne wyczucie czasu.

— Przygotuj się do ucieczki — szepnął do Tosh.

Widział zaskoczenie w jej oczach, lecz mimo to skinęła głową, nie poddając jego słów pod wątpliwości.

Mężczyzna wrócił do nich, a Tosh warknęła coś do niego hardo. Nie słyszał coś takiego, za bardzo huczało mu w uszach, lecz przez moment czuł iskrę zazdrości. Chciałby mieć w sobie choć w połowie tyle odwagi co Tosh. On sam ledwie stał na swoich trzęsących się nogach.

Mąż kobiety podszedł do niego. Stał tak blisko, że Ianto mógł poczuć jego nieświeży oddech. Uśmiechnął się ironicznie i po chwili z całej siły uderzył go z główki. Miał wrażenie, że usłyszał trzask łamiącego się nosa, lecz nie miał czasu, by odczuć satysfakcję.

Tosh rzuciła się do biegu, a on poszedł w jej ślady, choć z góry podejrzewał, że nie starczy czasu, by oboje mogli się stąd wydostać.

— Znajdź resztę! — krzyknął za nią, kiedy poczuł, jak łapią po silne, brutalne ręce.


Ianto nie był specjalnie zaskoczony, kiedy poczuł na twarzy zimne krople deszczu. Wcale nie musiał dzień wcześniej oglądać prognozy pogody, by przewidzieć, że bez wątpienia zmokną im tyłki. Nie spodziewał się jednak, że jego tyłek będzie w tym czasie cały posiniaczony i obolały. Podniósł nieco głowę i sam ten ruch przypłacił bólem. Mógł wejść do środka; wszędzie roiło się od policji i nie było szansy, żeby któraś z tych... kreatur mogła wyrządzić mu większą krzywdę niż do tej pory. Nie sądził jednak, by był w stanie zmusić się do ponownego przekroczenia progu tego cuchnącego krwią miejsca. Poczuł silną falę mdłości na samą myśl o tym i jeszcze bardziej skulił się na zimnej ziemi. Jego żebra protestowały boleśnie przeciwko tej nowej pozycji, lecz starał się nie zwracać na to uwagi.

Niespodziewanie poczuł na kolanie delikatny dotyk małej ciepłej dłoni i przez moment idiotycznie wierzył, że kiedy uniesie wzrok, ujrzy przed sobą Lisę. Miał ochotę popłakać się z rozczarowania, kiedy ujrzał przed sobą Tosh. O dziwo jednak poczuł, jak jego usta bardzo powoli i niezdarnie wykrzywiają się w słabym, niepewnym uśmiechu. Kobieta odpowiedziała tym samym i bez słowa opadła obok niego na brudną i twardą ziemię, przylegając do jego ramienia jak do koła ratunkowego. Dawno nikt nie dotykał go w tak swobodny, nieskrępowany sposób, nawet Jack i Ianto poczuł jak fala ciepła rozlewa się po jego ciele i mimo bólu nagle poczuł się nieco lepiej.

Żadne z nich nie powiedziało ani słowa, lecz zdawało się, że nie istnieje ku temu potrzeba. W tym momencie Ianto po prostu nie cieszył się, że nie jest już sam. Po ostatnich tygodniach była to naprawdę miła odmiana, a ciepłe ciało Tosh przytulone do niego przyjemnie przypominało mu o fakcie, że udało im się wyjść z tego cało.

Minęło trochę czasu nim Jack załatwił wszystko z policją. Robiło się już jasno, kiedy w końcu pozwolono im ruszyć w drogę powrotną i odczuł niewysłowioną ulgę, że w końcu mogą zostawić to przeklęte miejsce za sobą. Samochód co prawda wypełniała grobowa cisza i jeśli Ianto wcześniej sądził, że atmosfera między nimi wszystkimi była napięta, to nie wiedział, jak miałby określić obecną sytuację. Jego umysł był przyćmiony z powodu leków przeciwbólowych, które podał mu jeden z ratowników, lecz wciąż był wystarczająco przytomny, by dostrzec, że jeśli coś się zmieniło w relacjach zespołu, to tylko na gorsze. Najpierw Gwen, która zaczęła tę dziecinną grę, potem Owen, jak ostatni kretyn, wspomniał przy Tosh o swoim głupawym romansie z ich najnowszą koleżanką, no i wreszcie on sam i z tym głupim komentarzem na temat Lisy. Właściwie może dobrze się złożyło, że nie doszło do żadnego kempingu. I bez fatalnej pogody temperatura między nimi nie mogła się bardzie oziębić.

Jack prowadził znacznie mniej ostrożnie niż wcześniej. Zdecydowanie przekraczał dozwoloną prędkość, a jego dłonie były zaciśnięte na kierownicy tak mocno, że pobielały mu knykcie.

Ręka Ianto w pewnym momencie odruchowo powędrowała w kierunku szyi, gdzie jeszcze niedawno był przyłożony tasak tamtego psychopaty. Miał wrażenie, że dopiero w tamtym momencie uświadomił sobie, jak bardzo boi się śmierci. Pierwszy raz od Canary Wharf zdał sobie sprawę, że rozpaczliwie chce żyć, lecz w tamtym momencie zdawało się, że jest już za późno. I gdyby nie Jack, bez wątpienia wykrwawiłby się na tamtej brudnej podłodze domu, który aż cuchnął śmiercią. Wyglądało na to, że Kapitan uratował mu życie. Właściwie nie musiałby tego robić, gdyby od początku go słuchał, lecz i tak nie zamierzał narzekać. Aktualnie marzył już tylko o tym, by zapomnieć, że cokolwiek z tego w ogóle miało miejsce.